Dyrektor „Teatru Kameralnego” w Bydgoszczy, scenograf, który już niedługo odnotuje 35-lecie pracy artystycznej.
„...Muzyka zawsze jest takim katalizatorem energii. Jeżeli w tej chwili otrzymuję propozycję zrobienia przedstawienia, a to najczęściej jest przedstawienie muzyczne, tych jest rzeczywiście większość, czy to opera, czy musical, czy przedstawienia baletowe, to osłuchuję się z muzyką. Ta muzyka mi daje chyba najwięcej, bo ona niesie już w sobie opowiadanie, do którego na tym wczesnym etapie, w którym scenograf musi przedstawić swoją koncepcję (przecież jeszcze próby na ogół się nie rozpoczynają) więc czasami te pomysły inscenizacyjne nie są jeszcze takie zupełnie skrystalizowane. To muzyka opowiada tę historię i dla mnie to jest bardzo ważne. Każdy z musicali słuchałem po wielokroć i miałem swoje ulubione i wymarzone, które zawsze chciałem realizować, bo słuchałem je po prostu w nieskończoność...”
Autor: Magda Jasińska
Emisja: „Zwierzenia przy muzyce”, 16 października 2026
To już? Czy za chwilę?
A to była Twoja samodzielna scenografia?
- Tak, to była moja samodzielna scenografia jako, że ja z Teatrem Polskim byłem związany trochę emocjonalnie, ja tam po prostu dość dużo przebywałem. Teatrowi kibicowałem i nawet pomagałem w pracowni plastycznej.
Wpuszczali Cię tam?
- Wpuszczali, to były takie czasy, że wpuszczali, zresztą za zgodą ówczesnego kierownika technicznego Piotra Rzepeckiego, nieżyjącego już kilka dobrych lat, ale legendy tego teatru jak sądzę. Byłem asystentem scenografa Andrzeja Markowicza, czyli mojego profesora z Akademii Gdańskiej. Też miałem okazję, dzięki niemu, pracować jako asystent przy „Betlejem polskim” Rydla, w reżyserii Andrzeja Rozhina. To była taka duża produkcja! Bardzo dobrze ją pamiętam, bo dla mnie to był kontakt z dużą scenografią, robioną starymi technikami, starymi metodami. Pamiętam dokładnie jak profesor Markowicz opowiadał w pracowniach o tym, jak należy wykonywać różne rzeczy, jak robimy np. wierzby, jak robimy jakieś tam drewniane elementy, jak robimy dwór Heroda… To był majstersztyk, ponieważ był cały ze złota. Ciekawa rzecz, to był początek lat 90, nie wszystko w Polsce można było tak sobie kupić i to była dosyć duża ściana tego dworu. Pamiętam, że dla profesora istniało tylko jedno złoto, to był Goldfinger 814 Talensa, który sprzedawany był w takich słoiczkach, jak tusz kreślarski. Jako ten student to kupując cokolwiek Talensa, to mówiłem sobie „dobra, albo kupujemy w tym miesiącu farbkę, albo jem”… Tak na marginesie to piękne złoto i innymi słowy mówiąc naprawdę było warto.
Można powiedzieć, że w ciekawych czasach jesteś scenografem, bo ta scenografia się rozwija i Twoja praca zupełnie inaczej wyglądała w tych latach 90, a zupełnie inaczej wygląda dziś.
- Zupełnie inaczej, bo jak ja wszedłem do teatru, to też oczywiście byłem bardzo młodym człowiekiem, ale on dla mnie zupełnie inaczej wyglądał. Ja po pierwsze myślałem, że w teatrze wszyscy prawie mieszkają. To znaczy, że to jest taki silny zespół, który wyłącznie żyje tym teatrem, który tam spędza ze sobą mnóstwo czasu i rzeczywiście tak trochę było. To potem ewoluowało, a jak jest dzisiaj… ? Ja trafiłem w tę rodzinę teatralną z różnymi swoimi przywarami, ale i z różnymi swoimi troskami, różnymi radościami. Zżyłem się tam i myślałem, że ja bez tego teatru żyć po prostu nie mogę. Pamiętam, że to było wciągające, że tylko jak byłem tu w Bydgoszczy, bo studiowałem już poza, to rzucałem torbę i biegłem do teatru spotkać się ze znajomymi, albo szedłem na przedstawienie. Nawet gdy pracowałem kilka razy, to rzeczywiście jeszcze biegłem na próby! Jeszcze z tamtego czasu warto przypomnieć „Obóz Wszystkich Świętych” Tadeusza Nowakowskiego w reżyserii Andrzeja Marii Marczewskiego, to była również moja samodzielna praca. Duża scenografia i ja się dowiedziałem po latach od nieżyjącego już niestety Andrzeja Marii Marczewskiego, uratowałem tę premierę, ponieważ scenograf któremu to zaproponował tę realizację po prostu nie wywiązał się z projektu. Coś innego mu wypadło i Marczewski zaryzykował po tej „Dulskiej”, po doświadczeniach z Rydlem z „Betlejem polskim”, a ja się nie bałem, bo to dla mnie było jak złapać Pana Boga za nogi. To był rzeczywiście chrzest bojowy i zrobienie takiej scenografii było dla mnie wtedy ogromną radością.
Zaczynałeś w teatrze dramatycznym, a potem pojawiły się musicale i opery. Czy muzyka jest ważna w Twoim życiu?
- No więc dostałem jedną odpowiedź i ta odpowiedź to przyszła ze Szczecina z „Opery na Zamku” od ówczesnego dyrektora Warcisława Kunca. Pewnego dnia po prostu zadzwonił, pomyślałem, że to żart . Zadzwonił i powiedział: „Dzień dobry, Warcisław Kunc, dzwonię, bo ja tutaj dostałem pana ofertę. Ja potrzebuję scenografa do "West Side Story”, to może pan chciałby?” No i co ja na to? Spakowałem się wtedy szybko i pojechałem do Szczecina, niemal natychmiast. „West Side Story” widziałem w Gdyni, gdzie studiowałem. Tamten musical był w reżyserii Tomasza Dutkiewicza. Widziałem film, jakaś taka aura musicalu nie była jeszcze mi tak do końca znana, ale podobało mi się to przedstawienie. Przede wszystkim podobała mi się muzyka Bernsteina. W związku z tym podjąłem wyzwanie i zrobiłem scenografię do „West Side Story”, co było niezwykłą przygodą. W trakcie produkcji poznałem bardzo wiele osób, które w całym moim życiu w tej chwili się przewijają, bo tam był ogólnopolski casting i wiele osób, które występowały lub brał udział w różny sposób dzisiaj są obecne w życiu zawodowym. Między innymi Kuba Szydłowski, który jest obecnie dyrektorem artystycznym teatru Variete w Krakowie, a wcześniej Teatru Muzycznego w Łodzi. Tamto przedstawienie reżyserował Leszek Czarnota, ale choreografem był czarnoskóry Amerykanin Barry Solone, który wnosił bardzo wiele oryginalnej energii do amtego „West Side Story”, przez to ta produkcja bardzo wielu osobom i temu całemu zespołowi, który je tworzył dała takiego „kopa na życie”. Nawet powiem jako ciekawostkę jeden z aktorów „West Side Story” jest obecnie w zespole Teatru Kameralnego w Bydgoszczy, to Paweł Klowan, którego serdecznie pozdrawiam. Tam rzeczywiście Paweł debiutował i jeszcze zanim stał się studentem, słuchaczem Studium Baduszkowej w Gdyni… Od tamtego momentu wiedziałem, że ja już będę tęsknił za muzyką.
Ta muzyka Cię, w jakiś sposób inspiruje w pracy scenograficznej?
- Muzyka zawsze jest takim katalizatorem energii. Jeżeli w tej chwili otrzymuję propozycję zrobienia przedstawienia, a to najczęściej jest przedstawienie muzyczne, tych jest rzeczywiście większość, czy to opera, czy musical, czy przedstawienia baletowe, to osłuchuję się z muzyką. Ta muzyka mi daje chyba najwięcej, bo ona niesie już w sobie opowiadanie, do którego na tym wczesnym etapie, w którym scenograf musi przedstawić swoją koncepcję (przecież jeszcze próby na ogół się nie rozpoczynają) więc czasami te pomysły inscenizacyjne nie są jeszcze takie zupełnie skrystalizowane. To muzyka opowiada tę historię i dla mnie to jest bardzo ważne. Każdy z musicali słuchałem po wielokroć i miałem swoje ulubione i wymarzone, które zawsze chciałem realizować, bo słuchałem je po prostu w nieskończoność. Do dzisiaj zresztą tak jest i były takie, których specjalnie nie lubiłem i mówię sobie: „Boże nie chciałbym specjalnie nigdy w życiu robić tego, czy tamtego”, ale się okazało, że jeden z takich tytułów przyszedł do mnie niespodziewanie i on był kluczem do drugiej części tej mojej kariery zawodowej - mówię o musicalu „Mamma Mia!” w teatrze muzycznym Roma. „Mamma Mia!” nie była moim wymarzonym tytułem. Ja wolałem „Nędzników - Les Miserables” albo „Miss Sajgon", takie tytuły, które były epickie w ogóle i szeroko grane. „Mamma Mia!” była wyzwaniem i powiedziałem – biorę. Teatr Roma w ogóle to było też marzenie…. Tutaj przysłużył się mój przyjaciel Sebastian Gonciarz, którego poznałem w Operze Nova, wspólnie robiliśmy Kopciuszka i potem jak się okazało 16 kolejnych edycji koncertów sylwestrowych które Sebastian do dziś je z powodzeniem realizuje. Natomiast w Romie Sebastian jest drugim reżyserem i jest też takim duchem nowoczesności, bo on jest takim detektywem tego co w świecie inscenizacji nowego pojawia się.
A dlaczego tak bardzo chciałeś pracować w Romie?
Mariusz Napierała w studiu Polskiego Radia PiK. Fot. Magda Jasińka/PR PiKObecnie zdarza Ci się odmawiać scenografii?
- Dzisiaj już mi się zdarza, to jest wynikiem różnych rzeczy, np. tego, że obecnie jestem dyrektorem teatru w Bydgoszczy, zajmuje sporo czasu, więc nie jestem w stanie pozwolić sobie już na to, żeby robić tyle, ile robiłem kiedy jeszcze nie byłem dyrektorem. Chciałem powiedzieć, że to nie ze złej woli, tylko z takiej może czystej higieny i myślenia bardziej czysto artystycznego. Czasami mi się obecnie zdarza odmówić, zawsze to robię z żalem, bo chciałbym robić wszystko, ale nie mogę. Pomyślałem sobie, że muszę trochę zmienić tempo życia, muszę trochę patrzeć bardziej w kierunku rzeczy, które są dla mnie jeszcze nowe, które chciałbym odkrywać, które chciałbym znaleźć w sobie. Są to ambicje artystyczne, które realizuję w przedstawieniach będącymi dla mnie wyzwaniami artystycznymi.