Piątek, 21 stycznia 2022 r.   Imieniny: Agnieszki, Jarosława / Dzień Babci
Polskie Radio PiK » Zwierzenia przy muzyce
Nova

Gość programu

Maciej Sikała

Maciej Sikała Fot. Magda Jasińska
Maciej Sikała Fot. Magda Jasińska
Polskie Radio PiK - Zwierzenia przy muzyce - Maciej Sikała
Saksofonista, kompozytor i pedagog

„Po 4 latach gry na klarnecie, a w sumie grałem 8 lat w obu szkołach - pierwszego i drugiego stopnia, kupiłem sobie pierwszy saksofon, likwidując książeczkę mieszkaniową, którą założyli mi rodzice. Pozyskałem w ten sposób pieniądze na zakup wymarzonego instrumentu...”


Piątek, 21 stycznia godz. 20:05
Grasz na saksofonach wszelakich. Czy także na saksofonie barytonowym?

- Nie, miałem kiedyś nieudane podejście do tego instrumentu i za pierwszym razem tak się zniechęciłem, że już nigdy do niego nie wróciłem. Wystarczą mi te dwa podstawowe - tenorowy i sopranowy.

A na „alcie” kiedyś nie grałeś?

- Miałem krótko przygodę z tym instrumentem. Ogólnie miałem kiedyś pośród 9 moich różnych instrumentów dętych, dwa saksofony altowe. I muszę powiedzieć, że raz się to przydało, ponieważ Wojtek Karolak na bluesową płytę Jarka Śmietany napisał aranże na saksofony altowe i tenorowe, więc nagrałem taką jakby sekcję saksofonów, bez barytonowego, ale za to grałem też na tej płycie na klarnecie, basklarnecie i saksofonie sopranowym, co mi się bardzo rzadko zdarza. Zazwyczaj gram na tenorze i na sopranie.
W ogóle wszystko zaczęło się od klarnetu? To taka naturalna droga do saksofonu.

- Moi rodzice, kiedy miałem 13 lat zorientowali się, że nic poza muzyką, piłką nożną i ogólnie sportem mnie nie interesuje i uznali, że powinienem pójść do szkoły muzycznej.

Do szkoły muzycznej trafiłeś późno.

- Tak, ale nie będę opowiadał dlaczego. W każdym razie chciałem iść na saksofon, ale tata, który był muzykiem grającym do tańca na fortepianie w lokalach gastronomicznych, powiedział mi, na bazie swojego doświadczenia i obserwacji, że powinienem najpierw zdać na klarnet, żeby później łatwiej było przejść na saksofon i miał rację. Odwrotny kierunek sprawia dużo więcej problemów.

Przerzuciłeś się na saksofony po maturze?

- Wcześniej. Po 4 latach gry na klarnecie, a w sumie grałem 8 lat w obu szkołach pierwszego i drugiego stopnia, kupiłem sobie pierwszy saksofon, likwidując książeczkę mieszkaniową, którą założyli mi rodzice. Pozyskałem w ten sposób pieniądze na zakup wymarzonego instrumentu.

Czyli mieszkania nie było, za to był saksofon! Niezły wybór.

- Dokładnie, co tam mieszkanie. Mieszkałem razem z rodzicami i to w ogóle była tak odległa przyszłość, że nie myślałem o tym.

Nie chcę Ci wyliczać, ale chyba niedługo obchodzić będziesz, aż się boję powiedzieć... 40-lecie pracy artystycznej?

- Tak można powiedzieć. Właściwie to nie myślałem o jakichkolwiek obchodach, ale można byłoby policzyć.

Zacząłeś od big-bandu Jerzego Partyki czy już wcześniej?

- Wcześniej z Mariuszem Bogdanowiczem, który był moim bliskim sąsiadem w Gdańsku Wrzeszczu i też uczniem tej samej szkoły muzycznej pierwszego stopnia w Gdańsku, próbowaliśmy coś tworzyć. Ja na klarnecie, on na kontrabasie. Potem szybko staliśmy się członkami wspomnianego przez ciebie big-bandu Pałacu Młodzieży prowadzonego przez świętej pamięci Jurka Partykę.

Grało tam wielu fantastycznych muzyków.

- Oj tak, on potrafił skupić wokół siebie młodych ludzi. Z tego big-bandu na dziesięć miejsc na wydziale rozrywki i jazzu w Katowicach dostawało się około trzech osób. Także to też jest dowód na to, że to naprawdę fajnie działało i zasiało ziarno entuzjazmu do tej muzyki wśród młodzieży.

A Twoim marzeniem było się dostać do Katowic?


- O tak. To był wtedy jedyny wydział jazzu.

Jak to się pozmieniało, teraz wydział jazzu mamy właściwie na każdej uczelni.

- Tak, to już nie jest tak elitarny wydział. Miałem wspaniały rok, bo Piotr Wojtasik, piętro wyżej byli bracia Niedzielowie, Zbyszek Jakubek. Rok po nas dołączył Adaś Wendt i Jarek Kwiecień, świetny puzonista, niestety zginął w wypadku samochodowym kilkanaście lat temu. Tam studiowała cała masa naprawdę bardzo dobrych muzyków m.in. Krzysiu Zawadzki, który założył Walk Away .

Heavy Metal Sextet…

- Heavy Metal Sextet, kiedy przyjechałem na studia, już tam był. Na Jazz Juniors w 1982 roku zdobyli pierwsze miejsce, a zespół, w którym ja grałem drugie.

I co dały Ci te studia, oprócz fantastycznych znajomości i przyjaciół?

- No to prawda, to są bardzo istotne rzeczy, bo to działa do dziś w wielu przypadkach. To mi dało też pierwszy stopień naukowy, czyli magistra, dużo wiedzy, umiejętności. Chociaż materiały z jakich korzystaliśmy były strasznie siermiężne, a właściwie nie było ich zbyt wiele, ale akurat profesor Jerzy Jarosik, u którego studiowałem saksofon, jakoś miał szczęśliwie dostęp do transkrypcji solówek, z których się dużo uczyliśmy i innych materiałów. No ale teraz, kiedy blisko 20 lat temu podejmowałem pracę w Akademii Muzycznej, to sam napisałem takie rzeczy, które chciałbym wtedy, będąc studentem, ćwiczyć i powinienem to chyba wydać

Zrób to!

- Namawiają mnie do tego i studenci i koledzy, żeby to opublikować i mam zamiar, ale mam też jakąś taką wrodzoną niechęć do zajmowania się takimi rzeczami. Wolę wziąć saksofon i ćwiczyć w tym czasie.

A długo miałeś wrodzoną niechęć do pedagogiki.

- Przez wiele lat wydawało mi się, że dobrze sobie radziłem tylko grając i utrzymując się w ten sposób. Może nie miałem niechęci i ona też niewątpliwie od czasu jak zacząłem uczyć nie wzrosła, wręcz przeciwnie. Poczułem też wielokrotnie wzruszenie, naprawdę głębokie podczas egzaminów końcowych moich studentów i po prostu taką zwykłą satysfakcję.

Czy pedagogika daje Ci poczucie bezpieczeństwa, że będzie się miało później emeryturę?

- Nie. Szczerze powiedziawszy nie myślałem o tym. Zawsze koledzy namawiali mnie i mówili: „Maciek – ucz, jak będziesz miał tylko możliwość”. No i tak się złożyło, że w 2004 roku uczyłem w Akademii Muzycznej w Bydgoszczy, w Gdańsku i na Uniwersytecie w Zielonej Górze. Robiłem wtedy rocznie 45 tysięcy km samochodem.

Czyli byłeś kierowcą, który w chwilach wolnych uczył.

- Tylko tych chwil wolnych nie było zbyt wiele, a ja nie wiem jak to wszystko godziłem. Grałem wtedy w różnych zespołach, może nie tyle, co w drugiej połowie lat 90., kiedy zdarzyło mi się zagrać 100 koncertów w roku, co uważam za duży sukces. Co prawda jeszcze jednej setki brakowałoby mi, aby dorównać Piotrowi Wojtasikowi, który w tym samym czasie zagrał 200 koncertów. Cóż, to były wspaniałe czasy i komu to przeszkadzało? (śmiech)

A teraz grasz w różnych projektach. W poprzednim roku były „Przestworza” Anny Marii Jopek.

- Tak jest. Co prawda po pierwszym koncercie przez COVID trasa została przerwana i dokończona, po ponad roku.

Rozpoczęliście, po przerwie, w Bydgoszczy w Filharmonii Pomorskiej.

- Trzeba powiedzieć, że nigdy wcześniej nie brałem udziału w tak niesamowitym projekcie.

To rzeczywiście niezwykły projekt, bo tak, jak zwykle Anna Maria Jopek jako frontmanka występuje ze swoim zespołem, to tutaj właściwie trudno powiedzieć, kto jest frontmanem. Wszyscy macie swoje miejsce w tym szeregu muzycznym. Byłam bardzo ciekawa, idąc na ten koncert, jak go przyjmie publiczność. Czy ona jest na tyle świadoma, w co się pakuje? Ale po dwóch pierwszych utworach usłyszałam znakomite przyjęcie.

- To jest rzeczywiście ciekawe, bo ja również obserwuję publiczność pod tym kątem, kiedy gram i widzę, że na początku są mocno zdziwieni, ale im dłużej trwał koncert, tym bardziej publiczność była wciągana i tym bardziej entuzjastycznie do tego podchodziła. A przecież słuchali autentycznie free jazzu w czystej formie. Ktoś kto zna twórczość Ani Jopek, może być mocno zaskoczony czymś takim, ale po koncertach spotykam się z opiniami, że to było coś niesamowitego, coś, co słyszeli pierwszy raz i chcieliby usłyszeć znowu. Każdy koncert też był inny, bo formuła tego grania była otwarta i było dużo miejsca na różne rzeczy. Trochę mi żal tych wspaniałych muzyków z Atom String Quartet, którzy nie mieli bynajmniej okazji do tego, aby podzielić się swoim kunsztem. I ciekawe, że zwróciłaś też uwagę na to, że Ania nie epatuje sobą, ona jest po prostu w naszym szeregu, a nie wyeksponowana gdzieś z przodu. Więc to było zupełnie co innego i dla niej. Ona jest też ogromnie poruszona tym, co się na tych koncertach działo. Niedawno rozmawialiśmy, bo trasa jest jakby zakończona, ale najprawdopodobniej pojedziemy do studia, żeby to nagrać.

Macieju, powiedz czy masz jeszcze jakieś takie niezrealizowane muzyczne marzenia?

- Tak. Jedno jest takie, żeby nagrać materiał z chórem, ale to jest obarczone pewnym ryzykiem.

A co byś chciał nagrać?

- Jakieś moje utwory, ale jeszcze muszę dogłębnie się zastanowić. To jest jedno marzenie, a drugie i powoli się do tego przymierzam, czyniąc różne nagrania, szukając różnych barw tylko i wyłącznie dokonanych przeze mnie na instrumentach takich jak basklarnet, klarnet, saksofon tenorowy, sopranowy. Gdybym jeszcze nauczył się grać na flecie, chociaż trochę, to też zmieściłbym go i to byłaby kolejna zabawa. Ewentualnie też myślę o tym, że może bym nagrał jakieś rytmy, ale być może z użyciem „oklapowania” instrumentów. Mam taki program w komputerze, gdzie mogę sobie czynić próby i robię to od czasu do czasu, szukając różnych współbrzmień i to by było na tyle z tych moich marzeń.

Edyta Krzemień

Edyta Krzemień Fot. Materiały Filharmonii Pomorskiej
Edyta Krzemień Fot. Materiały Filharmonii Pomorskiej
Polskie Radio PiK - Zwierzenia przy muzyce - Edyta Krzemień
Wokalistka musicalowa, współpracująca m.in. ze Zbigniewem Preisnerem. Ostatnio występowała w Filharmonii Pomorskiej w Bydgoszczy podczas koncertów sylwestrowych i w projekcie „Nocny Patrol”.

Sobota, 15 stycznia godz. 17:05
Liczy Pani sobie te powroty do Bydgoszczy?

- Liczę i nie liczę. Bywam tutaj często i występuję głównie w Filharmonii Pomorskiej...

Chociaż w operze również Pani była.

- Tak, to było w zeszłym roku, a może dwa lata temu?

Dwa lata mijają.

- To już dwa lata? Znaczy, że to był ten tak zwany przedpandemiczny czas. To był mój ostatni sylwester przed wylotem do Kanady, gdzie miałam przyjemność przez trzy miesiące pracować w „Cirque du Soleil” i potem już trzeba było wracać, bo nastała pandemia. To miała być fantastyczna przygoda życia - wylot do Kanady i też ostatni dzwonek dla mnie.

Co znaczy ostatni dzwonek?

- Może nie ostatni dla mnie, ale jeszcze przed zakładaniem rodziny. Więc rzeczywiście chciałam wyjechać, sprawdzić jak to tam działa, w innej przestrzeni. To była wspaniała przygoda, mimo że trwała tylko 3 miesiące. Zobaczyłam jak się pracuje w innym świecie, w innym państwie, w innych warunkach, przy takiej wielkiej produkcji. To miała być najnowsza premiera i została przesunięta na rok 2023, więc jest szansa, że z początkiem przyszłego roku będę mogła tam wrócić.

Można mówić, że „Cirque du Soleil” to jest taka fabryka marzeń?

- Dla mnie tak. Zawsze wiedziałam, że wokalnie, ale też moja osobowość i temperament pasują do tej specyfiki sztuki teatralnej, która tam jest. To jest taki teatr, który pokazuje historie poprzez ruch, poprzez muzykę, akrobacje, taniec na żywo. I ten wokalista, czy wokaliści są tak naprawdę takim emocjonalnym wypełnieniem tego, co się dzieje na scenie.

Czyli nie są narratorami.

- W większości nie są narratorami historii, tak jak jest to w teatrze musicalowym, w operze, tylko po prostu jesteśmy taką energią, emocją, która wibruje wokół tych głównych bohaterów, tych tańczący akrobatów. Ta muzyka po prostu ma wywoływać pewne emocje i wrażenia widowni. A jak kocham taką pracę. Kocham pracę, w której nie jestem frontmanem, tylko jestem energią, dlatego uwielbiam występować u boku Damiana Aleksandra. Kiedy razem śpiewamy, zawsze wiem, że Damian lubi ludzi zagadywać, rozmawiać, mówić do nich. Więc ja wychodzę i mogę jedynie śpiewać, mam ten komfort, że ewentualnie odpowiem na jakieś pytanie, ale tak, żebym poprowadziła koncert, to już byłaby dla mnie „wyższa szkoła jazdy”. Muszę powiedzieć, że naprawdę podziwiam ludzi, którzy to potrafią. Myślę, że moja osobowość nie jest stworzona do tego. Damian ma to w swojej naturze, lubi spontanicznie nawiązać kontakt z publicznością. Ja gdybym kiedykolwiek robiła swój koncert, z własną autorską muzyką, to na pewno od początku do końca byłoby to przemyślane, zero spontaniczności i myślę, że to byłaby forma pewnego rodzaju show, w które widz byłby zaproszony w pewną emocje i energię. Takie koncerty są. Na przykład Olafur Arnalds. Jego koncerty takie są, to są koncerty programowe. Można tak powiedzieć, że oglądamy pewien spektakl, który jest niby tylko muzyką. Olafur Arnalds jest dla mnie wielką inspiracją, ale nie każdy to ma

Nie każdy musi być wodzirejem, żeby otwierać się.

- Absolutnie tak.

Jak przysiadłam sobie podczas próby i słuchałam Pani w Operze Nova, gdzie wykonywała Pani zaledwie dwa utwory – to za każdym razem, było to dla mnie wyjątkowe przeżycie. Śpiewała Pani wówczas „Over The Rainbow”.

- „Over The Rainbow”, jest moim takim szlagierowym utworem. Ja nigdy nie proszę, żeby to były te, a nie inne utwory, że ja chcę to bardzo zaśpiewać. Ale rzeczywiście, kiedy gdzieś jestem zaproszona to sądzę, że osoby, które mnie zapraszają wiedzą co śpiewam.

Rozmawiałyśmy o tej przygodzie z muzyką Zbigniewa Preisnera. Nie miała Pani ochoty na coś takiego napisanego specjalnie dla Pani?

- Cały czas współpracujemy ze Zbyszkiem Preisner i jesteśmy w kontakcie. Mieliśmy teraz w listopadzie koncert w Meksyku, graliśmy tam „Lacrimosę”, ten utwór pochodzi z „Requiem”. Namawiam go, żebyśmy spróbowali coś zrobić razem, natomiast Zbigniew Preisner jest osobą, która jak czegoś nie czuje, to nie robi. On po prostu musi mieć jakiś bardzo mocny impuls od Pana Boga, że tak powiem, albo taki „palec boży”. Zbigniew Preisner szuka na mnie sposobu, jak można wykorzystać głos i moją osobę w ogóle do współpracy, żeby też to zostało na wieki. Preisner nie jest kompozytorem, który pisze na jeden dzień, tylko on kocha jak jego utwory są i żyją. Jest kilka jego takich motywów muzycznych, które znamy. To jest „Kolęda dla nieobecnych”, „Podwójne życie Weroniki” i to są utwory, które się zapisały nawet w tym najmłodszym pokoleniu, które nie zna filmów Krzysztofa Kieślowskiego, ale gdzieś tam może słyszeli, może w szkole było, a może na jakiś warsztatach filmoznawczych i to jest fantastyczne.

Ile miała Pani lat kiedy po raz pierwszy usłyszała utwór Zbigniewa Preisnera?

- Prawa jazdy wtedy chyba jeszcze nie miałam, ale to były pierwsze momenty, kiedy się wkładało płyty do samochodowego odtwarzacza. Miałam wtedy Daewoo Tico, odziedziczone po siostrze. Tam słuchałam muzyki i uczyłam się śpiewać razem z Teresą Salgueiro, która jest wokalistką na tej płycie. Wtedy musiałam mieć już 18 lat i prawo jazdy.

To musiał Panią bardzo zauroczyć Zbigniew Preisner, bo Pani trochę introwertyczna osoba, jednak sama zapukała do Preisnera.

- Zapukałam, zapraszając Zbigniewa Preisnera na mój premierowy spektakl „Upiór w operze” w teatrze muzycznym Roma. No a on jest taką osobą, która nigdy nie pozostawia żadnych pytań bez odpowiedzi, ani żadnych zaproszeń bez odpowiedzi, więc zadzwonił do teatru Roma i powiedział, że do Warszawy to się raczej nie wybiera, ale że jak będę przelotem w Krakowie, to zaprasza na jakąś kawę.

I tak się zaczęło?

- No zaczęło się tak naprawdę od mocnej kawy i rozmów o życiu. Moja współpraca wokalna z nim przyszła sześć lat później. To był rzeczywiście taki przebłysk, bo chyba to była jakaś 5:00 rano pewnego dnia, 6 lat później, kiedy ja napisałam do niego maila i wysyłam swoje utwory do wglądu.

To jest Pani niezwykle cierpliwą osobą, 6 lat czekać.

- Czekałam też 5 lat po castingu do „Cirque du Soleil”. Do wielu rzeczy po pierwsze trzeba dojrzeć, po drugie czynnik ludzki bardzo wpływa na efekt. W tym drugim przypadku osoba, która na castingu przyjmowała artystów do obsady nie przepadała za mną. Przyjęła mnie do bazy wokalistów „Cirque du Soleil”, ale nie byłam osobą, którą by bardzo chciała. Dopiero po tym jak odeszła i na jej miejsce przyszła inna osoba, która miała w obowiązku odsłuchanie wszystkich w bazie, znalazło się dla mnie miejsce. Napisała do mnie na Messengerze, że nie wie dlaczego mnie tam jeszcze nie ma, ale zrobi wszystko, żebym była jak najszybciej. Czyli czynnik ludzki jest zawsze najważniejszy.

Chyba tak miało być?

- Aczkolwiek, nie ukrywam, że wcześniej byłabym bardziej gotowa na to, żeby tam być, tak psychicznie. Myślę, że jednak życie na walizkach, życie w grupie ludzi, która staje się pewnego rodzaju familią, ciągłe przemieszczanie się, zmiana otoczenia, środowiska, to jest trudne. A umówmy się ja już młodsza nie jestem, już mam taką potrzebę bycia w domu, gotowania, więc teraz wyrzucanie się z powrotem do takiego walizkowego trybu życia, kiedy sam kręgosłup by chciał już odpoczynku… ? Ale nie ma co narzekać, tylko trzeba wykorzystać jak dają szansę. Może przywiozę stamtąd coś wartościowego, co będę mogła przenieść na rynek polski.

Robert Mróz i Robert Mróz junior

Robert Mróz i Robert Mróz junior
Robert Mróz i Robert Mróz junior
Polskie Radio PiK - Zwierzenia przy muzyce - Robert Mróz i Robert Mróz junior
Prof. Robert Mróz jest znany nie tylko jako wokalista, ale przede wszystkim naukowiec. Jest kierownikiem II Kliniki Chorób Płuc i Gruźlicy Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku. Robert Mróz junior to wokalista, ale też aktor i reżyser.

Piątek, 7 stycznia godz. 20:05
Pretekstem do naszej rozmowy był przesłany plik, niczym prezent od świętego Mikołaja, z piosenką „Dni na czekanie”. Czyja to sprawka?

R.M. - Nie chciałbym powiedzieć, że Dziadka Mroza.
R.M. jr - Ale to rzeczywiście było takie niespodziewane zdarzenie, że usiadłem na chwilę i to był czas świąteczny, taki dziwny czas, gdzie są jakieś małe sprzeczki, a my skupiamy się na nieważnych rzeczach. Też się posprzeczałem ze swoją drugą połówką, poszedłem do pianina i nagle przypłynęła do mnie ta piosenka. Skończyłem ją robić w godzinę, a później natychmiast zadzwoniłem do swoich przyjaciół, żeby ją nagrać. Oni mi mówią: Robert, ale my w sobotę mamy koncert i nie mamy czasu. Za chwilę oddzwonili i powiedzieli, że jednak nagrywamy i w 2 dni nagraliśmy materiał. Nie dość, że zespół się nazywa Niebo, to mam wrażenie, że ta piosenka spadła mi z nieba.

R.M. - A „Dziadek Mróz” pomyślał, że warto, żeby w takim radiu jak Radio PiK ta piosenka również zaistniała, dlatego moja rola, „Dziadka Mroza” polegała na tym, że wysłałem ją do państwa.

No to muszę teraz dokonać przedstawienia, bo tak z biegu weszliśmy w opowieść o piosence „Dni na czekanie”. Profesor Robert Mróz – senior, który sam siebie nazywa „Dziadkiem Mrozem” i Robert Mróz junior. I o ile profesor Robert Mróz już jest znany, to nie tylko wokalista, ale przede wszystkim naukowiec, kierownik II Kliniki Chorób Płuc i Gruźlicy Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku, to Robert Mróz junior to wokalista, ale też i aktor.

R.M. - Tak, zgadza się, ale jeszcze dziadkiem nie jestem, tylko żartowałem.
R.M. jr – Tak, tato zawsze powtarza, że on ma kontakt do Dziadka Mroza i że się do niego odezwie w ramach załatwienia jakiejś pogody. Jest to podejrzane, ale działa.

Jak to się stało, że obaj panowie śpiewają, robiąc też inne rzeczy na co dzień i macie dość podobne głosy.

R.M. - No to jest z racji genów pewnie.

Ale jak doszło do śpiewania w przypadku juniora?

R.M.jr - U mnie to było tak, że w dzieciństwie widziałem tatę jak siadał do pianina i pisał piosenki albo grał te, które już skomponował i bardzo mi to imponowało. I kiedyś po prostu do taty powiedziałem: Tato, ja też tak chcę.

Z drugiej strony też Pan obserwował tatę, jako naukowca – lekarza i to nie zaimponowało Panu na tyle, żeby iść tą ścieżką?

R.M.jr - Przedziwne zjawisko, w naszym domu mamy muzykę i to jest coś takiego magicznego. Jak widziałem iskry w oczach taty, kiedy tworzył muzykę, jak bardzo mu zależało na tym, żebyśmy śpiewali z serca, jak nam tłumaczył zasady, to porywało mnie. Mojego tatę jako naukowca znam. Niestety w domu tej fazy pracy nie widzę, natomiast przy muzyce go widziałem i dlatego bardzo mi to zapadło. Powiedziałam, że też tak chcę i tato natychmiast mnie wysłał do szkoły muzycznej, a później cały czas obserwował każdy mój krok i wspomagał. Tylko, że my w domu mamy takie wierzenia i pragniemy wierzyć w to, że jednak każdy z nas śpiewa inaczej, mimo tego, że śpiewamy podobnie, to każdy jednak inaczej. Takie mamy przeświadczenie. Nawet muzykę każdy pisze inną. Moi bracia piszą inną muzykę niż ja, my inną, niż tata.

R.M. - Także tak to się u nas kręci, bo nas jest jeszcze więcej. Jeszcze nie ma tu dwóch braci Roberta i też są skażeni muzyką. Są obciążeni muzyką i są lekarzami. Ale to obciążenie rodzinne jest, było i pewnie będzie.

Czyli tamci wybrali jednak ścieżkę medyczną, a w czasie wolnym muzykują?

R.M. - Dokładnie tak. Muszę powiedzieć, że z Roberta karierą muzyczną i szkołą wiąże się mała anegdota. Gdy zdawał jako siedmioletnie dziecko do szkoły, to okazało, że po świetnie zdanym egzaminie, ktoś z komisji zapytał: A czy ty dziecko będziesz miało na czym w domu ćwiczyć? Na co Robert stanął sztywno i powiedział: tak, mam trzy pianina i fortepian i komisja się obraziła, bo myślała, że dziecko sobie zakpiło z komisji, a to była święta prawda.

R.M.jr - Swoją drogą to zastanawiające, dlaczego mamy trzy pianina i fortepian.

Panie Profesorze, dzieci zauważyły jak rozumiem, że ten błysk w oku u Pana przy tworzeniu muzyki jest większy, niż jak Pan działa jako naukowiec?

R.M. - Dzieci są bardzo spostrzegawcze, ale jak Robert będę uciekał od odpowiedzi. Robert zauważył, że mojej pracy w laboratorium dzieci nie widziały, za to wiedziały, że muzyka jest ogromną moją pasją. Moja mama była nauczycielką muzyki, więc ja z muzyką mam do czynienia od zawsze. Tak naprawdę była, jest i będzie i cieszę się, że szczególnie w ostatnich latach mogę się jej poświęcić znacznie więcej, niż przez ostatnie 15, 20 lat.

A muzyka to jest taki oczyszczacz?

R.M. - Muzyka to jest inny świat. Muzyka to jest sposób wartościowania, myślenia. Ja często pytany jestem, czy odpoczywam, gdy piszę muzykę, odpowiadam, że przenosząc się w inny świat, w świat muzyki na pewno zapominam o tym, z czym ja się mierzę na co dzień, szczególnie w tych ostatnich czasach. Natomiast jest to rzeczywiście inny świat, rzeczywiście wracam mocniejszy do tego naszego realnego. Daje mi również możliwość dystansu, spojrzenia z boku na to, co robię. Poprawy tego, co może wymaga poprawy. Dystans jest bardzo ważny, ale przede wszystkim daje mi energię i takie pozytywne nastawienie do życia, bo bez tego, byłoby mi ciężko.

A co dla juniora jest ważniejsze: muzyka, czy aktorstwo?

R.M.jr - Nie wartościujemy. Jest coś ciekawego w ogóle w sztuce, że ona jest jednocześnie fałszywa i prawdziwa. I to jest dziwne, że kreując muzykę, gdy siadam do pianina i piszę piosenkę, to jednocześnie jest to założenie, które sobie stwarzamy. Po tych dwóch, trzech dniach od napisania piosenki, tu kilka informacji, że dla iluś tam ludzi ta piosenka jest ważna, choć to są tylko nutki, to są słowa, ale podczas tworzenia myślałem o tym kogo mi brakuje. Tak samo ludzie, słuchając tego naprawdę wierzą i czują kogo im brakuje. I to jest niesamowite w sztuce i w aktorstwie mimo, że aktorstwo często się uważa, że jest czymś sztucznym. Aktor podczas bycia na scenie, a to przecież sztuczne założenie, że ktoś wchodzi i wierzymy, że on przecież tego nie robi, co robi. Jednak podczas bycia na scenie, bardzo wielu aktorów przepuszcza te zjawiska przez siebie i w pewien sposób w nie naprawdę wierzy. I to jest przedziwne, że wierzymy i nie wierzymy naraz. Oni oczywiście gdzieś z tyłu głowy wierzą, że to jest przecież tylko sztuka. To jest przepiękne, fascynujące, będę całe życie próbował to zrozumieć i pewnie nigdy nie zrozumiem, ale będę poszukiwał.

A Pan nie tylko śpiewa i nie tylko jest aktorem, ale również i reżyseruje.

R.M.jr - Zdarzyło mi się, że poproszono mnie, żebym wyreżyserował jedną sztukę i to zrobiłem, natomiast nie nazywałbym się reżyserem.

A z jakim teatrem Pan współpracuje?

R.M.jr - Z teatrem WARSawy. Gramy tam przeciwną sztukę „Nie piję, nie palę, chętnie zrobię z pani mamę”. To jest o bardzo młodych ludziach. Nazwa jest przewrotna, ale jest to sztuka stworzona na podstawie ogłoszeń i na podstawie reportażu o współczesnych młodych Polakach. Ten reportaż jest zrobiony z prawdziwych ogłoszeń z internetu i o tym jest sztuka.

A w spektaklu możemy usłyszeć znane piosenki.

R.M.jr - Prawda i to z różnych okresów: od Comy, po Wodeckiego, Anię Dąbrowską, jest nawet Kabaret Starszych Panów. To wszystko jest w nowych aranżacjach i stworzone na nowo.

A czy Pan i Pana bracia mieli wybór, jaką wybrać ścieżkę życiową i zawodową?

R.M.jr - Każdy ma wybór.

Rodzice nie namawiali do obrania takiej a nie innej ścieżki?

R.M.jr. - No było ciężko, bo zdaniem rodziców, nie zdajemy sobie sprawy z tego, na co się piszemy, jeżeli próbujemy iść w kierunku sztuki. Nawet teraz rodzice wiedzą, jaki to jest ciężar rzeczywiście, bo widzą mnie na co dzień z czym się mierzę. Myślę, że dlatego tak bardzo namawiali nas, żebyśmy robili medycynę. Tak jak medycyna jest rzeczą najpotrzebniejsza i pierwszej potrzeby, tak sztuka jest zawsze na samym końcu. To są jak dwie przeciwne wagi w piramidzie potrzeb, dlatego tak trudno jest z niej żyć, tak trudno jest ją robić.

A zresztą Robert Mróz senior... Panie Profesorze, Pan rozpoczynał też od teatru. Skomponował Pan muzykę.

R.M. - Tak to prawda, jeszcze kiedy byłem uczniem ogólniaka zostałem zaproszony do amatorskiego bardzo dobrego teatru prowadzonego w Ostrołęce. Teatr Arka zdobywał wiele nagród. Pamiętam wtedy spotkałem się po raz pierwszy z wybitnym kompozytorem Zygmuntem Koniecznym, który nam przyznał nagrodę za wrażliwość muzyczną i to było moje pierwsze zetknięcie z teatrem. Tak naprawdę jeszcze nie do końca ogarniałem z kim mam do czynienia, natomiast spotkanie z tak wybitną postacią, pamiętam do dziś.

Potem było zaproszenie do Metra, które jakoś tak nie do końca się udało.

R.M. - Ale to się wiązało z moją chorobą krtani. Ja rzeczywiście wtedy ciężko zachorowałem i byłem zaproszony do grania głównej roli – Johanna. Niemniej jednak po dwóch miesiącach było tylko gorzej z moim aparatem wokalnym, więc ta decyzja była podjęta wspólnie, bo rola wymagała dużo więcej, niż ja wtedy mogłem zaoferować.

I nie żałował Pan nigdy tego?

R.M. - Został pewnie sentyment, tam byli fantastyczni ludzie. Metro było też fantastycznym zjawiskiem i jest do dzisiaj, ale dzisiaj absolutnie tego nie żałuję, bo wtedy nie zdarzyłaby mi się medycyna i ta droga, którą przebyłem i wiele rzeczy i ludzi też bym nie spotkał na swojej drodze. Dzisiaj jestem szczęśliwy z tego co robię i myślę, że mogę również dzisiaj dać z siebie w muzyce jeszcze trochę.