Piątek, 9 grudnia 2026 o godz. 20:05
Maestro Maciej Niesiołowski. Po sukcesach koncertów Sylwestrowych w Filharmonii Pomorskiej. Pozwoli Pan, że będę familiarnie się zwracać: „Panie Macieju”?
- Bardzo nie lubię jak ktoś się do mnie zwraca „Maestro”. Naprawdę to jest nowa moda z Maestrem. Maestra to byli dyrygenci światowi, a nie powiatowi.
Nieraz Maestro mówią o „złotej rączce”, który potrafi wszystko zrobić, nawet kran przykręcić. Drogi Panie Macieju, czy zdarzyło się Panu w ostatnich latach spędzać Sylwestra w domu?
- W ostatnich latach to tak. W pełnej karierze zawodowej, to zupełnie nie znałem Sylwestra w domu. Sylwester, to przecież dla artysty żniwa.
A Pan miał abonament w Filharmonii Pomorskiej na Koncerty Sylwestrowe.
- Mam za sobą bardzo dużo tych koncertów, tutaj nie pomnę. Może 10 razy dyrygowałem tutaj Sylwestrami. Jak ktoś się pyta, jak to można przez 2 dni zagrać 4 koncerty, to dla mnie nie ma problemu.
Ale to nie jest takie proste.
- Ludzie są zadowoleni, program jest niełatwy co prawda, ale chce się grać. Muzycy przychodzą. Przecież w niedzielę próba. Dyrekcja zaproponowała 2, próby, więc odpowiedziałem, że jedna próba wystarczy w niedzielę poniedziałek dwie próby i we wtorek 2 koncerty, w środę 2 koncerty. No naprawdę dużo.
A do tego jeszcze jakie gwiazdy zostały doproszone do tego projektu. Dawno nie widziana w Pana towarzystwie Grażyna Brodzińska, Małgorzata Walewska, no i panowie: Rafał Bartmiński i Jakub Milewski.
- To nie był mój pomysł.
No się domyślam, bo zwykle Pana widzimy w towarzystwie dwóch blondynek.
- Tak, ale w ogóle cała ta impreza, która 24 stycznia zostanie powtórzona w Arenie Toruń została wymyślona przez pana marszałka województwa
Znaczy za trzy tygodnie będzie Pan „artystą stadionowym”?
- Dziękuję, że chociaż od pani to wiem.
Słuchacze też to wiedzą.
- Wiedzą na pewno więcej niż ja.
- Proszę pani byłem tutaj, w tej sali przed laty na koncercie symfonicznym, abonamentowym. To był wieczór Mendelsohna. Symfonia i koncert skrzypcowy. Jak doszło do symfonii w drugiej części, to dyryguję i po prostu fizycznie czułem, jak mi się wiercą wzrokiem w plecy. Bili między częściami brawo, więc obróciłem się aby coś powiedzieć i wtedy uwierzyłem, że więcej już nie będę cicho. Bardzo to ułatwia życie. Jeśli człowiek nie ma tremy, a ja nie mam, ma płynny język, pomysł i tak dalej, to łatwiej.
Ale to chyba po programach „Z batutą i humorem” ten język Pana się trochę rozwiązał.
- Jeszcze nie. Po kilku tygodniach pani Pniewska, redaktorka drugiego programu telewizji, zadzwoniła i mówi: panie Macieju, Pan musi coś zrobić w telewizji. Zebrałem muzyków z Filharmonii i Teatru Wielkiego i zagraliśmy jakąś audycję. Ktoś z telewizji musiał się dowiedzieć, bo zostałem zaproszony do dyrektora telewizji Józefa Węgrzyna, twórcy fenomenalnych różnych projektów telewizyjnych. On mi powiedział: „ ja bym chciał, żeby pan robił cykliczną audycję. Wie pan, ja nie widziałem co pan robi, ale moja żona widziała, a ja jej wierzę. I tak co tydzień w niedzielę nadawano program: „Z batutą i humorem”.
- Ten program co prawda nie miał stałej pory emisji, pojawiał się w okolicach czternastej. Oczywiście mówili mi: 15 minut , ale dochodzimy do 20.
Ile nagraliście tych programów?
- Ja myślę, że 40. Zaczęło się jakoś z nową ramówką, nie pamiętam, nie przywiązywałem do tego żadnej wagi.
Pan był autorem scenariusza?
- Scenariusz pisaliśmy razem z moją rodzoną siostrą. To było bardzo trudne, bo materiałów nie było, ale wejściówka do telewizji na przykład nam się przydawała, bo w telewizji jest radiowa biblioteka muzyczna. Tam przychodziłem, już te panie mnie lubiły, dawały mi miednicę z mydłem, żebym ręce mył, bo tak strasznie te materiały są brudne. Poza tym ja wtedy pracowałem w Teatrze Wielkim, więc tam mieliśmy salę prób. Ja brałem te nuty do odbicia, siadaliśmy, próbowaliśmy i potem w niedzielę rano gramy. Pierwszy odcinek miał 37 minut. To był prawdziwy poligon. Później, po latach znowu wymyślili, żebym powrócił, no i dochodzi do rozmów, ale nie było na to pieniędzy.
Były takie plany, żeby reaktywować ten program.
- Miał on być w Polsacie. Ale niewiele z tego wyszło i w sumie nie żałuję.
Był też moment, kiedy współpracował Pan z grupą Mo Carta.