Piątek, 5 września 2025 o godz. 20:05
Czy wszystkie funkcje wymieniłam?
- Nie wiem, po trzeciej się wyłączyłem, ale jeszcze prywatnie ojciec dwójki dzieci i miłośnik literatury.
Czyli człowiek orkiestra. W piątek solista koncertu „Filharmonia pod gwiazdami”, cyklicznego koncertu w plenerze przed Filharmonią Pomorską. Dobrze się gra w plenerze?
Co jest takiego niekomfortowego w grze w plenerze dla muzyka klasycznego?
- Nie sądzę, żeby jakikolwiek muzyk powiedział, że uwielbia grać w plenerze.
Oj, chyba się mylisz.
- No dobrze, może nie doceniam i są też jakieś ukryte uroki plenerów. My gramy taki program jak w piątek, czyli stricte klasyczny bez odsłuchów. On jest nagłośniony, ale my jakby usiłujemy grać akustycznie na scenie, co właściwie trochę jest skazane na niepowodzenie, bo ten dźwięk się nienaturalnie rozchodzi. Sala koncertowa ma to do siebie, że te naturalne wyznaczniki: ściany, sufit to wszystko ten dźwięk w pewnym momencie wzmacnia, odbija i to wraca do nas. Dzięki temu, tak naprawdę może nastąpić jakakolwiek komunikacja, jakaś reakcja. W takich warunkach jak w piątek właściwie polega się bardzo na dyrygencie, na jakiejś intuicji, na autopilocie można by powiedzieć. A jak do tego jeszcze dochodzi właśnie taka wysoka wilgotność, kapiąca woda, bo przecież byliśmy po południowej małej ulewie, to zaczyna się grać dość niefajnie. Proszę sobie wyobrazić instrumenty dęte, gdzie to wszystko, jakby w tej wilgotności nie zawsze musi zadziałać, tak jak powinno fabrycznie i właściwie nie ma czasu, żeby to skorygować. Mój błąd polegał na tym, że mimo, że sobie przetarłem przed samym koncertem klawiaturę, to mimo wszystko te pół godziny, które minęło do momentu, kiedy usiadłem do instrumentu, okazało się, że cała ta klawiatura się po prostu zrosiła. Już po dwóch pierwszych akordach wiedziałem, że tam będzie troszkę jazda na ABS-ie. Zdradzę, że czułem pod palcami wodę. Tak więc, takie są uroki trochę tego grania w plenerze, ale mam nadzieję, że dla publiczności to były rzeczy zupełnie niezauważalne i nierozpraszające. Myślę, że nikt tam siedzący na trawie nie odczuwał żadnych jakiś swoich niewygód, bo staraliśmy się grać dla państwa przepięknie.
Koncert warszawski Addinsela, utwór znany, chociaż chyba nie wszyscy wiedzą, że to jest utwór napisany do filmu.
Czyli nie żałujesz?
- Nie, absolutnie. Dla mnie to było super granie z muzykami orkiestry Filharmonii Pomorskiej. Gdzie się nie oglądałem, do którego pulpitu, to sami znajomi, albo byli studenci.
Pierwszy raz grałeś z orkiestrą Filharmonii Pomorskiej?
- Pod taką oficjalną nazwą wydaje mi się, że to mógł być pierwszy raz. Na pewno grywałem z Capellą Bydgostiensis. Ale z orkiestrą symfoniczną oficjalnie jako solista po raz pierwszy.
Wiele ciepłych słów powiedział Maciej Tworek, dyrygent o Tobie, a był wtedy po pierwszej próbie.
- Ale to bardzo miłe, a ja właściwie mógłbym to odwzajemnić, bo byłem świetnie nastawiony do tej współpracy, zanim go poznałem. W ogóle zrobił już świetne wrażenie, prowadząc kilka miesięcy temu „Credo” Pendereckiego. A w tym koncercie śpiewała moja córka w chórze „Rubinki” i była oczarowana. Przed naszą pierwszą próbą mieliśmy dosłownie 10 minut, żeby sobie ten koncert przegadać. Ja siadam do fortepianu, zaczęliśmy grać, zaczęliśmy śpiewać partię orkiestry, bo Maciej dyrygował na sucho. Dośpiewaliśmy do końca i właściwie już było wiadomo, że będzie fajnie, więc dla mnie to bardzo wspaniały muzyk. Bardzo się cieszę, że miałem okazję go poznać i z nim wystąpić.
Publiczność bardzo pięknie dopisała. To też jest zupełnie inny odbiór i też inne granie dla Ciebie, bo dla takiej dużej publiczności często się inaczej gra.
- Naprawdę? Może powinienem być aktorem, a nie muzykiem. To jest zawsze duża odpowiedzialność i niezależnie, czy grasz w jakiejś konstelacji kameralnej, czy grasz jako solista, to jest trochę nieprzewidywalne, kiedy się pojawi ten stres. Czasami to jest związane z warunkami. Dwa tygodnie temu grałem recital w Toruniu ze znakomitą skrzypaczką, laureatką konkursu Lipińskiego i ona sobie wymyśliła wymagający program, choć wiadomo było, że zagramy to po jednej próbie. Mam wrażenie, że przed tą właśnie pierwszą próbą byłem tak koszmarnie spięty, przewidując wszystkie najgorsze warianty. Z reguły później koncert po takiej eksplozji nerwów i stresów wychodzi bardzo dobrze. Tutaj w Bydgoszczy, też najbardziej się stresowałem pierwszą próbą, tym pierwszym kontaktem. Co prawda to śpiewanie koncertu, dobrze mi zrobiło, ale ten pierwszy moment, takie zetknięcie z nową materią, to wszystko może się potem odbić. Można być bohaterem w ćwiczeniu, ale dopiero jak się wychodzi na scenę i trzeba to skonfrontować z orkiestrą, która jest też specyficznym tworem, bo pewne rzeczy sobie możemy inaczej wyobrażać, to może zestresować. Nie ufam nawet muzykom, którzy mówią, że się nie stresują, bo chyba to nawet byłoby nie fair. W grę wchodzi nasza prywatna reputacja jako wykonawcy no i przede wszystkim ktoś zapłacił za to, żeby nas posłuchać, więc zasługuje na to, żeby dostać produkt naprawdę na wysokim poziomie. Jak to nas przestanie stresować, to chyba nie ma po co grać.