50-lecie pracy artystycznej Ryszarda Smędy

2026-09-25
Ryszard Smęda/fot. Magda Jasińska

Ryszard Smęda/fot. Magda Jasińska

Ten jubileusz rzeczywiście taki okrągły, nie mógł przejść niezauważalny - przy muzyce zwierza się Ryszard Smęda. Audycja Magdy Jasińskiej

Ryszard Smęda – bas, baryton, związany z Operą Nova od 50 lat. Tu debiutował, tu zagrał w kilkudziesięciu realizacjach oper, operetek i musicali. Znany ze znakomitych kreacji ról charakterystycznych, za które trzykrotnie zdobywał Złotą Maskę - nagrodę przyznawaną przez redakcję ówczesnego Dziennika Wieczornego: w 1986 r. za rolę Falstaffa w Wesołych kumoszkach z Windsoru Otto Nicolaia, w 1993 r. za Tewjego w Skrzypku na dachu Jerrego Bocka-Josepha Steina i w 1997 r. za Leporella w Don Giovannim Wolfganaga Amadeusza Mozarta. W 2012 r. otrzymał, przyznany przez Prezydenta RP Złoty Krzyż Zasługi z okazji 35-lecia pracy scenicznej. W 2016 r. odznaczony Srebrnym Medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis.

„...ten jubileusz rzeczywiście taki okrągły, nie mógł przejść niezauważalny. Sam jakby dyrektorowi podpowiedziałem, akurat bezwiednie dosyć, bo dużo czasu spędzamy w garderobie, siedzimy razem podczas innych przedstawień. Jednego wieczoru mówię: „kurczę, Maciek, ja będę miał za pół roku 50 lat pracy.” Od razu zaczęło się planowanie. Spojrzałem na repertuar, akurat na okrągło, bo ja debiutowałem 50 lat temu na deskach Państwowej Opery w Bydgoszczy, tak się nazywała instytucja, jesienią siedemdziesiątego szóstego roku. Wówczas jako dwudziestoczterolatek, młody narybek, po skończonych studiach przyjechałem tu do Bydgoszczy i zaśpiewałem bardzo porządną, piękną partię w Kniaziu Igorze Borodina, partię Kończaka i tak rzeczywiście ta pięćdziesiątka stuknęła...”

Autor: Magda Jasińska
Emisja: „Zwierzenia przy muzyce”, 25 września 2026

Piątek, 25 września 2026 o godz. 20:05
Spotykamy się raz po raz, przy okazji jubileuszy. Dzień dobry Panie Ryszardzie, lubi Pan jubileusze?
- (chwila zastanowienia) Nie, nie lubię.

... ale chwilę się Pan zastanowił nad tym.
- No jubileusze uzmysławiają pewną sprawę, upływ czasu, upływ czasu nieubłagany przecież.

A Pan musi mieć jakąś receptę na to, żeby tego upływu czasu zupełnie nie było widać.
- Nie mam żadnej recepty, po prostu często robię dobrą minę. Ale cóż, ten jubileusz rzeczywiście taki okrągły, nie mógł przejść niezauważalny. Sam jakby dyrektorowi podpowiedziałem, akurat bezwiednie dosyć, bo dużo czasu spędzamy w garderobie, siedzimy razem podczas innych przedstawień. Jednego wieczoru mówię: „kurczę, Maciek, ja będę miał za pół roku 50 lat pracy.” Od razu zaczęło się planowanie. Spojrzałem na repertuar, akurat na okrągło, bo ja debiutowałem 50 lat temu na deskach Państwowej Opery w Bydgoszczy, tak się nazywała instytucja, jesienią siedemdziesiątego szóstego roku. Wówczas jako dwudziestoczterolatek, młody narybek, po skończonych studiach przyjechałem tu do Bydgoszczy i zaśpiewałem bardzo porządną, piękną partię w Kniaziu Igorze Borodina, partię Kończaka i tak rzeczywiście ta pięćdziesiątka stuknęła.

Nigdy nie żałował Pan, bo o mały włos nie byłby Pan solistą Teatru Wielkiego w Warszawie?
- Czy nie żałowałem? Chyba żałowałem. Jako młodzian, dosyć taki zapalczywy, w gorącej wodzie kąpany, mówiąc wprost zaproponowano mi tam takie stanowisko, wtedy dla mnie dosyć dziwne, sztuczne, ale jednak stanowisko – adepta, co było na owe czasy takie innowacyjne. Ja mówię: adepta? Adept, to jest taki uczeń, który chodzi, coś tam może dadzą mu zaśpiewać, a ja skończyłem studia wokalne i nie jestem adeptem. Zrezygnowałem więc z tej warszawskiej propozycji i przyjechałem na przesłuchanie do Bydgoszczy.

A pamięta Pan, jak wyglądało to przesłuchanie?
- Pamiętam, było w Domu Sztuki. Ulica się nazywała 1 maja 20, obecnie Gdańska 20. Jest to budynek, w którym teraz jest szkoła muzyczna, to centrum Bydgoszczy, taki pałacyk. Tam byłem przesłuchany w sali wybitej płytkami dźwiękochłonnymi. To była nasza estrada, na której to ja musiałem wyjść i zaśpiewać jakiś program, chyba składający się z trzech arii. Pamiętam było trudno śpiewać, bo w tych dźwiękochłonnych pomieszczeniach dźwięk się nie odbijał. Nie słyszałem się dobrze. Ale się spodobałem, bo zaproponowano mi etat. Dyrektor Renc powiedział, że zaczynam 1 września. Dostałem gażę, do dziś pamiętam wysokość tej gaży, to było 3700 zł. Nie wiem jak to przeliczać na obecne czasy, ale w siedemdziesiątym szóstym roku dla takich młodych śpiewaków jak ja, to było całkiem dużo pieniędzy.

Kilku dyrektorów Pan przeżył.
- Tak, mój pierwszy dyrektor Stanisław Renc, potem dyrektor Pałka i bardzo długo pani dyrektor Alicja Weber. Obecny dyrektor też bardzo długo, mogę powiedzieć naczelny dyrektor numer jeden Maciej Figas, który niewiele lat po mnie przyszedł do Bydgoszczy i do dziś jest dyrektorem.
Ryszard Smęda/fot. Magda JasińskaRyszard Smęda/fot. Magda Jasińska

Marzył Pan zawsze o Borysie Godunowie.
- Marzyłem, czasami mi się to śniło, nawet napisałem pracę magisterską na temat Borysa Godunowa. Pamiętam była to dla mnie postać porywająca, muzyka Musorgskiego ogromnie porywała. Chodziłem na Borysa Godunowa do pobliskiego Teatru Wielkiego w Warszawie, pobliskiego dlatego, że mieszkaliśmy w akademiku Dziekanka na Krakowskim Przedmieściu i można było nawet w kapciach przejść do Teatru Wielkiego. Tego Borysa Godunowa pamiętam bardzo dobrze. Mistrzowskie absolutnie wykonanie pana Bernarda Ładysza, a potem byłem jeszcze na tym spektaklu 20 razy.

To było takie K2 dla wokalisty?
- To coś pięknego, porywającego. Oglądałem to przedstawienie zawsze ze szczęką opadającą, pełen podziwu dla muzyki i dla wykonawców oczywiście.

Aż dziw, że nie było Panu dane zaśpiewać tej partii.
- Już potem więcej z Borysem Godunowem się nie spotkałem. No cóż, cieszę się, że zadecydowałem o śpiewaniu w Operze Nova. Akurat mój Kończak, którym debiutowałem był partią dość mocną.

Czy basy muszą dbać o głosy wraz upływającym czasem?
- Pan profesor Aleksander Bardini, który przed laty wykładał w Akademii Muzycznej zawsze opowiadał taką przypowieść: „ Jak chcesz mieć głos, to musisz o niego dbać, musisz pić jaja surowe, musisz chodzić w szaliku, albo w golfie. Nie wolno ci pić alkoholu, ani żadnych napojów zimnych gazowanych, chyba że masz ten głos”.

Rozumiem, że nigdy przesadnie Pan o głos nie dbał?
- Nie specjalnie, powiem szczerze, chociaż wokół moi koledzy, studenci czy potem już śpiewacy etatowi w operach, jak ich podglądałem to widziałem, że dbają o ten głos, ale muszę przyznać, że oni mieli głos, śpiewali, dbali i chyba dobrze to im robi. Ja jednak o swój głos jakoś nie dbałem, bo zawsze on był No chyba, że była jakaś sytuacja, że choroba mnie dopadła.
IMG 2938Ryszard Smęda/fot. Magda Jasińska

Odwoływał Pan kiedyś spektakl ze względu na niedyspozycję?
- Jedynie raz w życiu przeze mnie został odwołany spektakl. Mianowicie to było w Operze Bałtyckiej, gdzie miałem wystąpić w Cyruliku Sewilskim. Miałem rano dojechać do Gdańska, odpocząć w hotelu i zaśpiewać wieczorem przedstawienie. Dojechałem, zacząłem się rozśpiewywać i stwierdziłem, że nie mam głosu. Afonia mi się zdarzyła, więc dzwonię do dyrektora Opery Bałtyckiej i coś wyszeptuje mu przez telefon. On chciał szukać zmiennika, solisty, ale okazało się, że drugi pan też był chory i w ogóle nie podejmuje tematu. Więc dyrektor Opery Bałtyckiej wyszedł przed kurtynę i odwołał przedstawienie. Dla mnie to był dramat, cały czas miałem wyrzuty sumienia, że mogłem wcześniej zawiadomić.

Panie Ryszardzie, tych występów gościnnych, bo to nie jest tak, że przez 50 lat występował Pan tylko na deskach Opery Nova, było sporo i wiele teatrów Pana gościło.
- Właściwie oprócz mojego ukochanego i uwielbianego Teatru Wielkiego w Warszawie, występowałem na wszystkich scenach w Polsce. Niestety w Teatrze Wielkim w Warszawie nigdy mi się nie udało zaśpiewać, a ten teatr znałem od podszewki. Czułem się tam jak u siebie w domu, a nigdy nikt do mnie nie zadzwonił i nie zaproponował mi żebym zaśpiewał gościnnie.

To chyba była kara, że nie przyjął Pan wtedy stanowiska adepta.
- Chyba tak, odrzuciłem propozycję, to już mnie nie chcieli. A tak to i Teatr Wielki w Łodzi, w Poznaniu, teatr operowy w Krakowie, w Gdańsku i w Szczecinie wielokrotnie. Także wszędzie w Polsce śpiewałem oprócz Warszawy.

A od kiedy Pan zauważył u siebie dar aktorski?
- Na to nie zwracałem największej uwagi do pewnego momentu, mianowicie bardzo trudno było się dostać na Akademię Muzyczną w Warszawie, gdzie tych kandydatów na sześć miejsc było bardzo dużo. Spokojnie mogę powiedzieć, że było 10 osób na jedno miejsce i komisja miała duży dylemat kogo wybrać. Z całej Polski przyjeżdżali młodzi wokaliści, bardzo obiecujący, znakomici i między innymi ja przyjechałem, po szkole muzycznej w Olsztynie. Super wyróżniający się nie byłem, natomiast zaczął się egzamin, na którym trzeba było wykonać etiudę aktorską. Bardzo się tego bałem, bo myślałem, że jakby idę, zaśpiewam i na tym się skończy, a tutaj było prawie tydzień zdawania. Pamiętam jeden z profesorów kazał mi zagrać taką scenkę, że przychodzę z pieskiem, wyjmuję gazetę, czytam sobie i nagle zauważam, że nie ma tego pieska na smyczy, bo piesek się urwał. Zastanawiałem się jak to wszystko pokazać, nogi mi się ugięły. Miałem kilka minut na przygotowanie tej scenki i się udało. Nawet nie pamiętam jak to zrobiłem, ale się wszystkim bardzo podobało i ten egzamin przeważył, że mnie przejęto. Zostałem przyjęty, to był ogromny sukces.
IMG 2948Ryszard Smęda/fot. Magda Jasińska

Przez te 50 lat zmieniali się reżyserzy, czego innego wymagają reżyserzy w dzisiejszych czasach, wie Pan o tym dobrze, bo przez wiele lat był Pan asystentem reżyserów.
- Jestem strasznie gorącym konserwatystą. Uważam, że ewenementem jest scena operowa, to jest coś wspaniałego i powinna ona zostać nienaruszona. To ma być surowe, proste śpiewanie bez nagłośnienia, muzyka nie kombinowana, orkiestra gdzie się słyszy kwintet smyczkowy, instrumenty dęte i perkusyjne, wychodzi śpiewak i ten śpiewak pokazuje co potrafi. Dla mnie śpiewanie do mikrofonu jest już taką zdradą. Opera powinna zostać tradycyjnie wykonywana. Tak samo z reżyserami. Uwielbiam reżyserów poważnie przygotowanych. Reżyser przygotowany od razu jest rozpoznany przez śpiewaków, natomiast reżyserzy, którzy przyjeżdżają i kombinują na żywym organizmie, nie są poważani przez śpiewaków traktowani. Reżyserzy mający wizję, wiedzą czego chcą i przez to mają dyscyplinę na próbach, ciszę i posłuch absolutny, bo wszyscy wiemy, że on czy ona wiele się napracowali, żeby to przygotować.

A to była ciekawa praca, żeby być asystentem reżysera?
- Bardzo ciekawa, reżyserzy przygotowani byli przeze mnie bardzo uwielbiani. Mogę tu przypomnieć państwu wielkiego reżysera, pana Żerdzickiego, który reżyserował wiele spektakli, m.in. jeden z ostatnich to Straszny dwór, ale wcześniej Bal maskowy i Halka

Czy trudno się odchodzi z firmy na emeryturę. Już się wie, że tych spektakli będzie o wiele mniej?
- Na pewno tak, na pewno trudno się odchodzi, natomiast jest to nieuchronne i wymiana pokoleniowa jest wpisana w życie każdego człowieka.

Tak się łatwo mówi Panie Ryszardzie…
- Myślałem, mając lat 65, to już było parę lat temu, czy zostać dalej i udawać, że ma się mniej lat. Może dyrektor jeszcze tego nie zauważy i nie będzie chciał, żebym poszedł na emeryturę. Często wyobrażam sobie naszego dyrektora, bo to wcale nie jest przyjemnie mówić komuś, że zbliża się do tego wieku. Don Carlos był wtedy realizowany, ja byłem asystentem reżysera i przyszło dwóch, czy trzech młodych śpiewaków, bardzo dobrych. Ja już nie miałem tam żadnej roli, bo byłem za stary i byłem tylko asystentem reżysera. Oczywiście w innych przedstawieniach wykonywałem swoje partie. Pamiętam, że spotkałem pana dyrektora na korytarzu i powiedziałem: „To mój ostatni sezon. Chcę ci oznajmić, że zamierzam przejść na emeryturę”. To było zaskoczenie dla pana dyrektora. Powiedział mi, że po raz pierwszy ktoś do niego przyszedł i mu oznajmił, że chce przejść na emeryturę. Więc odszedłem na emeryturę. Może to i lepiej, bo do dziś mam pewien dług, zobowiązanie. Zostałem bardzo przyjemnie przyjęty jako ten emeryt, który wspomaga niektóre spektakle, niektóre przedstawienia.
Co tydzień jest okazja do spotkań z niecodzienną muzyką, z niecodziennymi gośćmi, niecodziennymi tematami...
Magda Jasińska. Fot Piotr Ulanowski

Magda Jasińska. Fot Piotr Ulanowski

„Zwierzenia przy muzyce”
zaprasza Magda Jasińska
Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W programie służącym do obsługi internetu można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Więcej informacji można znaleźć w naszej Polityce prywatności

Zamieszczone na stronach internetowych www.radiopik.pl materiały sygnowane skrótem „PAP” stanowią element Serwisów Informacyjnych PAP, będących bazą danych, których producentem i wydawcą jest Polska Agencja Prasowa S.A. z siedzibą w Warszawie. Chronione są one przepisami ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych oraz ustawy z dnia 27 lipca 2001 r. o ochronie baz danych. Powyższe materiały wykorzystywane są przez Polskie Radio Regionalną Rozgłośnię w Bydgoszczy „Polskie Radio Pomorza i Kujaw” S.A. na podstawie stosownej umowy licencyjnej. Jakiekolwiek wykorzystywanie przedmiotowych materiałów przez użytkowników Portalu, poza przewidzianymi przez przepisy prawa wyjątkami, w szczególności dozwolonym użytkiem osobistym, jest zabronione. PAP S.A. zastrzega, iż dalsze rozpowszechnianie materiałów, o których mowa w art. 25 ust. 1 pkt. b) ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych, jest zabronione.

Rozumiem i wchodzę na stronę