Reżyser wielu spektakli teatralnych, widowisk telewizyjnych i koncertów. Od wielu lat reżyser rezydujący Teatru Muzycznego „ROMA”, a od blisko 20 przygotowujący legendarne już koncerty sylwestrowo-noworoczne w Operze Nova w Bydgoszczy.
„...w sensie z artystami, z techniką, sam ze sobą ze współrealizatorami na tyle dotarci, że wystarczy dobrze dobrać repertuar do artystów, którzy to będą wykonywać i dobrze go zainscenizować poprzez tego artystę, czy poprzez artystów, którzy będą występować na scenie. To jest upojna praca, nie upiorna, tylko upojna. Po drugie tutaj, jakby wpasowuję artystę w piosenkę, a potem odwrotnie, potem muzyka, aranżerzy, którzy bardzo dużo wnoszą do tych piosenek. Czasem jest taka chęć, żeby te aranżacje piosenek były inne, ale gdzieś tam na końcu, mimo wszystko poprzez to, że to wykonuje już nie oryginalny wykonawca, to już daje dosyć duże pole manewru, żeby tę piosenkę odświeżyć (...) z takimi dużymi produkcjami nie można się spieszyć ze względów na to, że często są one w dobrym tego słowa znaczeniu okupione, rozwiązaniami nietypowymi technicznymi, technologicznymi. Zawsze to są prototypy, to są prototypy różnych rozwiązań technicznych. Mogę powiedzieć trochę nieskromnie, że my jesteśmy takimi pionierami, jeśli chodzi o to. Dyrektor Figas zawsze mówi na mnie: „pan gadżeciarz”, ale ja mu tłumaczę, że ten gadżet jest po to, żeby wzmocnić dramaturgię, mam nadzieję, że to rozumie. Pracując do tego typu produkcji nie można się spieszyć...”
Piątek, 26 grudnia 2025 o godz. 20:05
Tradycji musiało stać się zadość. Sebastian Gonciarz, który goni czas, przygotowując koncerty sylwestrowo-noworoczne w Operze Nova.
- Trochę może gonię, ale w tym roku jeśli chodzi o to, w jakiej sprawie przyjechałem, mam mniej czasu na wszystko. Mniej czasu, żeby spotkać się z artystami, trochę pokłócić z techniką teatralną.
Pokłócić?
- Ależ tak, nigdy się nie obywa bez kłótni. W cudownym świecie może to tak wygląda, ale tak prawdę mówiąc, to jak nie ma kłótni, to nie ma później dobrego efektu.
Za moment ruszą koncerty sylwestrowo-noworoczne. Strasznie dużo ich w tym roku. Może sformułowanie „strasznie” tutaj nie jest na miejscu.
- Ja się nie zgadzam, że jest ich dużo, bo cały czas tutaj lobbuje, od wielu lat, żeby było ich 10 razy więcej. Ciągle jest problem z kupieniem biletów, a w tym roku bilety zaczęły być dystrybuowane właściwie po wakacjach i rozeszły się jak świeże bułeczki. Ja tracę przyjaciół, znajomych i tak dalej, bo jest cała masa ludzi, którzy mówią: „Załatw, przecież jesteś reżyserem, znasz tam wszystkich. Załatw, bo my przyjedziemy.” I chcą przyjeżdżać z różnych stron nie tylko Polski, ale też świata i Europy. Naprawdę, nie mówię tego dlatego, że ja je reżyseruję, ale dużo dobrego słyszeli o tych wydarzeniach, a ja mówię: „ale nie ma biletów”.
Drogi Sebastianie, a co Ty robisz, żeby przyjeżdżali z całego świata? Przyjeżdżają tutaj podziwiać co roku inne wydarzenie, można powiedzieć spektakl, bo to nie jest koncert. Stajesz na głowie, wyrywasz sobie włosy z głowy?
- Jadąc tutaj do studia sobie myślałem o tym, o czym będziemy rozmawiać, bo to jest przemiłe, że rozmawiamy praktycznie co 365 dni, prawie z dokładnością do jednego czy dwóch dni, a mamy o czym rozmawiać. Co robię? Myślę, że jesteśmy, teraz mówię jesteśmy, w sensie z artystami, z techniką, sam ze sobą ze współrealizatorami na tyle dotarci, że wystarczy dobrze dobrać repertuar do artystów, którzy to będą wykonywać i dobrze go zainscenizować poprzez tego artystę, czy poprzez artystów, którzy będą występować na scenie. To jest upojna praca, nie upiorna, tylko upojna. Po drugie tutaj, jakby wpasowuję artystę w piosenkę, a potem odwrotnie, potem muzyka, aranżerzy, którzy bardzo dużo wnoszą do tych piosenek. Czasem jest taka chęć, żeby te aranżacje piosenek były inne, ale gdzieś tam na końcu, mimo wszystko poprzez to, że to wykonuje już nie oryginalny wykonawca, to już daje dosyć duże pole manewru, żeby tę piosenkę odświeżyć. Mnie zawsze zależy na tym i zawsze powtarzam, oczywiście nic nie mam do tego programu, który jest na pewnej stacji, który udaje, że jesteśmy jakąś inną postacią, ale tam jest grane jeden do jednego, jeżeli jesteśmy Beyonce, to jesteśmy Beyonce. Jeżeli jesteśmy Dodą, to jesteśmy Dodą i tak dalej. A my tu mamy taką niesamowitą możliwość, że możemy po prostu się zabawić swoją interpretacją i to jest fenomenalne.
Trochę łamiecie kręgosłupy, ręce, nogi artystom operowym, bo oni muszą zupełnie wkładać inne szaty.
- Tak i to zawsze powtarzam, że to jest niesamowite, że jeżeli na przykład pani Katarzyna Nowak - Stańczyk, Diva operowa, która jest fenomenalną osobowością artystyczną, nagle po Madame Butterfly jest jedną z tygrysek, to jest pod tym względem inspirujące. I myślę też, że troszkę spuszcza powietrze z tych artystów, a publiczność to lubi. Publiczność widzi też wachlarz możliwości tych artystów, którzy normalnie są, nie chcę powiedzieć, że opera jest nadęta, bo ona nie jest nadęta, jest fenomenalna, ale ma pewne ramy, chociażby inscenizacyjne, a tu one są bardziej rozluźnione. Tu każdy reżyser ma dosyć duże pole manewru, natomiast muzycznie jesteśmy w Operze zamknięci i to jest ta konwencja i sposób śpiewania, narracja i dramaturgia. Oni się wtedy z tej ramki po prostu uwalniają.
A nie burzą się, że muszą robić coś, czego na co dzień nie robią?
- Czy się nie burzą? Trochę niektórzy tak, chociaż może teraz już mniej, ale na początku tak nie do końca byli przekonani, czy oni mogą sobie pozwolić na pewne rzeczy. Pamiętaj, że oni tu mają takie poważanie, a tu będę się teraz wygłupiali i trochę ośmieszali. Niektórzy są przecież profesorami na genialnej Akademii Muzycznej w Bydgoszczy.
Sebastian Gonciarz w studiu Polksiego Radia PiK. Fot. Magda Jasińska/PR PiK
Widziałeś już nasz kampus Akademii Muzycznej?
- Niestety nie mogłem być na otwarciu, ale przyznam szczerze, że obserwowałem tę inwestycję, bo jestem takim domorosłym fanem architektury. W ogóle to takie moje hobby, że jak już wszystko zrobię, co mam zrobić, to jestem na takim forum międzynarodowym, dotyczącym architektury na świecie i urbanizacji. Nie wiem jak w to się wkręciłem, ale między innymi właśnie z tego międzynarodowego forum się dowiedziałem o inwestycji, która jak zobaczyłem pierwszy projekt, to mówię, jak to powstanie, to będzie petarda. Jestem obok i taki mam plan, że jak skończę tutaj działania, to pójdę tam do Akademii, będę się fotografował. Nie mam Instagrama, ale dam komuś zdjęcia i powiem: „weźcie mi wstawcie, żeby pokazać, że tutaj byłem”.
Zanim będziemy opowiadać, co w tegorocznym koncercie sylwestrowo noworocznym, a właściwie w tym spektaklu, w pewnym show sylwestrowo noworocznym, to zapytam Ciebie, jaki to był dla Ciebie rok? Stał pod znakiem musicalu?
- Owszem, pod znakiem musicalu, bo w kwietniu zrobiliśmy duże przedstawienie w moim macierzystym teatrze, czyli mam na myśli Teatr Muzyczny Roma w Warszawie, musical „Wicked”. Jest to jeden z 5 najbardziej kasowych musicali na świecie. Powiem tak, miałem duże wątpliwości i nie ukrywam tego nigdzie, czy Polska publiczność zrozumie przesłanie tego musicalu. Że zrozumie treść, to wiedziałem, natomiast historia czarownicy ze Wschodu, czarownicy z Zachodu i tak dalej.… Czy to będzie zrozumiałe, czy ta dramaturgia, ta historia będzie się przenosiła na naszą szerokość geograficzną? Ogromne miałem wątpliwości, a teraz jesteśmy po 180 spektaklu, czyli 180000 widzów zobaczyło już to przedstawienie i bilety się sprzedają dalej. To mnie niesamowicie cieszy, że jednak, jak to się mówi, ktoś kiedyś powiedział, pieniądze nie mają granic, tak samo pewien przekaz też nie ma granic.
Do kiedy będziecie grać?
- Plan jest taki, żeby grać jeszcze cały przyszły rok. Mam nadzieję, że to się nie zmieni.
Była studentka, absolwentka bydgoskiej Akademii Muzycznej gra główną rolę w musicalu „Wicked”.
- Anna Federowicz - jest genialna.
Startowała w castingu, bo to tak zwykle wygląda?
- Absolutnie tak, Ania Federowicz startowała w castingu. Natomiast przyznam, że ja już sobie namierzyłem ją kiedy brała udział w pewnej produkcji, którą miałem reżyserować, ale ze względów terminowych nie mogłem tego zrobić. Zanim to się stało, ja w ogóle jej nie znałem i inny reżyser mówi: „słuchaj, przyjdź, bo wiem, że będziecie realizować taki spektakl” i zobaczyłem ją. Wtedy rzeczywiście powiedziałem: „kurczę, to może być ta osoba” i ona wygrała ze wszystkimi koleżankami na tę rolę, na główną rolę, bo tam są dwie główne role. Dla mnie to jest niesamowite odkrycie. Aktorka, która potrafi po prostu wszystko, ma niesamowitą wiskomikę (vis comikę).
Jest po Akademii Muzycznej w Bydgoszczy, wyszkolona w klasie profesor Małgorzaty Greli.
- Tak, ma głos ustawiony, wyszkolony i ma tę łatwość, że potrafi śpiewać właśnie operowo, ale gdzie trzeba to i musicalowo. Naprawdę wielkie odkrycie, wróże jej dużą karierę i jest osobą, która bardzo szybko wnikliwie rozumie role i … koniec na razie. Już skończmy te superlatywy, żebym się za mocno nie rozpłyną.
Jak długo przygotowuje się taki musical, który potem przez blisko 2 lata będzie cieszył publiczność?
- To zależy, od którego momentu pytasz.
Od momentu, podpisania umowy licencyjnej…
- To około 14 miesięcy. To jest prawie 1,5 roku dlatego, że my się z tym nie spieszymy, bo z takimi dużymi produkcjami nie można się spieszyć ze względów na to, że często są one w dobrym tego słowa znaczeniu okupione, rozwiązaniami nietypowymi technicznymi, technologicznymi. Zawsze to są prototypy, to są prototypy różnych rozwiązań technicznych. Mogę powiedzieć trochę nieskromnie, że my jesteśmy takimi pionierami, jeśli chodzi o to. Dyrektor Figas zawsze mówi na mnie: „pan gadżeciarz”, ale ja mu tłumaczę, że ten gadżet jest po to, żeby wzmocnić dramaturgię, mam nadzieję, że to rozumie. Pracując do tego typu produkcji nie można się spieszyć. Ja przyznam teraz i mogę to oficjalnie powiedzieć, że przygotowuję się też do takiej produkcji w Teatrze Muzycznym w Poznaniu, o życiu o twórczości Anny Jantar i Jarosława Kukulskiego. W ogóle to jest taka historia, dla mnie niesamowita.
Kto napisał scenariusz?
- Scenariusz pisze Natalia Kukulska z Ałbeną Grabowską. Pewnego dnia zadzwoniła do mnie Natalia i mówi: „słuchaj, chciałabym zrobić musical o moich rodzicach i wiesz, jestem w trakcie pisania scenariusza, czy zgodziłbyś się to wyreżyserować?” Ja sobie myślę, zaraz dzwoni do mnie jedna z najbardziej utalentowanych wokalistek w tym kraju i mówi mi o tym, żebyśmy zrealizowali spektakl o jednej z najbardziej znakomitych par show biznesu. Sobie myślę: „Natalia, to jest chyba najlepsza rzecz jaka mi się może zdarzyć w życiu, żeby coś takiego zrealizować.” Potem się spotykamy u Natalii w domu. Panie miały już draft scenariusza i ja jako reżyser zaczynam to czytać i razem zmieniamy to, żeby narracja teatralna szła. Przyznam szczerze, że jak ktoś nie ma jakiegoś większego doświadczenia jeśli chodzi o musical i żeby spektakl się składał nazwijmy to, to potrzebny jest ktoś taki, kto się na tym zna. Ja tam trochę myślę, że mam jakieś tam mgliste pojęcie i zaczynamy to pisać. Zaczynamy sobie to opowiadać. Natalia czyta rolę mamy, ja czytam rolę jej taty i rolę innych postaci. Naprawdę to zrobiło na mnie potężne wrażenie. Spotykaliśmy się wiele razy i za każdym razem dla mnie to była uczta, nie tylko ze względu, że tworzymy nowe przedstawienie, ale ono jest tak nietypowe, bo ono jest prawdziwe i opowiada o prawdziwej historii tych ludzi, którzy mieli wzloty i upadki, ale doszli właściwie na szczyt. No przecież ona tak naprawdę od momentu kiedy weszła na scenę, do momentu tej tragedii, kiedy zginęła w katastrofie lotniczej, tak naprawdę ona 10 lat była na scenie.
Sebastian Gonciarz w studiu Polksiego Radia PiK. Fot. Magda Jasińska/PR PiK
Czy scenariusz już jest napisany do końca? Scenariusz i się urywa w momencie katastrofy, czy jeszcze opowiada kolejne lata?
- Nic nie powiem.
A dlaczego przygotowywany jest w Teatrze Muzycznym w Poznaniu?
- ... bo Anna Jantar była z Poznania i Jarosław Kukulski też był z Poznania. Oni się poznali w Poznaniu, on miał zespół „Waganci”, który poszukiwał wtedy wokalistki. Anna Jantar miała 19 albo 18 lat, była młodziutka i ze swoją mamą przyszła na przesłuchanie do zespołu. Mama zobaczyła, co tam się dzieje, nie była zbyt zadowolona. Dlatego to się zadziewa w Poznaniu, bo ta miłość dwojga ludzi i ta feria jakby połączenia talentu kompozytorskiego Jarosława Kukulskiego i wykonawczego Anny Jantar tam się właśnie zadziała.
Kiedy premiera?
- Premiera jest przewidziana na wrzesień 2027.