Wtorek, 30 listopada 2021 r.   Imieniny: Andrzeja, Maury, Konstanteg
Polskie Radio PiK » Spotkania ze sztuką

Spotkania ze sztuką

Sztuką można się cieszyć niezależnie od posiadanego wykształcenia czy wiedzy. Trzeba tylko mieć trochę odwagi. I tej odwagi będą starali się dodać autorzy cyklu audycji, w których artyści, kolekcjonerzy, muzealnicy, konserwatorzy opowiadać będą o wybranym dziele sztuki.

Ponieważ pomysł wydaje się być równie interesujący co karkołomny - opowiadać o dziele wizualnym w radiu, to na stronie internetowej nasi słuchacze będą mogli obejrzeć i wysłuchać znacznie więcej.

Opowieści z anegdotami o artyście, muzyką, a nawet zapachami ... Sztuka przecież pięknie łączy!



29. listopada 2021 Pieter Bruegel — Wieża Babel

Pieter Bruegel — Wieża Babel Fot. wikipedia
Pieter Bruegel — Wieża Babel Fot. wikipedia
Prof. Dariusz Markowski Fot. Magda Jasińska
Prof. Dariusz Markowski Fot. Magda Jasińska
Polskie Radio PiK - Spotkania ze sztuką odc.40
Profesor Dariusz Markowski przyszedł z Wieżą Babel — Pietera Bruegla. Do tej pory inaczej wymawiałam nazwisko tego artysty.
- Zwykle słyszymy taką wersję spolszczoną, a jednak to niderlandzki malarz.

Wieża Babel, obraz olejny z 1563 roku.
- Tak, dość duży, bo obraz malowany na desce o wymiarach 114 na 155 cm, a więc stosunkowo duży jak na malarstwo na podłożu drewnianym. Obraz znajduje się w Muzeum Historii Sztuki w Wiedniu (Kunsthistorisches Museum Wien) i powiem szczerze, że ile razy jestem w Wiedniu, to jeżeli mam taką możliwość zwiedzenia i zobaczenia tego dzieła to staram się oglądać, bo jest naprawdę takim obiektem bardzo interesującymi.

Niezwykle zagadkowa i też niezwykle ciekawa postać samego artysty, ponieważ trochę wzorował się na Boschu.
- Tak, zresztą nawet jeżeli zobaczymy, niektóre jego obrazy, chociażby na przykład „Upadłe anioły” to tam mamy bardzo dużo zaczerpniętej tej charakterystycznej tematyki wzorowanej na Boschu. Niektórzy mówią, że rzeczywiście oprócz Boscha troszeczkę też jest tam pewnie i wpływów Jana van Eycka, bo niewątpliwie jednak tradycja tego malarstwa niderlandzkiego gdzieś tam się pojawia i to pewnie widzimy. Warto też wspomnieć, że to jest Peter Bruegel Starszy, ponieważ jest jeszcze Peter Bruegel Młodszy zwany często „piekielnym”, który jest synem wspomnianego artysty.

Jest to postać o tyle ciekawa, że w malarstwie niderlandzkim uważana za taką osobę, która dokonuje pewnego przełomu, bo on zaczyna pokazywać sceny z życia bardzo często wsi, chociażby wesela, sianokosy. Ale też pokazuje zabawy dziecięce, a więc ta tematyka często taka dość sielankowa, więc pokazuje to społeczeństwo w zupełnie inny sposób, dlatego nazywa się go malarzem chłopskim. Przy czym nie do końca jest to prawda, bo to malarstwo chłopskie w sztuce holenderskiej, w sztuce Niderlandów się pojawia bardzo często i ono początkowo może pokazuje takie pozytywne zdarzenia, a później stopniowo to społeczeństwo jest ośmieszane.

Natomiast wracając do wspomnianego obrazu, do Wieży Babel — to na tym obrazie się wiele dzieje, ale też powiedzmy, o której wersji obrazu Pan mówi?

- Ja mówię o tej większej wersji, czyli tej głównej, która się znajduje w Wiedniu. Bo jest rzeczywiście jeszcze mniejsza wersja, zwana często Małą Wieżą Babel w muzeum w Rotterdamie. Ale ja mówię o tej ważniejszej, bo ona jest zdecydowanie bardziej rozbudowana, wielowątkowa i pokazuje przede wszystkim biblijną Wieżę Babel, która jest opisana w Księdze Rodzaju, a która ma być jakby taką budowlą, która ma jakby jednoczyć ludzkość.

Według oczywiście Biblii Wieża Babel była takim symbolem, czy też znakiem, dzięki któremu ludzie nie rozproszą się, natomiast wiemy, że Wieża ma sięgać do nieba. Tak więc to jest jakby główny powód, że Jahwe sprzeciwia się tym zamiarom i postanawia pomieszać tym budowniczym języki i dzielić lud na różne narody. Rzeczywiście kiedy spojrzymy na ten obraz, to on ma właśnie takie dwa wątki, bo pierwszy to jest ten wątek typowy Wieży Babel. Wieża Babel zbudowana jest tutaj na skale. Widzimy kolejne poziomy tej budowli, która jest oddana z niezwykłym pietyzmem, bo tam są fantastycznie pokazane szczegóły, w ogóle całej tej inżynierii budowlanej. Artysta musiał niewątpliwie znać te ówczesne nowinki techniczne.

Oprócz tego, mamy port, który jest po prawej stronie pokazany. Po lewej stronie Wieży Babel też widać to częściowo po prawej, jest miasto, typowe miasto holenderskie, czy niderlandzkie. Dalej w tle mamy jeszcze sielski, taki wiejski pejzaż z wiatrakiem. No a po lewej stronie u dołu, jest taki dość ciekawy orszak babilońskiego króla Nimroda, któremu podobno towarzyszy również architekt tej budowli. Widzimy ludzi, którzy się tutaj kłaniają temu orszakowi, oddają hołd, a więc mamy w pewnym sensie znowuż takie ukazanie takiego zróżnicowania społecznego.

Wracając do tego obrazu, to ta wieża jest budowlą niedokończoną, praktycznie tak jakby się rozsypywała i o to chyba chodziło samemu artyście.
Jak spojrzymy na technikę wykonania tego obrazu, to jest ona niezwykle pieczołowicie zrobiona, z takimi szczegółami, drobiazgami. Mnie to się trochę kojarzy z jakimś kopcem, na którym pracują mrówki, to tak tam wyglądają ludzie, są bardzo niewielcy i którzy budują tę niezwykłą budowlę.

I mamy takie zderzenie trochę rzeczywistości z fantastyką?
- Nie wiem, czy pani redaktor widziała film Petera Jacksona „Władca Pierścieni”. W jednym z odcinków pojawia się takie miasto, które moim zdaniem jest idealnie wzorowane na tym obrazie. Naprawdę, nawet widziałem modele, które były przygotowywane do tworzenia tego filmu, które są dosłownie jakby żywcem wzięte z tego obrazu. Ale pytanie, skąd w ogóle Bruegel mógł wpaść na taki pomysł, żeby namalować taką budowlę. I tutaj oczywiście wiemy z jego życiorysu, co prawda niewiele, bo tylko wiemy to, że się uczył u Pietera Coecka, też malarza. Wiemy, że był zapisany do cechu malarzy w Antwerpii, że odbywał podróże do Włoch i Francji i prawdopodobnie bezpośrednio rzymskie Koloseum miało wpływ na ten obraz, bo jeżeli się przyjrzymy, to pewne analogie tutaj w tym są.

Czy wiemy, jak długo malował ten obraz?
- Nie, tego nie wiemy, bo obraz co prawda jest podpisany, zresztą część jego obrazów właściwie większość jest sygnowana i dzięki temu też można w jakiś sposób określić, który kiedy był tworzony. Tutaj musiałbym jeszcze, na jedną rzecz zwróć uwagę. Wiemy, że krótko przed śmiercią, bo umiera w wieku 44 lat, część obrazów, a właściwie swoich rysunków każe swojej żonie spalić.

On do tego malarstwa dochodził też w bardzo charakterystyczny sposób, bo on początkowo wykonywał bardzo dużo dzieł w technice tempery na płótnie, bez gruntu. To jest dość ciekawe, w ogóle w malarstwie takim zachodnioeuropejskim nazywa się "malowanymi chustami". Niewątpliwie on zapożycza sobie troszeczkę tę technikę, która była dość popularna w Holandii i maluje wiele obrazów, dlatego ogrom nie zachował się do dzisiejszych czasów. Niemniej część obrazów, jak chociażby taki bardzo znany obraz „Ślepcy”, malowany jest właśnie w technice tempery na nie gruntowanym płótnie, czyli efekt uzyskiwał troszeczkę zbliżony do gobelinów. Później stopniowo zaczyna tworzyć obrazy w technice olejnej, ale na pewno w jego malarstwie są obrazy temperowe i to bez wątpienia ta technika jest dość taką widoczną i charakterystyczną dla tego artysty.

Czy większość zachowanych obrazów Bruegla można obejrzeć w Holandii?
- Nie, to jest ciekawe, że większość jego dzieł znajduje się w Wiedniu i chyba te najbardziej znane jego obrazy znajdują się właśnie w Muzeum Historii Sztuki w Wiedniu. Ja sobie zadałem nawet kiedyś pytanie, dlaczego one się tam znajdują? Ale chyba odpowiedź jest dość prosta, bo w czasach kiedy on żyje, to Niderlandy są pod panowaniem Filipa drugiego Habsburga, więc w związku z tym chyba w ten sposób tą linią od Habsburgów trafiły te obrazy później do Wiednia.

Jeszcze też warto wspomnieć, że takim też pretekstem do namalowania tego obrazu były dość duże spory religijne, które miały miejsce w Holandii, właśnie pod panowaniem króla Hiszpanii i stąd prawdopodobnie może ta symbolika Wieży Babel i tego, że ludzie nie potrafią się ze sobą porozumieć, gdzieś ma swój początek w tych wojnach.

22 listopada - "Nowo narodzony" Georges de La Tour

Georges de La Tour "Nowo narodzony" Fot. wikipedia
Georges de La Tour "Nowo narodzony" Fot. wikipedia
Prof. Dariusz Markowski Fot. Magda Jasińska
Prof. Dariusz Markowski Fot. Magda Jasińska
Polskie Radio PiK - Spotkania ze sztuką odc.39
Profesor Dariusz Markowski dzisiaj będzie opowiadał o „Nowo narodzonym”. Obraz Georges'a de La Toura, z którego roku?
- Jest mniej więcej datowany na lata 40 XVII wieku. Nie ma dokładnej daty, ponieważ obraz jest niesygnowany.

Tak jak większość jego prac?

- Tak jest, jak większość jego pracy niesygnowanych i właściwie przypisywanych dopiero od pewnego czasu.

Czyli to jest taki artysta niedawno stosunkowo odkryty na nowo?
- Tak, na początku XX wieku, dokładnie w 1915 roku ma miejsce odkrycie jego przez niemieckiego historyka sztuki Herman Vossa, który przypisuje mu właśnie obrazy. Wcześniej rzeczywiście na niemalże 250 lat artysta znika i w ogóle nie istnieje. Dopiero właściwie przyporządkowanie przez wspomnianego Vossa kilku obrazów temu artyście, spowodowało w pewnym sensie też jego jakby takie nowe odkrycie. I rzeczywiście wokół tego artysty zaczyna się coraz więcej pisać.

Dziś możemy powiedzieć, że mamy około 48 obrazów tego artysty, w rzeczywistości znanych jest prawie 100. Część z reprodukcji. Można by się zastanawiać czy rzeczywiście one są wszystkie jego, bo część tych obrazu była przypisywana bardzo różnym artystom. A wiemy, że dopiero później właśnie zaczęto w nim widzieć taki zupełnie jakby inny przykład twórczości, jako artysty, którego należałoby oczywiście łączyć z Caravaggiem, bo rzeczywiście jest to taki chyba jeden z ostatnich artystów, który operuje światłocieniem i artystów, który jak się okazuje chyba obrazów Caravaggia, na żywo nie widział.

W ogóle mamy brak informacji dotyczących, czy on w ogóle odbył jakąkolwiek podróż do Włoch i prawdopodobnie nie. Jest to artysta cały czas związany z Lotaryngią, tam mieszka, tam tworzy i nawet zupełnie nieźle zarabia na tych swoich dziełach.

Bo on za życia był znanym i takim dość wziętym artystą.
- Bardzo wziętym artystą, choć po śmierci słuch po nim zaginął i zaraz o tym powiem dlaczego. Natomiast on był takim wziętym malarzem, bo między nimi był objęty mecenatem księcia Lotaryngii Henryka II, ale również stał się malarzem nadwornym króla Francji Ludwika XIII i rzeczywiście nawet przez jakiś czas dostaję pracownię w Luwrze, co niewątpliwie było bardzo takim jakby dużym wyróżnieniem tego artysty.

Później kiedy on tworzy dla najważniejszych elit francuskich, bo przecież jego obrazy są również zbiorach kardynała Richelieu i później ten słuch po nim zaginął na prawie 250 lat.
Wszyscy się zastanawiali dlaczego. Niektórzy twierdzą, że wynikało to z jego charakteru awanturniczego. Później zaczęto mówić, że wynika to z faktu, że jego syn otrzymał tytuł szlachecki i możliwe, że sam chciał go w pewnym sensie wymazać, ponieważ zawód malarza uważano za zawód rzemieślnika, więc w związku z tym może nie wypadało i kto wie, czy to w ten sposób nie było?

Niektórzy uważają, że wiele jego dzieł też zniknęło, uległo zniszczeniu w wyniku wojny trzydziestoletniej. I możliwe, że to zdarzenie spowodowało, że tych jego obrazów było stosunkowo niewiele i słuch o nim po prostu zaginął.

Georges de La Tour nie pochodził z rodziny artystycznej?

- Pochodził z rodziny piekarzy i w ogóle nie wiemy nic praktycznie o jego kształceniu artystyczny. Nie ma żadnych informacji, w ogóle postać bardzo zagadkowa, bo nie wiemy, jak jego życie wyglądało. Wiemy tylko, że był za czasów życia artystą uznawanym, natomiast nic nie wiemy o jego właśnie kształceniu, wiemy jedynie też to, że umiera w 1653 roku podczas epidemii i ta epidemia zabiera też jego żonę i trójkę jego dzieci. I to tylko właściwie tyle wiemy o tym artyście, więc są to bardzo często domysły i nawet muzeum, które powstało w 2003 roku, poświęcone jemu nie zawiera żadnych pamiątek po nim, bo po prostu ich nie ma. Nic o tym artyście naprawdę nie wiemy i nawet nie wiemy, gdzie artysta jest pochowany.

Obrazy, które zostały mu przypisane, są bardzo piękne.

- Są bardzo piękne, większość znajduje się w miastach francuskich, chociaż ja też pamiętam jeden z piękniejszych obrazów, który widziałem w muzeum w Berlinie. Także tych obrazów troszeczkę jest, między innymi ten, o którym dzisiaj będziemy mówić, jest to obraz, który znajduje się w Rennes, jest te obraz znajdujący się Dijon, a więc w różnych miejscach Francji, ale również i poza granicami, bo też w Stanach Zjednoczonych kilka jego obrazów się znajduje w kolekcjach prywatnych.

Dlaczego obrazy „Nowo narodzony”, o którym dzisiaj Pan profesor będzie mówił, należy do obrazów, które świadczą o największym osiągnięciu artysty?

- Ten obraz uważany jest za taki szczyt osiągnięć de La Toura. Dlaczego? Dlatego, że jego twórczość moglibyśmy podzielić. Ale może tylko powiem, że obraz jest dość duży — olej na płótnie 91 na 76 cm. Obraz w ogóle złupiony w 1794 roku podczas rewolucji francuskiej i przekazany Muzeum Sztuk Pięknych w Rennes, gdzie się znajduje do dziś. Obraz jest, tak jak wspomniałem, niesygnowany i jest uważany za szczyt operowania światłocieniem. De La Tour swoją twórczość może podzielić na pewno na dwa okresy i też historycy sztuki dzielą ją na taki okres wczesny, który jest bardziej jasny, oczywiście jest tam światłocień, ale są to obrazy zdecydowanie jaśniejsze, ukazujące sceny z życia, portrety i obrazy późniejsze, które zostały namalowane już po wojnie trzydziestoletniej.

I też niektórzy uważają, że zdarzenia wojny: pożary, śmierć, to co się działo podczas tej wojny, spowodowały zmianę całkowitego nastroju obrazów, bo wówczas de La Tour wchodzi w nokturny i to jest ta druga część jego twórczości. Moim zdaniem zdecydowanie lepsza, chociaż jak się patrzy, to jego obrazy mają wspólne elementy, które je łączą, jak chociażby takie porcelanowe twarze, które się tam pojawiają, pewna geometryzacja, takie kubistyczne formy. Ale rzeczywiście te obrazy późniejsze, do których właśnie należy „Nowo narodzony”, stanowią taką kwintesencję twórczości.

Jest to scena przedstawiająca 3 postaci: dwie kobiety na bardzo neutralnym ciemnym tle, gdzie jedna jest ukazana z profilu, która spogląda na drugą kobietę, która trzyma właśnie nowo narodzone dzieciątko na swoich rękach. Postać, którą widzimy z profilu, trzyma świecę, którą to światło oświetla, ale tej świecy nie widzimy, bo ona zakrywa ją dłonią. I niewątpliwie to światło, które się tam pojawia, tworzy cały klimat tego obrazu. Tam są niesamowicie namalowane twarze, takie bardzo, jak powiedziałem ,porcelanowe, takie zupełnie inne, niespotykane dotąd w malarstwie.

Oszczędność tej formy jest wyjątkowa. Tam nie ma praktycznie żadnych rekwizytów, tam nie ma nic, to jest po prostu tylko scena, bardzo taka symboliczna, bardzo oszczędna w środki wyrazu, a niesamowicie piękna i ona jest też, na co warto zwrócić uwagę, wykonana w takich dość monochromatycznych kolorach. Tam dominuje przede wszystkim czerwień, pomarańcz, brąz, czerń i te akcenty w bieli, które tam są, a więc dość zamierzona gama barwna, a efekt niesamowity i myślę, że no taki, jeżeli patrzymy na jego twórczość, jako tego, który w pewnym sensie wynosi coś właśnie z Caravaggia.

Wcześniejsze dzieła są taką przeciwwagą, do tych nokturnów, bo warto też wspomnieć, że te nokturny, to na ogół są sceny biblijne, na przykład jest taki przepiękny obraz pokazujący Świętego Józefa przy pracy. Jest ileś tych takich ładnych obrazów z niesamowitym światłocieniem, jest „Kobieta z pchłą”. Proponuję też zobaczyć przepiękny obraz „Pokutująca Maria Magdalena”, której jest kilka wersji. On ukazuje postaci święte bez aureoli. W tej jego twórczości jest pokazanie ludzkiej twarzy osób świętych jak święty Józef Cieśla i pokazuje właśnie osoby święte, które są takie bardzo ludzkie, bardzo nam bliskie i pokazuje je w jakiś inny sposób taki naznaczony tą świętością.

Niesamowite, że dopiero pod koniec XX wieku podsumowano prace badawcze dotyczące właśnie odkrywania jego dzieł.
- Tak i te dzieła się odkrywają cały czas. Wiem, że kilka lat temu też odkryto kolejne jego dzieło. Było też parę różnych zawirowań, bo rząd francuski uznał, że nie wolno dzieł odnaleziony gdzieś we Francji w ogóle wywozić za granicę. Tak się zdarzyło w jednej z prowincji. „Nowo narodzony” Georges'a de La Toura, obraz z lat 40 XVII wieku.

15 listopada 2021 - Tamara Łempicka "Autoportret w zielonym Bugatti"

Tamara Łempicka "Autoportret w zielonym Bugatti"
Tamara Łempicka "Autoportret w zielonym Bugatti"
Popiersie Tamary Łempickiej w Kielcach
Popiersie Tamary Łempickiej w Kielcach
Prof. Dariusz Markowski Fot. Magda Jasińska
Prof. Dariusz Markowski Fot. Magda Jasińska
Polskie Radio PiK - Spotkania ze sztuką odc.38
Profesor Dariusz Markowski, który dzisiaj będzie opowiadał o bardzo znanym obrazie, na pewno reprodukcję tego obrazu państwo wielokrotnie mieli okazji zobaczyć. A tak swoją drogą, swego czasu jak mówiliśmy o „Narcyzie”, to stwierdziłam, że ta przypadłość raczej nie dotyka kobiet…
- A jednak!

A jednak. Tamara Łempicka.
- Tak, Tamara Łempicka i obraz wydawać by się mogło, bardzo oczywisty, bo przedstawiający autoportret w zielonym Bugatti i dzieło, które praktycznie jest takim wyznacznikiem malarstwa okresu Art Deco, ale wybrałem go świadomie. Dlatego, że ten obraz pokazuje nie tylko może i kunszt malarski, czy specyfikę malarstwa tej artystki, ale na pewno jest wyrazem jej duszy, jej sposobu życia, jej podejścia do świata, bo postać, która wybiera sobie autoportret w samochodzie, ubrana w czapkę pilotkę, jest niewątpliwie pewnym takim zadrażnieniem dla publiczności.

Obraz powstał w 1929 roku dla niemieckiego czasopisma „Die Dame”, ale jak się okazuje, artystka nie pierwszy raz zresztą publikowała swoje ilustracje w tym w żurnalu. Jaka jest w ogóle historia tego obrazu, obraz w ogóle stosunkowo niewielki 35 na 27 cm, a więc praktycznie maleństwo. Namalowany na desce i znajdujący się w zbiorach prywatnych. Warto też wspomnieć, że on dopiero w latach 70 wypływa jako obraz, bo nikt nie wiedział, gdzie jest ten obraz. Wiadomo było, że Łempicka wykonała takie dzieło, które miało być takim elementem dekoracyjnym tego portalu, natomiast co się okazuje, że to dzieło w ogóle się pojawia nagle i do dziś oczywiście znajduje się w zbiorach prywatnych.

Jest to o tyle ciekawe praca, bo powstanie tego dzieła wynikało podobno bezpośrednio od wydawcy tego magazynu, który zobaczył Tamarę Łempicką w Monte Carlo prowadzącą samochód i poprosił ją o na malowanie takiego dzieła na okładkę pisma. Ile jest w tym prawdy, trudno powiedzieć.

A ja tak sobie myślę, że dzisiaj będziemy bardzo często używać słowa „podobno”
- Albo „prawdopodobnie”. Wówczas artystka jeździła już samochodem, podobno żółtym Renault i nie był to zielony Bugatti, ale siebie portretuje w tym właśnie zielonym Bugatti ze względu na to, że ta marka jest bardziej elegancka, a ona bardzo uwielbiała pokazywać się w sposób wytworny i zresztą patrząc na ten obraz zakomponowany dość ciekawie, bo taki po przekątnej, z dużą ilością kolorystyki monochromatycznej i ta czapka pilotka, rękawice też są w takich charakterystycznych szarych tonacjach i ten niezwykły turkusowy zielony kolor Bugatti, który jest wręcz taki metalizujący. Warto wspomnieć, że nad klamką jest inicjał, który właściwie wygląda troszeczkę jak rodzaj jakiegoś oznaczenia, firmowego znaku.

I inicjał jest inny od jej przednich!
- To jest oczywiście podpis artystki, to są trzy litery „TjL”, gdzie „j” oznacza Junoszę, czyli herb rodziny jej męża. Czyli Tamara Junosza Lempicka. Co do jej podpisów, to też są bardzo różne. Natomiast tutaj jeszcze wracając do tego portretu, on pokazuje ją jako taką femme fatale, bo jest to kobieta w samochodzie, kobieta wyzwolona, kobieta niezależna, dodatkowo w krótkich włosach, z bardzo charakterystycznymi czerwonymi ustami i z powłóczystym spojrzeniem. Ona ma takie lekko przymknięte oczy i patrz, więc niewątpliwie jest to bardzo stylizowane ujęcie. Niektórzy twierdzą, że ona się bardzo często stylizowała, wręcz na Gretę Garbo.

Opowiadała, że się przyjaźniła z Gretą Garbo.
- Och a z kim się nie przyjaźniła??? Wracając do tego obrazu, on w pewnym sensie pokazuje taką dość zamkniętą i dość zwartą twórczość artystki. Ona głównie wykonywała portrety, później troszeczkę poszła w martwe natury, ale najbardziej znana jest właśnie z tych portretów, które charakteryzują się takim jakby rzeźbiarskim zgeometryzowaniem, bo jakbyśmy spojrzeli na te kompozycje, to rzeczywiście niektórzy uważają, że w nich jest trochę z komiksu, troszeczkę jakby z takich ilustracji luksusowych żurnali i coś rzeczywiście w tym jest.

A oprócz tego, że mamy tam do czynienia z pewną kombinacją formy awangardowej, to tam jest jednak dużo sztuki klasycznej i zaraz będzie pytanie skąd ona się bierze ta klasyka w jej twórczości? Bo praktycznie artystka bez wykształcenia, ona się nie kształciła w żaden sposób, choć sama wspomina, że chodziła na jakieś kursy w Sankt Petersburgu, potem będąc w Paryżu, uczestniczyła lekcjach malarstwa i tam w pewnym sensie jakby uczy się tego spojrzenia na nowoczesną sztukę, ale to tylko tyle.

Tam się nic więcej nie dzieje, ona właściwie wypracowuje całkowicie własny styl. A skąd się bierze to zamiłowanie do tej sztuki, nazwijmy to klasycznej? To pewnie troszeczkę z takich czasów młodości, wiem, że ona w ogóle bardzo miesza to swoje życie. Twierdzi, że urodziła się w 1898 roku w Warszawie, przy czym prawdopodobnie urodziła się 2 albo i 4 lata wcześniej w Moskwie.

Całkowicie zapomina o swojej rodzinie ze strony ojca. Ona ją właściwie całkowicie wycina ze swojego życiorysu, to była rodzina Górskich, która była rodziną pochodzenia żydowskiego i ona jakby o niej zapomina i bardziej utożsamia się z rodziną matki, czyli Deklerów, to arystokracja, a właściwie bardziej elity warszawskie. Ona dzięki tej rodzinie przebywa w Petersburgu, tam uczestniczy w różnego rodzaju balach, między innymi to tam właśnie biorąc udział w takiej maskaradzie, przebrana jest za gęsiarkę. Poznaje późniejszego swojego męża Tadeusza Łempickiego, wówczas 22-letniego mężczyznę. Ona miała 15 lat i już wtedy stwierdziła, że on będzie jej mężem i tak się rzeczywiście stało.

Oni w 1916 roku biorą ślub, który jak się okazuje, jest ogromnym wydarzeniem towarzyskim, ponieważ welon ciągnął się przez cały kościół, tak przynajmniej twierdzą naoczni świadkowie tego wydarzenia i później są czasy kiedy przychodzi rewolucja. Łempiccy w 1918 roku wyjeżdżają do Paryża i to właśnie tam się zaczyna dość błyskotliwa kariera i ten rozwój twórczości, ponieważ Tamara zaczyna bardzo dużo malować i tworzyć własny styl, ale przede wszystkim zaczyna się promować. Ona zaczyna tworzyć wokół siebie taką aurę tajemniczości, niezwykłości, wyzwolenia. Stąd różnego rodzaju rauty, imprezy, bale.

I to jest ten moment kiedy się zaczyna się coś psuć w ich małżeństwie.
- Zaczyna się psuć, ale mimo wszystko nie do końca chyba jest to sprecyzowane, kto jest winny, ponieważ w tym czasie jej mąż też zaczyna szukać sobie innej osoby i on się w pewnym momencie wyprowadza do Warszawy. Rozwód, o ile się nie mylę, ma miejsce w 1931 roku, ale Łempicka do końca nie może się pogodzić z tym rozwodem. Ona wpada w depresję i jest taki obraz przedstawiający portret mężczyzny niedokończony, który jest portretem jej męża, gdzie artystka nie dokończyła ręki, na której jest obrączka. Kiedy dopadła ją depresja, bardzo często i niejednokrotnie miała pomysł wstąpienia do zakonu. Skończyło się to tym, że zrobiła portret chyba przeoryszy.

I znalazła drugiego męża.
- Znalazła drugiego męża i to było, muszę powiedzieć, dość zaplanowane. Ona zresztą bardzo uciekała od starości, nawet swojej córce kazała mówić, że jest jej starszą siostrą i rzeczywiście znalazła sobie drugiego męża, choć w grę wchodziło dwóch kandydatów. Jednym z nich był taki wówczas dość znaczący lekarz, zajmujący się przywracaniem seksualności mężczyzn niejaki Siergiej Woronow, ale ona zwróciła uwagę na drugiego — barona Raoula Kuffnera.

To był bardzo taki bogaty arystokrata, pochodzący z trenów Austro-Węgier. Ona zresztą już go znała wcześniej, kiedyś pozwalała się mu uwodzić i sama mówiła, że pierwsze małżeństwo było z miłości, a drugie z rozsądku. Wychodzi za mąż w 1934 roku. Mieszkają jeszcze przez długi czas w Europie, ale kiedy czasy się zmieniają, w związku z sytuacją i polityczną i sytuacją przede wszystkim nadchodzącej wojny, małżonkowie emigrują do Stanów Zjednoczonych w 1939 roku.

Sama Łempicka wspomina, że oni wypłynęli ostatnim statkiem, który opuszczał Europę, co jest nieprawdą. Ten jej amerykański sen nie do końca się spełnił. Zamieszkali w Hollywood i tam zaczęła tworzyć swoje portrety, nawet zyskała jakieś zainteresowanie, ale nie do końca to wszystko się udało.

12 listopada 2021 - Władysław Hasior "Rzeź winiątek" (1972)

Władysław Hasior "Rzeź winiątek" Fot. Magda Jasińska
Władysław Hasior "Rzeź winiątek" Fot. Magda Jasińska
Wacław Kuczma - Władysław Hasior "Rzeź winiątek" Fot. Magda Jasińska
Wacław Kuczma - Władysław Hasior "Rzeź winiątek" Fot. Magda Jasińska
Polskie Radio PiK - Spotkania ze sztuką odc.37
Dyrektor Muzeum Okręgowego im Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy Pan Wacław Kuczma, który tym razem powraca do Władysława Hasiora.
- Kiedyś rozmawialiśmy o takiej jego pracy „Wyszywanie charakteru” z maszyną do szycia, w której pod stopkę była podłożona laleczka, taka gumowa laleczka. W latach 70 to była taka dość popularna zabawka dla dzieci. A ja wybrałem też pracę Władysława Hasiora z 1972 roku „Rzeź winiątek”. Dlaczego o tej pracy chciałbym powiedzieć? Dlatego, że Hasior jest takim artystą, którego prace budzą się po latach i przez cały okres istnienia mają swoją wielką moc przemawiania, ale w dzisiejszych czasach chyba budzą się na nowo. Ona zawiera w sobie kilka, czy kilkanaście figurek, właśnie takich laleczek gołych, poprzebijanych gwoźdźmi, hakami.

One są ułożone na czarnym tle za kloszem, który jest zbryzgany czerwoną farbą. Lalki gołe to takie malutkie dziecięce laleczki. A gołe, bo to taki symbol niewinności, symbol niepewności, symbol braku obrony przed jakimkolwiek działaniem z zewnątrz. I tak jak dzisiaj patrzę na historię, czy na to, co się dzieje w Polsce, czy wokół Polski, czy w zasadzie dzieje się na terenach obecnej naszej ojczyzny, to ta praca staje ponad wszystkim dlatego, że zaczyna opowiadać, czy opowiada o możliwości utraty obrony, utraty niewinności, braku samoobrony, czy narażeniu się przez te niewinne osoby na działanie różnych instancji, które mają stać w obronie wolności, niewinności, nietykalności życia, a się okazuje, że stają się mechanizmem, który zabija tę niewinność.

Ja kiedyś na takiej wystawie w Centrum Sztuki Współczesnej, która dotyczyła Niepodległości, zestawiłem tę pracę, z muzyką Kilara „Bogurodzicą”. Praca umiejscowiona na środku i z głośników leciała Bogurodzica, czyli taka do pewnego czasu prawie że hymn naszego królestwa i tak sobie pomyślałem teraz, że te wielkie idee Polaków, to dążenie do wolności i wołanie do świata, o to, że nas się męczy, stało się dzisiaj takim odwróceniem tej sytuacji, którą podkreśla właśnie Hasior.

„Rzeź winiątek” - nie bez przyczyny nazwał tak swoją pracę.
- Tak, nie wiem, czy ludzie, którzy pojawiają się w Polsce, są niewinni, czy są winni za to, że istnieją. Czy są winni temu, że chcą być wolni, że chcą być postrzegani na równi z innymi? Chyba podstawową winą jest to, że chcą być wolni.

Kiedy sobie przypomnę czasy, jak z Polski całe rzesze ludzi wyjeżdżały poza granice naszego kraju w poszukiwaniu wolności, ale też jakiegoś tam dobrobytu, to stwierdzam, że bardzo szybko zapomnieliśmy o tym co robiliśmy wcześniej. Jak nam pomagano, jak starano się w pewnym sensie ochronić nas Polaków przed tym, żebyśmy nie polegli. A co my robimy dzisiaj? Uważam, że „Rzeź winiątek” Hasiora jest to, takie może już, nie ostrzeżenie, ale jest to taka praca, która jest pokazaniem tego co się z nami stało po wielu latach.

Czy wiemy coś o tej nadbudowie ideologicznej pracy?
- Nie, chyba ja nie miałem okazji na ten temat rozmawiać, a spotkałem się z Hasiorem dwa razy w życiu. Być może za mało wiedziałem, wówczas byłem zbyt młody, ale mi się wydaje, że on to odnosi do czasów ciągle gdzieś mu się kołaczących po głowie, do tego co się wydarzyło w Polsce podczas II wojny światowej, czy do sytuacji związanej z dziećmi Zamojszczyzny, i potem z tym co się co się działo w Polsce powojennej.

Być może to też odnosił do innych sytuacji, to trudno powiedzieć mi się dzisiaj i prawdopodobnie tego już się nie dowiemy, bo tak mówiąc szczerze, nikt nie pisze o tym, czy nie napisał o tym, z jakiego powodu to powstało. Myślę, że należałoby spytać o to Hasiora, ale tego już nie zrobimy.

8 listopada 2021 - Igor Mitoraj i jego rzeźby

Igor Mitoraj Eros Fot. wikipedia
Igor Mitoraj Eros Fot. wikipedia
Igor Mitoraj Ikaro Alato Fot. wikipedia
Igor Mitoraj Ikaro Alato Fot. wikipedia
Igor Mitoraj Fot. wikipedia
Igor Mitoraj Fot. wikipedia
Polskie Radio PiK - Spotkania ze sztuką odc.36
Marek Rubnikowicz dyrektor Kujawsko-Pomorskiego Centrum Dziedzictwa.

Igor Mitoraj — wybitny rzeźbiarz i to właśnie tego artystę dzisiaj wybrał Pan Dyrektor.
- Przyznaję, że długo zastanawiałem się, bo nie jest tajemnicą, że jako archeolog, mam słabość do rzeźby greckiej, szczególnie antycznej, a któż lepiej niż Mitoraj połączył te dwa elementy: współczesność nam bliską i starożytność, w której artysta był także zakochany. Pamiętajmy, że jego korzenie artystyczne sięgały bardzo często studiowania dzieł Michała Anioła. Sam fakt, że mieszkał w Pietrasanta, na terenie Włoch w Toskanii, gdzie miał pracownię, już pokazuje, jak wielką wagę przywiązywał do rzeźby.

Rzeźba Mitoraja jest dość specyficzna, to jest też charakterystyczne, że zajął się rzeźbą już jako ukształtowany artysta, który studiując w Krakowie w pracowni Tadeusza Kantora, w pewnym momencie zmienia swoje zainteresowania, bo najpierw zajmuje się malarstwem i grafiką. Zresztą robi to z dużym powodzeniem, ma wiele wystaw, a jego takim dodatkowym atutem jeżeli można użyć tego określenia, jest to, że jest to osoba, która po pierwsze mieszkała między Włochami, Francją a Polską.

Igor Mitoraj urodził się w 1944 roku we Francji, gdzie jego ojciec oficer Legii Cudzoziemskiej, mama była na robotach przymusowych w Niemczech i tak rodzi się Igor Mitoraj, po czym po wojnie z mamą przyjeżdża do Polski i spędza tu dzieciństwo i wczesną młodość. Tu studiuje, a wyjeżdża z Polski dopiero w 1968 roku, czyli to pokazuje, że ten moment kształtowania to troszeczkę taka paralela do Kopernika, który ukształtował się w Toruniu i poszedł w świat.

W tym momencie mamy do czynienia właśnie z osobą już w pełni ukształtowaną artystycznie, ustawioną metodycznie przez Tadeusza Kantora i cały ten krąg krakowskich artystów Akademii Sztuk Pięknych i wyjeżdża do Paryża, gdzie zaczyna swoją karierę artystyczną, ale karierę, która charakterystycznie ogranicza się do grafiki i rysunku. Po czym w pewnym momencie zaczyna zmieniać swoje zainteresowania, zafascynowany podróżami do Włoch, studiowaniem rzeźby antycznej i idzie w kierunku rzeźby. Rzeźby pojmowanej w sposób bardzo specyficzny, nawet zastanawiałem się jak przedstawić Mitoraja i jego podejście do rzeźby, bo z jednej strony ta fascynacja proporcją, rzeźbą antyczną spowodowała, że wszystkie jego rzeźby są mocno takie wyidealizowane, w sensie proporcji. To jest klasyczna proporcja grecka, gdzie przywiązuje się dużą wagę do detalu.

Czuje się dużą wagę do pokazania i ukazania piękna i kruchości ludzkiego ciała, ale to, czego dokonał Mitoraj, nie mieściło się w żadnej dotychczasowej konwencji. Dlatego, że on pokazuje te rzeźby, ale w formie swoistego rodzaju takiego zeszpecenie, czy oszpecenia z tego piękna, tej delikatności, tej proporcji, poprzez właśnie na wprowadzenie spękań, poprzez puste oczy, poprzez fakt, że rzeźby jego są pozbawione rąk, nóg, a jednocześnie nadając tym formą, tym rzeźbą, bardzo tajemniczej specyfiki.

Pamiętam kiedy pierwszy raz miałem do czynienia ze sztuką Mitoraja. To był 2004 rok, kiedy pojechałem obejrzeć jego wystawę w Krakowie. To był listopad, taki bardzo mglisty, gdzie na płycie rynku krakowskiego ustawiono kilkanaście monumentalnych rzeźb: Ikarów i Ikarii. To wyglądało niesamowicie: mgła, padający lekki śnieg i wyłaniająca się mgła. Kiedy chodziliśmy z przyjaciółmi — oglądaliśmy to miejsce. Przyznaję, że wtedy po raz pierwszy uświadomiłem sobie, jak piękne proporcje wychwytuje Mitoraj, jak wspaniale wpasowuje się w każdy kontekst środowiska kulturowego, kontekst miasta, gdzie jego rzeźby, które dzisiaj są rozlokowane w bardzo różnych miejscach w Krakowie, dla przykładu możemy zobaczyć jego słynną maskę leżącą.

Właśnie od 2004 roku, od tamtej słynnej wystawy, a druga forma, obok której bardzo często przejeżdżamy, będąc w Warszawie, przy Centrum Olimpijskim, gdzie jest jeden z darów stojących właśnie na postumencie, fenomenalnie wpisujący się w krajobraz nowoczesnej architektury.

Rzeźby jego są fantastycznie komponującą się formą przestrzenną w przestrzeni zabytkowej. Czego przykładem są też różnego rodzaju prezentacje, czy to w Grecji, czy też we Włoszech, a z drugiej strony formy te Idealnie pasują do współczesnych przestrzeni tektonicznych dla przykładu właśnie, chociażby nawet to Centrum Olimpijskiego. One występują także między innymi w obiektach sakralnych we Francji, gdzie do super nowoczesnej i realistycznej przestrzeni urbanistycznej rzeźby wkomponowane i stworzone przez Mitoraja, czyli patrząc na to, co tworzył, jak tworzył i jakie było jego podejście, widzimy swoistego rodzaju uniwersalizm, a jednocześnie geniusz. Geniusz, który jest niepowtarzalny w swojej formie.

Poza wielkimi formami, a więc tymi wielometrowymi, Igor Mitoraj stworzył także bardzo wiele małych form i to jest też swojego rodzaju fenomenem, że człowiek, który jest samoukiem w rzeźbiarstwie, potrafi tworzyć i w dużych formatach i formach małych, do tego wszystkiego dochodził sposób praktyczny, gdzie w pracowni swojej wykorzystywał techniki i technologie wytwarzania rzeźb, czy tworzenia rzeźb, następnie odlewów w oparciu o stare technologie, jeszcze stosowane między innymi przez Michała Anioła.

I to jest też jego fenomenem, że ktoś, kto dochodzi do takiego mistrzostwa, dochodzi do tego własnym doświadczeniem, własną pracą, własną obserwacją i licznymi podróżami, bo też o tym trzeba powiedzieć, że Mitoraj bardzo dużo podróżował po świecie śródziemnomorskim, gdzie fascynacja przestrzenią rzeźbą, antykiem sprawiała, iż całkiem inaczej odbierał tę przestrzeń.

Jeśli państwo będziecie mieli okazję obejrzeć kiedykolwiek rzeźby Mitoraja, patrzcie państwo na sygnatury, którymi wszystkie jego rzeźby są opatrzone. A sygnaturą są usta i to bez względu na to, czy są to rzeźby postaci męskich, czy kobiecych, usta zawsze są ustami Igora Mitoraja. Co jest też charakterystycznym Signum właśnie w jego twórczości, takim elementem, który dodatkowo trzeba jeszcze podkreślić, jako że każdy artysta lubi eksperymentować z różnymi formami.

On w pewnych momentach ucieka od tej idealizacji, od operowania tymi formami w postaci spękań, nakładanych na rzeźby, także dodatkowo pozbawia nóg i rąk, a także co ciekawe, te rzeźby są bardzo często leżące, czyli pokazuje upadek. Pokazuje to co jest elementem niezmiernie charakterystycznym i ważnym, że ciało ludzkie, pomimo że piękne może ulotne, także może być ciałem ludzkim w jakim sensie sponiewieranym i upadłym.

I to wszystko pokazuje, że Mitoraj zawsze jest tajemniczy, specyficzny i jeżeli państwo będziecie mieli okazję w Polsce, jest w parę miejsc, które warto zobaczyć i jego rzeźby, chociażby nawet w Poznaniu. Osobą, która była niezmiernie zainteresowana, zafascynowana i była także w jakimś sensie mecenasem to był nieżyjący już Jan Kulczyk.

Rzeźba na jego grobie, także jest autorstwa Igora Mitoraja, ale także w Warszawie w katedrze drzwi są wykonane według projektu Igora Mitoraja. Tych miejsc jest naprawdę wiele i w związku z tym serdecznie zapraszam państwa do zapoznania się z tym jakżeż wspaniałym, pięknym i tajemniczym artystą.

1 listopada 2021 - „Cmentarz włoski o zmroku” Adama Chmielowskiego

Adam Chmielowski "Cmentarz włoski o zmroku" Fot. wikipedia
Adam Chmielowski "Cmentarz włoski o zmroku" Fot. wikipedia
Prof. Dariusz Markowski Fot. Magda Jasińska
Prof. Dariusz Markowski Fot. Magda Jasińska
Polskie Radio PiK - Spotkania ze sztuką odc.35
„Cmentarz włoski o zmroku” obraz Adama Chmielowskiego, być może państwo nie kojarzą, ale to brat Albert. Jak się okazuje, tworzył piękne obrazy, nie tylko przed wstąpieniem do zakonu, bo również będąc już w zakonie, także malował. Naszym gościem i ekspertem jest profesor Dariusz Markowski, który wybrał na dzisiejszy dzień to niemałe dzieło.
- Tak, dzień dobry niemałe dzieło.

I mroczne!
- Dla jednych mroczne dla drugich nie, ale rzeczywiście nostalgiczne. Jest to dzieło Adama Chmielowskiego powstałe w roku 1880, warto je obejrzeć. Znajduje się w Muzeum Narodowym w Krakowie, o wymiarach jak pani redaktor wspomniała nie małych, ale dość takich dużo mówiących o nim ze względu na to, że jest to format 79 na 143 cm. Artysta stworzył właściwie dwa takie obrazy, bo jest jeszcze jeden.

„Szara godzina”
- Tak, nazywa się „Szara godzina” i ukazuje to samo miejsce. Jest to cmentarz włoski ukazany w podobnej porze, czyli inaczej mówiąc o takim zmierzchu dnia, przy czym ten, o którym teraz będę mówił z taką czerwienią w tle, jest obrazem pokazującym właściwie moment zachodzącego słońca, natomiast „Szara godzina” jest jakby spowity taką mgłą. I ten drugi obraz jest jeszcze innego formatu, jest bardziej spłaszczony. Dlaczego mówię, że jest to ciekawy kształt tych obrazów, bo on się nie bierze znikąd.

On się po prostu bierze z tego, że Adam Chmielowski studiował w Akademii Monachijskiej, która uczyła artystów pewnych formatów, pewnego sposobu malowania, jak i również wybierania pewnego formatu. I tutaj mamy do czynienia z tak zwanym formatem panoramicznym, nazywanym bardzo często w takiej gwarze artystycznej „monachijskimi ręcznikami” i rzeczywiście coś w tym jest.

To wracając do samego Brata Alberta, czyli Adama Chmielowskiego, to postać bardzo ciekawa, bo on, nie wiem, czy pani redaktor wie, zaczynał w ogóle zupełnie jakby inne studia. On chciał być w Instytucie Rolnictwa i o ile się nie mylę, Leśnictwa w Puławach. Zaczynał tam swoje pierwsze nauki, później zaczął interesować się sztuką, ale kiedy nawet już się zaczął interesować tą sztuką, to wyjechał na studia inżynierskie do Gandawy i po krótkim czasie pobytu wrócił do Polski i wyjechał do tego wspomnianego Monachium.

Wcześniej jeszcze trochę był w Paryżu, a więc taki duch trochę byśmy powiedzieli, niespokojny i kiedy już zaczął te studia monachijskie, to wtedy jakby wybrał swoją drogę artystyczną, która jednak nie trwała długo, bo on co prawda był bardzo taką osobą ciekawą, związaną z Bohemą artystów Polskich w Monachium. Bardzo mocno przyjaźnił się między innymi z Maksymilianem Gierymskim, Józefem Chełmońskim. Oni nawet mieli wspólne pracownie, ale później rzeczywiście, kiedy dochodzą takie momenty depresji w jego życiu, to on zaczyna coraz bardziej myśleć o tej drodze zupełnie innej — oddania się zakonowi, oddania się ubogim, biednym.

Sam nawet to kiedyś powiedział, że nie można służyć dwóm panom. Czyli nie może służyć sztuce i jednocześnie biednym i ubogim. W związku z tym wybrał tę drogę świadczenia pomocy ludziom potrzebującym.

Trzeba też wspomnieć, że Chmielowski był również powstańcem styczniowym i on podczas powstania oprócz tego, że odniósł szereg ran, to również stracił lewą nogę i był osobą kaleką. Co ciekawe w ogóle on również był teoretykiem sztuki, nie tylko był malarzem, bo napisał nawet w 1876 roku taki tekst o istocie sztuki i zajmował się rzeczywiście tam sztuką i potem pojechał do Lwowa w 1879 roku. W tym Lwowie wstąpił do nowicjatu jezuitów i tam był przez krótki czas, ale następnie nagle w 1884 roku wyjechał do Krakowa i wstąpił do zakonu Kapucynów, przyjmując imię „brat Albert”. Od tego czasu moglibyśmy powiedzieć, że praktycznie zmienia całkowicie swoją drogę życiową, bo oddaję się biednym, ubogim, ale mimo wszystko jeszcze maluje i tworzy, choć też nie tak długo, bo on praktycznie kończy swoją twórczość około 1888 roku.

To z tego okresu są takie ostatnie jego prace i też warto o tym wspomnieć, że te prace, które wykonywał jako brat Albert, będąc zakonnikiem, przeznaczył na sprzedaż. Wszystkie środki, które uzyskał z tej sprzedaży, zostały wykorzystane dla tych ubogich. Warto jest zobaczyć jego nagrobek na cmentarzu Rakowickim w Krakowie, gdzie nie jest tam napisane Adam Chmielowski a jedynie brat Albert, czyli ten, który pomagał biednym i ubogim.

Wracając do tego obrazu, to on ma jeszcze coś takiego charakterystycznego, co się pojawia w tym malarstwie monachijskim, mianowicie Stimmung, gdzie chodziło o stworzenie pewnego nastroju, gdzie żadne praktycznie kolory nie powinny się wyróżniać, nie powinny być bardzo silnymi akcentami. Przy czym ja bym się kłócił, bo w tym obrazie mamy silne akcenty czerwieni, tego zachodzącego nieba, oraz biel nagrobków. Mimo że wydawać by się mogło, że obraz rzeczywiście jest bardzo stonowany, jest bardzo tak zamknięty w tej swojej kolorystyce, to mimo wszystko, myślę, że jednak jest on troszeczkę przerobiony na własny charakter impresjonizmu.

Chmielowskiego uznawano, za takiego twórcę również, któremu bliski jest impresjonizm i warto też zwrócić uwagę, że ten Stimmung to jest wtedy, kiedy artyści tworzą, to zaczynają malować szereg różnych scen, na przykład wieczorne nocne pochmurne dni, ciemne zaułki i to się rzeczywiście pojawia w tej twórczości.

Jeżeli byśmy dzisiaj spojrzeli na malarstwo tak zwanych polskich monachijczyków, to rzeczywiście jest takie stonowane. Często się mówiło, o tak zwanych monachijskich sosach, czyli takich brązach charakterystycznych, które się w dużych ilościach się na tych obrazach pojawiają. Tutaj jeżeli patrzymy na ten obraz, to na taką tonację też z dużą ilością brązu, w ciemnej zieleni i z takimi właśnie akcentami bieli tych nagrobków i czerwieni tego nieba.

Warto też zwrócić uwagę, że ten obraz jest bardzo fajnie skomponowany. On jest bardzo ciekawy, bo tam się fantastycznie dopełniają piony i poziomy, bo mamy bardzo fajne akcenty poziome, które są w tych krwistych chmurach, a do tego mamy wertykalne nagrobki, no i jeszcze mamy horyzontalne, czyli gzymsy tych nagrobków. Niewątpliwie te sosy monachijskie są widoczne.

Myślę, że to u niego jest w jakiś sposób zakodowane, bo skończył praktycznie naukę artystyczną na Monachium, to nie jest tak, jak wielu innych artystów, którzy po Monachium wyjeżdżali do Paryża i dopiero tam kształcili się w dalszym kierunku. On zostaje w tych brązach. On bardzo często wpadał w depresję, więc myślę, że praktycznie to jest jego kolorystyka. Jego obrazy są jakby chyba wyrazem jego duszy, jego wnętrza.

Przyjaźnił się z Leonem Wyczółkowski?
- On się przyjaźnił z bardzo wieloma artystami. On był traktowany jak wyrocznia, kiedy był w Monachium. Nawet przez takich artystów jak Józef Brandt czy Alfred Wierusz-Kowalski, to niewiarygodne, że miał taki duży wpływ na nich.

Gdzie są do zobaczenia jego obrazy?
- Te, o których mówię – w Muzeum Narodowym w Krakowie i warto je rzeczywiście zobaczyć, bo robią wrażenie, szczególnie ten pierwszy, czyli „Cmentarz włoski o zmroku”. On jest dla mnie takim nostalgicznym, smutnym zarazem, a jednak i wesołym troszeczkę. Jest to taki obraz, który myślę, że pokazuje myślenie tego artysty o kolorze, o tworzeniu w ogóle dzieła sztuki i myślę, że w takim dniu jak dziś mamy Dzień Zmarłych jest to takie dopełnienie nostalgii, wspomnienia rozpamiętywania o osobach, które odeszły z tego świata.

25 października 2021 - Walter Leistikow „Pejzaż z Grunewaldu” z 1890

Walter Leistikow „Pejzaż z Grunewaldu” z 1890 Fot. Magda Jasińska
Walter Leistikow „Pejzaż z Grunewaldu” z 1890 Fot. Magda Jasińska
Anna Pruss-Świątek Fot. Magda Jasińska
Anna Pruss-Świątek Fot. Magda Jasińska
Polskie Radio PiK - Spotkania ze sztuką odc.34
Jesteśmy w Muzeum Okręgowym w Bydgoszczy, wraz ze mną zastępca dyrektora muzeum pani Anna Pruss – Świątek. Mamy niebywałe szczęście, bo akurat mamy dziś rocznicę urodzin malarza, przedstawiciela niemieckiego impresjonizmu, mimo że związanego z Bydgoszczą.
- Tak, mowa jest o Walterze Leistikowie. Jego korzenie są związane, tak jak pani powiedziała z Bydgoszczą, mianowicie urodził się 25 października 1865 roku. Nie pochodził z rodziny o tradycjach malarskich, ale jego marzeniem było zostać artystą, zostać malarzem. Ukończył z wyróżnieniem Bydgoskie Gimnazjum Królewskie, dzisiejszą jedynkę, co otworzyło mu drogę na studia.

Ale już wcześniej jego malarska dusza była widoczna i między innymi w naszych zbiorach, a dokładnie w dziale sztuki, w pracowni grafiki i rysunku, którą zawiaduje pani Barbara Chojnacka, znajduje się szkicownik z lat młodzieńczych, w którym to artysta wykonywał swoje pierwsze prace. Były to takie prace studyjne, pokazujące martwą naturę, studia owoców, różnych przedmiotów, gdzie już było widać ten jego talent i skupienie się przede wszystkim na barwie, na świetle, czy na ukazaniu jakiegoś kontrastu. On poszukiwał przez całe życie swojej własnej drogi artystycznej no i w pewnym momencie udało mu się tę drogę odnaleźć.

Kiedy ukończył bydgoskie gimnazjum, rozpoczął studia w Berlinie, ale niestety ta droga długo nie trwała, bo był tam może z 6 miesięcy i został usunięty ze studiów, ponieważ jeden z profesorów stwierdził, że jest antytalentem i kompletnie nie potrafi ani malować, ani rysować. Było to spowodowane jakby konfliktem, który miał Leistikow możliwość obserwowania, pomiędzy takim realistycznym konserwatywnym malarstwem a impresjonizmem, który już startował i również był prezentowany w Berlinie.

Stoimy przed obrazem zatytułowanym „Pejzaż z Grunewaldu” z 1890 roku. Najczęstszy motyw, który pojawiał się w malarstwie Leistikowa. Ta praca jest o tyle charakterystyczna, że właśnie w niej odbijają się te wszystkie nurty, które wywarły na niego wpływ, mianowicie w jego malarstwie przejawia się impresjonizm, poprzez barwę, poprzez światło, poprzez ukazanie kontrastu. W pewnym momencie wkroczyła również geometryzacja.

Na swoich obrazach przedstawia przede wszystkim drzewa, lasy w barwach ciemnych, które są przełamane plamami jasnego nieba, wody, czy jezior, natomiast pejzaż, który możemy zobaczyć, jest jednym z najpopularniejszych motywów, który pojawiał się w jego malarstwie. Powstał cykl tych prac, wielokrotnie powtarzany w różnych ujęciach. Jest to widok na jedno z jezior podberlińskie, gdzie po prostu mieszkańcy zażywali relaksu i odpoczywali od zgiełku miejskiego.

Nie jest to praca mała?
- Nie, nie jest to praca mała. Sporo prac Leistikowa jest pracami dużego formatu i mogę powiedzieć, że nasze muzeum może się pochwalić, jeżeli chodzi o zbiory Leistikowa. Tutaj znajduje się jedna z większych i bardziej reprezentatywnych kolekcji. Kolekcja zbudowana jest z ponad 40 prac. Natomiast w skład tej kolekcji wchodzi zarówno grafika, jak i malarstwo.

W jego grafice również bardzo często powtarzał te same motywy, które przewijają się w jego malarstwie. Można jeszcze dodać, że jeżeli malował w plenerze, to bardzo często używał farb wodnych, czyli akwareli, co również pozwalało mu na oddanie tej jaskrawości i tych barw, które umiłował sobie.

A w jaki sposób bydgoskie muzeum pozyskało te prace?
- Większość prac została nabyta przez dyrektora, który sprawował swoją funkcję w okresie wojennym, mianowicie chodzi tutaj o doktora Konrada Kothe, który był wielbicielem malarstwa niemieckiego i to właśnie za jego przyczyną, do naszych zbiorów trafiły obiekty, które były zarówno kupowane z antykwariatów, z różnych stron świata, zarówno na terenie Bydgoszczy czy na terenie Niemiec, jak i obiekty, które pochodziły jako darowizna, od strony rodziny.

Należy powiedzieć, że Leistikow bywał w Bydgoszczy po opuszczeniu miasta, ponieważ nadal mieszkali tutaj jego rodzice, już w nieistniejącej kamienicy przy Gdańskiej 25, gdzie po prostu przyjeżdżał na święta Bożego Narodzenia i wtedy powstawały również cykle rysunków, które były związane z okolicą Bydgoszczy, z Borami Tucholskimi, czy chociażby z Rynkowem.

Leistikow nie pochodził z rodziny artystycznej. On wywodził się z rodziny kupieckiej, jego mama chyba była aptekarką.
- Mama była farmaceutką, ojciec był kupcem i Leistikow już od samego dziecka wykazywał duże zamiłowanie do sztuki, stąd też pobierał lekcje prywatne u jednego z bydgoskich malarzy, mianowicie u Alexandra Flotowa, który był zarówno portrecistą, jak i malował sceny historyczne. Niestety w naszych zbiorach nie zachowała się żadna praca tego artysty.

Czy Walter Leistikow zrobił wielką karierę?
- Ta jego kariera to przebiegała troszeczkę z oporami, ponieważ poszukiwał cały czas swojej własnej ścieżki artystycznej i początkowo nie był docenianym artystą, dopiero gdzieś w latach 90, ta jego kariera wystartowała i można powiedzieć, że sztuka zaczęła otwierać się na te nowsze nurty.

On był założycielem Berlińskiej Secesji, która skupiała młodych artystów, chcących zmierzać w nowych kierunkach, można powiedzieć, że nawet istniał konflikt między tym starym środowiskiem malarskim a tymi nowymi poszukującymi artystami, stąd też ta jego kariera nie była błyskotliwa i stąd też relegacja ze studiów z taką łatką, że jest antytalentem.

Śmierć również jest takim, powiedzmy kontrowersyjnym tematem, ze względu na to, że Leistikow w młodości zaraził się chorobą, która wówczas była nieuleczalna. Bardzo długo z nią walczył. Z racji tego, że jego żona pochodziła z Danii, bardzo często wyjeżdżał do Norwegii, do Danii. Stamtąd pochodzą również cykle pięknych pejzaży, malowanych olejem o bardzo mrocznym ciemnym klimacie, ale też skręcające właśnie w formy, o których wspominałam na początku.

W jego sztuce przejawia się również fascynacja drzeworytem japońskim, widzimy uproszczenie kształtu i formy w jego pracach. Z racji swojej choroby bardzo często przebywał również w sanatoriach, wyjeżdżał w Alpy, do Szwecji, gdzie powstała kolejna grupa obiektów i w momencie kiedy już nie mógł pokonać tej choroby, strzelił sobie w 1908 roku w głowę, w ten sposób kończąc swoje życie i jednocześnie swoją karierę malarską.

18 października 2021 - Realizacji Pawła Grobelnego „1:2”

Realizacji Pawła Grobelnego „1:2” Fot. bwa
Realizacji Pawła Grobelnego „1:2” Fot. bwa
Paweł Grobelny Fot. pawelgrobelny.com
Paweł Grobelny Fot. pawelgrobelny.com
Realizacji Pawła Grobelnego „1:2” Fot. bwa Wojciech Woźniak
Realizacji Pawła Grobelnego „1:2” Fot. bwa Wojciech Woźniak
Realizacji Pawła Grobelnego „1:2” Fot. bwa Wojciech Woźniak
Realizacji Pawła Grobelnego „1:2” Fot. bwa Wojciech Woźniak
Polskie Radio PiK - Spotkania ze sztuką odc.33
Karolina Leśnik – Patelczyk, dyrektorka Galerii Miejskiej bwa w Bydgoszczy o realizacji Pawła Grobelnego „1:2”

Tym razem mówić będziemy o pewnej realizacji Pawła Grobelnego, zatytułowanej „Jeden do dwóch”.
- To jest trochę inna koncepcja na opowiadanie o tej pracy, bo sama praca nie wchodzi typowo w skład naszej kolekcji, ale została zrealizowana w ramach działań w 2017 roku. Zaprosiliśmy do Bydgoszczy Pawła Grobelnego, wiedząc, że chcemy współpracować z tą osobą, natomiast nie wiedząc, jak projekt będzie wyglądał i gdzie finalnie też będzie ulokowany. Pawła Grobelnego znam jeszcze z Poznania. To absolwent Poznańskiej Akademii Sztuki, studiował też w Lyonie i Paryżu. Był stypendystą Rządu Francuskiego w Paryżu, programu ”Casa de Velazquez” w Madrycie, programu ”Młoda Polska” Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego RP oraz programu ”Residency Unlimited” w Nowym Jorku.

To laureat międzynarodowych nagród m.in. LVMH Moet Hennessy – Louis Vuitton, Tremplins Meuble Paris oraz Rado Star France 2013 przyznanej podczas Paris Design Week. Jego prace znajdują się między innymi w kolekcjach Muzeum Designu w Monachium i Muzeum Narodowego w Warszawie.

Paweł Grobelny dzisiaj związany jest z warszawską ASP, gdzie wykłada, zajmuje się designem, jest też kuratorem wystaw związane z młodymi utalentowanymi osobami, które jeśli chodzi o projektowanie, robią ciekawe rzeczy w Polsce. Paweł przyjechał do Bydgoszczy, przeszliśmy się na Wyspę Młyńską, wtedy jeszcze Młyny Rothera były w takim stanie remontowym, dlatego też rozważaliśmy różne lokalizacje jego realizacji. Paweł wtedy stwierdził, że chciałby zrobić coś, co będzie dedykowane galerii, żeby to było w bliskim sąsiedztwie, żebyśmy mogli też na tym zapanować.

Odbyło się też takie spotkanie, gdzie my powiedzieliśmy mu o problemach związanych z budynkiem. Paweł wcześniej, dosłownie kilka miesięcy, bo to był rok 2017, zrobił projekt w domu kultury w Belgii, który bardzo mi się spodobał. On tam wyniósł taką ławeczkę, na której siedząc, można było oglądać filmy pokazywane w galerii, będąc na zewnątrz. Czyli na przykład byśmy trafili po godzinach do naszej galerii, to ta możliwość dobudowanej części na zewnątrz galerii, dawała szansę też zobaczenia i dowiedzenia się jakichś informacji.

Rozważaliśmy, że być może przygotuje tego typu projekt, natomiast to, co Pawła najbardziej urzekło, po przejrzeniu też archiwalnych planów, związanych z budynkiem, to pewna taka gra proporcji, która została zastosowana, jak klatka schodowa, która znajduje się w wewnątrz i bardzo charakterystyczny układ płyt na zewnątrz, które niby nie są żadną dekoracją, ale jednak bardzo mocno wpływają na charakter budynku.

Wydawałoby się, że sam budynek bwa to taki „klocek”, a jednak jest to ciekawa bryła.
- Myślę, że takie niuanse w tym budynku są ważne, to, że na przykład budynek obłożony jest tą płytą, ona jest w różny sposób ułożona, wchodzi jakby w głąb, na zewnątrz budynku. Tam jest różnica kilku centymetrów, ale to dzięki temu mamy niesamowitą grę świateł na tej powierzchni.

Paweł wysłuchał też informacji, które przekazali mu wtedy pracownicy, że niegdyś od strony park, były wielkie chaszcze, w których nie zawsze się działo to, co byśmy chcieli i one zostały w pewnym momencie zlikwidowane, dzięki czemu mamy trochę taka przestrzeń, o której myśleliśmy, że być może uda się zamontować takie przesuwane okno, żebyśmy mogli wyjść w przestrzeń.

Rozmawialiśmy też o tym, że park jest słabo oświetlony od tej strony budynku. Paweł, którego projekty odznaczają się minimalizmem i właśnie też taką grą subtelności stworzył projekt, który wydaje się banalnie prosty, ale nie narzuca też bardzo mocno jakby takiej interpretacji. On się tak wtapia w przestrzeń i to bardzo mi się podoba w jego projektach. Paweł przygotował kilka koncepcji, które początkowo były zupełnie inne od tego, który został zrealizowany. Realizacja opiera się na takim Ligthboxie, który został zamontowany wewnątrz galerii i który daje światło.

Jest to konstrukcja wykonana ze stali nierdzewnej, usytuowana na trawniku galerii, na której tafli tej błyszczącej, odbija się ta okładzina. Światło, które pada, daje jakby sporo przestrzeni w dzień, ale i też wieczorem robi niesamowite wrażenie. Tam jest dużo takich trików optycznych, które tworzy bardzo prosta konstrukcja, pomimo tego, że jest to stal i słońce gdzieś tam operuje, to można na tym usiąść, nie jest jakaś parząca powierzchnia, bo rozmawialiśmy też o tym, że być może ta platforma będzie wykorzystywana jako taka przestrzeń.

Pamiętam początki tej realizacji, jak już została pokazana. Otwarcie odbyło się w lipcu 2017 roku w bardzo krótkim i sama realizacja jest też takim charakterystycznym elementem wykorzystywanym podczas sesji fotograficznych – ślubnych. Bardzo często kiedy jestem w galerii w weekendy, to widzę, że różne osoby na to wchodzą i mnie ogromnie cieszy ten widok, który jest od strony parku. Idąc też od ulicy Gimnazjalnej, wychodzi się na wprost fontanny i już wzrok kieruje człowieka w stronę budynku, bo wieczorami jakby to światło jest takie przyciągające. To jest bardzo fajny projekt, nie wiem tylko, czy on zostanie.

No właśnie chciałam o to spytać, czy w związku z planowanym remontem, czy ta realizacja pozostanie?
- Nie kontaktowaliśmy się jeszcze z Pawłem, być może będzie miał inny pomysł, jak to wszystko przesunąć, czy właśnie zachować.

Zachęcamy państwa, póki jeszcze można zobaczyć o realizację Pawła Grobelnego tuż przy Galerii Miejskiej bwa w Bydgoszczy, od strony parku można nawet dotknąć, co nie często się mimo wszystko w dzisiejszych czasach zdarza.

11 października 2021 - Caravaggio "Narcyz" (1597-99)

Caravaggio Narcyz Fot. wikipedia
Caravaggio Narcyz Fot. wikipedia
Prof. Dariusz Markowski Fot. Magda Jasińska
Prof. Dariusz Markowski Fot. Magda Jasińska
Polskie Radio PiK - Spotkania ze sztuką odc.32
Profesor Dariusz Markowski w studium, który dzisiaj może nie przybył z obrazem, ale będzie mówić o wyjątkowym dziele – Narcyz.

Jak ja się cieszę, że ta przypadłość zazwyczaj tyczy się mężczyzn.
- Tak, ten obraz przedstawia rzeczywiście młodzieńca takiej niezwykłej urody. To obraz namalowany przez artystę zwanego Caravaggio, a właściwe nazwisko jego to Michelangelo Merisi da Caravaggio. Nazwisko pochodzi z miejscowości, w której się artysta urodził. A dlaczego wybrałem właśnie ten obraz? Dlatego, że jest on w twórczości tego artysty troszeczkę inny niż bardzo znane nam pewnie sceny biblijne, bo głównie artysta tymi scenami w swoim życiu się chełpił, ale również i wykonywał szereg różnych martwych natur. Przy czym właśnie ten młodzieniec jest takim obrazem, który w pewnym sensie jakby pokazuje, że jest to najważniejsza twórczość najlepsza twórczość artysty.

Zresztą sama postać jest bardzo ciekawa, bo przecież słuchacze znają cały mit o Narcyzie. Kiedy jako przepiękny młodzieniec miał przepowiedziany, że jeżeli ujrzy swe oblicze, to niestety będzie musiał umrzeć i tak też się rzeczywiście stało. Ten obraz przedstawia tego właśnie młodzieńca, który prowadził bardzo takie wolne życie. Przede wszystkim polował, chodził po lasach, kochały się w nim dziewczęta, nimfy. Słynna jest opowieść o nimfie Echo, która się w nim zakochała i została przez niego odtrącona i z tego bólu stopniowo zanikała, że pozostało po niej tylko echo.

Tak patrząc na tę postać, tutaj mamy tego młodzieńca, który taki strudzony chcę się napić i pochyla się nad takim strumieniem, nad wodą i widzi swoje własne oblicze. To jest bardzo ciekawy obraz, bo ciekawa jest sama kompozycja tego obrazka. Pamiętam z twórczości Caravaggia jeszcze jeden obraz, można go obejrzeć w Berlinie, jest to „Amor”. Tam mamy bardzo specyficznie pokazanego chłopca. I to są takie właśnie troszeczkę nietypowe obrazy przedstawiające Narcyza i Amora. One się jakoś tak komponują w jedną całość i tutaj właśnie w tym obrazie mamy też coś takiego, że ta postać wyłania się jakby z takiej ciemności.

Bo Caravaggio rzeczywiście jest artystą, który przełamuje w pewnym sensie te konwenanse sztuki renesansowej. No bo zaczyna pokazywać niektóre sceny w sposób często bardzo drastyczny i tutaj na przykład patrząc na ten obraz mamy przedstawienie tego światła i cienia. Bardzo często mówi się, że Caravaggio odchodzi od tak zwanego scuro, czyli cienia i wchodzi w chiaroscuro, czyli światłocień.


A dlaczego to nie jest tak oczywisty obraz Caravaggia?
- Nie jest oczywisty ze względu na scenę, bo Caravaggio głównie maluje sceny z wieloma osobami, natomiast tu mamy taką bardzo intymną scenę, taką bardzo pojedynczą tak jakby kadr. To jest w twórczości Caravaggia dość symboliczne. Jak się spojrzy na jego obrazy, to ma się wrażenie, jakby to był taki wyrwany kadr z takiego filmu, zastygnięty kadr, ale zarazem jest tam pewne napięcie, bo jeżeli spojrzymy tylko na tego młodzieńca, to każdy właściwie gest jest tam w jakiś sposób tak dość teatralnie ukazany. Jedna ręka jest w wodzie druga, tak jakby nagarnia tę wodę. Jak patrzymy na to oblicze, to się zastanawiamy, czy on jest radosny, czy on jest smutny, Czy jest zachwycony tą swoją urodą, czy wie, co go będzie czekało. Tutaj mamy takie niesamowite napięcie i stąd ten obraz mi się bardzo podoba.

On jest wcale nie taki mały, bo ma on mniej więcej 130 na 94 cm. To jest olej na płótnie i znajduje się w Rzymie w Palazzo Barberini, no i warto go rzeczywiście obejrzeć, bo robi niesamowite wrażenie.

Wzór kwiatowy na plecach.
- Tak się uważa, że jest to wzór kwiatowy. Myślę, że w pewnym sensie tak, no bo on jest szczególnie też wyeksponowany, światło dokładnie pada i my tylko (oglądający ten obraz). Natomiast myślę, że to jest pewnie symbol. No bo jak wiemy, na grobie Narcyza rośnie narcyz i jak przyjrzymy się temu układowi temu wzorowi, który jest pokazany na plecach, to on przypomina jak najbardziej ten kwiat — narcyz.

Ciekawe, dlaczego tak zainteresowała ta historia opisana przez Owidiusza w Metamorfozach.

- Myślę, że możliwe, że jest coś w tym również z własnej autobiografii. Możliwe, że Caravaggio uważał się za tak wybitną, tak narcystyczną postać.

Szczerze mówiąc, nie znam Narcyzów, którzy dostrzegają tę przypadłość w sobie.
- A może właśnie to jest ten pierwszy, który to dostrzegł. W każdym razie muszę powiedzieć, że Caravaggio to jest w ogóle taki niesamowity duch tej epoki, bo prowadzący bardzo hulaszczy tryb życia, jest przez jakiś czas związany z Mediolanem, po jakimś czasie przenosi się on do Rzymu. Co ciekawe będąc w Rzymie, bierze udział zamordowaniu człowieka, przez to ciążą na nim jakieś kwestie prawne, więc on oczywiście ucieka do Neapolu, później znowuż na Sycylię. W ogóle on zostaje nawet zaliczony w poczet rycerzy zakonu Joannitów. Tak, że postać niezwykle ciekawa i wtedy kiedy jest między innymi na Malcie, wykonuje bardzo dużo obrazów, w pewnym sensie staje się nadwornym malarzem zakonu i wykonują między innymi taki znany też obraz Świętego Jana Chrzciciela i szereg portretów czołowych rycerzy zakonu. Ale jak się okazuje, zostaje znowu osadzony, aresztowany, ponieważ bierze udział w pobiciu jednego z rycerzy zakonnych i w grudniu 1608 roku zostaje wydalony z tego zakonu. Pojawi się nawet taki komunikat, że jest to wstrętny i zgniły człowiek. Potem ucieka na Sycylię, tam już stosunkowo krótko czeka i powraca znowu do Neapolu, czeka na ułaskawienie przez papieża Pawła V, to uniewinnienie przechodzi, ale Caravaggio umiera.

Kolejny artysta, który nie dożywa czterdziestki.

- Tak 39 lat i właściwie do dziś nikt nie wie, jak to się zdarzyło. Na pewno miał wielu wrogów, wielu przeciwników, bo wpadł nawet w pewien taki obłęd, że sypiał z bronią. Nawet były zamachy na jego życie, kiedy przebywał, chociażby w Neapolu.

Warto też wspomnieć o tej jego niezwykłej twórczości, bo każdym z tych miejsc, w których on był, to tworzył wybitne dzieła.

4 października 2021 - Beksiński w Muzeum Okręgowym w Bydgoszczy

Z. Beksiński Pejzaż czerwony - Fot. Magda Jasińska
Z. Beksiński Pejzaż czerwony - Fot. Magda Jasińska
Anna Pruss-Świątek Fot. Magda Jasińska
Anna Pruss-Świątek Fot. Magda Jasińska
Z. Beksiński Pejzaż (1978) - Fot. Magda Jasińska
Z. Beksiński Pejzaż (1978) - Fot. Magda Jasińska
Polskie Radio PiK - Spotkania ze sztuką odc.31
Tym razem znajdujemy się w Muzeum Okręgowym imienia Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy. Wraz ze mną zastępca dyrektora muzeum — pani Anna Pruss — Świątek.

Nie wiem, czy wszyscy słuchacze wiedzą, że w zasobach Muzeum Okręgowego w Bydgoszczy mamy obrazy Zdzisława Beksińskiego. To nazwisko cały czas elektryzuje, szczególnie młode pokolenie.
- Tak, w zasobach naszej instytucji jest 8 prac Zdzisława Beksińskiego. Są to oleje, w tym jedna praca również namalowana kredką woskową na płycie pilśniowej, a także mamy barwne fotomontaże, które wykonywał artysta już pod koniec swojej kariery artystycznej, w momencie kiedy bardzo zachwycił się fotografią cyfrową, komputerami.

Co one robią w Bydgoszczy?
- Beksiński w ogóle nie jest związany z Bydgoszczą. Urodził się w Sanoku, tam spędził w sumie młodość, tam nabył wykształcenie, a z wykształcenia jest architektem. Ukończył Politechnikę Krakowską, pracował przez bardzo długi czas w firmie założonej przez jego pradziadka, a mianowicie w firmie produkującej autobusy Autosan. Tam projektował i można powiedzieć, sprawdzał się w stylizacji tych autobusów, które cieszyły się nowymi rozwiązaniami, jeżeli chodzi o przeszklenie, o światło, czy o taki wewnętrzny design.

Całą swoją spuściznę przekazał do istniejącego muzeum w Sanoku. To muzeum cieszy się dużą popularnością. W 2012 roku została tam otwarta dla zwiedzających galeria, która jest poświęcona tylko i wyłącznie twórczości Beksińskiego. Natomiast jeżeli byśmy mieli mówić o życiu rodzinnym artysty, to była to bardzo tragiczna historia, ze względu na to, że Beksiński w latach 70, wraz ze swoją żoną, synem, matką i teściową przeprowadził się do Warszawy. Tak się akurat złożyło, że obie starsze panie wymagały opieki. Najpierw zmarła matka Beksińskiego, później zmarła teściowa, w kolejnych latach jego żona, syn popełnił samobójstwo, natomiast sam Beksiński został zamordowany bardzo brutalnie, bo nie chciał synowi przyjaciół udzielić pożyczki. Te prace, które trafiły do Sanoka, tak jak pani powiedziała, wzbudzają zainteresowanie szczególnie wśród młodych ludzi.

Tutaj należy troszeczkę jeszcze powiedzieć, że jest to jeden z najbardziej popularnych artystów współczesnych, który tworzył praktycznie w każdej możliwej technice. Jego kariera rozpoczęła się od fotografii czarno-białej, która przedstawiała zdeformowane postacie, czasem powiązane sznurami w różnych dziwnych pozach, fantazyjne pejzaże. Bardzo często modelką na tych fotografiach była jego żona. Później zainteresował się rysunkiem, który z kolei emanuje dużym erotyzmem, wręcz masochizmem. Ten rysunek z kolei nie był prezentowany. Trzeba pamiętać, że to jest okres Polski Ludowej, więc nie można było ich pokazywać. Odbywały się specjalne pokazy zamknięte, gdzie te rysunki można było obejrzeć. Mamy jeszcze okres rzeźby i później już wchodzi Beksiński w malarstwo. To malarstwo również jest podzielone jakby na dwa etapy. To pierwsze nazywamy okresem fantazyjnym i właśnie z tego okresu znajduje się 8 prac w naszych zbiorach, z czego dwie są prezentowane teraz na wystawie „Obrazy nie — rzeczywistości” w gmachu głównym bydgoskiego Muzeum przy ul. Gdańskiej 4.

Jak państwo wejdą do tej sali, to obraz zatytułowany „Pejzaż czerwony” tak ściąga wzrok, że na pewno trafią państwo na to dzieło.

- „Pejzaż czerwony” to jest taki tytuł roboczy, który nadali muzealnicy, ze względu na to, że cechą charakterystyczną dla Beksińskiego było to, że on nie nadawał tytułów swoim pracom. Uważał, że każdy widz indywidualnie powinien ją interpretować.

Ten okres tego pejzażu fantastycznego bardzo mocno charakteryzuje się dbałością o szczegóły, o kolor, o barwę, o przesłanie i każdy ma prawo w tej pracy zobaczyć to co chciałbym w niej widzieć. W późniejszym okresie, czy już w latach 90, Beksiński przeszedł do takiego malarstwa, które sam nazywał „gotyckim”. To takie malarstwo bardziej statyczne, gdzie również dbał o szczegóły, ale nie ma ono już tak wyrazistej i symbolicznej formy, jak to, które właśnie jest z lat 50 czy 70.

Ten obraz jest 1977 roku?
- Tak a na sali obok możemy zobaczyć drugi z roku 1978. Dodam jeszcze, że w zbiorach posiadamy 15 fotomontaży. Czyli z tego okresu kiedy Beksiński już pod koniec swojego życia wszedł właśnie w etap fascynacji techniką komputerową, bardzo dużo jest tam odniesień do tej fotografii. Natomiast w naszych zbiorach znajduje się 15 prac. Niestety w tej chwili ich nie prezentujemy, ale to wszystko niestety wynika z braku przestrzeni wystawienniczej.

Czy jak wchodzą tutaj do państwa zwiedzający, to przystają przy tej pracy?
- Tak, ponieważ tak jak pani powiedziałam, jest to praca, która przykuwa wzrok, chociażby ze względu na to, że niebo jest krwiście czerwone z chmurami. Poniżej na pierwszym planie jest widoczny sarkofag z unoszącym się w górę czarnym dymem. I tak jak powiedziałam, z racji tego, że jest to pejzaż fantastyczny, każdy z nas ma prawo do własnej interpretacji i spostrzeżeń jeżeli chodzi o odbiór tego obrazu.

Przejdźmy może do drugiej sali i zobaczmy drugi obraz. A to już jest zupełnie inna praca.

- Tak, to jest inna praca, też jest praca pochodząca z tego okresu fantastyczne z roku 78. Tutaj akurat, w tej pracy mamy możliwość zobaczenia dbałości o szczegóły Beksińskiego, co było charakterystyczne dla jego malarstwa, wykorzystanie postaci ludzkiej bardzo często w zniekształconym, fantazyjnym ujęciu, w pejzażu, który jest nierealistyczny. I w tej pracy możemy zobaczyć te wszystkie elementy, które przed chwilą państwo wymieniłam. Beksiński z racji tego, że był bardzo uznawanym artystą wzbudza zainteresowanie do dnia dzisiejszego. Jego wystawy odbywały się nie tylko w Polsce, ale również i za granicą. Natomiast największy zbiór można zobaczyć w Sanoku.

A my zapraszamy do naszego muzeum.

- Zapraszamy i zapraszamy również na wystawę, która została już otwarta. To jest wystawa fotografii Marcina Sautera, która jest prezentowana w galerii sztuki nowoczesnej na Wyspie Młyńskiej.
1234