Piątek, 15 października 2021 r.   Imieniny: Jadwigi, Teresy, Florentyny
Polskie Radio PiK » Zwierzenia przy muzyce
Plichta

Gość programu

Prof. Katarzyna Nowak-Stańczyk

Prof. Katarzyna Nowak-Stańczyk. Fot. Magda Jasińska
Prof. Katarzyna Nowak-Stańczyk. Fot. Magda Jasińska
Polskie Radio PiK - Zwierzenia przy muzyce Katarzyna Nowak-Stańczyk
Pedagog Akademii Muzycznej w Bydgoszczy, solistka Opery Nova, w najnowszej premierze musicalu „Bulwar Zachodzącego Słońca” kreuje główną postać Normy. Niedawno odznaczona Brązowym Medalem „Zasłużony Kulturze - Gloria Artis”.

Piątek, 15 października godz. 20:05
Po pierwsze gratuluję ostatniego wyróżnienia. To jest nagroda, o której artysta nie marzy, ale jest to docenienie tego, co artysta robi. „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” - taką nagrodę Pani otrzymała podczas inauguracji roku akademickiego. Raz jeszcze gratuluję!

- Dziękuję pięknie.

Cieszę się jednak, że to brązowy medal „Gloria Artis”, bo nie będziemy podsumowywać Pani działań.

- To prawda. Myślę, że mam jeszcze do czego dążyć.
Ostatnio bydgoska publiczność mogła Panią podziwiać podczas premierowego spektaklu musicalu „Bulwar Zachodzącego Słońca”. Jak sama Pani powiedziała podczas przygotowań, to jest spektakl, nie mówię konkretnie, że tylko o Pani, ale jest to spektakl o wielu artystkach w ogóle.

- O artystach też. Myślę, że mężczyźni też się podpiszą pod tą, powiedzmy, charakterologiczno - psychologiczną wizualizacją.

Pani zagrała Normę, czyli najmocniejszą postać w spektaklu.

- To wielkie przedsięwzięcie, zarówno cały spektakl, jak i samo „dźwignięcie” tej roli. Przyznam, że wcześniej nie znałam tego musicalu, nie wiedziałam nawet, że istnieje taka rola, więc o niej nie marzyłam. Myślałam, aby kiedyś zaśpiewać „Hello Dolly”, bo miałam wcześniej szansę na koncertach sylwestrowych, śpiewać jeden z songów z tego musicalu, ale naprawdę nie miałam pojęcia, że istnieje taka wspaniała rola do zrobienia, jak partia Normy.

To jest stosunkowo młody musical. Napisany przez Andrew Lloyda Webbera w latach 90., poprzedniego wieku. Przepiękna muzyka, która daje satysfakcję właściwie każdemu odbiorcy.

- Tak, z repertuaru Andrew Lloyda Webbera miałam szansę śpiewać „Requiem” i nie mogę powiedzieć, że była to muzyka piękna, bo być może piękno kojarzy się każdemu z czym innym, ale właśnie z pięknem kojarzy mi się teraz muzyka w „Bulwarze Zachodzącego Słońca”. Tam nie ma słabych punktów, naprawdę, a w tej inscenizacji, którą sama jestem zachwycona, bo oglądałam te spektakle również nie grając, a będąc na widowni i na próbach, gdy się rodziły i wiem, że naprawdę on zachwyca.

Dla mnie to jest taka rola trochę napisana dla Barbry Streisand.

- Nie wiem czy jej to zostało zaproponowane, nie znam historii. Oglądałam na YouTube premierę z Glenn Close. Zachęcił mnie do tego reżyser Jacek Mikołajczyk.

A czy mogę zapytać wprost? Czy Pani przystąpiła do przesłuchań do tej premiery?

- Tak, przystąpiłam. Dostaliśmy taką informację od dyrektora, że jest casting i przyznam szczerze, że początkowo wcale nie chciałam do niego stawać. Myślę dziś sobie, że trochę się uniosłam taką pychą. Ale później zadzwoniła do mnie jedna z koleżanek i pyta: Ty stajesz? Ja mówię - Nie, nie staję, dostałam jakieś nuty, nie oglądałam ich nawet, nie umiem, a ty stajesz? Ona na to – Tak. Przemyślałam i choć bałam się, że mało czasu mi zostało na przygotowanie tych numerów, o które prosili realizatorzy, ale przez noc nauczyłam się tych utworów, nie na pamięć i powiem, że pierwszy raz w życiu, byłam na castingu. Bardzo mi się podobał nastrój jaki tam panował. Był mikrofon, były światła, taka piękna scena się zrobiła i czułam się jak na takim monodramatycznym koncerciku. Bardzo mi się to spodobało.

Czy tak jak w życiu Normy scena jest czymś takim co uzależnia, bez czego artysta nie może rzeczywiście żyć, tak jest też w Pani życiu?

- Ja jestem uzależniona. W moim wieku, to już wszyscy są uzależnieni od sceny, od tego co niesie ze sobą przedstawienie, występ, co niesie ze sobą publiczność. Jesteśmy uzależnieni od adrenaliny. Nie mówię, że od uwielbienia, bo różnie bywa, prawda, ale jesteśmy bardzo uzależnieni od potrzeby wyzwalania się z emocji. Nasz organizm przez lata posługiwania się ekspresję wewnętrzną, musi ją gdzieś upuścić.

Nadchodzi ten wieczór, późne popołudnie to wszyscy ciągną na scenę.

- Inni zakładają kapcie, biorą gazety albo otwierają internet czy telewizor i odpoczywają, a my mamy mieć kumulację energii między 18:00 a 22:00 i tak to jest u nas skonstruowane.

Ile seriali przeszło Pani koło nosa?

- Na pewno dużo, bo od 30 lat nie mam w domu telewizora, w związku z tym troszkę jestem na tym punkcie upośledzona.

Ale nie cierpi Pani z tego powodu.

- Nie, bo to, co chcę obejrzeć, oglądam właśnie w internecie.

Pani Profesor, czy zrobiła sobie Pani, czy w ogóle Pani robi sobie - tak na bieżąco - spis ról, które już ma Pani w swoim repertuarze?

- Jest ich bardzo dużo. Kiedy ukończyłam studia, moja pani profesor, świętej pamięci maestra, moja ukochana Jadwiga Pietraszkiewicz, przypominała mi: „Tylko zbieraj wszystkie recenzje. Nie musisz ich układać, ale miej takie pudło, nawet w piwnicy i zbieraj, bo to ci będzie potrzebne.” Robiłam to i powiem szczerze, było potrzebne. W pewnym momencie życia zaczęłam zbierać nagrania swoich spektakli. Mam ponad 800 płyt DVD z moim udziałem, ale boleję, bo niektórych naprawdę nie mam i nigdy już chyba nie będę miała. Kiedy otrzymałam profesurę, to już sobie odpuściłam ten trudny element mojego życia artystycznego – biurokrację.

Ale czy jeszcze jest jakieś takie K2 dla artystki, śpiewaczki, którego Pani nie osiągnęła, a zmierza w tym kierunku?

- Tak, jest. Nie wiem czy zmierzam, ale gdyby taka propozycja się pojawiła, to na pewno bym ją przyjęła i to by było, coś co w głębi serca tam gdzieś na dnie ukryłam, od lat studenckich. Kiedy moja pani profesor usłyszała o tym marzeniu to skwitowała: „Po moim trupie”. Ale musimy mieć marzenia, ja też takowe mam i to jest Lady Makbet Verdiego.

Niezwykle rzadko wystawiany spektakl w Polsce.

- Tak, gdy wystawiano go w Teatrze Wielkim w Łodzi, jeszcze wtedy tam byłam na etacie, to byłam za młoda. A chciałam śpiewać jeszcze inne rzeczy. Wtedy była na tapecie „Łucja z Lammermoor”, „Traviata” i „Królowa nocy”. Ale co tam, marzenia mam.

Pani jest taką - powiedziałabym - nieoczywistą śpiewaczką, wokalistką, która potrafi znakomicie godzić śpiew operowy, śpiew wodewilowy, operetkowy, a nawet rozrywkę.

- To czasami jest i przeszkoda.

To może być przekleństwem?

- W niektórym momencie to przekleństwo. A zaczęło się to, wręcz objawiło się, bardzo wcześnie. Kiedy zaczęłam uczyć się śpiewu klasycznego i zaczęłam studiować, gdzie tak koniecznie chciano określić mój głos i mówiono: „Ma takie doły - to mezzosopran, ma takie góry - to koloratura. Ale skądże, gęsta średnica - to pewno sopran dramatyczny, a nie, bo jest jeszcze taka jest jeszcze młoda - to sopran liryczny”. Ja się cieszyłam, że mogę dużo zaśpiewać, że jest to godne wysłuchania, że było to doceniane przez dyrygentów, przez dyrektorów teatrów operowych, natomiast jeśli chodzi o krytykę nie za bardzo się to podobało, bo takich głosów w historii wokalistyki na świecie było niewiele.

No ale czemu koniecznie krytycy chcą szufladkować.

- Jedynym krytykiem, który umiał bez jakiegoś wielkiego pokłonu przyznać się do tego, że jestem trudnym głosem, ale umiał go również określić, to był pan Józef Kański. Jego recenzje były bardzo krytyczne, ale bardzo obiektywne.

Czyli tak potrafi Pani elastycznie śpiewać i zmieniać się, niczym ten kameleon na scenie…

- Ja po prostu robię swoje. Artyści lubią, żeby ich głaskać, my musimy czuć, że jesteśmy kochani, potrzebujemy tego.

I Norma też jest taką partią – tam trzeba pokazać wszystko.

- Jak najbardziej, ona nas bardzo obnaża, każdego artystę, każdą artystkę, która tej partii się podejmie.