Marika
2026-08-13
Marika (właśc. Marta Kosakowska) wokalistka oraz autorka tekstów i muzyki. Zadebiutowała w 2002 roku jako głos Bass Medium Trinity. Jako pierwsza wokalistka reggae-dancehall przebiła się do polskiego mainstreamu singlem pt. „Moje serce", który stał się hitem. Teraz prezentuje piosenkę pt. „TO NIE TY”, która jest o jednostronnej relacji, w której jedna osoba nieustannie zabiega o bliskość, a druga pozostaje emocjonalnie nieobecna, niedostępna i bierze więcej, niż daje. „To nie Ty” to najnowszy singiel Mariki.
„...mam od siebie jakiś rodzaj takiego wymagania, żeby rzeczywiście być w takiej szczerości, autentyczności wobec słuchaczy. A skoro tak, to opisuje świat z mojej perspektywy, a ja się zmieniam. Z jednej strony udało mi się ocalić te dziewięcioletnią dziewczynkę z okładki albumu „Marta Kossakowska”, 9-latka, która wdrapała się na szopę, w której dziadzio trzymał sprzęty do uprawy ogrodu i chciała koniecznie zaśpiewać światu piosenkę. A ponieważ nie była wysoka i raczej drobna, to wdrapała się tak wysoko, żeby ją widziano i słyszano. Ciągle tę dziewczynkę w sobie mam i jak ta dziewczynka, też tak wkraczam dziarsko na scenę, kiedy koncertuję, natomiast jestem już dojrzałą kobietą, matką, żoną już po raz drugi, z doświadczeniem również trudnych relacji. Moje doświadczenie jest skarbnicą do pisania i od kiedy nie ma mojej mamy fizycznie, to ja sobie zdałam bardzo mocno sprawę z tego, że jestem jedyną w tej chwili na świecie kobietą, bo nie ma już mojej babci, kobietą, która jest w stanie się zaopiekować mną...”
Piątek, 14 sierpnia 2026 o godz. 22:05
- To jest retrospekcja.
To jest bardzo emocjonalny utwór.
- Tak, ale to chyba nie nowina w moim przypadku. Ja emocjonalnie piszę i dużo o relacjach międzyludzkich, więc nic dziwnego, że to też wywołuje taką emocjonalną reakcję wśród słuchaczy i słuchaczek. Mówię, że to retrospekcja dlatego, że poprzedni singiel – duet „Okruchy złota” był piosenką o miłości dojrzałej, spełnionej, bezpiecznej, trwałej i takiej, która może objąć całe życie. Natomiast „To nie ty”, ta piosenka jest o relacji, z której się trzeba wyplątać i można by odnieść wrażenie, że najpierw jest szczęście, a potem jest krach i rozwód. Nie, na drodze do tego szczęśliwego, dojrzałego związku, w którym już nie szukamy fajerwerków tylko bezpieczeństwa i spokoju, uczymy się jak to jest wchodzić w relację z ludźmi. W takim trio pracowaliśmy przy piosence „To nie ty”, czyli z Dominikiem Dudkiem współkompozytorem, producentem muzycznym oraz z Mimi Wydrzyńską moją serdeczną przyjaciółką, mamą chrzestną moich dzieci i też znakomitą „songwriterką” i tekściarką. Napisaliśmy już dwie piosenki. „To nie ty” jest drugą z nich, pierwsza nosi tytuł „Od drugiego wejrzenia” i jest piosenką, tu zdradzam tajemnicę, bo jeszcze nie wiem kiedy ją będę prezentować państwu, ale na pewno będę, jest piosenką o tym, że bardzo często miłość od pierwszego wejrzenia wcale się nie kończy trwałym związkiem na całe życie. Bardzo często miłość od drugiego wejrzenia bywa małżeństwem i taką relacją aż do starości. Często takie trwałe związki zaczynają się od przyjaźni, od rozmów, a nie od takiej chemii i splotu od razu uścisku ciał, tylko od takiego poznania jednego człowieka z drugim. O tym też chcę opowiedzieć, bo mam na ten temat jakieś przemyślenia i doświadczenia moje osobiste. A wracając do „To nie ty”, to jest to zatrzymanie takiego obrazu, kiedy jesteśmy w takiej relacji, która wisi w powietrzu, że musi się zakończyć, bo jest nieharmonijna, niszcząca, być może jedna osoba w tej relacji jest samotna i zaczyna tej osobie świtać, że to nie tak powinno wyglądać, ale jeszcze nie umie podjąć kroków. Bardzo często jest nam trudno, chcemy ocalić, uchronić to, co już zbudowaliśmy. Zależy nam na tej relacji i trudno nam się skonfrontować. W ogóle to bardzo często błędnie odbieramy taką sytuację, jako jakąś osobistą porażkę, że dokonaliśmy złego wyboru. Trudno się przyznać do błędu, więc próbujemy reanimować ten związek, a często są takie sytuacje bez wyjścia, z których jedynym wyjściem jest odejście.
Ty pisząc sobie piosenki zaglądasz w głąb własnej duszy?
- Zaglądam w głąb w swojej duszy, w głąb swojej psychiki, badam co czuję jak się czuję, jak się czują ze mną inni ludzie, jak działamy. Pamiętam, że jak byłam dziewczynką usłyszałam o książce, której nie czytałam, bo byłam jeszcze w szkole i pani nam opowiadała o tym, że nie należy pochopnie odczytywać tytułów książek. Po latach szukałam książki o psychologii, o tym jak ludzie funkcjonują i książka miała tytuł „W co grają ludzie” i nie mogłam jej znaleźć w księgarni, ponieważ pracownik tej księgarni włożył ją na półkę z książkami dla dzieci, ponieważ uznał, że to jest o grach, zabawach i włożył tę książkę tam, więc trudno było ją znaleźć. Choć to nie była książka o grach, tylko o psychologii, o socjologii i ja zapamiętałam tytuł, jakoś tak mi utkwił w mózgu i często o tym myślę, że właśnie my gramy, w znaczeniu wchodzimy w różne związki przyjacielskie, koleżeńskie, miłosne, między rodzicem a dzieckiem też jest jakiegoś rodzaju gra, między rodzeństwem jest jakiegoś rodzaju gra. Z jednej strony jesteśmy wobec siebie tacy jakimi jesteśmy ludźmi, z drugiej strony też jesteśmy w jakichś rolach. Te role mają jakąś narrację, społeczeństwo nam komunikuje na przykład, jak powinna się zachować matka wobec dziecka i chcą z tym dzieckiem grać. Te gry mają różne zasady i pewne zasady są niezmienne. Od kiedy istniejemy jako ludzie, pewne takie gry, w które gramy, wciąż nie umiemy przestać, a pewne zasady się zmieniają w kontekście tego, jak zmienia się świat.
Jak rozumiem tej piosenki „Od drugiego wejrzenia” jeszcze nie możemy posłuchać. Czy zamierzasz już nie wydawać płyt, być może, tak jak część artystów, tylko „singlować”?
- Chciałabym, żeby to jednak ukazało się jako album, może w winylowej formie, zobaczymy, co będzie za rok, bo myślę, że nie prędzej to się wydarzy. W tej chwili mam gotowych sześć piosenek, cztery czekają na publikacje, dwie już są opublikowane, więc mam więcej niż połowę, jeśli przyjmiemy, że płyta będzie się składać z 10 utworów, to mam 60%. Ale nie mam zamiaru się spieszyć do jakiejś daty. W tej chwili trochę inaczej się promuje utwory. Rzeczywiście, wydaję muzykę, staram się utrzymać zdrowe tempo i między piosenkami nie robić dłuższych odstępów.
Choć ostatnio między dwoma singlami, upłynęło sporo czasu.
- Tak to prawda, chciałam sprawdzić, czy jednak nie będę wydawać w wytwórni dużej, ale ostatecznie podjęłam decyzję o niezależności. To jest bardzo trudne i generuje bardzo dużo pracy, takiej, którą można lubić, albo nie, jak się jest artystą piszącym, bo to jest dużo pracy promocyjnej. Trzeba trochę ten telefon przykleić do ręki, się rejestrować ciągle i komunikować w social mediach. Dużo jest takiej pracy też strategicznej, żeby poznać mechanizmy w jakich teraz działają artyści. W jaki sposób rozumieć te wszystkie zależności między playlistami, algorytmami i tak dalej. To dla mnie jest trudne i nowe, ale staram się nadążać za zmieniającym się światem i cieszę się też z tej niezależności, bo to jest coś, na czym zyskuje przede wszystkim publiczność. Jeśli artyści są niezależni, to my wtedy rzeczywiście piszemy z serca, z głowy, a nie jak nam dyktują projekty. A wiadomo, że wytwórnie są firmami, które są stworzone po to, żeby generować zysk, a nie po to, żeby koniecznie docierać do serduszka i mówić jakieś super ważne rzeczy. Więc jakby tam są inne założenia, co pociąga za sobą pewien ciężar gatunkowy i jakość piosenek, co chyba nie jest jakimś tam wielkim obrazoburczym stwierdzeniem, które padnie teraz z moich ust, że jakość spada i popularne piosenki, są coraz niższych lotów. Już w tej chwili jesteśmy gdzieś na granicy jakiegoś disco polo, które się wdziera również na salony. Już się w zasadzie wdarło i jest normalizacja tego, co dawniej nie byłoby dopuszczone do takiego obiegu w prestiżowych mediach. W tej chwili w prestiżowych mediach mogą się pojawiać tacy twórcy i takie utwory, które moim zdaniem są poniżej poziomu, ale jest demokratyzacja, internet „wyklikuje” w tej chwili popularności piosenek i artystów. Jeszcze dawniej na przykład, decydujący był głos jakiegoś znawcy, osoby, która jest świetnie zorientowana w publikacjach i w rynku muzycznym i krajowym i światowym. Ten głos był znaczący, to byli dziennikarze, to były osoby opiniotwórcze, promotorzy i tak dalej. W tej chwili w zasadzie waga tego głosu jest zrównana z głosem każdego internauty, a w internecie dużo spraw „wyklikują” 12, 13, 14-latkowie, którzy jeszcze nie mają wyrobionego gustu i niewiele wiedzą o świecie. Oni stawiają na podium często takie postaci, które dostarczają łatwej rozrywki i cóż możemy na to poradzić. Ja idę za głosem „Róbmy swoje” i robię swoje, właśnie po swojemu i na własny rachunek, ale ma to swoje konsekwencje. Cały czas myślę, że algorytmy szlag trafi i da się wypromować to, co ma większą wartość.
Patrząc na Twój życiorys, mimo młodego wieku…
- Mam 45 lat.
Wiem, jesteś blisko ćwierć wieku na estradach.
- Na scenie od 2003 roku, to już całkiem się zrobiło poważnie. 23 lata prawie – nieźle.
Zadziwiasz, ale po prostu rozkwitasz, zmieniasz się, nie odcinasz kuponów.
- Mam od siebie jakiś rodzaj takiego wymagania, żeby rzeczywiście być w takiej szczerości, autentyczności wobec słuchaczy. A skoro tak, to opisuje świat z mojej perspektywy, a ja się zmieniam. Z jednej strony udało mi się ocalić te dziewięcioletnią dziewczynkę z okładki albumu „Marta Kossakowska”, 9-latka, która wdrapała się na szopę, w której dziadzio trzymał sprzęty do uprawy ogrodu i chciała koniecznie zaśpiewać światu piosenkę. A ponieważ nie była wysoka i raczej drobna, to wdrapała się tak wysoko, żeby ją widziano i słyszano. Ciągle tę dziewczynkę w sobie mam i jak ta dziewczynka, też tak wkraczam dziarsko na scenę, kiedy koncertuję, natomiast jestem już dojrzałą kobietą, matką, żoną już po raz drugi, z doświadczeniem również trudnych relacji. Moje doświadczenie jest skarbnicą do pisania i od kiedy nie ma mojej mamy fizycznie, to ja sobie zdałam bardzo mocno sprawę z tego, że jestem jedyną w tej chwili na świecie kobietą, bo nie ma już mojej babci, kobietą, która jest w stanie się zaopiekować mną. To mnie otrzeźwiło mocno, to mnie tak postawiło na nogi, że ja się nie mam już na kogo oglądać, kogo zapytać, czy ja Martusia dobrze robię. To ja jestem tą kobietą, przed którą raportuję, do której się uciekam i to mnie zmieniło mocno. Wiesz Magda, nie wiem jak o tym lepiej opowiedzieć, czy to jest w ogóle czytelne, ale to było bardzo mocne doświadczenie takiego braku matki. Wciąż jeszcze świeżego, bo moja mama odeszła w listopadzie. Z jednej strony utraty, a z drugiej takiej świadomości, że oto teraz, ja już muszę stanąć tak bardzo stabilnie, wbić dzidę w ziemię i być stabilnym punktem również dla moich dzieci, ale i dla siebie samej.
A chłopcy już ukończyli pierwszą klasę?
- Tak, skończyli szczęśliwie pierwszą klasę i od września idą do drugiej. To są nasze pierwsze szkolne wakacje, przeżywamy je.
Bycie mamą w jakiś sposób zaskoczyło Cię?
- Bardzo mnie zaskoczyło i przeraziło, wiesz, bo w mojej rodzinie był ten gen bliźniaczości. Moja babcia od strony mamy urodziła bliźnięta, ale one niestety żyły tylko tydzień i to doświadczenie, o którym się nie mówiło w mojej rodzinie, było taką tajemnicą trochę smutną, w tym znaczeniu, że ja wiedziałam, że coś takiego miało miejsce, ale nie znałam żadnych szczegółów. Dopiero zaczęłam drążyć temat i dopytywać babcię, kiedy sama zaszłam w bliźniaczą ciążę. Wyobraź sobie, jak byłam zestresowana, mając taką historię w rodzinie. Dlatego ja też nie komunikowałam w ogóle mojego macierzyństwa, trzymała je w tajemnicy z powodu lęku i takiego pragnienia ochrony tej sytuacji, żeby mnie się nie przydarzyło, ani moim dzieciom nic nie przewidzianego i nieszczęśliwego. Chciałam chronić tę sferę i udawało mi się to z powodzeniem, aż do drugiego roku życia moich synów nikt nie wiedział ani że byłam w ciąży, ani że dzieci się urodziły i kim są. Natomiast ta „dubeltowość” mnie zaskoczyła, ale samo macierzyństwo już nie, ponieważ ja w ogóle zrezygnowałam z takiej eksponowanej pozycji w mediach. Różnie ludzie to przeżywają, po niektórych to spływa jak po kaczce, ale ja się ogromnie stresowałam. Ja jestem z niedużego miasta, czwarte dziecko moich rodziców z prowincji. Nie miałam żadnych koneksji w Warszawie. Mnie wciągnięto do tych mediów publicznych właśnie do programu rozrywkowego z ogromną oglądalnością, jakby wciągnięto mnie tak ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu. Ja nie wiedziałam, czy ja przejdę przez szkło, czy ja nie zawiodę tych, którzy mieli wizję, że ja w tej sytuacji, w roli prowadzącej „The Voice of Poland”, się sprawdzę. Ja tego nie wiedziałam, bardzo się bałam, że zawiodę, byłam tym ogromnie zestresowana i zawsze jak stałam przed kamerą, potem może już trochę mniej, już się w tym rozsmakowałam, ale było to dla mnie stresujące. Ciągle byłam na jakieś diecie, byłam zestresowana i nie mogłam zajść przez kilka lat w ciążę. Uznałam, że po prostu chyba muszę odpuścić trochę tę sławę i karierę, uspokoić się, dać krok wstecz, pojeść masełka, przestać „dietować”, przytyć i może stworzę gościnne warunki, w których pojawi się jakaś osoba, jakaś istota ludzka, która zechce mnie wybrać na mamę. Te lata wcale nie były takie proste. Ilości rozczarowań takich wiesz comiesięcznych, że to nie w tym cyklu, że znowu się nie udało, była całkiem spora. Więc to nie było zaskoczenie, to było bardzo upragnione i bardzo wyczekiwane.
„Zwierzenia przy muzyce”
zaprasza Magda Jasińska