Ponieważ pomysł wydaje się być równie interesujący co karkołomny - opowiadać o dziele wizualnym w radiu, to na stronie internetowej nasi słuchacze będą mogli obejrzeć i wysłuchać znacznie więcej.
27 grudnia 2021 - Anna Bilińska "Portret Georga Greya Bernarda” 1890
To już będzie ostatnie nasze spotkanie w ramach cyklu „Spotkań ze sztuką” Profesor Dariusz Markowski. Rozpoczynaliśmy od portretu, zakończymy portretem. Rozpoczynaliśmy od Melancholika, teraz zakończymy portretem Anny Bilińskiej „Georga Greya Bernarda”.
- Dokładnie tak. Zaczynaliśmy polskim obrazem i kończymy polskim obrazem.
Chociaż ten obraz nie jest w zbiorach w Polsce.
- Nie jest w zbiorach polskich, ale polska artystka. Może dobrze, że kobieta, bo zaczynaliśmy mężczyzną, kończymy kobietą.
I zaczęliśmy mężczyzną, który pozwolił kobietom studiować.
- Tak jest, czyli proszę zobaczyć, jaki zbieg okoliczności. W każdym bądź razie ten obraz, to tak jak pani redaktor wspomniał, portret. Choć ja się zastanawiam, czy to jest portret, czy raczej może scena we wnętrzu, oczywiście przedstawiająca jakby nie patrzeć konkretną osobę, wspomnianego rzeźbiarza Barnarda. To amerykański rzeźbiarz, a obraz powstał w Paryżu. Ukończony w 1890 roku przez chyba jedną ze znanych polskich malarek, bo docenioną bardzo, ze względu na to, że rzeczywiście jej dzieła uczestniczyły w różnych wystawach, na różnych salonach. Pamiętajmy, że są to czasy, kiedy kobiety nie studiowały jeszcze na akademiach. Obraz powstaje w roku 1890 w Paryżu, jest to olej na płótnie, o wymiarach 260 na 170 cm.
Duży obraz.
On zamówił dwa portrety.
Powiedzmy, że nie do końca wiadomo czy między Anną Bilińską, a Barnardem doszło do romansu. Na to nie ma żadnych dowodów.
- Nie ma żadnych dowodów.
A Anna Bilińska wtedy była już zaręczona.
Myślę, że takim fantastycznym obrazem, to jest kolejny autoportret, który ona maluje w 1893 nazywany „Autoportret niedokończony”, ze względu na to, że artystka umiera, nie kończąc tego dzieła w wieku zaledwie 39 lat na serce.
20 grudnia 2021 - Diego Rodríguez de Silva y Velázquez „Panny dworskie”
Profesor Dariusz Markowski tym razem „Panny dworskie” przepiękne płótno z 1656 roku.
- Nazwa właściwa to Las Meninas i tak powinno się tę nazwę tego obrazu wymawiać. Chociaż to nie jest chyba jedyna nazwa, bo ten obraz nazywał się bardzo różnie, ale może najpierw powiedzmy, kto jest autorem. A więc jego autorem jest Diego Rodríguez de Silva y Velázquez , nam wszystkim znany jako Velázquez. Obraz ten nazywał się bardzo różnie, między innymi znalazłam takie tytuły jak: „Jej wysokość cesarzowa z damami dworu i karłem”, czy „Rodzina króla Filipa IV” i dopiero właściwie w 1846 roku pojawia się nazwa tego obrazu „Panny dworskie” - tak się pojawia wówczas w spisie inwentarza zbiorów Muzeum Prado i od tego czasu pod taką nazwą jest.
Powiedzmy, że Velázquez był nadwornym malarzem króla Filipa czwartego.
- Tak i zresztą warto też wspomnieć, że on został tym malarzem nadwornym w wieku 23 lat, czyli bardzo młody stosunkowo człowiek, ale on był bardzo wykształcony, bo w kształcił się między innymi pod kierunkiem Francisa Pacheca takiego bardzo znanego malarza, ale też i teoretyka, bo jest kilka nawet traktatów malarskich tego artysty, a on został zresztą też jego zięciem i później na krótko wyjeżdża z Hiszpanii i powraca do Madrytu bardzo szybciutko, żeby zostać malarzem nadwornym Filipa czwartego Habsburga. Malował bardzo różne sceny, nie tylko portrety, ale jeżeli jest związany z rodziną królewską, to praktycznie możemy powiedzieć, że jest on malarzem portretów rodziny królewskiej, bo jeżeli popatrzymy na ilość przedstawień, chociażby infantki Małgorzaty, to jest tego bardzo duża ilość.
On pełnił taką samą rolę jak współcześni fotograficy.
- Tak, natomiast możemy powiedzieć, że on w pewnym sensie może i był taką osobą, która uwiecznia rodzinę królewską.
Podobno król nie za bardzo lubił pozować Velázquezowi, bo podobno artysta „miał flegmę” w procesie twórczym.
- No nie lubił, ale czy to jest prawda, nie wiem, bo miał bardzo duże zasługi. On był bardzo mocno związany z dworem, bo przecież proszę też pamiętać, że został szambelanem dworu, a więc to nie jest tylko tak, że on jest po prostu malarzem nadwornym. On jest również osobą związaną z dworem. To płótno, o którym mówimy, to jest bardzo duże płótno, bo ono ma 318 x 276 cm i znajduje się w madryckim Prado. Tutaj, patrząc na ten obraz, to jeżeli się pokaże przybliżenie i sobie popatrzymy na niego, to widzimy, że ona składa się z takich trzech części płótna i widać łączenia. I prawdopodobnie obraz był kiedyś większy, bo w 1764 roku mamy pożar, w wyniku którego boki płótna się nadpaliły i jest informacja, z której wynika, że około pół metra z jednej i z drugiej strony płótno jest zmniejszone.
Ale może powiedzmy, co ten obraz przedstawia. Bo obraz jest w przestrzeni takiej dość reprezentacyjnej. Ona jest związana z dworem królewskim, bo jest to jedno z pomieszczeń alkazaru, czyli ówczesnego Pałacu Królewskiego, ale jest to pomieszczenie, które było własnością samego Velázqueza. Do tego pomieszczenia przynależała pracownia, natomiast to pomieszczenie było pomieszczeniem, w którym urzędował.
Zresztą Velázquez na tym obrazie sam siebie też namalował.
- I dlatego też bardzo często uważano, że ten obraz to jest autoportret i nawet niekiedy nazywano go autoportretem samego artysty. Ale popatrzmy, co on przedstawia. Na pierwszym planie jakby w środku główna postać i jest to pięcioletnia infantka Małgorzata, która jest w charakterystycznym stroju, z tą taką konstrukcją sukni. Małgorzata jest w towarzystwie dwóch dam dworu.
Jedna z nich podaje filiżankę z kawą, po prawej stronie mamy postaci karłów, jest to karlica i karzeł, które zaczepiają psa, który gdzieś tam sobie tak siedzi. Za tymi postaciami widać mianowicie ochmistrzyni i ochmistrza dworu i wreszcie w dalszym tle zarządcy dworu, który też jest ochmistrzem, ale związanym właściwie z żoną Filipa czwartego, czyli Marianną austriacką.
Niesamowita ilość planów, jeżeli spojrzymy na te plany, budowane w bardzo różny sposób i jak spojrzymy na stronę lewą, to po lewej stronie, stoi przy ogromnej sztaludze sam Velázquez, który trzyma pędzel w ręku. Ma zresztą klucze szambelańskie przyczepione z charakterystycznym takim krzyżem, to jest Krzyż Bractwa Świętego Jakuba, który jest domalowany już po jego śmierci. Mamy coś jeszcze na tym obrazie. Lustro się pojawia jakby w centralnej scenie, w którym widzimy dwie postacie, które się w nim odbijają. Jest to Filip czwartym i jego żona Maria.
I tak wyglądało, jakby oni pozowali.
- To jest właśnie poddane bardzo dużej dyskusji i ktoś kiedyś zadał pytanie, właściwie co jest tym obrazem, czy to jest, to co malował, czy to, co maluje na sztalugach. Ja mam wrażenie, że chyba ta para królewska wchodzi w momencie, kiedy on malował infantkę i wszyscy się odwracają do tej pary, jakby zostaje moment malowania zakłócony. A więc proszę zobaczyć jakie pomieszanie wielu rzeczy, że król, który powinien być najbardziej znaczącą osobą, jest potraktowany w sposób nie najważniejszy.
Możemy powiedzieć, że jest to wielka wirtuozeria malarska. Niewątpliwie tych rozmiarów obraz namalowany jest perfekcyjnie, on ma w sobie ogromną ilość impresjonizmu, jeżeli byśmy spojrzeli sobie z bliska. Natomiast z daleka rzeczywiście przepięknie realistycznie jest ujęty.
Velázquez podobno inspirował może bardziej nam współczesnych artystów.
- Ale i dawnych też. Ale współczesnych rzeczywiście. Pewnie pani ma na myśli Salvadora Dali i Picassa, który wykonał ileś wersji wspomnianego obrazu Las Meninas. Rzeczywiście świadczy to o tym, że to dzieło w jakiś sposób było bardzo znaczące w odbiorze. Cóż piękniejszego jeżeli inny znany artysta odtwarza dzieło innego znanego artysty i ulega z jakiemuś zaczarowaniu.
13 grudnia 2021 - Jacek Malczewski "Błędne koło"
Profesor Dariusz Markowski przyszedł do studia z obłędnym obrazem.
- Wielkim i obłędnym.
To płótno Jacka Malczewskiego „Błędne koło”. Wiedziałam, że kiedyś Pan Profesor przedstawi ten obraz.
- Myślę, że wynika to z tego, że się kiedyś bardzo mocno zajmowałem Malczewskim i rzeczywiście ten obraz miałem w zanadrzu.
To jest jeden z trzech obrazów, które tworzą taką triadę Malczewskiego.
- I tak i nie. Myślę, że to tak historycy sztuki i krytycy uważają, że on tworzy triadę, natomiast mi się wydaje, że nie do końca. „Błędne koło” jest obrazem, który jest w pewnym sensie jakby symbolem całej twórczości artysty, bo w tym obrazie bardzo dużo zawiera się fragmentów innych dzieł. Rzeczywiście obraz duży, bo mający 174 na 240 cm, jest to olej na płótnie, a więc patrząc na twórczość Malczewskiego, to chyba jeden większych obrazów, bo on znany jest jako artysta, który tworzy stosunkowo nieduże dzieła. Bardzo dużo maluje autoportretów i wiele różnych innych scen symbolicznych, bo z tego przede wszystkim jest znany.
Natomiast wracając do tego obrazu, to on jest bardzo ciekawie w ogóle zakomponowany, bo częścią centralną tego obrazu jest drabina, na której artysta się podpisał. To taki zabieg, który dość często stosuje Malczewski, w różnych miejscach się podpisuje. Tutaj mamy wnętrze takie jakby trudne do określenia, ale prawdopodobnie to jest pracownia malarska, bo jak spojrzymy na dół, to mamy tam różnego rodzaju rekwizyty malarskie, jest paleta farb, pędzle, a więc te różne rzeczy mamy no i obraz, na którym na wierzchołku tej drabiny siedzi bosy chłopczyk trzymający w ręku pędzle.
Każdą z tych postaci możemy spersonifikować?
Strona prawa, tu mamy też nawiązanie do sztuki i malarstwa Malczewskiego, tego wczesnego okresu, ponieważ mamy tutaj kotłujące się takie dramatyczne wręcz ciała, mamy tutaj zesłańców w kajdanach, a więc przede wszystkim postaci, które też się pojawiają na jego obrazach związanych przede wszystkim z sybirakami. Co ciekawe, taką postacią spajającą ten tłum jest taki półnagi mężczyzna, który jest na pierwszym planie, na środku tej drabiny, który jak widzimy, trzyma sznur w swoich rękach i to jest sznur, który ten cały korowód praktycznie spina w taki symboliczny sposób. Pokazuje, że ten korowód jest właśnie przez tę osobę w jakiś sposób zamknięty.
Czy ktoś jest w stanie nam wytłumaczyć dlaczego „Błędne koło”?
- Taki tytuł z całą pewnością nadał autor, natomiast dlaczego Błędne koło? Nie zastanawiam się nad tym szczerze, natomiast myślę, że jest to pokazanie takiego myślenia samego artysty, który chce ukazać całą swoją sztukę, to tak jakby chciał się wyzwolić od tego wszystkiego. Nawet chyba Witkiewicz stwierdził, że w tym obrazie widać wyzwolenie się artysty, jego ekspresję. To jest pokazanie, że Malczewski ucieka od wszelkich nazwijmy to kajdan sztuki. On się chce całkowicie od tych wszelkich kanonów odciąć i stworzyć zupełnie coś innego. I myślę, że jest to takie spojrzenie na tę dotychczasową swoją twórczość i taki troszeczkę samosąd.
Można powiedzieć, że Błędne koło było pewną inspiracją dla Wyspiańskiego do stworzenia tego „chocholego tańca” w Weselu?
To jest też taka dość ciekawa historia, bo wielu artystów tego okresu to najpierw jechało do Monachium, a potem do Paryża. Natomiast u niego było odwrotnie i te ciemne obrazy wynikają właśnie z tego monachijskiego pobytu.
Gdzie można zobaczyć te obrazy, mówię o „Błędnym kole” i „Melancholii”.
- One znajdują się w Muzeum Narodowym w Poznaniu. Natomiast ja znam ten obraz „Błędne koło”, on robi rzeczywiście wrażenie i to jest obraz, który był malowany przez artystę, niektórzy mówią, że przez dwa a inni, że przez 3 lata. Jak pamiętam, to obraz wisiał w Rogalinie i chyba do dziś tam jest. Znajduje się w zbiorach podległych Muzeum Narodowego w Poznaniu.
W ogóle Malczewski pozostawił bardzo dużo dzieł?
- Bardzo dużo dzieł. Warto wspomnieć, że w jego życiu dokonywały się takie przełomy związane przede wszystkim ze śmiercią bliskich osób. Bo w momencie kiedy jemu umiera ojciec, to pojawia się w jego pracach taki nastrój śmierci, tęsknoty. Później jeszcze umiera mu matka i artysta znowu powraca do tych tematów. Po I Wojnie Światowej pojawiają się takie charakterystyczne tryptyki, pokazujące życie.
6 grudnia 2021 - Caspar David Friedrich „Morze lodu” (1823-24)
Profesor Dariusz Markowski dzisiaj przyszedł z „Morzem lodu”. Przepiękny obraz. Nam się wydaje przepiękny, chociaż …
- Nam się wydaje przepiękny, chociaż odbiorcom tego obrazu w czasach kiedy powstał, się nie podobał. Nie udało się go sprzedać i o ile pamiętam, jeden z krytyków nawet powiedział, że powinien ten obraz się raz na zawsze roztopić. Może dlatego, że rzeczywiście przedstawia morze lodu, ale jeszcze drugi tytuł: „Znieważona nadzieja”. Jest to obraz olejny na płótnie, o wymiarach około 97 x 130 cm, namalowany przez takiego bardzo myślę, że znanego malarza romantyzmu Caspara Davida Friedricha. Namalował go w 1823 - 24 roku.
Caspar David Friedrich bardzo nabożnie podchodził do przyrody.
- Tak zresztą to był człowiek bardzo wierzący i podchodził do natury z takim dużym respektem i ta natura była istotna. Myślę, że w tym obrazie właśnie to widzimy. Warto też wspomnieć, dlaczego w ogóle ten obraz powstał. Jest on jakby takim następstwem polarnej wyprawy, która miała miejsce w roku 1820-1821 roku, była to ekspedycja Williama Edwarda Parry'ego, w poszukiwaniu przejścia północno-zachodniego w Arktyce. Wyprawa skończyła się tragicznie. Statek, którym podróżowała ekipa, zatonął i widzimy na tym obrazie jego pozostałości. Ten statek jest w jakiś sposób zduszony przez krę lodu, a te bryły lodu tworzą taką piramidę, wręcz na pierwszym planie i w pewnym sensie mamy jakby walkę natury i człowieka, który poddaję się tej naturze.
Jeżeli spojrzymy w głąb tego obrazu, takiego zimnego, chłodnego, surowego to widzimy gdzieś tam prześwitujące promienie słońca, które są w pewnym sensie nadzieją i myślę, że takie było podejście tego artysty.
Tylko powiedzmy, że William Edward Parry, który kierował ową wyprawą polarną, przeżył i brał udział w kilku innych ekspedycjach.
- Jasne.
Niektórzy mówią, że jest to jakieś odniesienie do pewnego tragicznego zdarzenia z dzieciństwa.
- Znalazłem takie dwa aspekty tego wydarzenia. Podobno był on świadkiem śmierci swojego młodszego (chyba) brata, który utopił się podczas jazdy na łyżwach. Przy czym wydaje mi się, to co znalazłem w jakiejś innej książce, że prawdopodobnie ten brat ratował Caspara Davida, który na łyżwach sobie jeździł na zamarzniętej rzece, ten lód się pod nim załamał i ten właśnie brat, ratując jego, utopił się. I to jest chyba cała taka problematyka może tego mistycyzmu, pewnego takiego romantyzmu w dziełach Caspara Davida Friedricha.
Może dlatego był dla ogółu niezrozumiały?
- Może. Myślę, że na te czasy rzeczywiście był niezrozumiały, bo dopiero już po śmierci artysty, w 1905 roku jest zakupiony przez muzeum w Hamburgu. Ja widziałem ten obraz w oryginale wiele lat temu i widziałem zresztą też taką dużą wystawę monograficzną Caspara Davida Friedricha, która była fantastycznie przygotowana. Te obrazy robią ogromne wrażenie, jakie się na nie patrzy z pewnej odległości, natomiast jak podejdzie się bliżej, to wydają się stosunkowo płaskie. No ale to niewątpliwie świadectwo wirtuozerii tego artysty, który potrafi w dwóch wymiarach stworzyć taką plastyczność w dziele.
Ten obraz został początkowo wystawiony w Pradze?
29. listopada 2021 Pieter Bruegel — Wieża Babel
Profesor Dariusz Markowski przyszedł z Wieżą Babel — Pietera Bruegla. Do tej pory inaczej wymawiałam nazwisko tego artysty.
- Zwykle słyszymy taką wersję spolszczoną, a jednak to niderlandzki malarz.
Wieża Babel, obraz olejny z 1563 roku.
- Tak, dość duży, bo obraz malowany na desce o wymiarach 114 na 155 cm, a więc stosunkowo duży jak na malarstwo na podłożu drewnianym. Obraz znajduje się w Muzeum Historii Sztuki w Wiedniu (Kunsthistorisches Museum Wien) i powiem szczerze, że ile razy jestem w Wiedniu, to jeżeli mam taką możliwość zwiedzenia i zobaczenia tego dzieła to staram się oglądać, bo jest naprawdę takim obiektem bardzo interesującymi.
Niezwykle zagadkowa i też niezwykle ciekawa postać samego artysty, ponieważ trochę wzorował się na Boschu.
- Tak, zresztą nawet jeżeli zobaczymy, niektóre jego obrazy, chociażby na przykład „Upadłe anioły” to tam mamy bardzo dużo zaczerpniętej tej charakterystycznej tematyki wzorowanej na Boschu. Niektórzy mówią, że rzeczywiście oprócz Boscha troszeczkę też jest tam pewnie i wpływów Jana van Eycka, bo niewątpliwie jednak tradycja tego malarstwa niderlandzkiego gdzieś tam się pojawia i to pewnie widzimy. Warto też wspomnieć, że to jest Peter Bruegel Starszy, ponieważ jest jeszcze Peter Bruegel Młodszy zwany często „piekielnym”, który jest synem wspomnianego artysty.
Jest to postać o tyle ciekawa, że w malarstwie niderlandzkim uważana za taką osobę, która dokonuje pewnego przełomu, bo on zaczyna pokazywać sceny z życia bardzo często wsi, chociażby wesela, sianokosy. Ale też pokazuje zabawy dziecięce, a więc ta tematyka często taka dość sielankowa, więc pokazuje to społeczeństwo w zupełnie inny sposób, dlatego nazywa się go malarzem chłopskim. Przy czym nie do końca jest to prawda, bo to malarstwo chłopskie w sztuce holenderskiej, w sztuce Niderlandów się pojawia bardzo często i ono początkowo może pokazuje takie pozytywne zdarzenia, a później stopniowo to społeczeństwo jest ośmieszane.
Natomiast wracając do wspomnianego obrazu, do Wieży Babel — to na tym obrazie się wiele dzieje, ale też powiedzmy, o której wersji obrazu Pan mówi?
Oprócz tego, mamy port, który jest po prawej stronie pokazany. Po lewej stronie Wieży Babel też widać to częściowo po prawej, jest miasto, typowe miasto holenderskie, czy niderlandzkie. Dalej w tle mamy jeszcze sielski, taki wiejski pejzaż z wiatrakiem. No a po lewej stronie u dołu, jest taki dość ciekawy orszak babilońskiego króla Nimroda, któremu podobno towarzyszy również architekt tej budowli. Widzimy ludzi, którzy się tutaj kłaniają temu orszakowi, oddają hołd, a więc mamy w pewnym sensie znowuż takie ukazanie takiego zróżnicowania społecznego.
Wracając do tego obrazu, to ta wieża jest budowlą niedokończoną, praktycznie tak jakby się rozsypywała i o to chyba chodziło samemu artyście.
Jak spojrzymy na technikę wykonania tego obrazu, to jest ona niezwykle pieczołowicie zrobiona, z takimi szczegółami, drobiazgami. Mnie to się trochę kojarzy z jakimś kopcem, na którym pracują mrówki, to tak tam wyglądają ludzie, są bardzo niewielcy i którzy budują tę niezwykłą budowlę.
I mamy takie zderzenie trochę rzeczywistości z fantastyką?
- Nie wiem, czy pani redaktor widziała film Petera Jacksona „Władca Pierścieni”. W jednym z odcinków pojawia się takie miasto, które moim zdaniem jest idealnie wzorowane na tym obrazie. Naprawdę, nawet widziałem modele, które były przygotowywane do tworzenia tego filmu, które są dosłownie jakby żywcem wzięte z tego obrazu. Ale pytanie, skąd w ogóle Bruegel mógł wpaść na taki pomysł, żeby namalować taką budowlę. I tutaj oczywiście wiemy z jego życiorysu, co prawda niewiele, bo tylko wiemy to, że się uczył u Pietera Coecka, też malarza. Wiemy, że był zapisany do cechu malarzy w Antwerpii, że odbywał podróże do Włoch i Francji i prawdopodobnie bezpośrednio rzymskie Koloseum miało wpływ na ten obraz, bo jeżeli się przyjrzymy, to pewne analogie tutaj w tym są.
Czy wiemy, jak długo malował ten obraz?
Czy większość zachowanych obrazów Bruegla można obejrzeć w Holandii?
- Nie, to jest ciekawe, że większość jego dzieł znajduje się w Wiedniu i chyba te najbardziej znane jego obrazy znajdują się właśnie w Muzeum Historii Sztuki w Wiedniu. Ja sobie zadałem nawet kiedyś pytanie, dlaczego one się tam znajdują? Ale chyba odpowiedź jest dość prosta, bo w czasach kiedy on żyje, to Niderlandy są pod panowaniem Filipa drugiego Habsburga, więc w związku z tym chyba w ten sposób tą linią od Habsburgów trafiły te obrazy później do Wiednia.
Jeszcze też warto wspomnieć, że takim też pretekstem do namalowania tego obrazu były dość duże spory religijne, które miały miejsce w Holandii, właśnie pod panowaniem króla Hiszpanii i stąd prawdopodobnie może ta symbolika Wieży Babel i tego, że ludzie nie potrafią się ze sobą porozumieć, gdzieś ma swój początek w tych wojnach.
22 listopada - "Nowo narodzony" Georges de La Tour
Profesor Dariusz Markowski dzisiaj będzie opowiadał o „Nowo narodzonym”. Obraz Georges'a de La Toura, z którego roku?
- Jest mniej więcej datowany na lata 40 XVII wieku. Nie ma dokładnej daty, ponieważ obraz jest niesygnowany.
Tak jak większość jego prac?
- Tak jest, jak większość jego pracy niesygnowanych i właściwie przypisywanych dopiero od pewnego czasu.
Czyli to jest taki artysta niedawno stosunkowo odkryty na nowo?
Bo on za życia był znanym i takim dość wziętym artystą.
Niektórzy uważają, że wiele jego dzieł też zniknęło, uległo zniszczeniu w wyniku wojny trzydziestoletniej. I możliwe, że to zdarzenie spowodowało, że tych jego obrazów było stosunkowo niewiele i słuch o nim po prostu zaginął.
Georges de La Tour nie pochodził z rodziny artystycznej?
- Pochodził z rodziny piekarzy i w ogóle nie wiemy nic praktycznie o jego kształceniu artystyczny. Nie ma żadnych informacji, w ogóle postać bardzo zagadkowa, bo nie wiemy, jak jego życie wyglądało. Wiemy tylko, że był za czasów życia artystą uznawanym, natomiast nic nie wiemy o jego właśnie kształceniu, wiemy jedynie też to, że umiera w 1653 roku podczas epidemii i ta epidemia zabiera też jego żonę i trójkę jego dzieci. I to tylko właściwie tyle wiemy o tym artyście, więc są to bardzo często domysły i nawet muzeum, które powstało w 2003 roku, poświęcone jemu nie zawiera żadnych pamiątek po nim, bo po prostu ich nie ma. Nic o tym artyście naprawdę nie wiemy i nawet nie wiemy, gdzie artysta jest pochowany.
Obrazy, które zostały mu przypisane, są bardzo piękne.
- Są bardzo piękne, większość znajduje się w miastach francuskich, chociaż ja też pamiętam jeden z piękniejszych obrazów, który widziałem w muzeum w Berlinie. Także tych obrazów troszeczkę jest, między innymi ten, o którym dzisiaj będziemy mówić, jest to obraz, który znajduje się w Rennes, jest te obraz znajdujący się Dijon, a więc w różnych miejscach Francji, ale również i poza granicami, bo też w Stanach Zjednoczonych kilka jego obrazów się znajduje w kolekcjach prywatnych.
Dlaczego obrazy „Nowo narodzony”, o którym dzisiaj Pan profesor będzie mówił, należy do obrazów, które świadczą o największym osiągnięciu artysty?
Jest to scena przedstawiająca 3 postaci: dwie kobiety na bardzo neutralnym ciemnym tle, gdzie jedna jest ukazana z profilu, która spogląda na drugą kobietę, która trzyma właśnie nowo narodzone dzieciątko na swoich rękach. Postać, którą widzimy z profilu, trzyma świecę, którą to światło oświetla, ale tej świecy nie widzimy, bo ona zakrywa ją dłonią. I niewątpliwie to światło, które się tam pojawia, tworzy cały klimat tego obrazu. Tam są niesamowicie namalowane twarze, takie bardzo, jak powiedziałem ,porcelanowe, takie zupełnie inne, niespotykane dotąd w malarstwie.
Oszczędność tej formy jest wyjątkowa. Tam nie ma praktycznie żadnych rekwizytów, tam nie ma nic, to jest po prostu tylko scena, bardzo taka symboliczna, bardzo oszczędna w środki wyrazu, a niesamowicie piękna i ona jest też, na co warto zwrócić uwagę, wykonana w takich dość monochromatycznych kolorach. Tam dominuje przede wszystkim czerwień, pomarańcz, brąz, czerń i te akcenty w bieli, które tam są, a więc dość zamierzona gama barwna, a efekt niesamowity i myślę, że no taki, jeżeli patrzymy na jego twórczość, jako tego, który w pewnym sensie wynosi coś właśnie z Caravaggia.
Wcześniejsze dzieła są taką przeciwwagą, do tych nokturnów, bo warto też wspomnieć, że te nokturny, to na ogół są sceny biblijne, na przykład jest taki przepiękny obraz pokazujący Świętego Józefa przy pracy. Jest ileś tych takich ładnych obrazów z niesamowitym światłocieniem, jest „Kobieta z pchłą”. Proponuję też zobaczyć przepiękny obraz „Pokutująca Maria Magdalena”, której jest kilka wersji. On ukazuje postaci święte bez aureoli. W tej jego twórczości jest pokazanie ludzkiej twarzy osób świętych jak święty Józef Cieśla i pokazuje właśnie osoby święte, które są takie bardzo ludzkie, bardzo nam bliskie i pokazuje je w jakiś inny sposób taki naznaczony tą świętością.
Niesamowite, że dopiero pod koniec XX wieku podsumowano prace badawcze dotyczące właśnie odkrywania jego dzieł.
- Tak i te dzieła się odkrywają cały czas. Wiem, że kilka lat temu też odkryto kolejne jego dzieło. Było też parę różnych zawirowań, bo rząd francuski uznał, że nie wolno dzieł odnaleziony gdzieś we Francji w ogóle wywozić za granicę. Tak się zdarzyło w jednej z prowincji. „Nowo narodzony” Georges'a de La Toura, obraz z lat 40 XVII wieku.
15 listopada 2021 - Tamara Łempicka "Autoportret w zielonym Bugatti"
Profesor Dariusz Markowski, który dzisiaj będzie opowiadał o bardzo znanym obrazie, na pewno reprodukcję tego obrazu państwo wielokrotnie mieli okazji zobaczyć. A tak swoją drogą, swego czasu jak mówiliśmy o „Narcyzie”, to stwierdziłam, że ta przypadłość raczej nie dotyka kobiet…
- A jednak!
A jednak. Tamara Łempicka.
- Tak, Tamara Łempicka i obraz wydawać by się mogło, bardzo oczywisty, bo przedstawiający autoportret w zielonym Bugatti i dzieło, które praktycznie jest takim wyznacznikiem malarstwa okresu Art Deco, ale wybrałem go świadomie. Dlatego, że ten obraz pokazuje nie tylko może i kunszt malarski, czy specyfikę malarstwa tej artystki, ale na pewno jest wyrazem jej duszy, jej sposobu życia, jej podejścia do świata, bo postać, która wybiera sobie autoportret w samochodzie, ubrana w czapkę pilotkę, jest niewątpliwie pewnym takim zadrażnieniem dla publiczności.
Obraz powstał w 1929 roku dla niemieckiego czasopisma „Die Dame”, ale jak się okazuje, artystka nie pierwszy raz zresztą publikowała swoje ilustracje w tym w żurnalu. Jaka jest w ogóle historia tego obrazu, obraz w ogóle stosunkowo niewielki 35 na 27 cm, a więc praktycznie maleństwo. Namalowany na desce i znajdujący się w zbiorach prywatnych. Warto też wspomnieć, że on dopiero w latach 70 wypływa jako obraz, bo nikt nie wiedział, gdzie jest ten obraz. Wiadomo było, że Łempicka wykonała takie dzieło, które miało być takim elementem dekoracyjnym tego portalu, natomiast co się okazuje, że to dzieło w ogóle się pojawia nagle i do dziś oczywiście znajduje się w zbiorach prywatnych.
Jest to o tyle ciekawe praca, bo powstanie tego dzieła wynikało podobno bezpośrednio od wydawcy tego magazynu, który zobaczył Tamarę Łempicką w Monte Carlo prowadzącą samochód i poprosił ją o na malowanie takiego dzieła na okładkę pisma. Ile jest w tym prawdy, trudno powiedzieć.
A ja tak sobie myślę, że dzisiaj będziemy bardzo często używać słowa „podobno”
- Albo „prawdopodobnie”. Wówczas artystka jeździła już samochodem, podobno żółtym Renault i nie był to zielony Bugatti, ale siebie portretuje w tym właśnie zielonym Bugatti ze względu na to, że ta marka jest bardziej elegancka, a ona bardzo uwielbiała pokazywać się w sposób wytworny i zresztą patrząc na ten obraz zakomponowany dość ciekawie, bo taki po przekątnej, z dużą ilością kolorystyki monochromatycznej i ta czapka pilotka, rękawice też są w takich charakterystycznych szarych tonacjach i ten niezwykły turkusowy zielony kolor Bugatti, który jest wręcz taki metalizujący. Warto wspomnieć, że nad klamką jest inicjał, który właściwie wygląda troszeczkę jak rodzaj jakiegoś oznaczenia, firmowego znaku.
I inicjał jest inny od jej przednich!
- To jest oczywiście podpis artystki, to są trzy litery „TjL”, gdzie „j” oznacza Junoszę, czyli herb rodziny jej męża. Czyli Tamara Junosza Lempicka. Co do jej podpisów, to też są bardzo różne. Natomiast tutaj jeszcze wracając do tego portretu, on pokazuje ją jako taką femme fatale, bo jest to kobieta w samochodzie, kobieta wyzwolona, kobieta niezależna, dodatkowo w krótkich włosach, z bardzo charakterystycznymi czerwonymi ustami i z powłóczystym spojrzeniem. Ona ma takie lekko przymknięte oczy i patrz, więc niewątpliwie jest to bardzo stylizowane ujęcie. Niektórzy twierdzą, że ona się bardzo często stylizowała, wręcz na Gretę Garbo.
Opowiadała, że się przyjaźniła z Gretą Garbo.
Oni w 1916 roku biorą ślub, który jak się okazuje, jest ogromnym wydarzeniem towarzyskim, ponieważ welon ciągnął się przez cały kościół, tak przynajmniej twierdzą naoczni świadkowie tego wydarzenia i później są czasy kiedy przychodzi rewolucja. Łempiccy w 1918 roku wyjeżdżają do Paryża i to właśnie tam się zaczyna dość błyskotliwa kariera i ten rozwój twórczości, ponieważ Tamara zaczyna bardzo dużo malować i tworzyć własny styl, ale przede wszystkim zaczyna się promować. Ona zaczyna tworzyć wokół siebie taką aurę tajemniczości, niezwykłości, wyzwolenia. Stąd różnego rodzaju rauty, imprezy, bale.
I to jest ten moment kiedy się zaczyna się coś psuć w ich małżeństwie.
- Zaczyna się psuć, ale mimo wszystko nie do końca chyba jest to sprecyzowane, kto jest winny, ponieważ w tym czasie jej mąż też zaczyna szukać sobie innej osoby i on się w pewnym momencie wyprowadza do Warszawy. Rozwód, o ile się nie mylę, ma miejsce w 1931 roku, ale Łempicka do końca nie może się pogodzić z tym rozwodem. Ona wpada w depresję i jest taki obraz przedstawiający portret mężczyzny niedokończony, który jest portretem jej męża, gdzie artystka nie dokończyła ręki, na której jest obrączka. Kiedy dopadła ją depresja, bardzo często i niejednokrotnie miała pomysł wstąpienia do zakonu. Skończyło się to tym, że zrobiła portret chyba przeoryszy.
I znalazła drugiego męża.
12 listopada 2021 - Władysław Hasior "Rzeź winiątek" (1972)
Dyrektor Muzeum Okręgowego im Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy Pan Wacław Kuczma, który tym razem powraca do Władysława Hasiora.
Ja kiedyś na takiej wystawie w Centrum Sztuki Współczesnej, która dotyczyła Niepodległości, zestawiłem tę pracę, z muzyką Kilara „Bogurodzicą”. Praca umiejscowiona na środku i z głośników leciała Bogurodzica, czyli taka do pewnego czasu prawie że hymn naszego królestwa i tak sobie pomyślałem teraz, że te wielkie idee Polaków, to dążenie do wolności i wołanie do świata, o to, że nas się męczy, stało się dzisiaj takim odwróceniem tej sytuacji, którą podkreśla właśnie Hasior.
„Rzeź winiątek” - nie bez przyczyny nazwał tak swoją pracę.
Czy wiemy coś o tej nadbudowie ideologicznej pracy?
8 listopada 2021 - Igor Mitoraj i jego rzeźby
Marek Rubnikowicz dyrektor Kujawsko-Pomorskiego Centrum Dziedzictwa.
Igor Mitoraj — wybitny rzeźbiarz i to właśnie tego artystę dzisiaj wybrał Pan Dyrektor.
- Przyznaję, że długo zastanawiałem się, bo nie jest tajemnicą, że jako archeolog, mam słabość do rzeźby greckiej, szczególnie antycznej, a któż lepiej niż Mitoraj połączył te dwa elementy: współczesność nam bliską i starożytność, w której artysta był także zakochany. Pamiętajmy, że jego korzenie artystyczne sięgały bardzo często studiowania dzieł Michała Anioła. Sam fakt, że mieszkał w Pietrasanta, na terenie Włoch w Toskanii, gdzie miał pracownię, już pokazuje, jak wielką wagę przywiązywał do rzeźby.
Rzeźba Mitoraja jest dość specyficzna, to jest też charakterystyczne, że zajął się rzeźbą już jako ukształtowany artysta, który studiując w Krakowie w pracowni Tadeusza Kantora, w pewnym momencie zmienia swoje zainteresowania, bo najpierw zajmuje się malarstwem i grafiką. Zresztą robi to z dużym powodzeniem, ma wiele wystaw, a jego takim dodatkowym atutem jeżeli można użyć tego określenia, jest to, że jest to osoba, która po pierwsze mieszkała między Włochami, Francją a Polską.
Igor Mitoraj urodził się w 1944 roku we Francji, gdzie jego ojciec oficer Legii Cudzoziemskiej, mama była na robotach przymusowych w Niemczech i tak rodzi się Igor Mitoraj, po czym po wojnie z mamą przyjeżdża do Polski i spędza tu dzieciństwo i wczesną młodość. Tu studiuje, a wyjeżdża z Polski dopiero w 1968 roku, czyli to pokazuje, że ten moment kształtowania to troszeczkę taka paralela do Kopernika, który ukształtował się w Toruniu i poszedł w świat.
W tym momencie mamy do czynienia właśnie z osobą już w pełni ukształtowaną artystycznie, ustawioną metodycznie przez Tadeusza Kantora i cały ten krąg krakowskich artystów Akademii Sztuk Pięknych i wyjeżdża do Paryża, gdzie zaczyna swoją karierę artystyczną, ale karierę, która charakterystycznie ogranicza się do grafiki i rysunku. Po czym w pewnym momencie zaczyna zmieniać swoje zainteresowania, zafascynowany podróżami do Włoch, studiowaniem rzeźby antycznej i idzie w kierunku rzeźby. Rzeźby pojmowanej w sposób bardzo specyficzny, nawet zastanawiałem się jak przedstawić Mitoraja i jego podejście do rzeźby, bo z jednej strony ta fascynacja proporcją, rzeźbą antyczną spowodowała, że wszystkie jego rzeźby są mocno takie wyidealizowane, w sensie proporcji. To jest klasyczna proporcja grecka, gdzie przywiązuje się dużą wagę do detalu.
Czuje się dużą wagę do pokazania i ukazania piękna i kruchości ludzkiego ciała, ale to, czego dokonał Mitoraj, nie mieściło się w żadnej dotychczasowej konwencji. Dlatego, że on pokazuje te rzeźby, ale w formie swoistego rodzaju takiego zeszpecenie, czy oszpecenia z tego piękna, tej delikatności, tej proporcji, poprzez właśnie na wprowadzenie spękań, poprzez puste oczy, poprzez fakt, że rzeźby jego są pozbawione rąk, nóg, a jednocześnie nadając tym formą, tym rzeźbą, bardzo tajemniczej specyfiki.
Pamiętam kiedy pierwszy raz miałem do czynienia ze sztuką Mitoraja. To był 2004 rok, kiedy pojechałem obejrzeć jego wystawę w Krakowie. To był listopad, taki bardzo mglisty, gdzie na płycie rynku krakowskiego ustawiono kilkanaście monumentalnych rzeźb: Ikarów i Ikarii. To wyglądało niesamowicie: mgła, padający lekki śnieg i wyłaniająca się mgła. Kiedy chodziliśmy z przyjaciółmi — oglądaliśmy to miejsce. Przyznaję, że wtedy po raz pierwszy uświadomiłem sobie, jak piękne proporcje wychwytuje Mitoraj, jak wspaniale wpasowuje się w każdy kontekst środowiska kulturowego, kontekst miasta, gdzie jego rzeźby, które dzisiaj są rozlokowane w bardzo różnych miejscach w Krakowie, dla przykładu możemy zobaczyć jego słynną maskę leżącą.
Właśnie od 2004 roku, od tamtej słynnej wystawy, a druga forma, obok której bardzo często przejeżdżamy, będąc w Warszawie, przy Centrum Olimpijskim, gdzie jest jeden z darów stojących właśnie na postumencie, fenomenalnie wpisujący się w krajobraz nowoczesnej architektury.
Rzeźby jego są fantastycznie komponującą się formą przestrzenną w przestrzeni zabytkowej. Czego przykładem są też różnego rodzaju prezentacje, czy to w Grecji, czy też we Włoszech, a z drugiej strony formy te Idealnie pasują do współczesnych przestrzeni tektonicznych dla przykładu właśnie, chociażby nawet to Centrum Olimpijskiego. One występują także między innymi w obiektach sakralnych we Francji, gdzie do super nowoczesnej i realistycznej przestrzeni urbanistycznej rzeźby wkomponowane i stworzone przez Mitoraja, czyli patrząc na to, co tworzył, jak tworzył i jakie było jego podejście, widzimy swoistego rodzaju uniwersalizm, a jednocześnie geniusz. Geniusz, który jest niepowtarzalny w swojej formie.
Poza wielkimi formami, a więc tymi wielometrowymi, Igor Mitoraj stworzył także bardzo wiele małych form i to jest też swojego rodzaju fenomenem, że człowiek, który jest samoukiem w rzeźbiarstwie, potrafi tworzyć i w dużych formatach i formach małych, do tego wszystkiego dochodził sposób praktyczny, gdzie w pracowni swojej wykorzystywał techniki i technologie wytwarzania rzeźb, czy tworzenia rzeźb, następnie odlewów w oparciu o stare technologie, jeszcze stosowane między innymi przez Michała Anioła.
I to jest też jego fenomenem, że ktoś, kto dochodzi do takiego mistrzostwa, dochodzi do tego własnym doświadczeniem, własną pracą, własną obserwacją i licznymi podróżami, bo też o tym trzeba powiedzieć, że Mitoraj bardzo dużo podróżował po świecie śródziemnomorskim, gdzie fascynacja przestrzenią rzeźbą, antykiem sprawiała, iż całkiem inaczej odbierał tę przestrzeń.
Jeśli państwo będziecie mieli okazję obejrzeć kiedykolwiek rzeźby Mitoraja, patrzcie państwo na sygnatury, którymi wszystkie jego rzeźby są opatrzone. A sygnaturą są usta i to bez względu na to, czy są to rzeźby postaci męskich, czy kobiecych, usta zawsze są ustami Igora Mitoraja. Co jest też charakterystycznym Signum właśnie w jego twórczości, takim elementem, który dodatkowo trzeba jeszcze podkreślić, jako że każdy artysta lubi eksperymentować z różnymi formami.
On w pewnych momentach ucieka od tej idealizacji, od operowania tymi formami w postaci spękań, nakładanych na rzeźby, także dodatkowo pozbawia nóg i rąk, a także co ciekawe, te rzeźby są bardzo często leżące, czyli pokazuje upadek. Pokazuje to co jest elementem niezmiernie charakterystycznym i ważnym, że ciało ludzkie, pomimo że piękne może ulotne, także może być ciałem ludzkim w jakim sensie sponiewieranym i upadłym.
I to wszystko pokazuje, że Mitoraj zawsze jest tajemniczy, specyficzny i jeżeli państwo będziecie mieli okazję w Polsce, jest w parę miejsc, które warto zobaczyć i jego rzeźby, chociażby nawet w Poznaniu. Osobą, która była niezmiernie zainteresowana, zafascynowana i była także w jakimś sensie mecenasem to był nieżyjący już Jan Kulczyk.
Rzeźba na jego grobie, także jest autorstwa Igora Mitoraja, ale także w Warszawie w katedrze drzwi są wykonane według projektu Igora Mitoraja. Tych miejsc jest naprawdę wiele i w związku z tym serdecznie zapraszam państwa do zapoznania się z tym jakżeż wspaniałym, pięknym i tajemniczym artystą.
1 listopada 2021 - „Cmentarz włoski o zmroku” Adama Chmielowskiego
„Cmentarz włoski o zmroku” obraz Adama Chmielowskiego, być może państwo nie kojarzą, ale to brat Albert. Jak się okazuje, tworzył piękne obrazy, nie tylko przed wstąpieniem do zakonu, bo również będąc już w zakonie, także malował. Naszym gościem i ekspertem jest profesor Dariusz Markowski, który wybrał na dzisiejszy dzień to niemałe dzieło.
- Tak, dzień dobry niemałe dzieło.
I mroczne!
- Dla jednych mroczne dla drugich nie, ale rzeczywiście nostalgiczne. Jest to dzieło Adama Chmielowskiego powstałe w roku 1880, warto je obejrzeć. Znajduje się w Muzeum Narodowym w Krakowie, o wymiarach jak pani redaktor wspomniała nie małych, ale dość takich dużo mówiących o nim ze względu na to, że jest to format 79 na 143 cm. Artysta stworzył właściwie dwa takie obrazy, bo jest jeszcze jeden.
„Szara godzina”
Jeżeli byśmy dzisiaj spojrzeli na malarstwo tak zwanych polskich monachijczyków, to rzeczywiście jest takie stonowane. Często się mówiło, o tak zwanych monachijskich sosach, czyli takich brązach charakterystycznych, które się w dużych ilościach się na tych obrazach pojawiają. Tutaj jeżeli patrzymy na ten obraz, to na taką tonację też z dużą ilością brązu, w ciemnej zieleni i z takimi właśnie akcentami bieli tych nagrobków i czerwieni tego nieba.
Przyjaźnił się z Leonem Wyczółkowski?
- On się przyjaźnił z bardzo wieloma artystami. On był traktowany jak wyrocznia, kiedy był w Monachium. Nawet przez takich artystów jak Józef Brandt czy Alfred Wierusz-Kowalski, to niewiarygodne, że miał taki duży wpływ na nich.
Gdzie są do zobaczenia jego obrazy?
- Te, o których mówię – w Muzeum Narodowym w Krakowie i warto je rzeczywiście zobaczyć, bo robią wrażenie, szczególnie ten pierwszy, czyli „Cmentarz włoski o zmroku”. On jest dla mnie takim nostalgicznym, smutnym zarazem, a jednak i wesołym troszeczkę. Jest to taki obraz, który myślę, że pokazuje myślenie tego artysty o kolorze, o tworzeniu w ogóle dzieła sztuki i myślę, że w takim dniu jak dziś mamy Dzień Zmarłych jest to takie dopełnienie nostalgii, wspomnienia rozpamiętywania o osobach, które odeszły z tego świata.