Krzysztof Herdzin - pracuję z ludźmi, których bardzo lubię i szanuję
Profesor sztuk muzycznych w Akademii Muzycznej w Bydgoszczy, pianista, kompozytor, aranżer, dyrygent, producent muzyczny, multiinstrumentalista, orkiestrator nagrodzonej Oscarem muzyki Jana A.P. Kaczmarka do filmu „Marzyciel”.
„...cytując chyba Paderewskiego, sukces to jest 95% ciężkiej pracy i 5% talentu. I tak i nie, bo są ludzie, którzy są obdarowani takim wielkim talentem, że wszystko im przychodzi po prostu bardzo łatwo. Ja sam znam natomiast takich ludzi, wiem, że jest ich mnóstwo, którzy może nie mieli jakiegoś takiego wielkiego daru i talentu, łatwości i nadrobili pracą, nadrobili ciężką pracą i doszli do poziomu arcymistrzowskiego (...) na warsztatach jazzowych w Chodzieży okazało się, że całkiem nieźle sobie radzę. Mimo tego, że nie miałem pojęcia o teorii, nie umiałem nazywać pewnych rzeczy, nie wiedziałem, dlaczego coś działa, coś nie działa, to jest ta intuicja. Tak się kiedyś grało jazz. Więc postanowiłem jednak zostać w Bydgoszczy, bo uznałem i co się okazało, to było słuszne, że studia klasyczne dadzą mi więcej, że więcej dadzą mi studia jeżeli chodzi o warsztat, o poznanie literatury muzyki, historii muzyki i tak dalej i to się sprawdziło...”
Autor: Magda Jasińska
Emisja: „Zwierzenia przy muzyce”, 7 listopada 2026
Krzysztof Herdzin, jubilat. Można powiedzieć, że to taki mały wstęp do większego jubileuszu, za 5 lat, chociaż gdyby tak dokładnie policzyć, to już w tej chwili można by zaliczyć te 40 lat, co najmniej.
- No nie wiem, te jubileusze są tak naprawdę trochę na siłę. Są bardzo miłe i zawsze są pretekstem do tego, żeby poświętować, ale w moim życiu każdy rok jest ważny, każda dekada jest ważna.

Krzysztof Herdzin z prestiżowym złotym medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Fot. Magda Jasińska/PR PiK
- Tak, tak, więc oczywiście miło jest pomyśleć o tym, że 35 lat już intensywnie działam. Mówię o działaniu estradowym, koncertowym. Cały czas jestem na chodzie i cały czas gdzieś tam mam wokół siebie feedback od publiczności i szacunek jakby nie patrzeć, więc chce mi się pracować. Kto wie jak długo?
...ale w swoim życiu nie robisz wszystkiego dla pieniędzy, prawda?
- Coraz mniej, wybieram sobie rzeczy, które mnie teraz ciekawią. Staram się nie brać udziału w rzeczach, które nawet są ciekawe merkantylnie, użyjmy takiego słowa, więc generowałyby jakieś miłe przelewy na konto, ale ja mam tak dużo spraw i tak dużo obowiązków, że wolę siedzieć w domu. Wybieram sobie takie zaproszenia, które dają mi przede wszystkim satysfakcję artystyczną. To również wiąże się z tym, że pracuję z ludźmi, których bardzo lubię i szanuję. Oni są również inspiracją, także pod tym kątem to jest naprawdę drugorzędna rzecz.
Aczkolwiek użyłeś tutaj takiego słowa „ciekawość”. Trzeba mieć ciekawość w sobie i też trzeba poszukiwać.
- Tak, cały czas, do końca życia.
A jest jeszcze coś w Twoim życiu zawodowym, czego nie robiłeś, a na co masz niezwykłą ochotę?
- Mój Boże, od lat marzę o tym, żeby się nauczyć grać na oboju. Naprawdę.
Który to byłby instrument?
- A poczekaj: fortepian, flety, klarnety, saksofony, gitara, perkusja, instrumenty perkusyjne, ..., co jeszcze ... harmonijka ustna, no i śpiew.
To obój będzie dziesiątym instrumentem.
- No chyba żebyśmy te instrumenty, które wymieniłem rozszerzyli, bo są różne flety proste, są różne fleciki ludowe.
Instrumenty smyczkowe Ciebie nie pociągają?
- Nie, chociaż mam taki instrument, nazywa się nyckelharpha, to jest coś nieprawdopodobnego. Odkryłem to wiele lat temu. Jest to instrument, który trzyma się tak jak gitarę, ma gryf ze strunami jak instrument smyczkowy, np. altówka, wiolonczele bądź duże skrzypce i uwaga gra się na tym smyczkiem. Natomiast po lewej stronie nad gryfem są klawisze, które wciska się jak na fortepianie. W związku z tym lewa ręka normalnie operuje techniką pianistyczną, a prawa ręka operuje techniką smyczkową. Bardzo lubię na tym grać, a to jest jedenasty instrument.
To co z tym obojem, będziesz się uczył?
- No myślę sobie, gdybym znalazł trochę czasu, jak dzieci podrosną… Musiałbym nauczyć się strugać stroiki.
Dzisiaj już wszystko można kupić.
- Nie, nie - właśnie to jest ciekawe, że nie wystarczy dobrze grać na oboju, jeżeli chodzi o palcowanie, o samą biegłość, ale trzeba się nauczyć robić stroiki, wystrugać je i dopasować do własnych predyspozycji, do budowy anatomicznej. Tak, to jest trudny temat.
Powiedziałeś kolejne magiczne słowo - „dzieci”. Dziewczynki już podążają Twoją drogą?
- Ja nie chciałbym, żeby, jak to zwykle jest w dzisiejszych czasach, gdzie dzieci spełniają ambicje rodziców, bardzo często to są niespełnione jakieś ambicje. A zdarza się, że dziecko już generuje jakieś wybitne talenty. Ale chcę być dobrze zrozumiany., uważam, że zwłaszcza w Polsce mamy nadprodukcję muzyków. Co roku na rynku pracy ląduje tylu ludzi z dyplomami i nie mają pracy.
Ale studiowanie nawet w Akademii Muzycznej nie daje Ci tej gwarancji, że będziesz miał pracę.
- Oczywiście, chyba, że jest się kimś naprawdę wybitnym, świetnym, natomiast ci wszyscy, którzy są po prostu rzetelnymi i dobrymi rzemieślnikami, coraz trudniej znajdują tę pracę, a jeszcze nie wiadomo, co będzie za kilka, kilkanaście lat. Więc oczywiście dobrze, żeby dzieci małe chodziły do szkół muzycznych, bo to niezwykle rozwija. Są badania medyczne, które udowadniają, że muzykowanie za młodu rozwija sieci neuronów, stymuluje rozwój mózgu, więc warto grać na instrumencie. Helenka śpiewa bardzo dużo. Ostatnio nawet zaczęła chodzić na zajęcia z tańca. No więc zobaczymy co dalej, ale jestem bardzo ostrożny, nie cisnę.
Ty miałeś 6 lat, jak poszedłeś do szkoły.
- Do szkoły? Tak, ale jeszcze wcześniej chodziłem do ogniska muzycznego. Zacząłem w wieku 5 lat.
W pewnym momencie swojego życia znalazłeś szczęście.
- Całe moje życie.
Jesteś dzieckiem szczęścia?
- Ja zawsze to powtarzam, los do dzisiaj się ze mną obchodzi jakoś niezwykle hojnie i szczodrze mnie obdarowuje.
I żebyś to doceniał, to nieraz są te trudniejsze momenty?
- Tak, oczywiście, jak w życiu każdego są lata tłuste, lata chude, ale generalnie myślę, że mam bardzo szczęśliwe życie.
Szczęśliwe, acz pracowite.
- Myślę, że w tym zawodzie jeżeli ktoś jest pracowity i ma w sobie umiejętność organizacji czasu, zajdzie wysoko.
Tylko wiesz, trzeba mieć też jeszcze to coś niezdefiniowane.
- Ależ zdefiniowane, pewną osobowość, talent, niektórzy mają wręcz charyzmę. To już jest bardzo reglamentowana cecha.
Można być niezwykle pracowitym, ale nic z tego nie wyjdzie.
- Tak to prawda, aczkolwiek są różne scenariusze, cytując chyba Paderewskiego - „sukces to jest 95% ciężkiej pracy i 5% talentu”. I tak i nie, bo są ludzie, którzy są obdarowani takim wielkim talentem, że wszystko im przychodzi po prostu bardzo łatwo. Ja sam znam natomiast takich ludzi, wiem, że jest ich mnóstwo, którzy może nie mieli jakiegoś takiego wielkiego daru i talentu, łatwości i nadrobili pracą, nadrobili ciężką pracą i doszli do poziomu arcymistrzowskiego. To jest też kwestia dobrych nauczycieli, dobrych pedagogów, bo też historia zna tysiąc przypadków bardzo utalentowanych dzieci i młodzieży, którzy trafiając do złego pedagoga, potem zostali zaszczuci i porzucili muzykę. Jeżeli jest cierpliwy, mądry pedagog, który dostrzeże w dziecku potencjał, to umiejętnie, wykorzystując określone narzędzie potrafi z tego kogoś wydobyć uśpione rzeczy, które tak na pierwszy rzut oka nie są widoczne i słyszalne.
Krzysztof Herdzin z prestiżowym złotym medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Fot. Magda Jasińska/PR PiK
A jak Ty wspominasz swoich nauczycieli i przewodników muzycznych?
- To dobre pytanie. Bardzo różnie, bo też miałem tych nauczycieli bardzo wielu. Jako dziecko miałem potężnego pecha. Trafiałem do nauczycieli, którzy nie mieli w sobie wrażliwości, wyobraźni, cierpliwości, empatii. Często te dzieci są źle uczone i tak jak powiedziałem wcześniej, często nawet jeśli ktoś ma jakiś potencjał, jakiś ukryty talent, w którymś momencie przepada. No i ja miałem tak, że gdyby nie moi rodzice, to nie wiadomo co by było.
Rodzice Cię dopilnowali?
- Dopingowali i wierzyli we mnie. Miałem w nich olbrzymie oparcie. Dopiero kiedy spotkałem na swojej drodze profesora Karola Marcinkowskiego, to się zmieniło. To było już w liceum muzycznym. On był bardzo trudny, bardzo surowy, ale dobrze uczył. Wiele mu zawdzięczam, choć na początku było nam trudno. Ja też nie miałem w sobie już takich doświadczeń wtedy, bo jak wspomniałem, byłem u pań profesorek wcześniej, które nie nauczyły mnie tak naprawdę ćwiczyć, na co zwracać uwagę. A to wszystko było takie pół amatorskie.
Pan profesor Marcinkowski traktował swoich uczniów w szkole jak studentów.
- Tak i na początku, zanim się dograliśmy i polubiliśmy to troszkę zabrało czasu. I pamiętam jak kończyłem średnią szkołę. Opowiem o tej historii, bo to jest niesamowite. To już był taki moment, gdzie naprawdę traktował mnie partnersko. Bardzo się lubiliśmy i wiedział, że gram jazz. Oczywiście na początku robił mi z tego problemy, ale potem, kiedy widział, że nie wpływa to negatywnie na moją grę, odpuścił. To był 1988 rok, kiedy grałem dyplom w średniej szkole. Mieliśmy już zarezerwowaną salę, aule w liceum muzycznym na Gdańskiej, żeby dzień przed dyplomem poćwiczyć na tym fortepianie. Dzień wcześniej w Gdańsku na Zaspę przybył Jan Paweł II. Wielkie wydarzenie, wielkie święto. Ja pojechałem tam pociągiem ze znajomymi, bo wtedy należałem do „ruchu oazowego”. To było coś nieprawdopodobnego. W nocy, dzień przed tą próbą, wracaliśmy pociągiem z Gdańska do Bydgoszczy. Te pociągi myślę, że ci z Państwa, którzy nas słuchają, pamiętają, jak wyglądały i jak jeździły. Na korytarzu staliśmy jak śledzie w puszce, po prostu człowiek koło człowieka, w toaletach nawet ludzie siedzieli na podłodze. Nagle patrzę, nad tymi głowami pasażerów widzę mojego profesora, okazało się, że był również na tym pięknym wydarzeniu. Zobaczył mnie, podszedł i mówi - „Krzysiu, co ty tu robisz? Jak jutro będziesz na tej próbie grał?”. To było niesłychane, bo jakoś spojrzeliśmy na siebie inaczej, ze zrozumieniem. Ja miałem 18 lat wtedy i tak sobie pogadaliśmy jak przyjaciele. Bardzo to nas zbliżyło. Dyplom oczywiście się udał, wszystko się udało wspaniale.
I zaraz potem zdawałeś do naszej Akademii, ale myślałeś ewentualnie o tym planie B?
- Myślałem oczywiście, już Marcin Jahr wtedy dostał się do Katowic. Miałem wielu znajomych, którzy tam studiowali. Co by nie mówić - to była mekka, absolutnie jedyny Wydział wtedy w Polsce. Wydział jazzu i muzyki rozrywkowej. Kończyły ten Wydział same tuzy.
Ale rodzice nie byliby zadowoleni, gdybyś poszedł do Katowic.
- Nie pamiętam czy nie byliby zadowoleni, oni już wtedy ufali, że wiem co robić ze swoim życiem i mnie dopingowali. Naprawdę bardzo byli takimi troskliwymi rodzicami i wierzyli w to, że idę swoją ścieżką. Natomiast ja myślałem o tych Katowicach. Jazzu uczyłem się sam. Już dwukrotnie byłem do skończenia szkoły średniej na warsztatach jazzowych w Chodzieży i okazało się, że całkiem nieźle sobie radzę. Mimo tego, że nie miałem pojęcia o teorii, nie umiałem nazywać pewnych rzeczy, nie wiedziałem, dlaczego coś działa, coś nie działa, to jest ta intuicja. Tak się kiedyś grało jazz. Więc postanowiłem jednak zostać w Bydgoszczy, bo uznałem i co się okazało, to było słuszne, że studia klasyczne dadzą mi więcej, że więcej dadzą mi studia jeżeli chodzi o warsztat, o poznanie literatury muzyki, historii muzyki i tak dalej i to się sprawdziło.

Krzysztof Herdzin z prestiżowym złotym medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Fot. Magda Jasińska/PR PiK
- Do wszystkiego.
Uczyłeś się sam improwizacji?
- Sam harmonii, sam aranżacji, sam kompozycji. Teraz sam z kolei pewne przedmioty wykładam, do których formalnie nie mam upoważnienia. Często o tym mówię, bo gdyby ktoś chciał zrobić mi kuku i spytał - „przecież pan jest pianistą klasycznym, dlaczego pan wykłada fortepian jazzowy? Dlaczego pan wykłada aranżację, kompozycję?”
Ale masz życiowe doświadczenie.
- No wiadomo, że w pewnych sytuacjach na świecie tak jest, że liczy się nasz dorobek, nasza praktyka. W tym przypadku jest tak, to też jest ciekawa historia i też bardzo często o tym mówię, bo to jest dowód na to, jak wiele możemy sami osiągnąć. Kiedy zaproponowano mi uczenie, to był 2010 rok, miałem 40 lat. Wtedy zapytałem: „Ale jak mam uczyć młodzież, kiedy nie mam żadnego teoretycznego przygotowania?” Daliśmy sobie czas. Trwało to około pół roku, kupiłem sobie mądre książki, bardzo dużo czasu spędziłem na analizach, na przyswajaniu wiedzy. Jak okazało się wszystko to praktycznie umiałem, tylko teraz dopiero jakby z drugiej strony zorientowałem się, jak to się nazywa, skąd się to bierze, jakie są wewnętrzne jakieś relacje, związki między pewnymi rzeczami i kiedy już czułem się gotowy, powiedziałem - „OK. Mogę zacząć uczyć”.