"Nie ma takiego gatunku teatralnego, który mógłby się równać z teatrem operowym, czy operetkowym. Siła bodźców płynących ze sceny w momencie podniesienia kurtyny może być porównywalna jedynie z filmem. Siła działania muzyki jest przepotężna..."
Środa, 7 maja - godz.18.10
- Tak, to jest moja czwarta Księżniczka. Mam nadzieję, że za każdym razem jest to inna realizacja, choć oparta na tym samym libretcie i pomyśle, który kiedyś się tam urodził i jest cały czas "dosmaczany". Jednym słowem - ścigam się sam ze sobą.
Bo jak się reżyseruje ten sam tytuł po raz enty, to jest ściganie z samym sobą.
- Żeby nie było rutyny, żebym nie wiedział co będę robić między 10.30 a 11.00. Wreszcie, żeby na tyle ile pozwala materia szukać tego co się szumnie nazywa twórczością.
A materiał w teatrach operowych jest podatnym materiałem do pracy tytanicznej?
- Są na pewno utrudnienia dla reżysera, z tego powodu, że osoby, które pracują w teatrach muzycznych kiedy były przyjmowane do tych teatrów w mniejszym, stopniu były weryfikowane pod względem aktorskich możliwości. Sprawdzane były przede wszystkim, co jest zresztą zrozumiałe, predyspozycje głosowe. Obawiałem się dlatego o moją lekką operetkę, nasyconą dialogami, jak ona się odnajdzie w środowisku potężnych głosów i brzmień.
Dlaczego nie użył Pan mikroportów?
- Nie chciałem korzystać z mikroportów, bo one z założenia zwalniają aktorów z energicznego mówienia i spowalniają akcję przedstawienia. Chciałem, żeby oni mieli swoją energię sceniczną stąd "dogłaśnialiśmy" przedstawienie podwieszonymi mikrofonami. W teatrze zastałem ludzi, którzy mieli skromne doświadczenie aktorskie, ale oni tak się rzucili w wir pracy, że po kilku tygodniach byłem spokojny bo odkrywałem talenty aktorskie i komediowe. Spadł niepokój o to czy materiał jest "do rzeźbienia" i pojawił się jedynie stres czy ja tego nie zepsuje. Z ogromną przyjemnością odkrywałem przede wszystkim ludzi młodych, bo moja ocena szkolnictwa muzycznego - śpiewaczego jest taka, że się pracuje nad walorami głosu, a w zaniku jest kształcenie umiejętności scenicznych, poruszania się po scenie. Było miło patrzeć jak oni się z próby na próbę rozwijają.
- Zdałem się na dyrekcję teatru. Opisałem dokładnie jakich postaci potrzebuję, teatr szukał wykonawców w większości we własnym zespole. Potem sprawdzałem ich zdolności aktorskie i po piętnastu minutach rozmowy z każdym z nich wiedziałem, z którymi mogę pracować.
To kwadrans wystarczy?
- Moim zdaniem tak, żeby sprawdzić podstawową zgodność z moim wyobrażeniem o postaci.
Utrudnił Pan zadanie tym wykonawcom, którzy już wcześniej śpiewali "Księżniczkę" w innych inscenizacjach, bo pozmieniał Pan imiona bohaterów i umiejscowił ją Pan w Polsce.
- Właśnie o to chodziło, że "Czardaszka" tyle razy była wystawiana i była tak przewidywalna, że trzeba ją trochę odkurzyć. Zmieniając tekst bohaterów chciałem ją wyjąć z muzeum operetek. Została zrewaloryzowana.
W Pana Parnasie mamy dużą rozwiązłość. Skąd Pan wziął aż takie pijaństwo?
- Chciałem zróżnicować dwa światy. Jest świat gdzie nikt nie nosi fraka, a kelner pije wódkę z głównym bohaterem i jest drugi akt gdzie mamy do czynienia ze światem starej arystokracji, gdzie panuje sztywna atmosfera i jedynie przybysze z pierwszego aktu rozbijają atmosferę.
To już ostatnia Pana "Księżniczka"?
- Myślę, że już tak, zdecydowanie chciałbym pożegnać się z tym tytułem. Tym bardziej, że po dwunastu latach nieobecności w teatrze muzycznym bardzo mi się na nowo spodobało i chciałbym coś jeszcze innego wyreżyserować.
- Zająłem się głównie pracą z kamerą – szczególnie serialem "Ranczo" i innymi serialami. Trochę tego było.
Ten powrót do muzyki wciąga?
- Tak, bo nie ma takiego gatunku teatralnego, który mógłby się równać z teatrem operowym, czy operetkowym. Siła bodźców płynących ze sceny w momencie podniesienia kurtyny może być porównywalna jedynie z filmem. Siła działania muzyki jest przepotężna.
Teraz wyjeżdża Pan z Bydgoszczy i wraca do filmu?
- W tej chwili wracam do Warszawy, aby wziąć udział w posiedzeniu senatu Akademii Teatralnej. W lipcu zgodnie z założeniami ruszy plan dziewiątej serii "Rancza", który będzie trwał cztery miesiące.
A po serialu wróci Pan do opery?
- Po "Ranczu" czemu nie.