Czwartek, 02 lutego 2023 r.   Imieniny: Marii, Miłosława
Polskie Radio PiK » Zwierzenia przy muzyce

Gość programu

Eleonora Harenderska

Eleonora Harenderska. Fot. Filharmonia Pomorska
Eleonora Harenderska. Fot. Filharmonia Pomorska
Polskie Radio PiK - Zwierzenia przy muzyce - Eleonora Harenderska
Muzykolog, wieloletnia dyrektor Filharmonii Pomorskiej im. Ignacego Jana Paderewskiego w Bydgoszczy.

„...dyrektor Andrzej Szwalbe sobie mnie wymyślił. Odnalazł mnie w Warszawie, no i tak to się zaczęło (...) potrzebował kogoś, kto będzie muzykologiem, będzie w tych kwestiach zorientowany, taka osoba była mu potrzebna. A ponieważ dowiedział się, że kończyłam w Bydgoszczy liceum muzyczne i studiuję w Warszawie, właśnie kończę muzykologię, to była dla niego okazja, żeby mnie zachęcić (...) Artysta jest człowiekiem bardzo wrażliwym, no i oczekuje jakiegoś takiego ciepła, a to wszystko się zdarzało w filharmonii. Także do dzisiaj wielu wspomina, że zaczynało tu swoje kariery i rzeczywiście tu było wyszukiwanie młodych, zdolnych ludzi, których zapraszało się do Filharmonii, żeby występowali...”


Piątek, 27 stycznia godz. 20:05
Szwalbe
Z Filharmonią Pomorską związana była Pani, dobrze liczę - 50 lat?
- Tak, 50 lat. Zaczęłam pracę w 1965 roku, a skończyłam w 2015.

Zaczęła Pani zaraz po studiach i to nie miała być praca na całe życie?

- W zasadzie zaczynałam pracę na piątym roku studiów. Dyrektor Andrzej Szwalbe sobie mnie wymyślił. Odnalazł mnie w Warszawie, no i tak to się zaczęło. Ponieważ miałam wcześniej pozdawane końcowe egzaminy i została mi tylko praca magisterska do napisania, to przyjechałam do Bydgoszczy, ale w ogóle nie planowałam, że będę w Bydgoszczy na stałe, ponieważ miałam zupełnie inne plany. Życie przyniosło niestety inne rozwiązanie.

No tak chyba nie do końca „niestety”, bo to była fantastyczna przygoda.
- Na pewno, tylko wtedy w ogóle nie kalkulowałam, że wrócę do Bydgoszczy. Wiadomo, młody człowiek wcześniej nie bywałam w Warszawie. Warszawa była miastem ciekawym, teatry, koncerty ... a Bydgoszcz mi się wydawała strasznie spokojnym miastem. Nie sądziłam, że się tu odnajdę, bo w Warszawie mieszkałam prawie 5 lat w akademiku. Miałam bardzo fajne koleżanki i kolegów, tam rzeczywiście było inaczej.

I od początku dyrektor Szwalbe dał Pani pewne konkretne zadania, między innymi Bydgoski Festiwal Muzyczny i Kongresy Musica Antiqua Europae Orientalis.
- Przede wszystkim kongresy, ponieważ zaczęły się Festiwale i Kongresy Musica Antiqua Europae Orientalis. Dyrektor Szwalbe potrzebował kogoś, kto będzie muzykologiem, będzie w tych kwestiach zorientowany, taka osoba była mu potrzebna. A ponieważ dowiedział się, że kończyłam w Bydgoszczy liceum muzyczne i studiuję w Warszawie, właśnie kończę muzykologię, to była dla niego okazja, żeby mnie zachęcić.

Filharmonia przez te 50 lat zmieniała się, mimo że do tej pory co niektórzy uważają, że to jest dość oldskulowe miejsce z genialną akustyką.
- Na pewno nadal, jeśli chodzi o akustykę, to jest chyba jedna z najlepszych sal w Polsce. Tak się szczęśliwie złożyło, bo z akustyką to był przypadek. Można powymyślać nie wiadomo jakie wzory, nie wiadomo jakie urządzenia, ale to jest po prostu trochę metafizyka, tak jak to w muzyce bywa z instrumentami, które mają dusze. Może zabrzmi to niepoważnie, ale tak jest. Jeśli instrument ma dusze, to potrafi odpowiednio śpiewać, potrafi wyczuć swojego muzyka, który na nim gra i to jest niesamowita współpraca między instrumentem a człowiekiem. To jest jakaś mistyka, naprawdę.

Czyli można powiedzieć, że przez przypadek udało się wybudować taką salę koncertową?
- Ja myślę, że było w tym trochę przypadku. Zresztą akustyk, który robił również akustykę w innych obiektach w Polsce, a świetna akustyka jest w sali koncertowej Polskiego Radia w Warszawie (studio im. Lutosławskiego), ale są inne sale, które już mu się tak nie udały.

Jakie szczęście, że tu się udało? I naczelnym punktem, który przyświecał Państwu, to było to, aby nie zepsuć tej akustyki.
- Żeby nie zepsuć. Tym bardziej to było budujące, że ta akustyka jest taka cudowna, ponieważ to były inne czasy. To był czas realizmu socjalistycznego i to nie miała być tylko sala koncertowa, to miała być sala kolumnowa. Miały być kolumny, tak mniej więcej jak w Pałacu Kultury w Warszawie. I dopiero w momencie kiedy umarł Stalin, można było to wszystko odrzucić i zacząć tworzyć salę na potrzeby Filharmonii. Na potrzeby muzyki, a nie zjazdów partyjnych, bo to miała być sala zjazdów partyjnych, a przy okazji jeszcze na koncerty. Może zwrócę uwagę, że dach filharmonii jest płaski. Dlaczego? Bo tam miała być olbrzymia kopuła, która miała korespondować z kopułą Bazyliki, żeby ją jakoś zdominować. W końcu jak już mówiłam, to były czasy realizmu socjalistycznego. Dookoła filharmonii na podestach miały być różne postacie, miały być posągi kamienne. Kogo miały przedstawiać? Nie bardzo w tej chwili przypominam sobie, ale to miała być sala po prostu wykorzystywana również do zjazdów partyjnych.

Czy od razu była taka myśl, żeby w Filharmonii były dwa zespoły instrumentalne?
- Nie, Capella, znaczy Zespół Muzyki Dawnej Capella Bydgostiensis powstała znacznie później, w latach 60. Najpierw była orkiestra symfoniczna, bo wcześniej była w Bydgoszczy przede wszystkim orkiestra radiowa, która nie bardzo miała gdzie się podziać. Koncertowała w Teatrze, w Pomorskim, Domu Sztuki. Pamiętam, bo chodziłam jako dziecko na te koncerty. To była bardzo dobra orkiestra radiowa, trzeba było dla niej znaleźć jakieś pomieszczenie, żeby mogła rzeczywiście funkcjonować i stąd ten pomysł budowy sali. No ale jak mówiłam wcześniej, to miała być sala przeznaczona przede wszystkim na zjazdy partyjne.

Na całe szczęście stało się inaczej i mamy dzięki temu wyjątkową, pod względem akustycznym, salę.
- Tak, chociaż ma wiele mankamentów, bo nie było zapadni, nie było wielu przyrządów, które są potrzebne.

Do dziś nie ma zaplecza. Prawda?
- Nie było zaplecza, bo to wszystko było zminimalizowane. Były zupełnie inne plany. Za moich czasów odwiedzał nas Bogdan Piestrzyński konstruktor Filharmonii. Wielokrotnie rozmawialiśmy godzinami na temat tego budynku. Pokazywał mi różne rysunki, różne projekty. Jak to miało wyglądać? Miała być winda do instrumentów. Nie było tej windy, były pomieszczenia, potem było to wszystko zamieniane, było kombinowane, żeby było tanio, żeby nie przekroczyć pewnych kosztów, więc nie można było dokładać jakiś zadań dla tego budynku. No i stąd właśnie były problemy przez cały czas z zapleczem.

Ale była Pani dumna z tego obiektu i też z miejsca, w którym pracowała.
- Oj to na pewno. Po pierwsze jestem bydgoszczanką. Byłam na otwarciu Filharmonii, bo jak wspomniałam wcześniej, chodziłam jeszcze do liceum muzycznego, więc koncerty w tym gmachu, to było niesamowite przeżycie. To było wielkie wydarzenie. To były piękne czasy młodzieńcze. Młodzież liceum muzycznego bywała na tych koncertach. Przyjaźniliśmy się też z uczniami szkoły plastycznej, czy Jedynki na Placu Wolności. Razem tworzyliśmy jakąś taką zgraną grupę ludzi, którzy lubili muzykę i kulturę.

Tym bardziej, że w pobliżu nie było innych filharmonii.
- Prawda, to była jedna z nielicznych filharmonii. Jeszcze przecież nie było łódzkiej, nie było też gdańskiej, nie było wielu obiektów. W zasadzie dużo instytucji nie miało własnego gmachu, a my byliśmy na samym początku, jeśli tak można powiedzieć.

Filharmonia Pomorska stała się tą instytucją, która otwierała szeroko drzwi wielu młodym, utalentowanym artystom, chociażby dyrygentom, czy też instrumentalistom. Oni do tej pory tym się chwalą, kiedy już dzisiaj są bardzo znani.
- Artyści chwalą się, że tutaj w filharmonii rozpoczynali swoją karierę artystyczną. Ja myślę, że też był odpowiedni klimat. Wszyscy żyliśmy muzyką i jakoś ci ludzie się dobrze u nas czuli, co też było ważne. Bo to, co się dzieje na zapleczu, jaki jest stosunek pracowników do artystów, którzy przyjeżdżali, którzy tutaj odnajdywali po prostu dom, to jest szalenie ważne. Artysta jest człowiekiem bardzo wrażliwym, no i oczekuje jakiegoś takiego ciepła, a to wszystko się zdarzało w filharmonii. Także do dzisiaj wielu wspomina, że zaczynało tu swoje kariery i rzeczywiście tu było wyszukiwanie młodych, zdolnych ludzi, których zapraszało się do Filharmonii, żeby występowali. Na przykład do dzisiaj pisze do mnie świetny pianista Paweł Kowalski, który tu stawiał swoje pierwsze kroki. Jak gdzieś koncertuje, a niedawno miał koncert z Maksymiukiem, to informuje mnie o tym. Podobnie Krzysiu Jakowicz, który się odzywa, jeśli gdzieś się odbywa jakaś ważna impreza muzyczna, także cały czas mam kontakty z tamtych lat i cieszę się, że ludzie porobili znakomite kariery.

Tutaj też rozpoczynał swoją drogę artystyczną dyrygent Antoni Wit.
- Tak. Oczywiście, to po konkursie w Berlinie, konkursie Karajana, na którym zajął drugie miejsce. Wtedy tak się złożyło, że wygrał Gabriel Chmura. Ja myślę, i Antoni Wit też to przyznał, że nie do końca przemyślał strategię, reżyserię tego ostatniego występu z orkiestrą, chociaż jak zaczynały się przesłuchania konkursowe, to orkiestra mu biła brawo, co się niezwykle rzadko zdarza.

Antoni Wit przez kilka lat pracował z naszą orkiestrą.
- Nie był to długi czas, bo potem poszedł do Warszawy i wiadomo było, że to był moment przejściowy.

Też swoimi początkami w Filharmonii Pomorskiej chwali się inny dyrygent Jose Maria Florencio.
- Wielu można tutaj wymienić, już wszystkich dokładnie nie pamiętam, bo to już tyle czasu minęło. Oprócz Florencia był też Tomasz Bugaj czy Marek Pijarowski i jest cała lista dyrygentów, którzy w zasadzie na początku swojego startu byli zapraszani do naszej Filharmonii.
Eleonora Harenderska. Fot. Filharmonia Pomorska
Pani Dyrektor, czy przez te 50 lat przygody z Filharmonią Pomorską nigdy Pani nie żałowała, że ta przygoda, która miała być tylko na chwilę, stała się dziełem życia. - Były moment, to był okres stanu wojennego. Zaplątałam się w jakieś takie sytuacje polityczne i wtedy po ogłoszeniu amnestii, musiałam się natychmiast zgłosić do pracy, bo inaczej by mi anulowali moją umowę. Wtedy zauważyłam, że wszyscy widząc mnie chodzą pod ścianą. Nikt nie chciał mi podać ręki, nikt nie chciał się ze mną przyjaźnić. To było o tyle dziwne, ponieważ zaocznie mnie wybrano do Solidarności. Zostałam wiceprzewodniczącą, nie będąc na żadnym zebraniu. Wtedy mówili: ty musisz wejść, więc się zgodziłam. No i potem byłam konsekwentna, zabrnęłam w pewne sprawy i wtedy żałowałam, że jestem w filharmonii. Ale to była chwila.