25 lat na scenie, dziesięć albumów i setki koncertów. Patrycja Markowska świętuje jubileusz swojej kariery, a utwór „Księżycowy” w wyjątkowej, akustycznej wersji koncertowej jest pierwszą zapowiedzią albumu „25 lat”. Jubileuszowe wydawnictwo Artystki, które ukaże się 1 października 2026, to muzyczne podsumowanie artystycznej drogi jednej z najbardziej rozpoznawalnych polskich wokalistek. Album przyniesie koncertowe interpretacje zarówno największych przebojów Patrycji Markowskiej, jak i utworów, które ona sama szczególnie ceni w swoim dorobku.
„...Powiem ci, że tak samo dopiero teraz jak mam to 25-lecie, to czasami się tak sama przytulam i mówię do siebie: „dobrze że byłaś w Józefowie, w podwarszawskim mieście, wychowywana bez luksusów i w takim raczej chłodnym chowie tamtych czasów, nie byłam przepieszczaną dziewczynką, bo bym chyba tego nie udźwignęła...”
Piątek, 2 października 2026 o godz. 20:05
Patrycja Markowska w warszawskim studiu. Ćwierć wieku na scenie, ale to brzmi, prawda?
- Dumnie to brzmi, to prawda…
... i właściwie ktoś by mógł zapytać, patrząc na Ciebie, na Twoją kondycję, czy Ty byłaś w przedszkolu jak zaczynałaś?
- Kochana jesteś. Wiesz co, zaczynałam nie w przedszkolu i powiem ci, że się cieszę z tego, bo jakby patrząc na zakręty w tej pracy, na sytuacje kiedy naprawdę jest się ocenianym, a teraz doszedł hejt, internet, to myślę, że młode głowy nie są bardzo odporne na to obciążenie i na tę presję. Też jak pokazuje czas, to ludzie, którzy zaczynali bardzo młodo, w takim wieku dziecięcym, mieli trudne losy i dużo wyzwań. Więc ja się cieszę, że rodzice powstrzymywali ten mój czas debiutu. Zawsze mi mówili, że muszę się uczyć i dojrzeć, a byłam wtedy bardzo niedojrzała. Myślę, że teraz to się wszystko dużo szybciej dzieje, ale przynajmniej byłam dorosła jak zaczynałam swoją estradową przygodę, bo miałam 21 lat wtedy. Wiesz, to były czasy studiów, już nie mogłam się powstrzymać i pamiętam, że zadebiutowałam piosenką „Musisz być pierwszy”, którą zaśpiewałam z naszym biegaczem Marcinem Urbasiem przed olimpiadą w Sydney.
Rodzice wiedzieli co robią…
- Tak to prawda. Wiesz, mama tancerka, więc to trochę inny świat, Centralny Zespół Wojska Polskiego, więc to trochę inne klimaty, ponieważ to nie taki typowy show biznes, z tymi wszystkimi przepisami, ale ciężki zawód. Natomiast tata wiedział też dokładnie co to jest śpiewanie dla kobiety i jak ciężko to jest tak naprawdę udźwignąć. Powiem ci, że tak samo dopiero teraz jak mam to 25-lecie, to czasami się tak sama przytulam i mówię do siebie: „dobrze że byłaś w Józefowie, w podwarszawskim mieście, wychowywana bez luksusów i w takim raczej chłodnym chowie tamtych czasów, nie byłam przepieszczaną dziewczynką, bo bym chyba tego nie udźwignęła.
Tata wiedział co mówi, bo był przez długi czas analogowy.
- On jest analogowy do tej pory, jest on wierny swoim zasadom hipisowskim. Zresztą moja najnowsza płyta koncertowa, którą wydaje Polskie Radio, za co jestem bardzo wdzięczna, to jest płyta z okazji mojego 25-lecia i pierwszym pomysłem była płyta winylowa, a dopiero potem radio zdecydowało się wydać też CD i oczywiście to będzie na platformach streamingowych 1 października. Jednak pierwszym takim naszym pomysłem, to był winyl. Najdłużej pracowaliśmy nad kolorami w ogóle tej płyty, samej winylowej, nad okładką, nad książką do środka. Ludzie często, mam wrażenie, chcą zajrzeć do środka, tam zobaczyć zdjęcia czy całą książeczkę. Ja mam taką zasadę, że po koncertach wszystkich biletowanych podpisuje do ostatniej płyty. Będę ją też podpisywać na tej trasie, która się teraz szykuje, na którą mogę państwa zaprosić, bo to jest trasa, która się zaczyna jesienią, a kończy zimą i jedziemy przez całą Polskę z pięknym koncertem z okazji 25-lecia. Jedziemy z jubileuszową trasą, akustyczną, gramy w pięknych miejscach, naprawdę w takich bardzo czarownych, eleganckich salach, więc szykujemy się już, a ja zapowiedziałam zespołowi, że muszą się elegancko ubrać (śmiech).
Przecież chyba pod krawat ich nie wciągniesz?
- Wiesz to też są trudne koncerty muzycznie, bo w koncertach plenerowych, czy klubowych jest dużo takiego szaleństwa, tłoku, hałasu, natomiast na tych pięknych akustycznych koncertach, które ja uwielbiam, wszystko słychać, każdy oddech. Jest bardzo intymnie i to jest duże wyzwanie, żeby taki koncert poprowadzić.
Zaprosiłaś gości specjalnych.
- Mariusz Objalski na harmonijce i Dawid Broszczakowski na trąbce, ale też tacy goście no z najwyższej półki. Cieszę się w ogóle, że oni tego dnia mogli być na tym koncercie. To było dla mnie dużym przeżyciem, bo Leszek Możdżer, który gra po całym świecie, czy Ray Willson, z którym już śpiewałam piosenki, ale też byli: Kamil Bednarek, Andrzej Krzywy, Dawid Karpiuk, no dużo gości i dużo emocji. A ta płyta jest taką „kropką nad i” tego jubileuszu.
Goście to sami mężczyźni.
- To prawda, też się na tym ostatnio zastanawiałam, ale wiesz co, ponieważ ja często piszę teksty jednak o takich relacjach damsko-męskich, to łatwiej chyba mi zapraszać facetów, pośród których jestem taką kotką, delikatną dziewczynką i lubię tę wymianę, taką że śpiewam po prostu z silnymi mężczyznami. Też zawsze wybieram sobie jednak panów o takim rockowym, męskim charakterze i to mnie kręci, bardzo.
Patrycja Markowska/fot. nadesłane
„Księżycowy” śpiewasz w niższej tonacji niż w oryginale?
- Tak, obniżamy czasami tonacje koncertowe, żeby było wygodniej, ale też dlatego, że głos się zmienia. Ja śpiewam w ogóle inaczej niż kiedyś, z czego się cieszę. Zresztą to jest dla mnie taki rozwój i odważam się śpiewać niżej, odważam się śmiać i odważam się dotykać takich rejonów w muzyce i też cenię oczywiście ten czas, kiedy zdzierałam gardło. Nadal to czasami robię, ale też jako kobieta już mama też mam chrapkę na inne zupełnie klimaty. Zawsze zazdrościłam Tanicie Tikaram, że ona po prostu śpiewa tak nisko i tak sobie pomyślałam Boże jaka odwaga. Zwykło się myśleć, że dziewczynki to muszą wysoko śpiewać, ale ona była chyba pierwsza wtedy, a dziś ja też się odważam.
Jak zaprosiłaś pięciu fantastycznych mężczyzn, zadzwoniłaś po prostu do nich?
- Ta, bo Leszka Możdżera, znam bardzo dobrze i się też przyjaźnię z jego managerką Dorotką, która mi od razu powiedziała: „słuchaj my jesteśmy teraz w Japonii, a w ogóle co chcesz”. Ona jest taka śmieszna i zawsze tak ze mną rozmawia wprost. Ja mówię: „Dorotka musicie być po prostu i koniec”. Dla mnie Leszek to jest taka jakość grania. My zagraliśmy utwór „Wyznanie” tak naprawdę pierwszy raz na żywo, więc to jest niesamowite. Nagraliśmy go na płytę: „Krótka płyta o miłości” kilka lat temu, ale pierwszy raz zaśpiewaliśmy to na żywo, więc to jest wyzwanie. To było takie pierwsze wyzwanie poważne, spotkać się wcześniej, a zagrać na koncercie razem, to dwie różne sytuacje. Czasami piszemy do siebie, ja zazwyczaj staram się też śpiewać z ludźmi, których lubię, więc jest łatwiej ich zapraszać do współpracy, a nie że sztucznie przez menedżerów z sobą rozmawiamy.
Też mamy klip „Księżycowy”, który był nagrywany w Berlinie?
- A masz na myśli ten pierwszy teledysk, tak, bo to nagrywaliśmy w Warszawie i teraz mamy teledysk koncertowy, z jubileuszu, który Polska Telewizja zarejestrowała i jest dostępny na VOD.
A Ty wolisz granie elektryczne, czy akustyczne?
- Coraz częściej się lepiej czuje w tej wersji akustycznej, jakby w ogóle jest wszystko na wierzchu i ta intymność wymaga takiego ogromnego skupienia, ale ja bardzo lubię to, a potem to trochę szalejemy, tańczymy z moim basistą, strzelamy nogami do góry, więc to jest zupełnie inna energia, ale obydwie lubię.
Co powiedzieli rodzice, byli wzruszeni, przechwalali Cię?
- Tata już jak obejrzał ten koncert w telewizji, to powiedział, że była jakość pracy dźwięków, aranżacji, dopieszczenia i zgadzam się z tym. Zgadzam się, że to piękne ukoronowanie mojej drogi. Dużo włożyliśmy serca w ten koncert, a ja kocham koncerty, to jest myślę najsilniejsza moja strona i zawsze była, więc cieszę się, że on powstał.
To bardziej ukoronowanie pewnego etapu, bo przecież jesteś w świetnym wieku, w najlepszym powiedziałabym wieku.
- Dziękuję ci. Wiesz co, na pewno z jednej strony tak, ale z drugiej myślę to zamyka jakiś etap. Teraz ja tak czuję się, że nie ma jakiegoś takiego szarpania, mam takie poczucie, że teraz mogę spokojnie sobie dryfować i czekać na to, co mi los przyniesie, bo nie czuje żebym musiała coś jeszcze udowadniać. 25 lat walczę o to, żeby ludzie uwierzyli. Z drugiej strony kto ma uwierzyć, to już uwierzył, a teraz mogę się rozkoszować tylko robieniem muzyki, pisaniem tekstów i graniem koncertów.
Patrycja Markowska/fot. nadesłane
Różne zakręty w życiu też miałaś, prawda?
- Oczywiście, wiesz ten zawód bywa bardzo trudny, nieraz niewdzięczny, bo z jednej strony ludzie cię kochają i naprawdę czasami to aż tak nie wiadomo jak zareagować na te słowa i na to, co ludzie piszą, jak przeżywają te koncerty. Ta sympatia jest oczywiście wspaniała, ale aż czasami krępująca. A potem przychodzi fala hejtu, na przykład za coś, co nie uważasz, że jest zasłużone. Ludzie chcą cię zlinczować i to też jest przerażające. Wtedy więc jak się nie ma takiego w sobie korzenia, tego kim się jest, to może być ciężko. Dlatego tak ważne jest, żeby samemu siebie budować. Ja przez te lata terapii i jednak pracy ciężkiej wydawałam sukcesywnie, co dwa, trzy lata płyty. Nie każda była wielkim sukcesem, ale każda była krokiem naprzód dla mnie i takim rozwojem. Budowałam siebie po prostu i mam teraz taki repertuar, że na tych koncertach jesiennych nie wiem co wybrać, bo za każdym razem staram się dla fanów coś jednak dodać. Na przykład teraz chcemy dodać piosenkę, to ci w tajemnicy już mówię, bo jesteś pierwsza: „Kilka prostych prawd”, która ma bardzo dużo odsłon na Spotify i na YouTubie i się cieszy popularnością, więc stwierdziłam, że trzeba do niej wrócić. Za każdym razem coś dodajemy nowego do repertuaru, ale to jest jednak 10 płyt, więc to jest ponad 100 utworów, z których trzeba wybrać te najlepsze na koncert.
Bardzo konsekwentnie szłaś przez te 25 lat przez życie i przez życie artystyczne, ktoś by mógł powiedzieć: no cóż przecież jej jest o wiele łatwiej, ale ty się na pewno zmagałaś z tą magią nazwiska, z udowadnianiem, że jest się wystarczającym, co najmniej, bo ktoś by mógł pomyśleć, że jak jesteś córką słynnego Grzegorza Markowskiego, to już masz z górki.
- Ktoś kto zna tę branże nigdy tak nie powie, więc i też, czy ktoś tak myśli kto jest przychylny ludziom i ktoś kto sam się ze sobą dobrze czuje? Można zadebiutować dzięki nazwisku bardzo szybko i to jest w ogóle nieporównywalne z kimś, kto jest znikąd i nie ma znajomości. Jednak to jest rozgłos chwilowy, bo nikt nie jest głupi. Ludzie nie kupują płyt, nie chodzą na koncerty i nie interesują się osobami, które nie są interesujące. Więc jeżeli się nie rozwijasz, nie masz czegoś do powiedzenia to jesteś na straconej pozycji, nawet gdybyś miał znane nazwisko. Zastanawiałam się ostatnio nad tą falą hejtu nad Heleną Englert, która jest piękną dziewczyną. Byłam na Hamlecie w Teatrze Wielkim i stwierdzam, że naprawdę świetnie gra. Czy ona jest gorsza niż Julka Wieniawa na przykład? Obydwie dziewczyny i śpiewają, grają, więc ja nie bardzo wiem, za co jakby jest ten hejt. Za to, że spełniamy swoje pasje, marzenia, że jesteśmy obydwie pracowite, bo ja jestem pracoholiczką, przez to mi bardzo dużo też odbiera w życiu, ale cały czas pracuję. Zastanawiam się czy w ogóle z tym da się wygrać i myślę że nie warto w ogóle z tym walczyć.