Mariusz Lubomski
2026-04-24
Wokalista, kompozytor i autor tekstów. Już niedługo – 29 kwietnia w bydgoskim Miejskim Centrum Kultury „Spacer z Lubomskim” - wyjątkowy wieczór z piosenkami Mariusza Lubomskiego – Artysty niezwykle charyzmatycznego, który od lat wymyka się prostym definicjom. Studenci Wydziału Edukacji Muzycznej Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy zmierzą się z repertuarem niezwykle wymagającym, a Mistrz będzie z nimi artystycznie spacerował. Wiele z prezentowanych utworów powstało do tekstów Sławomira Wolskiego, jednego z najwybitniejszych poetów polskiej piosenki, którego słowa od lat współtworzą muzyczny świat Lubomskiego.
Spektakl wyreżyserowała profesor Katarzyna Matuszak w ramach jej autorskiego cyklu „Literacka strona piosenki”. Nam Mariusz Lubomski opowiada o swoich początkach.
„..To co robię ma duży ładunek malarskości. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że bardzo dużo tutaj ode mnie zależy, z kim współpracuję, jakie to są piosenki, jakie to są teksty, jak je podaję, jak tutaj działa moja wrażliwość na te zmienne? I to gdzieś ma bardzo taki indywidualny rys. Chociaż piosenka rządzi się swoją konstrukcją: zwrotka, refren jest podana bardzo klasycznie przeze mnie, ale jednak ma jakąś tajemnicę. Chyba na tym polega prawda, zresztą już nie potrafię inaczej. Gdyby mnie teraz chciano sformatować w jakiś sposób, a chciano mnie przez lata, po prostu to nie wychodziło, to się nie udawało. Nawet nie, żebym nie chciał, żebym się upierał i był bardzo taki stanowczy. Nie, to po prostu tak jest. Jak rozmawiamy też tak patrzę, staram się teraz spojrzeć na siebie z boku i myślę o piosenkach i o tym co się dzieje w moim życiu. Myślę, że sobie rekompensuję to malarstwo na płótnie, piosenkami...”
Piątek, 24 kwietnia 2026 o godz. 20:05
- No tak, jak sobie pomyślę od kiedy to robię, to rzeczywiście jest to spacer. Jest to spacer, a ja gdzieś cały czas jestem z boku. Tak, jakby sobie wyobrazić postać, która spaceruje, nie głównymi ciągami i ścieżkami, tylko gdzieś po bokach. To nie dla tych, którzy chodzą głównymi traktami, a dla tych, którzy lubią to wszystko, co się dzieje po bokach. Myślę, że jest to frapujące, dla mnie również. Stąd „Spacerologia”, to tak dzisiaj już ukuło się z piosenką.
Plastyka czy muzyka?
- Muzyka.
Może zadałam złe pytanie, chyba jednak powinnam powiedzieć: muzyka z dobrym tekstem, ewentualnie piosenka autorska.
- To co robię ma duży ładunek malarskości. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że bardzo dużo tutaj ode mnie zależy, z kim współpracuję, jakie to są piosenki, jakie to są teksty, jak je podaję, jak tutaj działa moja wrażliwość na te zmienne? I to gdzieś ma bardzo taki indywidualny rys. Chociaż piosenka rządzi się swoją konstrukcją: zwrotka, refren jest podana bardzo klasycznie przeze mnie, ale jednak ma jakąś tajemnicę. Chyba na tym polega prawda, zresztą już nie potrafię inaczej. Gdyby mnie teraz chciano sformatować w jakiś sposób, a chciano mnie przez lata, po prostu to nie wychodziło, to się nie udawało. Nawet nie, żebym nie chciał, żebym się upierał i był bardzo taki stanowczy. Nie, to po prostu tak jest. Jak rozmawiamy też tak patrzę, staram się teraz spojrzeć na siebie z boku i myślę o piosenkach i o tym co się dzieje w moim życiu. Myślę, że sobie rekompensuję to malarstwo na płótnie, piosenkami.
I to się wszystko pięknie łączy.
- Okazuje się, bo o tym nie wiedziałem jeszcze jakiś czas temu. Cóż, tak myślę sobie, że to taka mała spowiedź. Różne rzeczy przychodzą mi do głowy w tej chwili.
Mariusz Lubomski w toruńskim studiu Polskiego Radia PiK. Fot. Zdzisław Nawrat/PR PiK![]()
Debiut był aż strach pomyśleć, ponad 40 lat temu w 1982 roku.- Tak, w Toruniu to był jeszcze stan wojenny, świeżo co zniesiona godzina policyjna. Egzaminy odbywały się nieco później niż zwykle. Finisz był z końcem lipca i od razu przechodziłem do wakacji i pojechałem z grupą przyjaciół, zresztą z Giełdą Piosenki Turystycznej, ale wtedy to był festiwal również piosenki politycznej. Ja po raz pierwszy „przeczołgany” już jako młody człowiek przez stan wojenny, też już mając wykrystalizowane poglądy co do rzeczywistości, która mnie otaczała, trafiłem do tej Szklarskiej Poręby gdzie było kilka tysięcy uczestników.
Wszyscy wywrotowcy?
- Oczywiście. Pewnie tam też było mnóstwo osób, które były po prostu służbami, ale można tam było to robić. Nie zostało to spacyfikowane i ja wtedy zaśpiewałem piosenkę „Impreza w klubie Harcerza”, która omawiała jaka to jest „Harcerska Służba Polsce Socjalistycznej”. A piosenka „Impreza w klubie Harcerza” to było właśnie opisem tego harcerstwa HSPS. Pamiętam biwaki, gdzie się wyjeżdżało na dwa dni i tam można było się nauczyć pić i palić na pewno. I też o tym ta piosenka, więc to jest też dłuższa historia, bo ja potem jeszcze gdzieś znalazłem się na „Ogólnopolskim Zlocie Harcerskiej Służby Polsce Socjalistycznej” koło Wałcza, gdzie zjechało kilka tysięcy harcerzy. To były takie olbrzymie zloty, które wyganiały okazuje się całą zwierzynę z lasu, bo jeżeli naraz do środka lasu przyjeżdża kilka tysięcy młodych ludzi, to się dzieją rzeczy fatalne, popłoch dla zwierząt na pewno. Warszawski klub studenckich „Hybrydy” dostał zlecenie na zrobienie dla tych młodych ludzi koncertu kabaretowo muzycznego i ja tam się pojawiłem świeżo po sukcesie w Szklarskiej Porębie, bo ta piosenka została zauważona. Wszystkie ówczesne radia studenckie tę piosenkę zaczęły grać, ale również osoby prywatne, które mogły się podłączyć do takiej długiej listwy swoimi magnetofonami i nagrywać wszystko w trochę lepszej jakości. Te nagrania po prostu rozpełzały się w sekundę po całej Polsce, poza oczywiście takim oficjalnym obiegiem. Wracam jeszcze do tego Wałcza na sekundkę, bo ja tam tą piosenką „Impreza w klubie harcerza”, zacząłem koncert właśnie w środku lasu, w absolutnej ciemności, tylko z kolegą na dwie gitary, a to, co się potem działo, to poczułem na drugi dzień. Odzew był oczywiście niesamowity tych młodych ludzi, ale na drugi dzień musiałem szybko uciekać z tego miejsca. Takie były czasy, osiemdziesiąty trzeci rok.
A zespół się dźwięcznie nazywał „I z Poznania, i z Torunia”.
- Tak. Oczywiście, a to dlatego, że założyłem ten zespół razem z moim przyjacielem, ówczesnym Piotrkiem Horbulewiczem, który mieszkał w Poznaniu. Na początku zaczęliśmy śpiewać piosenki bardziej poetyckie. Natomiast teraz myślę sobie, że Piotr odpadł, wiedząc jaka poetyka dalej nas kierowała, bo do zespołu dokooptował Rafał Bryndal, który pisał teksty polityczne, obyczajowe, natomiast Piotr zaczął studiować na muzykologii i o piosence myślał jednak inaczej. Rozstaliśmy się pokojowo. Nazwa została natomiast my, ja z Rafałem stworzyłem na kilka lat zespół „I z Poznania i z Torunia” i to jest czas, który jest bardzo słabo udokumentowany. Rzeczywiście graliśmy w tym ruchu studenckim, w klubach studenckich, na festiwalach studenckich, przy pełnych salach przez kilka lat. Mieliśmy swoją publiczność. To są bardzo miłe wspomnienia dla mnie, bo jednocześnie studia na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, które dawały mi pewien margines wolności. Wtedy student Akademii Sztuk Pięknych, no to był jakby poza kontrolą. No a jeszcze do tego dochodzą piosenki i w zasadzie cotygodniowe wyjazdy. Czyli całe moje studia to jest grzeczne chodzenie do pracowni i zaliczanie przedmiotów na uczelni, a piątek, sobota, niedziela należały do mnie i wchodziłem w zupełnie inny świat.
Czyli można powiedzieć, że z Rafałem Bryndalem było bardziej Panu po drodze, dwie niezwykłe osobowości, mocne charaktery.
- Ale my tego nie czuliśmy. Oczywiście byliśmy chłopakami, którzy robili swoje, jednak skromnymi. Piosenki nas oczywiście połączyły tak, ale to też atmosfera Torunia wtedy, lata osiemdziesiąte, czyli Od Nowa, Republika w Od Nowie. Młodszy brat Rafała, Jacek założył „Kobranockę” razem z „Kobrą”, Andrzejem Kraińskim. My wtedy byliśmy bardzo blisko siebie, codziennie się spotykaliśmy. To byli nasi młodsi koledzy, ale to był taki tygielek rockowy Torunia. My z Rafałem byliśmy zupełnie inni, czyli mogliśmy zagrać koncert. Grając na gitarze i śpiewając, a Rafał mówiący między piosenkami i czasami też tak było potem, że dokooptowali do nas jeszcze dwaj gitarzyści, więc to się zrobiło takie pełniejsze. Ale byliśmy zupełnie kimś innym, choć siłą rzeczy byliśmy razem.
Ten świat muzyczny bardziej Pana wciągał, niż wolność na sztaludze?
- Tak, ten bezpośredni kontakt z publicznością, feedback od razu, te dziewczyny. To, co się działo po koncertach. My jeździliśmy pociągami, oczywiście, wystarczyło brać gitary z sobą, wychodzić na scenę i już była energia. To było niesamowite. Dla nas to było coś naturalnego, że robimy piosenki i tak naprawdę po kilku godzinach możemy wyjść na scenę i już je w taki sposób niedoskonały, wykonać, a one stają się od razu środowiskowymi przebojami. Tego już teraz nie ma.
Pomimo, że narzędzia są łatwiej dostępne, właściwie na wyciągnięcie ręki, prawda?
- Wtedy to się wszystko działo po prostu w sekundę, no i w każdym ośrodku akademickim znajomi. Studenckie rozgłośnie radiowe, każda uczelnia miała swoich radiowców, swoje radia. Byliśmy tam goszczeni, zwykle było tak, że jeśli koncert był w piątek, no to my i tak wyjeżdżaliśmy w niedzielę, bo tyle się działo po. Jechaliśmy zwykle od razu na zajęcia, a jednocześnie to był siermiężny socjalizm, naokoło bieda.
I tu Słuchaczom trzeba wyjaśnić, że mówimy o czasach, kiedy nie było ani komórek, ani internetu.
- No tak, to były lata osiemdziesiąte, druga połowa osiemdziesiątych. Potem zaczęło się to wszystko trochę już u mnie zmieniać w osiemdziesiątym siódmym, ale te pięć lat, to taka „jazda bez trzymanki”. Po drodze wygrany pierwszy festiwal kabaretów „PAKA” w Krakowie, a dwa lata później „Studencki Festiwal Piosenki”.
To były najważniejsze festiwale.
- No tak, wtedy to był naprawdę najważniejszy festiwal i też tak to zwycięstwo tak ad hoc wpadło po prostu, bez takiego mojego zabiegania napinania, bez tego nastroju, choć wszystko się działo w biegu. Ja zresztą zaśpiewałem w konkursie i chwilę później, dwie godziny później po prostu zaniemogłem wokalnie, bo się przeziębiłem. Leżałem z wysoką temperaturą w hotelu i w ogóle nie uczestniczyłem w tym festiwalu. Czyli pewnie gdyby stało się, że zachorowałbym 2, 3 godziny wcześniej, to ani nie byłoby tego sukcesu i nie wiem, czy taki właśnie Lubomski by się wydarzył, czy to gdzieś by po prostu przeleciało. Ten pociąg, by mi odjechał.
Ale wsiadł Pan do tego pociągu.
- No wsiadłem, tak nieskromnie powiem.
Mariusz Lubomski w toruńskim studiu Polskiego Radia PiK. Fot. Zdzisław Nawrat/PR PiK
- A ja tego nie czułem, prawdę mówiąc. Wcześniej pojawiłem się na studenckim festiwalu wraz z zespołem „I z Poznania i z Torunia”. Jeszcze z tą grupą, bo tam było więcej osób z poznańskiej muzykologii, ale tam wówczas nic nie zwojowaliśmy. Dopiero zaistniałem, śpiewając tekst Sławka Wolskiego i dwa teksty Rafała Bryndala. Być może trochę dojrzałem. Ale też ciekawa rzecz, bo jak wygrywało się wtedy „Studencki Festiwal Piosenki”, to było się zapraszanym z automatu do Opola. Ja odmówiłem, nie chciałem tam się pojawić. Rok wcześniej, czyli to był osiemdziesiąty szósty rok, dostałem wyrok w kolegium do spraw wykroczeń za śpiewanie piosenek poza cenzurą. To mogło być kilka tygodni więzienia lub kilka pensji, średnich pensji.
Czyli grzywna?
- Tak, grzywna, która została rozłożona na raty. Chyba też moi rodzice trochę mi pomogli, ale też jakoś byłem w stanie to spłacić. Rafał i ja dostaliśmy taką grzywnę i ja nie miałem poczucia, że to Opole cokolwiek zmieni w moim życiu. Też nie śledziłem tego co się dzieje, bo byłem wtedy studentem, nie oglądałem telewizji, nie słuchałem radia i byłem poza systemem. Ale okazało się potem w międzyczasie, że jest przy festiwalu opolskim taki koncert, zorganizowany w teatrze w Opolu, w teatrze im. Kochanowskiego. Tam zostali zaproszeni artyści już uznani, trochę śpiewających aktorów. Przypomnę, że tam debiutował publicznie zespół Czerwony Tulipan, ale też tam poznałem osobiście Jacka Wójcickiego, którego znałem wcześniej, bo śpiewał w takim jazzowym zespole wokalnym „In Tune”. Pojechałem z przyjemnością zaśpiewać piosenkę „Underground” i ona nie mogła przejść bez echa. Już potem „poszły konie po betonie”. Zaproszono mnie na koncert finałowy festiwalu. Dostałem bardzo bezpieczną nagrodę, czyli nagrodę operatorów telewizyjnych, ale piosenka poszła w świat i rzeczywiście to miało przełożenie na popularność. Ta piosenka też była zupełnie inna od wszystkich, które tam były śpiewane. A wtedy debiutował i pokazał się bardzo z mocnej strony zespół „Papa Dance”, tak więc takie piękne zderzenie różnorodności. A ja nie czułem wagi tego występu, bo ta piosenka oczywiście została również mocno zauważona, a ja oczywiście wróciłem sobie do Torunia na swój Wydział Sztuk Pięknych dalej robić swoje.
„Zwierzenia przy muzyce”
zaprasza Magda Jasińska