„Przyznam, że nie było planów na wykorzystywanie muzyki ludowej w filmie. Nawet więcej powiem, plan był na niewykorzystywanie żadnej muzyki ludowej. Planem czy oczekiwaniem, zamówieniem, z którym propozycja napisania muzyki do tego filmu do mnie trafiła, było żeby napisać emocjonalnie intensywną, szeroką muzykę, taką z hołdem dla starego kina, z poszanowaniem filmów, kiedy one były może odrobinę bardziej szlachetne, bardziej niesione melodią, której tutaj się w żadnym stopniu nie baliśmy. Natomiast gdzieś podczas któregoś pokazu filmu, reżyser rzucił hasło, że mamy tak piękne, wiejskie plenery w tym filmie, że gdyby to jakąś taką niteczką delikatną, może jakiejś muzyki ludowej jeszcze zabrzmiało i że daje pod rozwagę czy czegoś nie do kolorować...”
Piątek, 28 lutego 2025 o godz. 20:05
Lubisz jak się mówi o Tobie – kompozytor muzyki filmowej?
- Kocham, uwielbiam…
Chociaż nie od filmu rozpocząłeś swoją przygodę z muzyką, z komponowaniem. Pierwszy był teatr?
- Tak, komponowanie zacząłem od teatru, ale no chyba każdy przygodę gdzieś zaczyna od tego pianina, czy skrzypiec, czy pierwszego instrumentu. Dopóki się odkryje w sobie chęć, umiejętność, marzenie skomponowania czegoś, stworzenia czegoś, a mnie dość wcześnie ujęła w filmie romantyczność, ekspresja muzyki filmowej, to jak wpływa na emocje, więc jako taki wczesny nastolatek już żyłem marzeniem, żeby kiedyś zostać kompozytorem filmowym. Tak więc ten moment, kiedy słyszysz o sobie: Paweł Lucewicz, kompozytor filmowy, wtedy jest gdzieś jakiś taki przebłysk małej dumy.
Jak byłeś małym Pawłem, to myślałeś, że muzyka może tyle dodawać lub też ujmować obrazowi?
- Tak, to właśnie dlatego postanowiłem na życie zostać kompozytorem filmowym, żeby taki emocjonalny impact na obraz móc swoją możliwością, wyobrażeniem muzyki czynić.
A państwo mogą sprawdzić, ile muzyka dodaje, bądź też w ogóle zmienia postrzeganie obrazu, wyłączając chociażby ścieżkę dźwiękową i oglądając tylko sam obraz.
Jesteś absolwentem Akademii Muzycznej w Bydgoszczy, ale nie jesteś absolwentem Wydziału Teorii i Kompozycji?
- Nie, jestem absolwentem zakładu muzyki jazzowej i rozrywkowej. Ja jestem pierwszym rocznikiem absolwentów, od kiedy rozrywka w Akademii Muzycznej w Bydgoszczy się pojawiła, więc my byliśmy tym rocznikiem testowym.
I szefem tego zakładu był …
- Andrzej Zubek. Przyjeżdżał tutaj z Katowic wykładać. Wspaniały człowiek, zresztą jego wiedza, jego chęć dzielenia się trikami aranżacyjnymi i jego w ogóle entuzjazm, miłość do muzyki, pasja z jaką opowiadał, to było niezwyczajne.
A nie żałowałeś, że nie kończyłeś wydziału kompozycji?
- Nie, nigdy nie miałem takiego planu. Wiedziałem, że dziś film jest bardziej kategorią muzyki może rozrywkowej, niż klasycznej i bardziej mnie niosło w stronę rozrywki. Miałem przez chwilę taką chęć, żeby może spróbować dyrygentury z taką intencją, że kiedy napiszę muzykę do filmu, żeby być kompetentnym dyrygentem, żeby tę muzykę podczas sesji nagraniowej zadyrygować. Natomiast Marcin Przybyłowicz, kolega, kompozytor znany z muzyki do gier, z którym kończyliśmy liceum muzyczne w Poznaniu, zasugerował tutejszą uczelnię w Bydgoszczy, właśnie z powodu tego, że otwiera się rozrywka. I to się zapowiadało nadzwyczajnie. Przyjechaliśmy tutaj na drzwi otwarte i złożyliśmy dokumenty, zdaliśmy egzaminy i razem w tej uczelni odbyliśmy naukę.
To gdzie była ta trampolina, która Cię wyrzuciła do filmu?
- Chyba to był bardziej proces niż trampolina. Tak jak zauważyłaś, początkowo chyba takim przedsionkiem do świata filmu, były spektakle teatralne.
Ale to zupełnie inna praca.
- Ale jednak masz do czynienia z dramaturgią, na którą musisz reagować, ze słowem, z dynamiką sceny, więc może to źle zabrzmi, ale sztuka teatralna jest takim przedszkolem filmowym. To było jakimś takim wstępem do pracy kompozytorskiej, żeby szanować dialog, sens i dramaturgię, która z tego wynika i to wydaje mi się jest ogromnym wyzwaniem dla kompozytora filmowego, żeby rezonować muzyką ze wszystkim, co się niemuzycznego dzieje w filmie. A co jest istotne, żeby ona służyła filmowi.
To rzeczywiście jest rola służebna. Z drugiej strony ktoś by mógł powiedzieć, że mało wolności ma kompozytor, tworząc muzykę pod obraz.
Miałeś i masz okazję pracować nad wieloma filmami i serialami. Od czego wychodzisz?
- Urokiem bycia kompozytorem filmowym, w moim odczuciu jest to, że rzeczywiście nie wiesz, jaki kolejny projekt będzie, a szalenie inspirujące jest, kiedy jest to coś, czego do tej pory nie robiłeś, z czym się nie mierzyłeś. Ja miałem do czynienia z kostiumowymi rzeczami, ale z melodramatem jako gatunkiem filmowym, nigdy w życiu i to było na liście moich filmowych marzeń, więc cieszę się, że to się spełniło. Natomiast ta różnorodność jest wielka.
Jak zaczynasz pracować? Spotykasz się z reżyserem, z producentami?
- Wszystko rozpoczyna się od rozmowy, jakie są oczekiwania względem muzyki, bo pamiętajmy, że reżyser trzyma pieczę nad całością filmu. On z filmem chodzi nawet przez 2, 4 lata, więc przyjmujemy, że ma wyobrażenie tego, jak chce, żeby ta historia wyglądała, jak chce, żeby to brzmiało. Są rzeczy, które może w obrazku czasem nie są tak silnie wyeksponowane, ale można wyeksponować je muzyką, więc reżyser jest takim prowadzącym kompozytora, żeby to wszystko było spójne i szło za wizją. Ktoś musi być dyrektorem tutaj, natomiast bywa oczywiście tak, że mamy oczekiwania odnośnie funkcji muzyki, że chcemy, żeby nadawała tempo, energię, natomiast środki pozostają w rękach kompozytora i bywa tak, że można przestrzelić dość silnie każdą scenę. Można opowiedzieć na kilka sposobów jedną historię. Jest to kwestią decyzji, a może coś zadziałać, albo nie zadziałać.
Masz takie doświadczenie, że pokazujesz pierwszą partię muzyki do filmu i to zupełnie jest nie taki kierunek, jaki jest oczekiwany?
Pisanie muzyki do takiego obrazu, a właściwie do kolejnej odsłony, bo to już trzecia wersja Znachora, to jest przekleństwo, czy wręcz przeciwnie wielkie wyzwanie? Zawsze będzie to porównywanie chociażby do muzyki z filmu, gdzie główną rolę grał Jerzy Bińczycki.
- Wydaje mi się, że możemy spojrzeć na to na milion sposobów. Może ze Znachorem jest specyficzna sytuacja, że ten film z Bińczyckim jest poniekąd dobrem narodowym i bardzo zakorzenił się w popkulturze. To na pewno generowało jakąś obawę, żeby się mierzyć. Pojawiło się też pytanie podczas naszego pierwszego zetknięcia z reżyserem, czy jest chęć reżysera, czy w ogóle jest wizja, żeby odnosić się, nawiązywać do tej wersji z Bińczyckim w muzyce, ale na to odpowiedź była: kategorycznie nie. Natomiast to jeszcze zanim w ogóle cały film został zrealizowany i zmontowany, po obejrzeniu już zakładki montażowej filmu okazało się, że ta historia jest tak odmienna, tak inna, te dramaturgiczne punkty są w innych miejscach, że tak jak moja muzyka ze Znachora, tego naszego w reżyserii Gazdy nie mogłaby w tej starej wersji zaistnieć, bo to jest zupełnie inne kino, tak samo wspaniała muzyka Piotra Malczewskiego do wersji Hoffmana nie opowiedziałaby tych wszystkich emocji i nie zaspokoiłaby potrzeb, które się pojawiły w tej wersji najnowszej Znachora. Także to była ulga i swoboda. Natomiast to była też bardzo szczęśliwa sytuacja, że to kino było tak odmienne, że ciężko jest porównać i zestawiać te filmy. Wielu widzów przed premierą myślało, że to jest przeróbka, czy że to jest remake filmu Hoffmana, a nie taka myśl towarzyszyła samej idei w ogóle, żeby nakręcić ten film. Historia jest opowiedziana inaczej, a i muzyka gra zupełnie inaczej, inną funkcję spełnia, inną rolę pełni tutaj, więc to dało taką swobodę.
A jak się stało, że zaprosiłeś dziewczyny z zespołu SVAHY, bo z Gosią Żurańską - Wilkowską już się znaliście.