Andy wraca w swoich wypowiedziach do czasów młodości, mówi o swojej ulubionej płycie - nikt jednak nie chce zdradzić repertuaru dzisiejszego koncertu. Czas szybko mijał i kto wie, jak długo trwałoby to spotkanie, gdyby nie Andrzej Marzec, który grzecznie je zakończył dbając o to, by muzycy mieli jeszcze szansę na wypoczynek, zanim pojawią się na scenie bydgoskiego klubu "Astoria".
Tłum w okolicach miejsca występu legendarnego Camel widoczny był już ok. godz. 16.00. Najbardziej niecierpliwi byli Ci, którzy upolować chcieli miejsca najbliżej sceny. Przed wejściem do hali trwają dyskusje pełne wspomnień występu Camel w "kongresowej" trzy lata temu... W powietrzu roi się od refleksji na temat muzyki kochanego zespołu, w tym najwięcej jest tych, które odnoszą się do promowanego obecnie albumu. Czuć atmosferę święta wśród fanów zespołu Camel przybyłych z różnych zakątków naszego kraju. Na parkingu klubowym widać samochody z Wielkopolski, wybrzeża - litery na tablicach rejestracyjnych identyfikują Szczecin, Gdańsk, Leszno, Łódź... - przepraszam, jeśli kogoś pominąłem! Widać, że na spotkanie z muzyką art-rockowego wielbłąda przyjechało do Bydgoszczy niemalże pół Polski.
Napięcie rośnie. Niektórzy są już w środku - kupują płyty i koszulki, inni na zewnątrz czekają na zespół... Chcą przypatrzeć się legendzie z bliska, być o krok od autorów rockowych czarów. Wreszcie na parking klubu zajeżdża wysoki, kolorowy autobus, z którego po chwili wyłaniają się bohaterowie tego wieczoru... Chwila wzruszenia - niektórzy dopiero teraz uwierzyli... Wszystko trwa kilkanaście sekund ale dla niektórych to najdroższe sekundy w ich życiu. A przecież najlepsze miało się dopiero zacząć...
Wreszcie można wejść do środka, upolować resztki dogodnych pozycji, przygotować swoje dusze na ucztę... Rampa i sprzęt na scenie przykuwają uwagę, głowy zaczynają falować w zniecierpliwieniu. Wreszcie - kilka minut po 19.00 daje się słyszeć pisk radości i brawa witające karawanę na scenie bydgoskiej Astorii...
Wydawałoby się, że nie może spotkać nas już nic lepszego. Dwóch gości za mną, zaczyna rozbierać utwory na części - w ruch idą wszelkie porównania, pada nawet nazwa "Dżem" - a ja czuję, jak zaciskają się moje pięści. Ktoś w porę usunął "pseudofanów" i bardzo dobrze! Jak w ich obecności rozsmakowywać się w kolejnych daniach?! Okazuje się, że wielbłąd przytargał do Bydgoszczy wiele niespodzianek. Nie wiem, jak dziękować za "Chord Change" czy "Watching The Bobbins" troszkę inny niż na "Harbour Of Tears", ale kocham ten numer! Choćby za "floydowski" wstęp. Szlag by to - i mnie udzieliły się porównania. A kysz!
Zaczynam myśleć o tych, którzy nie uczestniczą w tym wydarzeniu... Nie mogli, bądź zwyczajnie nie chcieli albo po prostu nie wiedzieli o istnieniu tak cudownej muzyki... Na podobnych refleksjach zeszło mi znienacka "The Hour Candle" i nagle światła hali rozjarzyły się pełnym światłem wyrywając osłupiałych widzów z transu, a Andy Latimer zaprosił wszystkich na 10 minutową przerwę. Szczęśliwcy najbliżej sceny, nie mają zamiaru opuścić swoich pozycji. Inni szybko wypełniają przestrzeń holu bydgoskiego klubu. Trwa walka o dostęp do bursztynowego źródła, powietrze gęstnieje od emocji, pospiesznie wymienianych wrażeń. Twarze promienieją w zadowoleniu, a tu przecież jeszcze ciąg dalszy. Tłum powoli zajmuje dogodne pozycje, by być gotowym na przyjęcie kolejnej porcji art-rockowej ambrozji. Ruch na scenie zwiastuje zmiany w charakterze koncertu. I rzeczywiście... gromkie brawa witają z powrotem czwórkę bohaterów tego wieczoru. Panowie siadają na wysokich, barowych stołkach na skraju sceny. W ich dłoniach tylko akustyczne instrumenty. Zaczyna się druga część bydgoskiego spotkania z karawaną Andy Latimera.
Wzruszenie i uniesienie ponownie rzucają się do gardeł. Widać, że sam Andy zdziwiony jest tym obrotem sprawy. Jak przyznał w czasie konferencji prasowej - na nowo odkrywa możliwości brzmienia gitary akustycznej. Set bez prądu podoba się publiczności, zatem w ruch idą kolejne niespodzianki - "Eyes Of Ireland" i "Sending Home The Slates" - przed oczami robi się ponownie zielono od wspomnień albumu "Harbour Of Tears"... Okręt z akustyczną orkiestrą zabiera publiczność w czarowną podróż. Przerwa w rejsie - ktoś wyciąga z tłumu zemdloną dziewczynę. Służba medyczna sprawnie zajmuje się ofiarą niedoskonałej klimatyzacji, po czym szybko wraca do innych pogrążonych w hipnozie... "Co to za grupa...?! - pyta pani doktor, a towarzyszące jej osoby nie bardzo wiedzą, jak przybliżyć Jej ten temat. CAMEL - mówię do nich cicho - Trudno jest dziwić się, że wśród osób z uwielbieniem na twarzach znalazły się przypadki niewtajemniczone. Jednak muzyki tego rodzaju nie prezentuje się raczej w TV... W eterze jest z tym trochę lepiej, jednakże w tajemniczo późnych porach. I ponownie powracają smutne refleksje - chciałoby się dzielić tak piękną muzyką z całym światem. Smutne myśli odpływają wraz ze statkiem z okładki "Harbour Of Tears"...
Ktoś odpowiedzialny za sterowanie światłem, zalał scenę poświatą w tonacjach żółci, brązu i pomarańczy, a dźwięki strun muskanych palcami Andy'ego Latimera powoli układają się w intro utworu "Rajaz"... Przez salę przebiega drżąca fala uwielbienia. To przecież wspaniała wizytówka najnowszego albumu - ciekawe, jak Andy zamierza przekazać nam charakter tego utworu, przy pomocy akustycznych brzmień. Okazuje się, że mistrz jeszcze raz przekonuje nas o swojej klasie, choć w pewnym momencie zamienia jednak instrumenty i już do końca elektryzuje nasze dusze czarowną... gitarową poezją!
Dostajemy znacznie więcej, niż się mogliśmy spodziewać. To z pewnością największe wydarzenie rockowe w tym mieście od roku 1966, kiedy to na tej samej scenie wystąpił Jon Lord - wtedy jeszcze w składzie grupy "The Artwoods". Przepraszam, jeśli obraziłem swoją "niepamięcią" tych, którzy krzyknęliby w tym momencie - a Peter Hammill? a Fish, a John Wetton czy choćby Porcupine Tree? Oczywiście! - Biję się w piersi! To chyba wszystko przez magię tego wspaniałego wieczoru. Żal ściska gardło, że nie mamy w Bydgoszczy hali widowiskowej z prawdziwego zdarzenia. Wtedy takich koncertów mogłoby być znacznie więcej.
No tak... ale owe refleksje znowu odciągnęły mnie od koncertu, a tutaj kończy się wspaniałe "Mother Road" i Andy wprowadza publiczność w nastrój "Little Rivers and Little Rose"... - to niewiarygodne, jak Ci nowi - młodzi muzycy są zżyci i elastyczni w klasycznym repertuarze grupy CAMEL - Guy LeBlanc co rusz daje nam dowody swojego talentu, sztuki improwizacji, poruszania się pomiędzy muzycznymi żywiołami... Dynamit! Liryka! Cokolwiek przyszło nam usłyszeć w wykonaniu tego gościa, było czego wysłuchać i na co popatrzeć! No ale w końcu artysta ten ma na swoim koncie 20 lat art-rockowego doświadczenia. Choć przecież z pozoru na to nie wygląda. Nie od dziś jednak wiadomo, że pozory mają złudną naturę... Gdyby ocenić Denisa Clement... można by pomyśleć, że przed chwilą skończył mecz piłki nożnej na którymś z pobliskich podwórek. Jednakże jego wigor oraz intuicja perkusyjna, to zawrót głowy dla początkujących perkusistów oraz zielona zazdrość na twarzach tych, którzy do tej pory myśleli, że radzą sobie z zestawem bębnów, kociołków, talerzy ...i kto wie, czego jeszcze. Jeśli dodać jeszcze do tego kilkutygodniowy zaledwie staż obydwu muzyków w składzie CAMEL, to nie będzie żadnego wstydu w tym, jeśli oddamy tym młodym panom głębokie pokłony!
Nikt nie patrzy na zegarek, choć wiadomo, że grupa gra już dla nas ponad dwie godziny. To kolejna niespodzianka od zespołu, który nie zamierzał dać tak długiego koncertu... Można już w tej chwili zazdrościć tym, którzy spotkają się z grupą CAMEL w Warszawie, Krakowie i Zabrzu. Po tak doskonałym koncercie, nie może być słabszych a nie przeżyć jeszcze lepszych naprawdę żal! Wirtuozeria przekazu owego akcentu albumu "Dust And Dreams", wywołuje na widowni stan niemalże ekstatyczny... Niech żałują Ci, którzy zrezygnowali z udziału w tej uczcie. Gdyby nawet chcieć im o tym opowiedzieć,. to tak do końca naprawdę się nie da! Z drugiej strony - przegapić okazję obcowania z taką legendą - to naprawdę grzech! Nic dziwnego, że obecni w Astorii, dają się po raz kolejny tego wieczoru ponieść tej wspaniałej muzyce. Jakież zdziwienie maluje się na twarzach wszystkich, gdy po ostatnich nutach "Hopeless Anger" zespół żegna się z publicznością i schodzi ze sceny... Nieee! To nie może się tak skończyć! Nikt nie siedzi na swoim miejscu. Wszyscy stojąc nie szczędzą dłoni, by wywołać CAMEL na scenę! Nikt nie wierzy, że to już koniec koncertu... Nieee! Na zakończenie zagraliby choćby "Long Goodbyes"... Oklaski przybierają na sile. Ich rytm jakby przywołuje Denisa Clement, który zaopatrzony w kamerę wychodzi na scenę filmując skandującą publiczność. Wymiana gestów... Ktoś krzyczy - „Danny! Zawołaj resztę!” Dennis wie, że inni i tak zaraz się pojawią. To tylko taka gra... Dennis bawi się filmowaniem ze sceny. Chyba nie oczekiwał od polskich fanów dowodów aż takiej sympatii... Owacje przywołują wreszcie resztę zespołu. Są uśmiechnięci, wyraźnie zadowoleni... Wymiana spojrzeń i rozpoczyna się finał...
Mało kto oczekiwał w tym momencie usłyszeć dźwięki kompozycji "Lady Fantasy" - "Mirage", albo rockowa fatamorgana! Jak uwierzyć, że spotkało nas takie mnóstwo szczęścia... Wspaniała okazja prezentacji wirtuozerii zespołowej. To chyba nagroda za wspaniałą atmosferę tego wieczoru...
Guy LeBlanc troi się za zestawem swoich klawiszy - Cóż za popisy... Wydawałoby się, że w tym momencie CAMEL zaprasza nas na występ pod hasłem - "A teraz damy Wam dynamit...!" Denis porzucił naturę chłopaczka i wcielił się w rolę perkusyjnego herosa! Obaj młodzi panowie przez chwilę zostawiają Colina i Andy'ego w cieniu... Przez chwilę, bo też w mgnieniu oka wszystko wraca do normy!
Spółka Bass/Latimer nie pozostawia na nikim suchej nitki... Za takie coś powinni przyznawać nagrody. Czy można się dziwić, że po 18 minutach z "Lady Fantasy", publiczność ponownie nagrodziła zespół długą owacją na stojąco?!
Andy... Colin... Guy i Denis nie szczędzili swojego czasu - mimo, że z pewnością wszyscy byli srogo zmęczeni. Swoją otwartością przypieczętowali sympatię swoich fanów, którzy zadeklarowali swoją gotowość w przypadku kolejnego spotkania z karawaną Andy'ego Latimera! A ta - po koncertach w Warszawie, Krakowie i Zabrzu ruszyła na występy dla fanów we Włoszech, Francji, Hiszpanii, Belgii, Holandii, Anglii, Szkocji, Irlandii i Grecji. W połowie października 2000 roku, CAMEL zawitał na sceny Ameryki Południowej...
W atmosferze wielkiego święta zabrakło okazji, by złożyć wyrazy szacunku i podziękowania osobie pana Andrzeja Marca, którego agencja była głównym motorem występów zespołu CAMEL na terenie Polski, a także Piotrowi Kosińskiemu z krakowskiego "Rock Serwisu", jak i Januszowi Korbińskiemu z bydgoskiej "Kuźni"! Obydwu panom zawdzięczamy to, co w dziedzinie muzyki art-rockowej dane jest nam słyszeć i widzieć! W imieniu fanów tego gatunku oraz swoim chciałbym przekazać im serdeczne - DZIĘKUJĘ!
Zobacz także
26 sierpnia 2006 - Przestrzeń wolności - David Gilmour w Stoczni Gdańskiej
Kreślę te słowa... a raczej wystukuję, choć broniłem się by opisywać to, co właściwie określić bardzo trudno. Gdybym choć znalazł dla tego nazwę… Czytaj dalej »
Emotional Landscapes: BJORK - "W" Festival - Sopot: 12.07.2003
...nigdy nie zabieram się do opisywania wrażeń z koncertów wcześniej niż po kilku dniach - czas potrzebny, by się pozbierać, by się wyciszyć w myślach… Czytaj dalej »
THE GATHERING nad Brdą...! - 3 marca 2001 - Bydgoszcz - Filharmonia Pomorska
...I wish you knew your music was to stay forever... Dość późno zabieram się za składanie tych słów... Od bydgoskiego koncertu magicznej spółki spod… Czytaj dalej »
PORCUPINE THEATER nad Brdą... - 9 października 2000 - Bydgoszcz, Hala Astorii
PORCUPINE THEATER nad Brdą... - 9 października 2000 - Bydgoszcz, Hala Astorii ...I znów mamy święto - 9 października - próżno szukać odniesienia do niego… Czytaj dalej »
Bądź z nami w kontakcie
Adam Droździk - Polskie Radio PiKul.Gdańska 48, 85-006 Bydgoszcz
e-mail: adamdrozdzik(at)radiopik.pl
e-mail: rock(at)radiopik.pl