Piątek, 30 lipca 2021 r.   Imieniny: Julity, Piotra, Aldony
Polskie Radio PiK » Zwierzenia przy muzyce
Harte Zeiten / Ciężkie Czasy

Gość programu

Jan Emil Młynarski

Warszawskie Combo Taneczne. Fot. www.facebook.com/WarszawskieComboTaneczne
Warszawskie Combo Taneczne. Fot. www.facebook.com/WarszawskieComboTaneczne
Polskie Radio PiK - Zwierzenia przy muzyce - Jan Emil Młynarski
Muzyk, kompozytor, wokalista i multiinstrumentalista, a także dziennikarz radiowy. 21 maja premierowo ukazał się album „Skarałeś mnie Boże”. 1 sierpnia 2020 Warszawskie Combo Taneczne obchodziło 10. urodziny. Z tej okazji, w połowie zeszłego roku, zespół zarejestrował materiał na swój czwarty longplay. Pierwszy raz w karierze WCT doszło do kooperacji z pochodzącą ze Zwolenia i Radomia, zaprzyjaźnioną Kapelą Zdzisława Kwapińskiego.

„Jakie jest główne założenie Warszawskiego Comba? Żeby grać piosenki dawne i cieszyć się tą muzyką, traktować ją poważnie. Powiedziałbym, starać się pozostawać czystym, jeżeli chodzi o styl, co nie jest takie łatwe i tego się uczymy cały czas....”


Sobota, 24 lipca godz. 17:05
Dzień dobry. Jak mam się do Pana zwracać? Panie Janie czy Panie Janie Emilu, żebym nie popełniła jakiejś gafy.

- Może być Janie, Janku, panie Janku, panie Janie... Jak sobie Pani winszuje.

Gdyby nie pandemia, to Warszawskie Combo Taneczne w zeszłym roku obchodziłoby jubileusz.

- 1 sierpnia 2010 roku zagraliśmy pierwszy koncert i rzeczywiście czekaliśmy na tę rocznicę, na te nasze 10. urodziny. Ale my robimy to wszystko po prostu z poślizgiem i nie widzę większego sensu rozpamiętywania. Myślę, że największym sukcesem jest to, że gramy, że zespół istnieje, funkcjonuje, ma się dobrze i to w zasadzie w niezmienionym składzie. To jest najważniejsza idea Warszawskiego Comba Tanecznego.

Te płyty, mimo że podobne, to jednak się różnią. Ostatnia „Skarałeś mnie Boże”, z racji tego, że jest nagrana razem z kapelą Zdzisława Kwapińskiego, rzeczywiście brzmi inaczej.

- Na pewno brzmi inaczej, a to z powodu dużo większego składu. Do nas, a nas jest już siedmioro, doszły 4 osoby, więc łatwo policzyć, zrobiła się orkiestra. Właśnie o to nam chodziło na tej płycie, żeby przedłużyć troszeczkę żywot tego momentu, który miał miejsce dwa czy trzy lata temu, kiedy zaprosiliśmy kapelę Zdzicha Kwapińskiego na naszą rocznicę, właśnie w sierpniu. Znałem go trochę wcześniej i stwierdziliśmy, że skoro mamy jakąś pulę wspólnych piosenek, które znamy, każdy po swojemu, to po prostu połączymy siły i niech wpadną pograć dla ludzi przed koncertem, podczas schodzenia się. To jest taki wyjątkowy dzień, my później zagramy koncert, a na finał oni dojdą do nas. Wiedziałem wtedy, a potem to już byłem przekonany, że musimy nagrać coś razem, żeby to brzmienie zarejestrować.

Czyli brzmienie jest inne?

- Jakie jest główne założenie Warszawskiego Comba? Żeby grać piosenki dawne i cieszyć się tą muzyką, traktować ją poważnie. Powiedziałbym, starać się pozostawać czystym, jeżeli chodzi o styl, co nie jest takie łatwe i tego się uczymy cały czas.

Bo mimo, że to jest nagranie już w XXI wieku, to jednak zachowujecie ten czysty styl i nie eksperymentujecie na żywym organizmie.

- Tutaj chodzi o to, żeby dobrze grać takie piosenki, żeby dobrze brzmieć razem i tak dalej. Tego nie da się zrobić na kilku próbach, nie da się tego zrobić z dnia na dzień, to jest po prostu proces. Daliśmy sobie taką szansę na samym początku, że nie wymyślamy, tylko gramy tak jak jest. Znamy te piosenki. Spotkaliśmy się w kilka osób, które znały repertuar, wzięliśmy 12 -13 nut na pierwszy koncert, teraz nasz repertuar to jest koło 70 utworów, więc przez 10 lat zrobiliśmy jakąś tam pracę. Chociaż zdaję sobie sprawę, że to nie jest wcale dużo programu. Moglibyśmy mieć dużo więcej, ale wszystko przed nami. Natomiast wzięliśmy te piosenki i daliśmy sobie taką szansę, czy może obdarzyliśmy się wzajemnym zaufaniem i po prostu weszliśmy w to, w to granie, takie purytańskie bym powiedział, tradycyjne, tak w dużym stopniu konserwatywne. I tu jest właśnie, na tym polu bardzo dużo do odkrycia. Tylko pozornie wydaje się, że można się tego nauczyć i już. To jest proces. Dlatego nie mogę się doczekać. To jest jeden z tych niewielu aspektów, które popychają mnie, czy utwierdzają w ciekawości, co będzie jak będę stary, że nie mogę się doczekać.

Fantastyczne pytanie…

- No mam nadzieję, że będę właśnie grał te piosenki, to jest świetna emerytura.

A kiedy odkrył Pan u siebie to uwielbienie rzeczy starych, starych piosenek…

- Nie wiem. Myślę, że to się zaczęło tak naprawdę od dużego takiego wrażenia, jakie zrobiła na mnie przedwojenna Warszawa na fotografii. Myślę, że to był początek. Oprócz tego mój ojciec fascynował się również tym okresem, który był dużo bliższy, z racji metryki, jemu niż mnie. Dzięki temu on miał za młodu duży kontakt z różnymi liczącymi się ludźmi, właśnie na tej scenie, która mnie dziś porywa i wciąga, więc to było w domu. Jakoś tak po nitce do kłębka, ponieważ zacząłem grać na instrumencie i bardzo szybko doszedłem do takiej refleksji, że właśnie muzyka daje świetną możliwość uruchomienia, czy przeniesienia tego świata kompletnie, do dziś. No i jest to żywe, za każdym razem. Kiedy to wykonujemy jest to organiczne i w dużej mierze uzależnione od interakcji, od dnia kiedy to gramy.


To jest właśnie znakomite słowo „organiczne”, pasujące do tej płyty. Wyjątkowo dobrze ono pasuje.

- No tak, bo to jest dosyć klasyczny repertuar i granie, połączenie... Szukaliśmy takich wspólnych punktów zaczepienia w przeszłości. Takich pytań typu: Jak mogła brzmieć taka orkiestra? Jak grać? Jakie utwory? I sięgnęliśmy po różne melodie, które są właśnie bardzo wrośnięte albo w miasto albo w wieś. Chociażby z tej płyty taka melodia jak „Pamiętasz Capri” - tango grane na weselach i dancingach, kiedyś też na salonach. To jest właśnie taki przykład melodii wiejskiej, więc to jest wszystko opowieść o tym, co jest bardzo blisko ludzi, życia.

Pan nawet się pokusił o napisanie słów do kilku utworów ludowych, tradycyjnych.

- No raptem do dwóch. Tak, to bardziej wynikało z potrzeby jakby może tchnienia nowego życia w te melodie, więc zabrałem się za pisanie. Zapraszam do lektury, do odbioru albumu. Płyta jest dostępna na rynku.

Trzeba powiedzieć, że lata 20. XX wieku, są niezwykle interesujące pod względem muzycznym i to z wszelakich tych podwórek muzycznych i gatunków.

- Tak znaczy, mamy tutaj jakby dwa światy, mamy miasto i mamy wieś. Mamy melodie wspólnie grane i to też początki, powiedzmy dwudziestowiecznej miejskiej muzyki w Warszawie. To były w dużej mierze związki ze wsią i z emigracją, z nieustającym, trwającym do dziś, przepływem ludności przez Warszawę, falami kolejnymi imigracji do Warszawy, osiedlania się ludzi z różnych stron. Oczywiście muzyka jest tutaj odzwierciedleniem tych mechanizmów.

Czy te dwa światy jak pan mówi, czyli miasto i wieś, czyli pana Combo i kapela, czy Wy bawicie się tą muzyką, którą otworzycie podczas koncertu?

- Na pewno zabawa jest jednym z głównych wątków tej działalności.

Jak się doczytałam, teksty, które Pan napisał do dwóch utworów, to jest Pana debiut tekściarski?

- Można to tak nazwać, chociaż to zbyt dużo chyba powiedziane, ale możemy się tak umówić.

José Maria Florêncio

José Maria Florêncio Fot. Magda Jasińska
José Maria Florêncio Fot. Magda Jasińska
Polskie Radio PIK - Zwierzenia przy muzyce - Jose Maria Florencio
Dyrygent brazylijskiego pochodzenia, od kilkudziesięciu lat mieszkający w Polsce. Do końca sezonu dyrektor artystyczny Opery Bałtyckiej w Gdańsku. Niedawno gościł w Filharmonii Pomorskiej w Bydgoszczy.

„Wydaje mi się, że brakuje mi wszystkiego tego, co mnie w życiu jeszcze spotka. Mam nadzieję, że jeszcze przede mną wiele ciekawych wyzwań, ja naprawdę jeszcze będę miał te najlepsze pomysły. Sądzę, że nie zabraknie mi ani siły, ani pomysłów...”


Piątek, 16 lipca godz. 20:05
Po wielu miesiącach ponownie witamy w Bydgoszczy.

- Dzień dobry. No właśnie, wreszcie w Bydgoszczy. Stęskniłem się bardzo za tym miejscem.

Ile to miesięcy nie było Dyrektora?

- Nie wiem, ale o tyle za długo, bo naprawdę przez ostatnie 30 kilka lat, co chwilę bywałem w Bydgoszczy. Byłem tu praktycznie raz w miesiącu. Teraz tak się złożyło, że przez dłuższy okres mnie nie było i w tym pandemia odgrywa swoją poważną rolę, ale jestem. Plany na przyszłość też są.
Jak Dyrektor jedzie z Poznania do Gdańska, czy też z Gdańska do Poznania, to nie przejeżdża przez Bydgoszcz?

- No właśnie, do tego wszystkiego w Bydgoszczy macie teraz nową obwodnicę, więc nawet nie przyjeżdżam przez miasto, kiedy tydzień w tydzień, jeżdżę z Gdańska do Poznania. Zresztą teraz, kiedy po kilku miesiącach przerwy jechałem już do Bydgoszczy, to obserwuję kolejne duże zmiany, które mnie cieszą w obrazie tego miasta.

A jak wygląda praca Dyrektora? W ogóle to nazewnictwo dyrektor José Maria Florêncio pasuje - i wtedy, kiedy jesteś dyrektorem takim instytucjonalnym, ale również wtedy, kiedy stajesz za pulpitem dyrygenckim. Ten dyrektor - to jest takie dość uniwersalne nazewnictwo.

- Dlatego, że chyba jedynie po polsku słowo „dyrektor” tak bardzo kojarzyło się zawsze z dyrygentem. Jak mawia moja żona, ten artysta, który wraz z zakończeniem studiów i odebraniem dyplomu, od razu staje się dyrektorem. Wszyscy na niego mówią „dyrektor” i w Polsce to się zmienia. Teraz dyrektorami stają się reżyserzy, czy nawet tacy, którzy nie mieli takiej styczności w ogóle ze sztuką, a tymczasem z dyrektora przeszło mianowanie nas dyrygentów słowem „maestro”. Jest to taki tytuł, który używano bardzo ostrożnie w Polsce, a który teraz używa się do każdego, który uprawia zawód dyrygenta. Ale to tak też jest w Hiszpanii, we Włoszech. Chociaż nie sądzę, żeby to było dobre czy złe.

Drogi Dyrektorze, Drogi Maestro - a czego brakuje Ci jeszcze w życiu artystycznym? Przecież spełniasz swoje marzenia i swoje pomysły właśnie w Operze Bałtyckiej, jeździsz po świecie, dyrygujesz różnymi koncertami, czy jeszcze czegoś Ci brakuje?

- Wydaje mi się, że brakuje mi wszystkiego tego, co mnie w życiu jeszcze spotka. Mam nadzieję, że jeszcze przede mną wiele ciekawych wyzwań, ja naprawdę jeszcze będę miał te najlepsze pomysły. Sądzę, że nie zabraknie mi ani siły, ani pomysłów. Ja po prostu budzę się codziennie nastawiony pozytywnie do życia i chcę iść dalej, żeby próbować być lepszym artystą, żeby dokonywać zmian. W ogóle życie artysty jest po prostu czymś niezwykłym i nie zamierzam z tego zrezygnować.

Jak dbasz o swoją kondycję?

- Ćwiczę regularnie karate. Czasy pandemii nie przeszkodziły mi w tym, żebym przystąpił do egzaminu na drugi dan w karate. Oznacza to, że zdałem spośród bardzo niewielu karateków, mających już czarny pas w naszej federacji. Zaledwie kilka miesięcy temu zacząłem też ważną, w związku z karate, działalność, której unikałem, nie wiem dlaczego przez te wszystkie lata. Chciałem startować w turniejach, dzięki temu tuż po premierze „Święta Wiosny” w Operze Bałtyckiej, udałem się na trening, bo 2 dni później startowałem po raz pierwszy w Otwartych Mistrzostwach Województwa Pomorskiego w karate i zdobyłem brązowy medal. Dwa tygodnie później pojechałem na turniej do Katowic, niestety nic nie zdobyłem, ale mogę się pochwalić przynajmniej tym, że w mojej kategorii wygrał obecny mistrz świata, a drugie miejsce zajął obecny mistrz Polski, 30 lat młodszy ode mnie. A więc to nie była porażka, ale później startowałem w pucharze województwa i zdobyłem już srebrny medal. Tak dbam o aktywność fizyczną. Jeszcze, „w międzyczasie”, trzeba zadbać o rozwój duchowy, intelektualny, więc złożone zostały dokumenty i rozpoczął się proces mojej habilitacji. Mam podstawy uważać, że naprawdę nowy rok akademicki zacznę już jako habilitowany doktor, kto wie, może nawet profesor uczelniany, także moja kariera naukowa też fajnie się rozwija.

Nauczasz w Gdańsku czy w Poznaniu?


- Uczę i w Poznaniu i w Gdańsku. W Poznaniu na Akademii Muzycznej prowadzę zajęcie z dyrygentury, a w Gdańsku z dyrygentury symfoniczno-operowej. Ale też współpracuję ze studentami ostatnich dwóch lat śpiewu solowego i prowadzę z nimi zajęcia z zespołów operowych. Dzięki temu młodzi ludzie mają kontakt z dyrygentem i robię wszystko, żeby oni zrozumieli, co to znaczy być przygotowanym na spotkanie z dyrygentem.

I jesteś sobą?

- Jestem tam sobą i oni bardzo to przeżywają, bo nie przepuszczę niczego. To nie miałoby sensu, gdybym zgodził się z tym, że nie przychodzą przygotowani. Dla nich to ma być przedsmak tego, z czym będą mieć do czynienia już normalnie, jeżeli trafią do teatru, gdzie będą poważne wymagania. Ale dzięki temu na przykład w Gdańsku zadebiutowało kilka niesamowitych talentów, między innymi Katarzyna Wietrzny.

Czy Ty przez ten swój krótki czas życia, miałeś moment dłuższego wypoczynku, czy tak sobie organizujesz swoje życie, żeby tam szpilki nie można było włożyć?

- Generalnie właśnie tak wychodzi, że mam na odpoczynek zazwyczaj ten czas, w którym nawet szpilka się nie zmieści. W tym roku planuję jakiś odpoczynek. Mam w tej chwili ponad 60 dni niewykorzystanego urlopu, bo po prostu nie było kiedy go wykorzystać. Byłem przez okres wakacji pierwszego, drugiego i trzeciego roku panowanie zajęty tworzeniem teatru. Nie jest to wielkim problemem spędzić czas w miejscu, w którym popołudniami mogłem mieć wakacje. To tak wyglądało, że przy pierwszym roku, kiedy przyszliśmy do Gdańska nie było nic zaplanowane. A ja lubię mieć wszystko zaplanowane, nie tydzień, ale i każdą godzinę, w każdej pracy. Każda próba jest zaplanowana z góry na rok do przodu, to samo było przed drugim rokiem, kiedy już był przygotowany plan, ale trzeba było go dopracować. To jest akurat taka sytuacja, że mogliśmy już mieć ten spokój podczas lata ale pandemia kazała nam bardzo wiele rzeczy adaptować do sytuacji.

Podobno zdemolowałeś część widowni dla potrzeb orkiestry.

- Tak, to pierwsza rzecz , którą w ogóle pomyśleliśmy kiedy zamknęli teatry. Czyli co zrobić, żebyśmy mogli pracować. Mam z tyłu głowy odpowiedzialność za każdego z tych artystów, techników, osoby z teatru, ale też za zaproszonych solistów, którzy zarezerwowali dla nas swój czas. Odwoływanie spektakli oznacza, że zostaną odcięci od źródła dochodów, więc bardzo się staraliśmy i zdemontowaliśmy część widowni, żeby muzycy mogli grać w pełnym składzie, oczywiście w odpowiedniej odległości. Zorganizowałem pracę w taki sposób, żeby zespoły nie spotykały się w ogóle za często na korytarzach, każdy wychodził z innej strony, godziny prób są tak ułożone, żeby można było trochę panować nad tą okropną pandemią która nas tak dotknęła. Udało się. Było wiele spektakli, część tylko przez internet, udało nam się zaprezentować jednak premiery to było nieprawdopodobne doświadczenie. Najłatwiej byłoby powiedzieć - jest niebezpiecznie, więc nie gramy, co nie byłoby pozbawione sensu i odpowiedzialność za ludzi, ale z drugiej strony powiedzieć nam się nic nie uda i czekać, to nie w naszym stylu. Zespół Opery Bałtyckiej zrozumiał, że wysiłek dotyczy tego, żebyśmy mieli coś co nas podtrzyma psychicznie, w momencie kiedy bardzo łatwo o załamania.

Jakub Józef Orliński / Michał Biel

Jakub Józef Orliński (z prawej) i Michał Biel. Fot. Magda Jasińska
Jakub Józef Orliński (z prawej) i Michał Biel. Fot. Magda Jasińska
Polskie Radio PiK - Zwierzenia przy muzyce - Jakub Józef Orliński i Michał Biel
Jakub Józef Orliński - kontratenor urodzony w 1990 r. w Warszawie. W 2020 r. otrzymał „Paszport Polityki”. W 2019 r. wyróżniony nagrodą Opus Klassik i nagrodą magazynu „The Gramophone” dla najlepszego młodego artysty.

Michał Biel - pianista i korepetytor. Studiował - podobnie jak Jakub Józef Orliński - w Juilliard School w Nowym Jorku. Absolwent Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach w klasie fortepianu prof. Andrzeja Jasińskiego oraz klasie kameralistyki prof. Grzegorza Biegasa.


Piątek, 9 lipca godz. 20:05
Jak wcześniej Was nie było w Bydgoszczy, to nie było, a teraz - raptem po kilku miesiącach - znowu mamy okazję się spotkać.

Jakub Józef Orliński: - Tak. I jeszcze nie wiem, czy już poszła plotka po mieście, ale Michał tutaj prawdopodobnie będzie częściej.

Michał Biel: - Rzeczywiście są plany otwarcia nowych kierunków na Akademii Muzycznej. Plany, które będą się urzeczywistniać w nowym roku akademickim.

Chodzi o coaching wokalny?

M.B.: - Rzeczywiście, od przyszłego roku Akademia Muzyczna w Bydgoszczy ma kształcić młodych pianistów i uczyć ich jak pracować, jak pomagać, inspirować wokalistów.
Jakub Józef Orliński (z prawej) i Michał Biel. Fot. Magda Jasińska
Jakub Józef Orliński (z prawej) i Michał Biel. Fot. Magda Jasińska
To jest zupełnie inna praca niż praca pianisty - solisty, który uczy się na wydziale instrumentalnym.

J.J.O: - Jak najbardziej. Jest to zupełnie inne podejście do instrumentu, ponieważ trzeba wykształcić trochę inne umiejętności: umiejętność słuchania wokalisty, umiejętność rozpoznawania co jest nie tak, jak można coś poprawić, jak pomóc, co udoskonalić? Tak więc też trzeba zaznajomić się z jakimiś podstawami technik wokalnych, podstawami interpretacji literatury operowej. Jest to coś zupełnie innego.

M.B.: - Może też właśnie ten repertuar i nauczenie ludzi współpracy. Niestety, często bywa tak, że na uczelniach jesteśmy ustawiani na solistę, a to nie jest jedyna droga. I ta droga - takiego współpracującego muzyka - jest do nauczenia.

J.J.O: - Trzeba mieć tę umiejętność, żeby słuchać i reagować. To jest bardzo cenne. Ja bardzo to sobie chwalę i cenię na mojej drodze muzycznej. Dlatego tym bardziej się cieszę, że spotkałem Michała, który rewelacyjnie się w to wpisuje i też ma takie umiejętności. Doszliśmy do takiego pewnego wniosku między innymi dlatego, że obaj śpiewaliśmy w chórze. Chór jednak daje coś takiego, że jest się w grupie, w dużej grupie osób i nie ma tak naprawdę jednostki. Jest jeden organizm, który czasami się składa z 8 osób, czasami z 45 albo i więcej, dlatego trzeba nauczyć się słuchać, reagować, wtapiać się, ale też czasami właśnie być tą jedną, jedyną osobą, która śpiewa. Tak więc, to są takie rzeczy, które później mają duży wpływ na współpracę.

Co takiego się wydarzyło, że postanowiliście razem tworzyć coś tak fantastycznego?

J.J.O.: - To jest taka historia „odtrącenia”. To było wtedy, kiedy byliśmy razem w Akademii Operowej, która działa przy Teatrze Wielkim Operze Narodowej w Warszawie i znaliśmy się tyle, co zagraliśmy. Może Michał zagrał na jakiejś jednej mojej lekcji, może na dwóch. Ja słyszałem o jego dość ciekawych historiach, dotyczących jego umiejętności wokalnych, które często prezentuje w godzinach wieczornych. W każdym razie, kiedy wspólnie byliśmy w Akademii Operowej, za chwilę odbywał się konkurs w Bukareszcie i na ten konkurs zapisało się bardzo dużo śpiewaków. Z czego chyba trójka poprosiła Michała, żeby z nimi zagrał na tym konkursie. Aby wystąpić, trzeba było przygotować mniej więcej pięć utworów i Michał zgodził się z tymi wokalistami zagrać. Te osoby mu zapłaciły za lot i za zakwaterowanie. Wtedy mój profesor powiedział: „Słuchaj, jeżeli chcesz w ogóle coś zadziałać w tym konkursie, to powinieneś poprosić Michała, żeby zagrał też z tobą.” Dopowiem, że to było na 2 czy 3 tygodnie przed konkursem, więc poszedłem do Michała tak ochoczo i mówię „Kurczę, fajnie by było byśmy zagrali razem. Może wystąpisz ze mną”? A on mówi: „Nie”. Ja go przekonuję i mówię „ale wiesz, czemu nie chcesz ze mną zagrać?

M.B.: - Wtedy powiedziałem, że mam dużo materiału i muszę się przygotować. Poza tym powiedziałem: „Ty jesteś kontratenorem i twój repertuar jest taki mało pianistyczny”.

J.J.O: - Bo rzeczywiście jest tak, że opracowania fortepianowe kompozycji barokowych, które śpiewam na takich konkursach, często nie są najlepsze, więc dużo trzeba też czasu spędzić nad tym, żeby wyłuskać te rzeczy, które są w ogóle do zagrania. Bywa, że arie koloraturowe nie są napisane w taki sposób, żeby to po prostu zagrać. Trzeba rzeczywiście pokombinować. Wróciłem wtedy do swojego profesora i powiedziałem mu, że Michał nie chce ze mną zagrać. Na co profesor mówi: „To weź go jakoś przekup”. To była więc dość długa walka o to, czy Michał ze mną zagra i jak go przekupić.

M.B.: - Okazało się , że zdarzył się przedziwny przypadek, bo dwójka wokalistów, z którymi miałem jechać, zachorowała. Bilet był kupiony, więc złapałem Józka (Jakuba Józefa Orlińskiego) i zaproponowałem, że mogę z nim pojechać.

J.J.O.: - Wtedy, przed pierwszą rundą, przećwiczyliśmy właściwie tylko te dwa utwory, które trzeba było zaśpiewać w pierwszym etapie. Doszliśmy do drugiej rundy, zrobiliśmy wówczas próbę kolejnych dwóch utworów. Zagraliśmy, bawiliśmy się świetnie. Wszystko fajnie szło i doszliśmy do finału. Przed finałem okazało się, że nie ma klawesynu i tak naprawdę dyrygent nie za bardzo ma pojęcie jak dyrygować utworami barokowymi, więc postawił sobie Michała z clavinovą, który grał właśnie z całą orkiestrą i prawie nią dyrygował. Michał dostał nagrodę dla najlepszego pianisty konkursu, ja otrzymałem trzecią nagrodę, a wiele osób z jury pytało ile lat gramy razem, a my graliśmy dosłownie 36 godzin. I wtedy tak naprawdę wiedzieliśmy, że ta współpraca jest warta kontynuowania.

Jak podoba Wam się sala Filharmonii Pomorskiej w Bydgoszczy?

J.J.O: - Akustyka fantastyczna, naprawdę można tu zrobić wszystko.

M.B.: - Jest to taki rodzaj sali, który jest najfajniejszy na recital, bo rzeczywiście, czy się gra pianissimo, najciszej jak się da, czy się gra najgłośniej, to wszystko idzie i czuje się ten dźwięk, który po prostu sobie wybrzmiewa. No i kolejny plus, to wydaje mi się, że filharmonia ma bardzo dobre instrumenty. Kiedy po raz pierwszy weszliśmy do Filharmonii Pomorskiej, to przeszkodziliśmy Szymonowi Nehringowi i przez chwilę sobie popróbowaliśmy. Wtedy pomyśleliśmy, że bardzo fajnie byłoby kiedyś zagrać tu recital, więc mamy właśnie pandemię i są takie sytuacje, że jesteśmy w Bydgoszczy.

J.J. Orliński: - Powiem, że jedna z najfajniejszych sytuacji, które tu w Akademii się wydarzyły, to było kiedy przyszła pani rektor i pyta mnie, czy ją pamiętam? A to jest pani Ela Wtorkowska, która prowadziła zajęcia z emisji głosu, jak byłem dzieciakiem w chórze. Tak więc spotkaliśmy się już po latach. Fantastyczna historia. Świat jest mały. To naprawdę jest niesłychane, jakich ludzi można spotkać po latach na drodze swojego życia.

Abstrahując od naszych poważnych rozmów, to czego tacy poważni artyści słuchają na co dzień?

J.J.O.: - Całą drogę do Bydgoszczy słuchaliśmy i Grechuty i Turnaua. Lubimy różną muzykę, elektroniczną, house, funky, rap australijski. Wszystko, co jest dobre i nieoczywiste.

Kuba Badach

Kuba Badach Fot. Magda Jasińska
Kuba Badach Fot. Magda Jasińska
Polskie Radio PiK - Zwierzenia przy muzyce - Kuba Badach
Wokalista, kompozytor, aranżer, producent muzyczny. Mimo młodego wieku śpiewał razem z Andrzejem Zauchą. 12 lat temu wydał album „Tribute to Andrzej Zaucha”.

Piątek, 3 lipca godz. 20:05
Jesteś trochę takim inspiratorem Festiwalu „Serca Bicie” Pamięci Andrzeja Zauchy. O tym zawsze mówi Krzysztof Wolsztyński, że to przez Twoją płytę „Tribute to Andrzej Zaucha”, on co roku organizuje festiwal.

- Czy słyszę tu jakieś nowe teorie, z którymi spotykam się po raz pierwszy, może jest to efekt mgły covidowej?

Oj nie, tę teorię słyszałam już znacznie wcześniej.

- Nie, ja bym tutaj mojej roli absolutnie nie przeceniał, choć faktycznie Krzysztof Wolsztyński parokrotnie w naszych kuluarowych rozmowach wspominał, że ten album i nasza pierwsza współpraca, wtedy jeszcze z zespołem Poluzjanci, kiedy występowaliśmy na deskach Opery Nova w Bydgoszczy, że to był taki impuls. Ale wydaje mi się, że jego pasja do muzyki Andrzeja Zauchy jest tak wielka, że nieistotne jest czy ja bym tę płytę „Tribute to Andrzej Zaucha” nagrał czy kto inny, czy ta płyta w ogóle by powstała, to Krzysztof Wolsztyński i tak zrobiłby festiwal poświęcony Andrzejowi Zausze i chwała mu za to. To jest absolutnie wspaniała inicjatywa, bardzo taki namacalny i smaczny owoc, który co roku młodzi ludzie mogą konsumować. To sprawia, że te utwory są wciąż żywe.
12