Piątek, 10 stycznia 2025 o godz. 20:05
Jak sobie dzisiaj Ciebie „wygooglowałam”, to jesteś „aferalnym” artystą. Co chwilę coś się dzieje, a to nie odbyły się koncerty, a to jakiś problem z uczestniczką w „The Voices of Poland”.
Jeszcze przejdźmy do koncertów sylwestrowych. Cztery koncerty sylwestrowe w Filharmonii Pomorskiej i też po raz pierwszy sylwestra spędzasz w Bydgoszczy.
- Po raz pierwszy i to jest dla mnie wisienka na torcie, że po całym roku ciężkiej, potwornie ciężkiej roboty, bo ten rok był bardzo intensywny, a teraz te koncerty. Na takie zwieńczenie roku czekałem, bo uważam, że to, co pan dyrektor Filharmonii Pomorskiej wymyślił, Pan Maciej, to jest absolutny rekord świata. Jeżeli ktoś składa mi propozycję, taką nieśmiałą i mówi: „a może pan zna, jest taka muzyka, nikt tego za bardzo nie słucha, ale to są niezłe rzeczy. Kojarzy pan Burta Bacharacha?” A ja w tym momencie zaczynam płakać, w środku szlochać ze szczęścia i mówię: „Boże, ktoś zna Burta Bacharacha i lubi”. No więc muzyka Burta Bacharacha, fantastyczni wokaliści: Ania Karwan, Ania Grzelak i Kamil Bijoś. Ja Jestem tym czwartym śpiewającym. Jak mogę się zmierzyć z pieśniami Burta Bacharacha to jestem przeszczęśliwy. Pamiętam, gdy moja mama ciągnęła mnie do radia i mówi: „słuchaj, słuchaj, to piękna piosenka, Bacharach ją napisał.” Ja wtedy jako dzieciak wiedziałem, że takie rzeczy są. Christopher Cross to śpiewał w oryginale i ja się z taką pieśnią mierzę w Bydgoszczy. Genialni muzycy, piękna sala – czego chcieć więcej.
Bacharach to był w ogóle mistrz fantastycznych melodii.
- Tak, obłędne melodie, takie właśnie organiczne, bo to są piosenki, których się świetnie słucha, ale trudniej się je wykonuje, bo gdy słuchamy, to wydaje nam się, że to wszystko sobie płynie i tak dalej. A gdy już potem jako wykonawcy musimy to zaśpiewać, okazuje się, że tutaj jest takt dodany, tam są non stop pułapki. Ale lubię tę muzykę, bo to pięknie brzmi. To fantastyczny, wybitny, niestety już nieżyjący kompozytor amerykański, który pisał i nagrywał do ostatnich dni właściwie swojego życia. I to było wspaniałe. Mam chyba całą dyskografię Bacharacha i podziwiam od zawsze jego wyczucie melodii i harmonii, bo wydaje mi się, że Bacharach to jest troszeczkę podobny rodzaj geniuszu, którym też zachwyca się świat do Stevie Wondera, ta taka bezkompromisowość w podaniu melodii, to jest chyba to, co cechuje tych artystów.
I wybitnie zdolny aranżer opracował te wszystkie piosenki, czyli Daniel Nosewicz.
- Nie chciałbym mówić o tym człowieku.
Przeraża Cię jego talent?
- Nie, talent, to jest pół biedy. Znam wielu utalentowanych ludzi, ale żeby być bardzo utalentowanym muzykiem i jeszcze tak przystojnym facetem, to się po prostu nie godzi. Facet wygląda jak James Bond i wychodzi na tę scenę. Wydaje mi się, że to jest właśnie ten przykład, gdy dyrygent powinien stać frontem do publiczności.
Ale z drugiej strony on Ci nie zabiera show, także spokój.
- Na szczęście nie, ale to bardzo zdolny facet, świetny gitarzysta, absolwent, o ile dobrze pamiętam Akademii Muzycznej w Gdańsku, który naprawdę ma duży dar takiego gustownego pisania aranżacji i wyciągania z piosenek tego co najlepsze. Pamiętam nasze pierwsze spotkanie właśnie tutaj, w Filharmonii Pomorskiej i jego aranżację do pieśni Krzysztofa Krawczyka z Edytą Bartosiewicz: „Trudno tak razem być nam ze sobą” i on z tego zrobił tak bondowski temat, że ja wtedy pomyślałem: ten facet jest Jamesem Bondem wśród aranżerów. Super mi w Bydgoszczy, chodzę sobie po mieście od paru dni, a wróciłem chwilę temu ze Szwajcarii. Na przykład chodziłem sobie po Lucernie, jeszcze 4 dni temu i Lucerna jest pięknie przystrojona, ale nie tak pięknie, jak Bydgoszcz. Pustki na ulicach i ludzie w ogóle, jakby nie czuli potrzeby, żeby spędzać czas ze sobą, żeby chodzić, żeby się uśmiechać, a tu jest naprawdę super.
No to teraz już przejdźmy do swojej Twojej płyty, która się pojawi w przyszłym roku, kiedy?
Ile utworów będzie na płycie, bo jeden już znamy
- 11. Płytę nagraliśmy z moim nowym składem w studio Cavatina w Bielsku Białej i z tymi chłopakami się pracuje tak dobrze, że płytę nagraliśmy naprawdę w tak zwanym międzyczasie. Mieliśmy 10 piosenek w planie, a gdy wychodziliśmy ze studia ostatniego dnia, to mówię: „wiecie co, jeszcze mam taki pomysł na jedną piosenkę. A może spróbujemy to ugryźć?” I po 3 godzinach mieliśmy nagraną. Mój nowy skład to: Dominik Wania, na instrumentach klawiszowych, czyli jedn z najlepszych pianistów jazzowych na świecie. Facet, który słynie z wybitnej pianistyki, to jest specjalista od fortepianu i okazało się, że ma fioła na punkcie instrumentów klawiszowych. Ale nikt o tym nie wiedział.
Niedawno był z Piotrem Damasiewiczem i właśnie używał swoich zabawek.
- To na szczęście się otworzył na to i ze mną gra rzeczy obłędne. Damian Kurasz, mój kumpel jeszcze ze studiów z Katowic, obecnie z tytułem doktora, wykładowca uczelni rzeszowskiej. Michał Kapczuk, wybitny kontrabasista, basista, z którym od wielu lat gram. Oni tak na zmianę z Michałem Barańskim, grywają ze mną, ale pomyślałem sobie, że przy tym projekcie solowym, chciałbym z Miśkiem Kapczukiem popracować dłużej, bo jest obłędnie czujnym facetem, jeśli chodzi o aranżację, o formę utworów, o brzmienie w ogóle. Wojtek Fedkowicz, też doktor z krakowskiej uczelni, specjalista od perkusji. I do nich właśnie Wania, czyli pan profesor Akademii.
A Ty, zwykły magister…
- A ja zwykły magister. Po prostu nie miałem czasu.
Wszystkie teksty na nowej płycie napisała Twoja żona?
- Tak.
Tak w ogóle, Twoja żona ma wyjątkową łatwość do pisania przepięknych, mądrych, niepretensjonalnych tekstów.
- Dziękuję bardzo. To jest bardzo dobre podsumowanie. Tak, uważam, że Ola ma rzadką umiejętność znalezienia balansu pomiędzy poetyką, a prostotą, że to jest i mądre, a właśnie nie przesadzone w żadną stronę. Jak zaczęliśmy pracować już przy płycie „Oldschool” i wtedy jak napisała pierwsze teksty wiedziałem, że ona jest bardzo zdolna. Wiedziałem, że jest bardzo utalentowana muzycznie, bo nasze płytoteki praktycznie się dublują. Jak się poznaliśmy, to się okazało, bo obejrzeliśmy sobie płyty, że mamy wszystko to samo. Obłędnie słyszy, a do tego okazało się, że ma właśnie tę łatwość w posługiwaniu się słowem, którą ja mam w przypadku dźwięków, więc udaje nam się teraz tworzyć naprawdę bardzo skuteczny team, taki twórczy.
Tworzenie jest bolesne, czy nie?
- Właśnie bezkonfliktowe. Ja wysyłam Oli „demówki”, ona mówi: „ale fajny numer” i za parę dni pyk, wysyła tekścik.
A zespół Poluzjanci nadal gra, bo po 12 latach wydaliście kolejną płytę. Na co dzień też w jakiś sposób utrzymujecie kontakt? Pracujecie?