Piątek, 7 sierpnia 2026 o godz. 22:05
Adam Kośmieja jest naszym gościem. Muzyk, który muzyki nie dzieli. Chyba nie dzielisz muzyki i jesteś takim trochę powiedziałabym mało poważnym muzykiem poważnym. Nie dzielisz muzyki, bo na Twoje koncerty przychodzą też ci, którzy być może nigdy by nie postawili swojej nogi na koncercie muzyki poważnej.
- Mam taką nadzieję, nie boję się po prostu może sięgać po repertuar, którego niektórzy koledzy i koleżanki nie uważają za ambitny i wartościowy. Muzycy „poważni” czasami się wstydzą niektórych utworów, pomimo, że im się podobają i je lubią. Wstydzą się na przykład grać jazz. Na szczęście się tego nie boję i tak jak powiedziałaś, to co mi się podoba, to po prostu gram.
Masz jakieś takie ADHD muzyczne?
- Nie wiem, to jest często tak, że coś mnie zainteresuje, zafascynuje, chcę to zgłębić, albo poznać, albo zrealizować, a gdzieś po drodze już się pojawiają inne rzeczy. Więc często po prostu też w tym samym czasie realizuje wiele różnych rzeczy. Nigdy nie jest tak, że siedzi się nad jednym utworem, czy nad jakimś projektem jednego dnia, więc to jest takie, moim zdaniem, zdrowe i rozwijające.
Dla higieny artystycznej?
- Tak, absolutnie się z tym zgodzę. Ja już to wielokrotnie też mówiłem, że takie granie różnorodnego repertuaru daje świeżość ze wszystkich stron. Granie np. muzyki romantycznej i współczesnej, czy barokowej, czy nawet klasycystycznej, inaczej się człowiek nastawia na wykonywanie muzyki Bartoka, a inaczej muzyki Brahmsa, więc to trochę zawsze jest takie zmienianie. To jest wyjście ze swojego pancerza i dostosowanie się do stylistyki i do wymogów, które są niezbędne do wykonywania danej muzyki, właśnie w takim wymiarze jakiego, oczekiwałby tego kompozytor.
Niektórzy pewnie by powiedzieli, że robiąc wszystko nie robi się niczego.
- Coś w tym jest, że dla higieny takiej artystycznej, dla rozwoju ogólnego warto jest poszukiwać. Chcę zaznaczyć też, że ja na fortepianie gram 35 lat, więc już tę swoją drogę ortodoksyjną wielu różnych gatunków też przeszedłem i również tę drogę konkursową. Wiadomo, jak się jest młodym, to bardzo dużo pracuje się nad aspektami technicznymi. Później nad konkretnymi stylami muzycznymi, nad fokusowaniem się nad jednym jakimś problemem. Także grałem bardzo dużo muzyki współczesnej. Był moment gdzie grałem ten żelazny pianistyczny repertuar, więc w zasadzie można powiedzieć, że mam na tyle dużo różnych narzędzi, że mogę sobie teraz po prostu wszystko łączyć i to mi się najbardziej podoba, żeby pokazywać jednak ten kontakt z tradycją, ale poprzez współczesność i nowoczesność. Poprzez kontakt i relacje z tą tradycją i historią, ta współczesność gdzieś mi w duszy mocno gra, więc to mi pasuje.
Czy studia w Stanach Zjednoczonych spowodowały, a może inaczej, otworzyły Cię w jakiś sposób i spowodowały, że się nie boisz na przykład zaproponować współpracy z różnymi wielkimi artystami.
- Myślę, że na pewno studia w Stanach otworzyły mnie i to bardzo. Studiowałem w mieście, które otwiera wszystkich ludzi, nie tylko muzyków, nie tylko artystów. To miasto zachęca do tego, żeby czerpać z tej oferty kulturalnej i nie tylko kulturalnej garściami. Na pewno też kontakt z ludźmi z całego świata, z jakby innym backgroundem, wywodzących się z innych kultur. To miksowanie się, te różne fuzje, nawet granie kameralistyki z chłopakiem z Trinidadu, z ludźmi o innej orientacji seksualnej itd. Jakby tych miksów jest na tyle dużo, że nie sposób nie zostać otwartym, wybrać jakąś swoją ścieżkę, gdzieś się w niej zamknąć i się specjalizować. Ale myślę, że te studia bardzo dużo mi dały pod kątem takiego spojrzenia na świat. Na świat i na sztukę, na muzykę. Teraz jak patrzę na to z zupełnie innej strony, to też mam jeszcze inny do tego stosunek. Kiełkujemy, dojrzewamy, więc zaczynam to widzieć w 3D, już nie tylko w 2D.
Jednak nie pozostałeś w Stanach, mimo, że to miejsce do tego zachęca.
- 4 lata byłem w Nowym Jorku i rok w Chicago, więc w sumie 5 lat. Planowałem na początku, bo to często tak jest, jak się kończy studia, że szuka się, żeby coś znaleźć dla siebie, więc się zawsze jeszcze chwilkę zostaje w tym miejscu, czy przy uczelni. Ja planowałem zostać jeszcze chwilę w Nowym Jorku. Jeszcze wtedy był na tyle duży problem z wizami, że nie można było sobie po prostu tak nawet te dwa - trzy miesiące powisieć w Ameryce. Trzeba było mieć wizy i podjąć jakąś pracę. Na początku próbowałem zdać na doktorat właśnie do mojej szkoły i to się nie udało, więc trochę jakby te plany się rozjechały. W trakcie studiów miałem wiele różnych prac. Byłem Stage Managerem, wpuszczałem ludzi na koncerty, później jak już awansowałem to byłem odpowiedzialny za światła i za innych, którzy pracowali stopień niżej. To była praca w szkole. Chodziło też o taką pracę, która nie będzie mnie angażować bardzo mocno, więc zjeżdżaliśmy sobie z akademika na koncert i zawsze jakieś parę dolarów wpadło. W Chicago też pracowałem jako akompaniator, ale to taka była bardzo nieregularna praca, na zasadzie dorywczej.
To byłeś szczęśliwy człowiek, bo nie musiałeś pracować na zmywaku.
- Pewnie, były różnego rodzaju stypendia i pomoc, wsparcie sponsorów i przyjaciół ,więc w pewnym sensie na pewno szczęśliwy człowiek, bo nie musiałem po nocach gdzieś tam harować. Miałem kolegę kompozytora, który był zresztą dużo starszy od nas, miał około 40, a my mieliśmy po 20 lat i on miał rodzinę w Grecji, ale studiował kompozycję w Nowym Jorku. On właśnie pracował w jakiejś tam restauracji po nocach, żeby móc w ogóle sobie opłacić apartament, bo Nowy Jork jest to strasznie drogie miasto jeżeli chodzi o życie tam. A jeszcze wracając do pracy w Chicago, to było ciekawe, że znalazłem pracę w kościele protestanckim i tam na mszach grałem jakieś aranże, które organistka miała w swojej bibliotece. Oni mieli tam organy, fortepian, jakiś taki malutki chórek i oczywiście oni byli zafascynowani, że mogłem z nimi grać albo dodać coś od siebie. Ale jak były święta, to graliśmy i śpiewaliśmy wszystkie te amerykańskie standardy i gospelowe kawałki. To było nawet potrzebne doświadczenie, ale pamiętam nie miałem samochodu. W Nowym Jorku ten samochód nie jest aż tak potrzebny, ale w Chicago już tak, a szczególnie jak się nie mieszka w samym ścisłym centrum. Ten kościół był w jakiejś takiej dzielnicy, że autem bym tam pewnie dojechał w 20 minut, a ja jechałem dwoma autobusami godzinę. To była duża jakaś taka dla mnie też lekcja pokory. Już też miałem dosyć akademika, po czterech latach, więc wynająłem z moją żoną mieszkanie. Ona wtedy też po kilku latach przyleciała ze mną do Stanów, po kilku latach spędzonych na odległość. Taka szkoła życia, która na pewno pozostaje już tak do końca. To jest taki bagaż, który uszlachetnia.
Chciałabym popytać Ciebie o to, jaka Ci przyświeca idea, kiedy pokazujesz światu swoje kolejne produkcje? Niedawno prezentowaliśmy najnowszą produkcję polsko–amerykańską. Za każdym razem jak obwieszczasz światu coś nowego: nową płytę, koncert, to mam takie wrażenie, że chcesz może nie tyle szokować, ale chcesz zadziwić odbiorcę.
- To jest czasochłonna praca, więc często koledzy odmawiają przygotowania do jednorazowego wykonania utworu, wolą zagrać program powiedzmy abonamentowy, jakiegoś Griega, Schumanna, Beethovena, bo jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że zagrają to więcej niż raz. Ja lubię wyzwania. Poza tym znowu jeżeli mi się podoba utwór, to go gram, nawet bardzo rzadko. Może kilka razy zdarzyło się, że miałem jednorazową przygodę, ale też potem potrafiłem odnaleźć w tym jakieś rzeczy, które były dobre. Po co to robię? Żeby kolejne pokolenia oceniły ten czas, w którym my jesteśmy teraz, to musimy grać tę muzykę, niezależnie czy ona jest genialna, czy jest bardzo dobra, czy tylko dobra.