Natalia uciekała przed wojną, a Agnieszka pomagała uchodźcom. Stworzyły polsko-ukraińską rodzinę
Cztery lata temu Bydgoszczanie otwierali drzwi swoich domów przed uchodźcami z Ukrainy. Wielu z nich wyjechało dalej, niektórzy wrócili do ojczyzny. Ale przyjaźnie, a nawet rodzinne relacje zawiązane wtedy, trwają do dzisiaj.
Agnieszka Molik-Matyga z Bydgoszczy na pomoc Ukraińcom ruszyła pierwszego dnia wojny.
- Zamykam oczy i przypominam sobie, że był taki ładny dzień - mówi. - Czułam wewnętrzną potrzebę, żeby pomóc - dodaje.
Pracowała w Myślęcinku, gdzie rozdzielano wszystko to, co z myślą o Ukraińcach podarowali Bydgoszczanie. Natalia przyszła po wózek dla niemowlęcia i pieluszki. Do Polski przyjechała z trójką małych dzieci, siostrą i mamą. Ze wsparciem znajomych pani Agnieszka znalazła dla nich mieszkanie.
- Codziennie przynosiłam im na nowe rzeczy i codziennie jadłam u nich obiad. Oczywiście moje dzieci przychodziły na te barszcze, na te pierogi, przynosiłam też te pyszności do domu, a później już spotykaliśmy się wszyscy razem. To było cudowne, niesamowite. Spędziliśmy wspólnie Wielkanoc. Wyjeżdżaliśmy razem, pokazywaliśmy im Polskę. Natalia jest dla mnie jak siostra, Luda to moja przyszywana mama. Po sześciu miesiącach, w listopadzie, zdecydowali, że wrócą. Dla mnie to było trudne - odcięcie czegoś, czym żyłam i co stało się częścią naszej rodziny. Do dziś się przyjaźnimy, spotykamy się regularnie - opisuje Agnieszka Molik-Matyga.
Bydgoszczanka podkreśla, że choć wojna za wschodnią granicą nieco nam spowszedniała, wciąż musimy pomagać Ukraińcom.
- Tak naprawdę oni bronią też nas. Przecież jesteśmy rzut kamieniem od tego, co tam się dzieje - mówi Agnieszka Molik Matyga.
Badania CBOS pokazują, że tuż po rozpoczęciu wojny 94 proc. ankietowanych deklarowało, że Polska powinna przyjmować uchodźców z terenów objętych konfliktem. Dziś takiego zdania jest nieco ponad połowa pytanych.
Więcej w relacji Doroty Witt - poniżej.