105. urodziny Bydgoszczanki, uczestniczki Powstania Warszawskiego. Awansowała na pułkownika [zdjęcia]
Urszula Tauer, żołnierz Armii Krajowej i uczestniczka Powstania Warszawskiego w piątek obchodziła 105. urodziny. Z tej okazji Minister Obrony Narodowej postanowił awansować ją na stopień pułkownika.
W tym wyjątkowym wydarzeniu, poza samą solenizantką, udział wzięli także członkowie rodziny Urszuli Tauer i przedstawiciele władz województwa. - Mogę się co najwyżej cieszyć, że udało się jeszcze przekazać mi ten medal - powiedziała 105-latka.
Mimo wieku, Urszula Tauer trzyma się bardzo dobrze. - Świetnie wygląda, ma też świetne wyniki, nie zażywa żadnych tabletek, żadnych lekarstw, zawsze sobie radziła w życiu z różnymi trudnościami - mówiła jej córka, Marzena Tauer-Konecka.
Awans na stopień pułkownika
Ten jubileusz to nie tylko okazja do uhonorowania imponującego wieku, ale przede wszystkim hołd dla życia oddanego ojczyźnie. Awans na stopień pułkownika nadany przez Ministra Obrony Narodowej, stanowi wyraz najwyższego uznania dla jej zasług i niezłomnej postawy. W imieniu władz samorządowych województwa kujawsko-pomorskiego gratulacje wręczył członek zarządu Marek Wojtkowski.
- W czasie II wojny światowej ratowała Pani innych, działając jako kurierka i łączniczka Komendy Głównej AK - podejmując ogromne ryzyko każdego dnia, z pełną świadomością grożących konsekwencji.(…) Dziękuję za Pani nieugiętą postawę - jest Pani wielkim autorytetem i dumą naszego województwa.(…) Niech życiowa mądrość i doświadczenie nadal będą światłem dla młodszych pokoleń, a zdrowie i optymizm nigdy Pani nie opuszczają - napisał w liście gratulacyjnym marszałek Piotr Całbecki.
Niezwykły życiorys Urszuli Tauer
Urszula Tauer urodziła się w 1921 roku we Lwowie. W czasie okupacji działała w konspiracji jako łączniczka i kurierka Związku Walki Zbrojnej, a następnie Armii Krajowej. Posługiwała się pseudonimem „Ala”.
Podczas Powstania Warszawskiego została ranna już drugiego dnia walk. Przeżyła bombardowania, a w trakcie powstania po stolicy poruszała się kanałami, aby nawiązać łączność z innymi grupami. Po zakończeniu walk w stolicy trafiła do obozu w Pruszkowie. Jak sama podkreślała po latach, źródłem jej wyborów były wartości wyniesione z domu.
- Nie bałam się śmierci. Bałam się tylko tego, że wydam naszych. Ile w końcu człowiek może znieść? W torebce nosiłam cyjanek, żeby go połknąć, gdy zrobi się niebezpiecznie - mówiła kilkanaście lat temu w wywiadzie udzielonym bydgoskiemu wydaniu „Gazety Wyborczej”.
Po wojnie wróciła do życia cywilnego, wychowała troje dzieci i przez lata prowadziła laboratorium chemiczne. Mimo dramatycznych doświadczeń zachowała niezwykłą energię i pogodę ducha, stając się symbolem siły, odwagi i wierności wartościom.