Poniedziałek, 08 sierpnia 2022 r.   Imieniny: Cypriana, Emiliana, Dominika
Polskie Radio PiK » Zwierzenia przy muzyce

Gość programu

Adriana Witucka

Adriana Witucka Fot. Magda Jasińska
Adriana Witucka Fot. Magda Jasińska
Polskie Radio PiK - Zwierzenia przy muzyce - Adriana Witucka
Dyplomowana malarka, współpracowała m.in. z Jerzym Hoffmanem przy „Starej Baśni”. Od blisko 30 lat prowadzi pracownię ceramiki artystycznej przy Kujawsko-Pomorskim Centrum Kultury. Podróżuje po świecie i opiekuje się dość liczną gromadką zwierząt – czterema owczarkami węgierskimi MUDI i czterema kotami.

„Każdy człowiek otacza się pewnymi ludźmi, z którymi dobrze się czuje i wraca do miejsc, w których się dobrze czuje...”

Piątek, 29 lipca godz.20:05
Spotykamy się w pięknych okolicznościach przyrody i to jest apogeum ciepła. Adriana Witucka - dla znajomych i przyjaciół Ada prowadzi - jak teraz naliczyłyśmy, co najmniej od 26 lat prowadzi pracownię ceramiki artystycznej przy Kujawsko-Pomorskim Centrum Kultury w Bydgoszczy. O Twoich pasjach psich i kocich już rozmawiałyśmy, natomiast zapytam jak do tego doszło, że przed laty w Wojewódzkim Ośrodku Kultury powstała taka pracownia.

- Każdy człowiek otacza się pewnymi ludźmi, z którymi dobrze się czuje i wraca do miejsc, w których się dobrze czuje. Takim jednym z moich miejsce na ziemi, na terenie Polski - bo w ogóle jestem też podróżnikiem, odwiedziłam kilkadziesiąt krajów świata - jest Łucznica. Moja serdeczna przyjaciółka kiedyś zakładała Stowarzyszenie Łucznica. Jest to takie miejsce, gdzie do tej pory zjeżdżają artyści z całej Polski, ale za moich czasów, było to miejsce, gdzie wszyscy zjeżdżali na plenery artystyczne. Tam można było nie tylko uczestniczyć w warsztatach ceramiki, batiku i różnych innych dziedzin, ale latem zawsze były tak zwane letnie warsztaty malarskie. Ja wtedy malowałam, jeszcze nie byłam „skażona” ceramiką i na którymś z takich plenerów nieopacznie weszłam do pracowni ceramicznej, którą prowadziła wtedy wspaniała artystka Pola Kurcewicz-Krystyniak i totalnie zakochałam się w ceramice.

I porzuciłaś malarstwo?

- Nie rzuciłam pędzli, bo wzięłam krótki urlop i zakochałam się w Poli, która wspaniale potrafiła przekazywać tajniki tej sztuki. Pierwsze, co zrobiłam, to natychmiast zapisałam się na kurs ceramiki artystycznej, który prowadziła Pola razem ze swoim mężem Albertem Krystyniakiem, rewelacyjnym technologiem ceramiki. No i tak już zostałam. Później pomagali mi we dwójkę zakładać pracownię, w której w tej chwili jesteśmy. Tutaj kiedyś był wielki ogród i taka stara chatka, którą ówczesny dyrektor Wojewódzkiego Ośrodka Kultury wykupił, ale oczywiście nie na moją pracownię, tylko z myślą o tym, żeby stworzyć tutaj amfiteatr czy jakiś teatr letni. Ja dostałam wtedy dużą dotację z ministerstwa kultury i powstała z prawdziwego zdarzenia pracownia ceramiki artystycznej. Ale już wcześniej prowadziłam też działania pod kątem ceramiki, ponad 30 lat temu na terenie Bydgoszczy. Wtedy nie było tu nic. To była taka pustynia pod względem ceramiki. Było kilku garncarzy ludowych, którzy pracowali dla Cepelii i była jedna koleżanka, która robiła maski lalek porcelanowych, nic więcej. W tej chwili praktycznie mamy prawie we wszystkich przedszkolach zajęcia z ceramiki, w wielu szkołach podstawowych są też zajęcia, działa kilka pracowni na terenie Bydgoszczy, z czego jestem bardzo dumna. Kiedyś ktoś mi powiedział, że mistrza poznajesz po jego uczniach. Więc ja już jestem bardzo spełniona, bo mam wspaniałych uczniów, którzy samodzielnie pracują i mają swoje pracownie. Wiem, że kiedy odejdę, już tak na zawsze na emeryturę i zakopię się w tym moim ukochanym Łabiszynie, to ceramika nie umrze.
Adriana Witucka. Fot. Magda Jasińska
Adriana Witucka. Fot. Magda Jasińska
Ale żeby nie było tak chaotycznie, to wróćmy do początków. Pochodzisz z Bydgoszczy?

- Nie, jestem z Pałuk. Urodziłam się w Kani. To jest taka mała wioska między Łabiszynem a Barcinem. Od samego początku byłam związana z Biskupinem, bo tam jeździłam na wakacje i chyba tam też zaraziłam się ceramiką pradziejową. Zaczęto robić doświadczenia na terenie Biskupina z czarną ceramiką. Tam udało mi się opracować technologię wypalania ceramiki łużyckiej w piecach jamowych.

Kiedy mała Ada miała sześć, siedem lat, zaczęła chodzić do szkoły, to już wtedy myślała, że będzie artystką?

- Podejrzewam, że wcześniej. Moja mama mi opowiadała, że jak byłam mała, to miałam taki okres, że podbierałam mojemu tacie duże gwoździe i robiłam w ścianie rysunki gwoździami. Wpychałam w to plastelinę, bo te same ryty mnie nie zadowalały. Potrzebowałam koloru i pchałam tam plastelinę. Kiedy ściana już była całkowicie poryta, to moja mama przestawiała meble, żeby to przykryć, ale odsłaniała mi następny kawałeczek ściany. Kiedy już wszystko było poryte, to tata robił remont. Myślę więc, że już wtedy wiedziałam, że będę artystką.

Już w szkole były pomysły, żeby robić to zawodowo?

- Nie, absolutnie, przecież najpierw chciałam być Indianinem, potem fryzjerką i pamiętam, że ostrzygłam wszystkie lalki. A były one wtedy bardzo drogie i mama powiedziała, że w życiu mi już nie kupi lalki. Potem chciałam być archeologiem, bo jeżdżąc do Biskupina, wszyscy chcą być archeologami, tylko że skończyłam Liceum Plastyczne i nie znałam tego antycznego języka. Chciałam składać papiery na archeologię śródziemnomorską i robić badania w Egipcie, nawet w liceum pisałam pracę dyplomową pod tytułem: „Przewrót społeczno-polityczny za czasów Amenhotepa”. To była taka bardzo ambitna praca, ale potem stwierdziłam, że jednak pójdę w innym kierunku, czyli zostanę przy tym przyjemnym malarstwie, bo przecież nie znam ani łaciny ani żadnego języka antycznego.

I co wybrałaś?

- No poszłam po linii najmniejszego oporu, czyli malarstwo sztalugowe, na które się za pierwszym razem nie dostałam, dopiero za drugim mi się udało. Ale nie żałuję, bo na studiach prowadziło się fajne życie. Najpierw to był Kraków, potem Warszawa, a Liceum Plastyczne w Bydgoszczy. Z Krakowa mamusia mnie przeniosła, całe szczęście, bo pierwszy raz w życiu odkrywam, że jest życie towarzyskie.

A w Warszawie już było spokojnie?

- Może nie, ale bardziej chodziłam po ziemi.

I już wtedy wiedziałaś, że wrócisz do Bydgoszczy?

- Nie, miałam inne plany, ale to życie zawsze je weryfikuje. Tutaj miałam mamę i wiadomo, że córka zawsze chce być przy mamie. Były takie pokusy i nawet miałam propozycję, żeby zostać. Jeździłam już wtedy po całym świecie, ale zawsze mnie tutaj ciągnęło. Aczkolwiek już miałam taki moment, że mieszkałam ileś lat na terenie Brazylii, w Manaus. Nawet kupiłam tam sobie mieszkanie, takie malutkie, bo tam chciałam zostać. Potem miałam takie plany, że jak przejdę na emeryturę, to wyjeżdżam do Brazylii i tam będę sobie wśród moich ukochanych przyjaciół mieszkać, ale też życie wszystko zweryfikowało. Tam obecnie mieszka moja adoptowana córka, a ja już wiem, że moje miejsce na ziemi teraz już będzie do końca chyba w Łabiszynie. Bardzo dobrze się tam czuję z moim stadem zwierząt.

A ten zew podróżniczy, kiedy się odezwał?

- Był zawsze, od dziecka, tylko że kiedyś nie było takiej możliwości wyjeżdżania. Pamiętam moje pierwsze podróże, pierwszy raz za granicą. To nie była Turcja,jak u większości w Polsce, tylko Bułgaria – Warna. Pamiętam paszport, który dostałam i który musiałam oddać po powrocie, książeczkę walutową na 20 dolarów. Nie wiadomo było, co z tym robić. Także to były inne czasy. Dopiero po 90. roku mogłam wyjeżdżać, ale wiadomo, że nie było pieniędzy na takie wyjazdy, które chciałam realizować, bo ja to chciałam jechać w Himalaje, Amazonię, do Ameryki Południowej. Dzięki nieżyjącemu już wspaniałemu człowiekowi Andrzejowi Grzębowskiemu poznałam właściwie cały świat i poznałam język esperanto, weszłam w ruch esperancki i dzięki temu można było zwiedzić Europę. Wtedy też były pierwsze wyprawy do Australii, czy do Ameryki Południowej i do Amazonii.

I potrafiłaś tak wiecznie godzić te wszystkie swoje zwariowane pomysły i pasje?

- Sama nie wiem jak, ale jakoś tak wyszło. Jedno z drugim się musiało zgodzić i musiałam mieć czas na wszystko.