Sobota, 06 marca 2021 r.   Imieniny: Róży, Jordana, Agnieszki
Polskie Radio PiK » Zwierzenia przy muzyce
Plichta

Gość programu

Marek Raduli

Marek Raduli. Fot. Magda Jasińska
Marek Raduli. Fot. Magda Jasińska
Gitarzysta, perkusista, aranżer, niedawno obchodzący 40-lecie pracy artystycznej.

„Daję tyle, ile fabryka dała. Trzeba wykorzystać potencjał. Życie jest krótkie, jest zaskakujące. Widziałem ludzi odkładających coś na potem, których już dzisiaj nie ma i pewnie żałowali, że czegoś nie zrobili. Ja muszę zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby nie żałować, że czegoś nie zrobiłem…”


Piątek, 5 marca godz.20:05
Szczerze mówiąc od strony perkusyjnej to Pana nie miałam okazji usłyszeć. Jest Pan także aranżerem, kierownikiem muzycznym różnych przedsięwzięć i projektów.

- Także kierownik zespołów, bo lubię zbiorowość.

I gadułą… Zacznijmy może od węgierskiego pochodzenia Pana taty. Czy Pan czuje odrobinę węgierskiej krwi?

- Nie. Dowiedziałem się o tym stosunkowo późno, w momencie, kiedy uświadomiłem sobie, że moje nazwisko nie posiada polskiej końcówki – ski. Nie jestem Radulski... Jak to by było ładnie, ta końcówka chyba bardziej by mi pasowała. Trudno było mi przyzwyczaić się do tego nazwiska.

I cierpiał Pan z powodu nazwiska?

- Jako młodzieniec tak. Nie rozumiałem tego, że to nazwisko wpływa na mnie. A ono jakoś tak wpływało na mnie negatywnie, nie lubiłem jak ktoś mówił do mnie po nazwisku. Dzisiaj dopiero doceniam jego wartość, bo to niespotykane nazwisko. Może nie tyle unikatowe, ile niespotykane u nas w kraju.
Marek Raduli. Fot. Magda Jasińska
Marek Raduli. Fot. Magda Jasińska
A Pan sam potrafi się bawić swoim nazwiskiem - pisze Pan, że „raduli się...”

- Raduli się serce moje... Tak, to jest bardzo ładne i to mi pomogło przetrwać i przyzwyczaić się poniekąd do tego, jaka jest geneza tego nazwiska. Potem to mnie trochę zainteresowało. Rodowity Węgier, który parał się symulacjami drzew genealogicznych uświadomił mi skąd są korzenie. Okazało się, że rzeczywiście mikstura jest dość wyjątkowa, bo to mój dziadek po stronie miecza, czyli po stronie ojca, był Węgrem, babcia była Rumunką, a mama była góralką z Beskidu Żywieckiego, czyli taka mikstura dość wybuchowa.

To musiał z tej mikstury wyrosnąć artysta…

- Nie musiał, ale jakoś wszystko wskazuje na to, że w tę stronę podążyłem. Początkowo był pomysł na perkusję, pomysł z zamiłowania i pasji, bo w sumie wielu pasji doznałem w swoim życiu i takich zainteresowań. Największą była chyba dziecięca pasja latania, nawet zdawałem do Dęblina, do szkoły lotniczej, ale z domu wyniosłem gen muzyczny, bo ojciec był muzykantem i w domu rzeczywiście grano dość często. Regularnie co sobota i niedziela schodzili się tacy prawdziwi pradawni grajkowie i grywali na różnego rodzaju lutniczych instrumentach. Wtedy z małą świadomością podchodziłem do tego tematu, ale jako dziecko rzeczywiście byłem nasączany dźwiękami, które dzisiaj gdzieś się odzywają w mojej duszy.

Zdawał Pan do Dęblina i co takiego się wydarzyło? Nie zdał Pan?

- Zostałem odrzucony na pierwszym badaniu lekarskim. Powiedziano mi: „Drogi chłopcze, ale z tym zdrowiem, to ty sobie rady nie dasz”.

Bo tam trzeba być zdrowym.

- Tak. Tam trzeba być zdrowym, trzeba spełniać ściśle określone kryteria, których na szczęście i dzięki Bogu nie spełniłem i dzisiaj jestem z tego powodu bardzo szczęśliwy, ponieważ tą drugą pasją, była pasja związana z muzyką i sportem jednocześnie, bo te dziedziny mi się zawsze przeplatały, czyli chęć do latania i muzyka. Dzięki muzyce mogę powiedzieć, że odlatuję, a zdrowie nie jest na tyle tragiczne, żebym nie mógł uprawiać tego zawodu, bo w tym zawodzie to jest bardzo istotne, zdrowie to jest podstawa. Nigdy mi się nie zdarzyło, przez 40 lat pracy zawodowej, żebym był chory, a jeżeli nawet byłem, to siłą woli umiałem poradzić sobie z dolegliwościami i nie opuściłem żadnego koncertu. Nigdy nie zdarzyło się tak, że byłem nieobecny.

Kiedy Pan zrozumiał, że zdrowie w tym zawodzie to podstawa?

- Późno. Zdałem sobie z tego sprawę dopiero w momencie, kiedy zaczęło się odzywać się szereg dolegliwości związanych z niehigienicznym trybem życia. A wiadomo, w rock and rollu nie ma mowy o higienicznym trybie życia. To były lata osobliwe, bo lata 80., koniec lat siedemdziesiątych. Lata 80., lata 90. w naszym kraju spowodowały to, że jedyną taką sytuacją ucieczki, odskoczni, żeby przetrwać pewne trudne sytuacje, takie jak dwa - trzy koncerty dziennie przez 2 tygodnie, to była wódka i ewentualnie bigos na stacji kolejowej, bo jeszcze wówczas stacji benzynowych nie było. Bigos i wódka były dla nas takimi przetrwalnikami. Przetrwało niewielu tak prawdę mówiąc, bo wielu moich kolegów dzisiaj albo cierpi z tego powodu, że nadużywali albo wręcz odeszli z powodu przemęczenia organizmu.

I niech Pan zobaczy, jak się czasy zmieniły.

- W tej chwili zupełnie się przewartościowały pewne sprawy wśród artystów, również przede wszystkim wśród młodych artystów. Współczesna młodzież dba o siebie, nikomu nawet przez myśl nie przejdzie, żeby wlać w siebie jakiejś substancji i wyjść na scenę, nie ma takiej możliwości. Kiedyś to nie przeszkadzało. Ja z perspektywy patrząc, nigdy nie wyszedłem pijany, choć nie stroniłem od różnego rodzaju używek. Jakby ta opatrzność powodowała świadomość, szacunek do zawodu. Krótko mówiąc, nawet pamiętam takie przyrzeczenie gdzieś, że gdyby mi się zdarzyło, że wyjdę pijany na scenę, znaczy, że tracę kontrolę i przestaje siebie szanować i szanować słuchacza. Nie da się grać po żadnych używkach. Oczywiście świat sztuki zna takie przypadki, przecież wiemy, co się działo w latach 60., 50. w jazzie, on był wręcz oparty na substancjach różnego rodzaju. One rzeczywiście kreują inną rzeczywistość, która pozwala na łamanie barier i pewnych rzeczy by nie było, gdyby nie substancje, ale jeżeli już mówimy o rzetelności podchodzenia do pracy i szacunku do samego siebie, to trzeba sobie zdać sprawę z tego, że używki mają krótkie nogi.

To trochę Pana wyprowadziłam w pole, bo pytałam o perkusję i o gitary. To dlaczego perkusja nie przetrwała?

- Przetrwała. Perkusja była tym pierwszym instrumentem, po tym szoku jaki był związany z tematem przewartościowania swojego życia, czyli „nie będę pilotem, to kim będę”? Wiadomo, że muzykiem, bo ta pasja zawsze była, natomiast w momencie, kiedy stawiłem się do Dęblina, to już chodziłem do szkoły muzycznej, bo poszedłem do szkoły podstawowej muzycznej dość wcześnie i wybrałem sobie instrument, którego tak de facto w szkole muzycznej w Kędzierzynie - Koźlu nie było. Profesor, który uczył mnie gry na perkusji, był świetnym trębaczem - wspaniały pan - zawsze pamięta się swojego pierwszego nauczyciela. Był znakomitym trębaczem a przede wszystkim był muzykiem restauracyjno - gastronomicznym na wysokim poziomie. Grał w najlepszych knajpach na terenie województwa, przez co bardzo szybko wciągnąłem się i wyruszyłem w tak zwane pola eksploatacyjne, czyli na wszystkie dancingi, niejednokrotnie ze striptizem, co w latach 70. było szokujące, a zwłaszcza dla chłopca, który miał 15 lat.

A ta różnorodność stylistyczna jest Panu potrzebna? Wiem, że jako Bliźniak to może tak, Bliźniaki często i szybko się nudzą, w związku z tym to może być pewnego rodzaju dopełnienie.

- To właśnie jest wynik tego, że uważam, że żeby być kreatywnym w jakimś projekcie, czas jest dość ograniczonym elementem, potem zakrada się rutyna, potem przyzwyczajenie, niejednokrotnie wygodnictwo i człowiek traci taki pazur. Znowu potem trzeba dużo czasu, a częste zmiany powodują to, że to są wyzwania artystyczne, to jest zjawisko, ponieważ to są ciągłe egzaminy.

W ogóle scena, estrada to ciągły egzamin.

- No ale jeżeli gra się jeden utwór 10 lat, to już nie jest egzamin, to jest po prostu powielanie pewnych starych ścieżek. Wtedy już nawet działa tak zwana pamięć mięśniowa i już głowy nie trzeba używać, żeby wykonać jakiś chwyt. Łapiesz A-dur, nawet nie wiesz jak go złapać - nie ma to nic wspólnego ze sztuką. A w momencie, kiedy dostajesz wyzwania, a ja chętnie odbieram telefon „Dzień dobry. Mamy właśnie taki pomysł, żeby tutaj... Przyjedzie pan?” A ja oczywiście, nie wiem co mnie czeka, ale wiem, że już jest pompowana adrenalina, będzie coś innego, a przede wszystkim uzależnienie od adrenaliny, to jest ten element. I scena i każde wyzwanie, każda próba, podjęcia czegoś co jest nieznane i co prowadzi do jakiś konsekwencji rozwojowych albo zmusza do pracy, do wysiłku, powoduje to, że człowiek się nie starzeje.

Uzależnienie rzecz miła, aczkolwiek niekiedy potrzebny jest odwyk, mówię o tym odwyku artystycznym, żeby nie było…

- Nie jestem miłośnikiem odwyku. Daję tyle, ile fabryka dała. Trzeba wykorzystać potencjał. Życie jest krótkie, jest zaskakujące. Widziałem ludzi odkładających coś na potem, których już dzisiaj nie ma i pewnie żałowali, że czegoś nie zrobili. Ja muszę zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby nie żałować, że czegoś nie zrobiłem…

Krzesimir Dębski

Krzesimir Dębski Fot. Magda Jasińska
Krzesimir Dębski Fot. Magda Jasińska
Polskie Radio PiK - Zwierzenia przy muzyce - Krzesimir Dębski
Człowiek instytucja - kompozytor, skrzypek jazzowy i dyrygent. Lider zespołu jazzowego String Connection. Gość drugiego spotkania z cyklu „Artyści dla Wydziału Edukacji Muzycznej” w Collegium Copernicanum Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy.

Moja profesura jest mało używana. Jest to jakaś formalność, której dopełniłem, żeby uczyć w szkole. Koledzy mnie namówili, dawni koledzy z mojego zespołu jazzowego. No i tak się stało...

Piątek, 26 lutego godz. 20:05
Jest Pan wyjątkowym muzykiem, kompozytorem, skrzypkiem, aranżerem, autorem muzyki symfonicznej, filmowej, no ale też i piosenek. Czy przywykł Pan do tytułu profesorskiego?

- Już przywykłem.

Bo to świeża profesura z ubiegłego roku?

- Tak. Chociaż moja profesura jest mało używana. Jest to jakaś formalność, której dopełniłem, żeby uczyć w szkole. Koledzy mnie namówili, dawni koledzy z mojego zespołu jazzowego. No i tak się stało.

Ale po znajomości to się tytułu profesora nie dostaje...

- No nie, o czym się przekonałem, bo szedłem tym starym trybem, czyli trzeba napisać referaty, utwory, dzieła popełnić, wykazać jakieś swoje atuty, z którymi było trudno w moim przypadku, ale jakoś się przepchnąłem.
Krzesimir Dębski. Fot. Magda Jasińska
Krzesimir Dębski. Fot. Magda Jasińska
Panie Profesorze, jak się Pan rano budzi, to kim się Pan czuje? Kompozytorem, skrzypkiem…

- Rano?

No dobrze, wycofuję się ze słowa „rano”.

- Trudno powiedzieć. Jak wstaję, to myślę o tym, że powinienem napisać jakieś nutki.

Czyli jednak kompozytor?

- Chyba tak, to jest najważniejsze. Komponowanie zajmuje najwięcej czasu i myśli. To są największe wysiłki, na jakie mnie stać.

Bo w pewnym momencie szedł Pan tak trochę dwutorowo. Z jednej strony była muzyka jazzowa, czyli String Connection – legendarny, kultowy wręcz zespół, a z drugiej studia klasyczne - kompozycja i nawet dyrygentura, które Pan sobie wybrał.

- Na studia właściwie namówił mnie ojciec. On chciał, żebym wyjechał, bo ja nie wierzyłem w siebie, nie chciałem grać. W ogóle, chciałem pójść na jakieś inne studia – historyczne. To z kolei ojciec mówił - tam nie ma prawdziwej historii, to jest historia polityczna. Był bardzo zaangażowany - partyzant AK, no więc mi nie pozwalał. Na studia muzyczne poszedłem więc przez przypadek, bo skończyłem Liceum Muzyczne w Lublinie i żeby było śmieszniej dostałem się na te studia, choć nie wierzyłem, że mogę komponować. Więc wszystkim młodym ludziom chciałbym dodać otuchy, że przynajmniej trzeba spróbować. Widzę teraz po moim studentach, że oni często bardzo się boją zająć poważną twórczością, w ogóle nie wierzą w siebie, więc ważny jest ten pierwszy etap, żeby dodać otuchy młodym ludziom. Ojciec mnie zmuszał, żebym komponował, bo trzeba było coś pokazać na egzaminach wstępnych i na studiach. Myślę, że w ogóle nikt nie wiedział z moich profesorów czy jestem zdolny czy niezdolny. Ja się nigdy niczym nie objawiłem, nie odzywałem się, bo mój brat, który miał problemy i parę razy nie dostał się na uczelnię powiedział mi, że bardzo ciężko było się dostać na studia. On mi nawet mówił: „Ty się nie odzywaj, nic nie mów, tylko jak Cię spytają, to może nawet rok się nie kapną, że jesteś niezbyt inteligentny”. I tej zasady się trzymałem. Nikt nic o mnie nie wiedział, w zasadzie przez studia nic nie robiłem.

Nic?

- Nic. Jakoś się przymknąłem i tak, żeby znowu dodać otuchy studentom, mówię, że studia oczywiście chłonąłem, to w chórze trzeba było śpiewać, a potem koledzy zaczęli robić zespół jazzowy. Namawiali mnie, żebym spisywał solówki, żeby naśladować wielkich.

Trzeba młodym przypomnieć, że to były takie czasy, kiedy nie było internetu.

- To były takie czasy, że jak ktoś miał czarną płytę, z ładną okładką, zagraniczną to jak szedł ulicą, to oglądała się za nim grupa ludzi. Stała się rzecz niebywała i chyba w niewielu krajach tak się stało, że grupa młodych ludzi, którzy mieli dostęp do płyt zagranicznych, mówię o takich ludziach, którzy mieli wujka czy tam ciocię w Londynie, to ci młodzi ludzie dostawali płyty zagranicznych zespołów. Dzięki temu, że tam troszkę po angielsku umieli czytać, stali się najważniejszymi prezenterami w Polskim Radiu, a ponieważ te ciocie i wujkowie mieli kiepski gust muzyczny, to oni narzucili ten gust muzyczny całemu krajowi.

Ale Pan nie spisywał tych solówek.

- Nie, bo się orientowałem, że to są tylko trzy akordy na krzyż: D-dur, G-dur i A-dur, czasami E-dur. Koledzy mi pokazywali płyty jazzowe i prosili mnie, żebym coś spisał - jakieś solówki i to robiłem. Analizowałem te utwory i tak mnie to wciągnęło, że w zasadzie na ostatnich latach studiów już trochę zajmowałem się muzyką jazzową. Był w tym zespole, który powstał na studiach, kolega, który uczy teraz tutaj w Bydgoszczy - Bohdan Jarmołowicz. On był tam pianistą i pyta mnie: ”Ty na czymś grasz, może śpiewasz?” Ja jakoś się wstydziłem śpiewać, a nie lubiłem skrzypiec, ale mówię „gram na skrzypcach” i tak się stało, że musiałem grać na skrzypcach, żeby w ogóle zaistnieć w tym zespole. Wcześniej na skrzypcach skończyłem szkołę średnią, ale ich nie lubiłem.

Jak to jest, nie lubić grać na skrzypcach i zostać jednym z 10 najlepszych skrzypków jazzowych na świecie, według czasopisma „Down Beat”.

- Tak było, rzeczywiście, że potem się trochę zapaliłem. Dopiero w zespole String Connection grając na skrzypcach, niekiedy dawali mi zagrać też na drugim klawiszu, jak Janusz, (nieżyjący już) Janusz Skowron nie chciał grać, to ja za niego grałem czasami na koncertach całe partie. No i tak od środka wszedłem w ten ruch jazzowy i się tym zajmowałem ładnych parę lat.

To była fantastyczna grupa - String Connection. Zjechaliście całą Europę.

- Było mnóstwo koncertów. Było też mnóstwo problemów, ponieważ czasami sytuacja była trudna. Przyjeżdżaliśmy z kraju komunistycznego i byliśmy załamani, że jesteśmy w ogóle „do tyłu”, że nie będziemy pasować, że zupełnie co innego się gra na świecie. Byliśmy przecież odcięci od wiadomości, od płyt. Przyjeżdżaliśmy z prowincji jako ubodzy krewni, to troszeczkę zawsze psychicznie dawało się niektórym kolegom we znaki.

Ma Pan sposoby na reset od muzyki? Czy w ogóle ma Pan jakieś takie zainteresowania pozamuzyczne?

- Pewnie jestem politykierem kawiarnianym, lubię to bardzo, ale teraz to jest smutne zajęcie. Poza tym tenis – ulubiony sport i „rowerowanie”, a poza tym jeszcze biesiadowanie, chociaż teraz jest utrudnione, bo trzeba schodzić do podziemia.