Artysta, który nie wymaga większej rekomendacji. Przez ostatni tydzień po raz piąty prowadził w Filharmonii Pomorskiej „Orchestrę4Young”.
„...Dzisiaj rozrywkę właściwie nie wiadomo do czego sprowadzić, do jakiegoś bełkotu, jakiegoś banału? Oczywiście często jest tak, że starsi marudzą na na młodych, a potem i tak ci młodzi wyrastają na ludzi. Myślę sobie, że jednak coś się przetasowuje teraz (...) Na razie boję się, że poziom jest w ogóle nieistotny. Kompetencje artystyczne też są nieistotne. Od artystów wymagamy bardzo niewiele (...) czy my dzisiaj wspieramy talent? Czy my możemy jasno powiedzieć, my jako pokolenie i my, jako ludzie, którzy odpowiadają w pewnym sensie za poziom muzyczny, czy za media szeroko rozumiane, nawet media społecznościowe (...) Wyobraźmy sobie, że słuchamy włącznie sercem i umysłem, nagle się okazuje, że inaczej byśmy na to patrzyli, byśmy się kierowali wyłącznie własnym uchem i sercem. Co zrobić, nastały takie czasy jakie nastały, ale myślę sobie, że skoro Jan Sebastian Bach przetrwał 300 lat, to znaczy, że ten intelekt jednak wygra i te wszystkie burze, mody i różne tanie sytuacje, które nas zalewają, jednak nie wytrzymają tej próby. Prędzej czy później do Bacha zawsze będziemy wracali, niezależnie od tego ile będzie lajków. Mam nadzieję, że z prawdziwą sztuką tworzoną dzisiaj tak też będzie, bo ona nie ma wieku...”
Piątek, 20 lutego 2026 o godz. 20:05
Jak się okazuje, jest Pan stały w uczuciach, jeśli chodzi o Orchestrę4Young.
- No właśnie, przed chwilą się zastanawialiśmy, czy to czwarta, czy może piąta edycja? Okazuje, że piąta. Ja byłem przekonany, że czwarta. To tak trochę niepodobne do mnie, bo ja się z reguły nudzę po trzecich edycjach, czy po trzech latach. Bardzo często u mnie w życiu się pojawiały te trzy sezony.
Adam Sztaba podczas pracy z Młodzieżową Orkiestrą Filharmonii Pomorskiej. Fot. facebook.com/filharmoniapomorska/M.Kledzik
A „Taniec z Gwiazdami” ile razy Pan przygotowywał?
- Były 4, ale czwarty już był taki trochę wymuszony, bo pojawili się asystenci. Produkcja programu mnie przytrzymała, żebym po prostu jeszcze tę czwartą edycję zrobił. A tak: 3 lata u Maryli Rodowicz, 3 lata u Edyty Górniak, 3 lata w Teatrze Buffo, a tutaj nagle piąty rok wybija. Myślę, że ci młodzi ludzie mnie trzymają przy życiu. To, że oni czekają na te warsztaty, że zrobił się taki specyficzny ferment w okolicach listopada - grudnia co roku, że dopytują i mnie i Filharmonię, kiedy te castingi, więc zrobiła się jakaś taka fajna tradycja. Może dlatego, że my się tutaj spotykamy, jednak na repertuarze nie szkolnym i nie na Bachu i nie na Czajkowskim. Przy czym ta tradycja jest niezwykle ważna przy uczeniu, tylko uczymy się czegoś zupełnie nowego. Oni wkładają słuchawki, mikrofony i tak dalej i pracują z muzyką szeroko rozumianą rozrywkową. Nie lubię tego słowa, bo czemu nazywamy muzykę rozrywkową, znaczy ona służy tylko rozrywce? Przecież to są czasami bardzo piękne, głębokie teksty poetyckie, więc to jest po prostu inna muzyka, trochę inaczej podana, w innym anturażu, składzie, zapisana w nutach, ale przecież nie tania i bynajmniej nie jakaś taka jałowa, błaha. Więc cieszę się bardzo, że młodzi lgną i że to się właśnie stało taką tradycją. Także, cóż, nie mogę rezygnować.
Tutaj sporo w tym roku muzyków, którzy są pierwszy raz, ale też mamy kilka osób, które są po raz trzeci.
- Chyba nawet kilka. Bardzo mocna ekipa, już chyba od zeszłego roku, z Bielska Białej.
Koszalin, Pana Koszalin, to 7 osób.
- Koszalin, to nawet nie wiedziałem, że aż 7, ale to się bardzo cieszę, bo tam jest jedyna szkoła, którą ja kończyłem i na tych korytarzach szkolnych się dużo działo. Był nasz debiut sceniczny w liczbie 40 osób w postaci musicalu „Fatamorgana”. Cały czas jakoś tak sentymentalnie to noszę. Antek basista z Koszalina, chyba nie ma drugiego basisty, chociaż nie, Oskar też będzie weteranem, który gra i na perkusji i na basie. Ciekawostka, to jest jedyny taki wszechstronny muzyk w tym składzie, ale to Koszalin tutaj rzeczywiście obrodził. Również i Bielsko, to jest jakaś fantastyczna szkoła. Muszę tam kiedyś pojechać do szkoły, bo w salach koncertowych bywałem, ale szkoły jeszcze nie odwiedziłem, a już któryś raz, że to Bielsko jest wspaniałe. Są takie ośrodki, w nie największych miastach, w których się właśnie dzieje coś ciekawego. A w tym Koszalinie, też powiedziałbym, że jakoś tak atmosfera może, nie wiem czy spokojniejsza, czy bardziej zgłębiamy. Nie mam pojęcia jak to jest, że w Warszawie często jest takie może zniechęcenie, czy może jakieś takie już bym powiedział zmęczenie tą ofertą. Każdy artysta przyjeżdża do Warszawy, jest na wyciągnięcie ręki. Nie wiem z czego to wynika, że te małe miasteczka jakoś tak buzują energetycznie. Można zauważyć Kędzierzyn Koźle, abstrahuję od tych warsztatów. Widzę Olsztyn, no Olsztyn trochę większe miasto, ale nadal nie największe, czy jedno z największych. Koszalin to już mówiliśmy, co jeszcze? No Śląsk jest też bardzo fajny i to niekoniecznie Katowice, tylko gdzieś właśnie okolice, obrzeża różne. Fajnie się to obserwuje, bardzo przyjemnie i rzeczywiście weteranów nie brakuje. Są tacy chyba co byli już 3 razy, jest ich kilku.
Szymon, młody perkusista strasznie żałował, że nie mógł być w ubiegłym roku.
- Tak, Szymon chyba, ze 2 lata temu w ostatniej chwili rzeczywiście miał jakiś wypadek i nie mógł dojechać, a to jest nieprawdopodobny talent. No taki człowiek, który się w pewnym sensie na tych moich aranżacjach wychowywał, spisywał ze słuchu, uczył się ich na pamięć. Wysyła co jakiś czas do mnie efekty swojej pracy. Michał Dąbrówka, którego nie tyle naśladuje, co bardzo się nim inspiruje, to za każdym razem jak słucha tych nagrań, mówi: to jest w ogóle jakiś nieprawdopodobny, wszechstronny człowiek, no więc świetnie się tego słucha i świetnie się obserwuje ich rozwój. Ci których ja przyjąłem po raz kolejny, zrobiłem to nie z tego powodu, że się do nich przyzwyczaiłem, tylko oni się autentycznie rozwijają. Ja widzę ten progres i nie mogę, czy nawet nie chcę przerwać tego. Obserwuję ich jak rosną, są o głowę wyżsi ode mnie, więc jest naprawdę wesoło. Świetne obserwacje.
Jak oglądałam opolski koncert zamykający festiwal, to się tak zastanawiałam, czy te utwory nie pojawią się właśnie tutaj podczas warsztatów. Trzeba jednak pamiętać, że tam Pan grał je z ekipą gwiazd. Tutaj ma Pan nowicjuszy, którzy po raz pierwszy zakładają słuchawki. Po raz pierwszy grają z metronomem.
- No ale też są takie piękne pętle, czy takie powiązania, że na przykład pierwszy w mojej orkiestrze trębacz , Kuba Waszczeniuk, który jest również pierwszą trąbką w „Sinfonii Varsovii”, to tu z kolei zasiada jego syn, więc być może Kuba również przyjdzie na widownię, bo tak już bywało, że tu wpadał. Tu też inne rodzinne powiązania się zdarzają, ale mówiąc szczerze, to nie o to chodzi. Nie to jest czynnikiem takim, który decyduje, tylko decyduje poziom muzyczny. Ci młodzi ludzie siadają, robią porządne nagranie, również wizualne. Oni naprawdę rzetelnie te nagrania powysyłali. Było tego bardzo dużo i trzeba było przy wsparciu też filharmoników pomorskich wybrać, bo przecież ja sam nie byłbym w stanie się mocować z tymi wszystkimi nagraniami. Podjęliśmy wszyscy wspólnie decyzję, że się pojawiła tutaj ta grupa. No i niektórzy, zwłaszcza ci nowi mają duże oczy, bo dzisiaj pierwszy dzień gdzie włożyli te słuchawki, gdzie zobaczyli o co chodzi i cieszą się bardzo, bo to jest oczywiście coś innego, jakaś nowość, a problemy, które są po drodze spokojnie omijają. To jest oczywiście młodość i też problemy takie rytmiczne, o których ja zawsze mówię, że my z tym rytmem jakoś leżymy. Nie wiem dlaczego, może taka tradycja jest nasza, że my się tak strasznie skupiamy na melodii, żeby zagrać pięknie, śpiewnie, cudownym dźwiękiem, a już czy to jest rytmiczne, czy to jest razem, czy to ma puls, czy to ma jakiś drive, jak my to mówimy, to już jest mniej ważne. Szkoda, bo potem nagle jak wszyscy przychodzą do dużej grupy, to każdy inaczej myśli trochę o rytmie. A my musimy jednak grać wspólnie, więc nad rytmem dzisiaj było co robić, ale myślę, że będzie bardzo przyjemnie.
Poprzeczka za każdym razem idzie w górę. Nie zastanawia się Pan, jak oni sobie poradzą i czy rzeczywiście te trzy takie sążniste dni prób wystarczą?
- No za każdym razem o tym myślę, czy to się uda, ale te zgłoszenia, które wyznaczają już jakiś poziom, który gdzieś tam z tych nagrań można wyczytać, to sprawia, że jestem w stanie się zorientować, jak podchodzą do rytmu. Chociaż zawsze jest to ryzykowne. Dzisiaj przeczytaliśmy wszystkie utwory, udało się, a jest ich aż 20. Po raz pierwszy chyba w historii będą dwie części koncertu. Zrobimy sobie przerwę, po to, żeby trochę złapać oddech. To ma swoje dobre strony i złe strony. Bardzo się cieszę, że przyjedzie Artur Orzech, który będzie prowadzącym, a to jest człowiek, który pomijając, że jest muzykiem, o czym nie wszyscy wiedzą, że grał w „Różach Europy”, to jest wspaniałym prowadzącym. Jak padło hasło Wojciech Trzciński, czyli koncert, który w dużej mierze przywołuje właśnie festiwal opolski, to bardzo się ucieszył. On się na tych utworach wychował w dużej mierze i na pewno przygotuje jakieś ciekawe historie. 2, 3 tygodnie temu, przy okazji pierwszej rocznicy śmierci Wojciecha Trzcińskiego zorganizowano taki koncert w „Spatifie” warszawskim. Było bardzo kameralnie, ja już nie przypominam sobie bym kiedykolwiek grał w klubie, przynajmniej w ostatnich latach, a tu nagle taka widownia przyjaciół. Tu Kayah, tu Krystyna Prońko, tutaj Natalia Kukulska, trochę przyjaciół, dziennikarze m.in. Maria Szabłowska, wspaniała dziennikarka, no i w takim właśnie gronie wspominaliśmy Wojciecha, ale grając też i muzykując oczywiście, nie w wielkim anturażu orkiestrowym, tylko kameralnie. Nagle się okazało, że te piosenki nabierają jeszcze innego charakteru, ale się absolutnie bronią, bo to są dobre utwory. Mnie w Wojciechu fascynuje nie tylko jego strona kompozytorska, ale to, że on był takim inicjatorem, on po prostu też stymulował ludzi, żeby robili jakieś koncerty, miał niezwykły dar do wyszukiwania solistów. Zbigniew Wodecki, o czym mało kto wie, to w dużej mierze wyciągnął go Wojciech Trzciński na samym początku, kiedy ten był skrzypkiem, wspaniałym, zapowiadającym się na klasyka. Do tego drugim artystą był Krzysztof Krawczyk, który przecież śpiewał w „Trubadurach” całe lata, a Wojciech Trzciński stwierdził nagle, że mu napisze „Jak minął dzień”, że mu napisze „Byle było tak” i „Pamiętam ciebie z tamtych lat”. I nagle się okazało, że te solowe utwory obudziły Krawczyka.
Dzisiaj już nie ma takich ludzi.
- Dzisiaj rozrywkę właściwie nie wiadomo do czego sprowadzić, do jakiegoś bełkotu, jakiegoś banału? Oczywiście często jest tak, że starsi marudzą na na młodych, a potem i tak ci młodzi wyrastają na ludzi. Myślę sobie, że jednak coś się przetasowuje teraz, że jednak jest taki moment przegrupowania, jakiegoś takiego przewartościowania, że my pikujemy. My naprawdę pikujemy i być może musimy zaryć nosem po dnie, jak w uzależnieniach, żeby się po prostu odbić i później gdzieś w jakąś stronę podążyć. Na razie boję się, że poziom jest w ogóle nieistotny. Kompetencje artystyczne też są nieistotne. Od artystów wymagamy bardzo niewiele, popieramy playback i nie robimy sobie zupełnie nic z tego, że artysta oszukuje śpiewając z playbacku, albo obrabiając swój głos przy pomocy sztucznej inteligencji. Dla nas to jest w ogóle nieistotne. No to jeżeli to jest dla nas nieistotne, to gdzie ci artyści mają czuć jakiś bodziec do rozwoju, do nagrywania dobrych płyt, dobrej muzyki? Orkiestry już grają z playbacku. Nie wiem, czy państwo o tym wiedzą, bo to jeszcze być może było na tyle zgrabnie pokazane w telewizji, że tego nie było widać, ale już w Sopocie w x komercyjnych stacjach orkiestry, mimo że to byli świetni muzycy, to grały z playbacku. Dlaczego się tak robi? Żeby skrócić czas prób, żeby uprościć logistykę, żeby mniej płacić za hotele, za catering i tak dale. Mam nadzieję, że dyrygenci w końcu przestaną to robić i że wrócimy do tradycji, bo jakby ktoś pomyślał, że Henryk Debich dawniej w Opolu, czy nawet Zbigniew Górny, Aleksander Maliszewski, długo by mówić o tych dawniejszych dyrygentach, że ci artyści będą grali z playbacku. Przecież to jest koniec świata, a otóż dzisiaj takie czasy nastały. Oby poszły w zapomnienie jak najszybciej.
Adam Sztaba podczas pracy z Młodzieżową Orkiestrą Filharmonii Pomorskiej. Fot. Magda Jasińska/PR PiK
W takich momentach możemy powiedzieć, że w tych młodych jest nadzieja!
- Tak, ja im nawet dzisiaj o tym powiedziałem, że bardzo liczymy na te pokolenie, żeby się nie dali, żeby jednak trzymali poziom. Te paradoksy typu skracanie piosenki w radiu do 2 minut i 40 sekund, bo rzekomo słuchacz nie wytrzymuje, to są po prostu paradoksy, bo nagle zamysł artystyczny jest nieważny. Artysta, autor jest w ogóle nieistotny, jest pomijany tylko dlatego, że jest jakaś koniunktura, czy jakaś moda. Oczywiście nie decydują o tym artyści bardzo często, tylko ludzie traktujący sztukę zupełnie instrumentalnie. Nawet ostatnio w jakimś podcaście zadałem pytanie: czy my dzisiaj wspieramy talent? Czy my możemy jasno powiedzieć, my jako pokolenie i my, jako ludzie, którzy odpowiadają w pewnym sensie za poziom muzyczny, czy za media szeroko rozumiane, nawet media społecznościowe. Czy my przywołujemy dzisiaj talent i jeżeli chcemy czymś się podzielić na Facebooku czy na Instagramie, to czy my naprawdę wrzucamy talent czy my wrzucamy kogoś, kto nam wygeneruje klikalność i będziemy mieli wtedy świetnie obliczony na sukces post. Skubas, wspaniały i ciekawy i taki jedyny w swoim rodzaju, kiedyś powiedział, że on by wyrzucił liczby z internetu. Taka prosta konstatacja, czy jak słuchamy czegoś, czy słuchamy czegoś, to patrzymy ile jest tych lajków, odsłon i wtedy się sugerujemy oczywiście, bo jak jest dużo, to znaczy, że to chyba fajne, skoro wszyscy tego słuchają. Też myślimy sobie: patrzę, jemu się udało, a mi się tak te lajki jakoś nie do końca udały. Wyobraźmy sobie, że słuchamy włącznie sercem i umysłem, nagle się okazuje, że inaczej byśmy na to patrzyli, byśmy się kierowali wyłącznie własnym uchem i sercem. Co zrobić, nastały takie czasy jakie nastały, ale myślę sobie, że skoro Jan Sebastian Bach przetrwał 300 lat, to znaczy, że ten intelekt jednak wygra i te wszystkie burze, mody i różne tanie sytuacje, które nas zalewają, jednak nie wytrzymają tej próby. Prędzej czy później do Bacha zawsze będziemy wracali, niezależnie od tego ile będzie lajków. Mam nadzieję, że z prawdziwą sztuką tworzoną dzisiaj tak też będzie, bo ona nie ma wieku.facebook.com/filharmoniapomorska/M.Kledzik