Pianista, improwizator, niedługo ukaże się jego i zespołu High Definition Quartet najnowsza płyta „Dziady”.
Piątek, 25 października godz. 20:05
Czy Pan z biegiem lat, wraz z doświadczeniem coraz bardziej odbiega w swojej improwizacji od tematów, którymi pan się inspiruje?
- Wydaje mi się, że tak. Przynajmniej na tym etapie to tak wygląda. Kiedyś faktycznie kierowałem się tym co proponowali inni; pianistami, zespołami jazzowymi, a w tym momencie, jeśli czymś się inspiruję, to głównie dziełami klasycznymi, muzyką ludową, lub też obszarami pozamuzycznymi, co na mnie wpływa duchowo, a co potem przekazuję jakoś przez muzykę. To nie jest łatwe do objaśnienia, ale wydaje mi się, że to się dzieje. Trzeba przyznać, że mniej czerpię bezpośrednio z samej muzyki, a raczej z wrażenia, które ona wywołuje. Obserwuję też tryb pracy twórców, nie po to by podpatrzeć warsztat, technikę, czy właśnie rezultat artystyczny, ale wyciągać wnioski z tego, co w procesie twórczym determinuje wielkość ich sztuki.
Znalazł Pan pomysł na siebie zajmując się muzyką kompozytorów współczesnych bądź też kompozytorów klasycznych. Już nie czerpie Pan z tego bądź co bądź bogatego zasobu standardów jazzowych, a widzi Pan pewną inspiracje w dziełach czy to Pendereckiego, Lutosławskiego, Bacha...
- To było jakieś kilka lat temu, teraz tego nie robię. Budowanie swojego świata na bazie odkryć w cudzych utworach było zejściem do jakiejś istoty tych wypowiedzi. A więc do ich uniwersalności, źródła tworzenia – dzięki temu nakierowałem się mocniej na własne źródło. Ale dorobek europejskiej muzyki poważnej jest na pewno bardziej inspirujący niż standardy same w sobie. W niektórych dziełach jest wyrażone bardzo dużo, a w samym standardzie jazzowym nie ma treści, bo trzeba je dopiero odkrywać poprzez sposób ich zagrania, sposób interpretacji. A interpretacja dzieła klasycznego nie wiąże się już z taką dozą wolności, dlatego ono samo niesie masę treści, z której można sporo wynieść, sporo się nauczyć. Jest tam dużo emocjonalnych zakrętów, to zamknięta kopalnia treści psychologicznych.
To jest niesamowite, że kupiliśmy sobie na przykład Pana płytę z Preludiami, a idąc na koncert odkrywamy nagle zupełnie inną muzykę, bo za każdym razem jest to zupełnie inne muzykowanie.
- Te moje Preludia, ich forma jest w pewnym sensie względna. To nie jest zamknięta kompozycja w tym znaczeniu, w jakim zwykło się dziś rozumieć dzieło stworzone przez kompozytora. To zresztą nieporozumienie, bo muzykę najczęściej traktowano kiedyś jako efekt jakiejś improwizacji, jakiegoś tworzenia na bieżąco, i moje preludia też są wynikiem takiego procesu. Obok nich są oczywiście już same improwizacje, improwizowane już w studiu, czy na scenie. Jest to wszystko ubrane w taką dualistyczną formę, ze względu na przejrzystość, przekaz, o który dbam. Dbam, aby muzyka mówiła sama o sobie, o tym, że są dwa sposoby na jakie można z siebie wyciągać treść artystyczną w tej dziedzinie sztuki.
To jest jakiś taki sposób przeżywania wolności w muzyce?
- Jeżeli rozumieć wolność bardziej praktycznie, jako wolne działanie ilustrowane muzyką, to ja w to wierzę. I myślę, że wielu ludzi nie wierzy w to, że w ogóle muzyka może mieć tę moc. Dla mnie to oczywiste, bo ja to widzę ze strony twórcy, jakich ja doświadczam uczuć, stanów, i co z nimi robię. I ja wiem, że jestem wolny, lub nie jestem wolny w konkretnym momencie, i dążę do tego, żeby być tego świadomym i staram się to przekazywać poprzez dźwięki. Chociażby tyle już wystarczy, żeby wiedzieć, że w samej muzyce musi to być w jakiś sposób odciśnięte.
Skąd w ogóle fascynacja mickiewiczowskimi „Dziadami”, jeszcze ze szkoły?
- Nie, na pewno nie ze szkoły [śmiech]. Mam z tego okresu mało fascynacji, szkoła mnie nie zainspirowała do tego żeby jakoś przekładać to, czego się uczyłem na moje życie. Nie zainteresowała mnie tematami, które poruszała. Ten system się na mnie nie sprawdził. Dopiero później zacząłem sobie wszystko układać sam. A Dziady były dla mnie interesujące, bo fabuła zakłada przekraczanie własnych granic. Ciekawa była również forma, która była zamknięta. I takie najbardziej lubię, bo to konkretna sytuacja, w czterech ścianach, a zespół jazzowy też jest niejako zamknięty na scenie. Też ma tu i teraz improwizować, przez konkretny przedział czasowy, odzwierciedlając te wydarzania.