Wokalistka, kompozytorka, pedagożka, prowadzi klasę śpiewu jazzowego w Akademii Muzycznej w Gdańsku.
„..bardzo lubię, żeby zespół był zespołem, żeby każdy miał przestrzeń do swojego pomysłu, dla swojej muzykalności. To nie jest tak, że ktoś przychodzi, realizuje moje wyłącznie pomysły i wymysły i że się czegoś sztywno trzymamy. A że mam tę przyjemność, to są częściowo też ludzie z mojej rodziny, to mogę sobie pewnie na więcej pozwolić (...) wiadomo, że z rodziną to jest różnie. Czasami można sobie pozwolić na więcej, a czasami trzeba bardziej uważać, niż z obcymi. Ale jednak myślę, że dla nich to też jest przygoda. Oni są o wiele młodsi ode mnie. Wiadomo, to jest taka muzyka, której oni już nie przeżywają, tak jak ja przeżywałam, słysząc ją po raz pierwszy, ale wkładają w nią dużo energii i te koncerty mnie o tyle cieszą, że ja widzę, że oni się tym naprawdę bawią (...) bardzo podobne brzmienie to jest w ogóle coś, co mnie absolutnie inspiruje i jest dla mnie takim kryterium wydaje mi się najważniejszym w odbiorze też muzyki, że jak coś brzmi tak, że ja chętnie siedzę i trochę mnie przenika, to wtedy wiem, że ta muzyka dla mnie ma jakiś sens i sprawia mi dużo przyjemności...”
Piątek, 28 listopada 2025 o godz. 20:05
Krystyna Stańko opowiadać będzie o najnowszym albumie, z muzyką Chicka Corea
- Dzień dobry, bardzo się cieszę, że tu jestem, po latach, w tym cudnym miejscu.
Miło mi, Krystyna, jakbym tak Cię miałam spytać, bardziej się czujesz wokalistką, pedagogiem, gitarzystką, a może już dziennikarką?
- To jest trudne pytanie. Gitarzystą najmniej, bo gdzie ja tam do takiego mojego gitarzysty z zespołu. Ja to mogę sobie tymi pazurkami trochę na strunach podrapać, ale tak naprawdę gitara jest dla mnie cały czas instrumentem ważnym. Jednak najmniej jestem gitarzystką, oczywiście ćwiczę sobie na gitarze, codziennie rano przed kawką. Pogrywam, przypominam sobie jakieś zagrywki klasyczne, ale równolegle te wszystkie inne działalności, które na początku wymieniłaś są dla mnie ważniejsze, bo jak sama powiedziałaś poza anteną, radio to jest już taka miłość, że wciąga bardzo.
Trochę jak narkotyk?
- Tak i uczenie, nauczanie, w sensie dzielenia się doświadczeniem, bo to może bardziej u mnie występuje, jeżeli chodzi o moich studentów, to jest też taka część mojego życia, która jest dla mnie ważna. Jest dla mnie dobra, w sensie takim, że ja się też jako człowiek nie zatrzymuję i się rozwijam dzięki tym młodym ludziom. Mam nadzieję, że oni dzięki mnie również. A śpiewanie to jest spotkanie z publicznością, czyli coś absolutnie cudownego, nagroda.
I o ile lubisz płodozmian artystyczny w tych różnych wymiarach, też widać ten płodozmian artystyczny w śpiewaniu, bo albo zabierasz się za przepiękne utwory z przepięknym polskim tekstem, albo ciągnie Cię w kierunku takiego prawdziwego jazzu.
- Tak, albo w kierunku piosenki autorskiej, to są różne etapy. Pomyślałam sobie tak właściwie, że nie powinniśmy się ograniczać w sensie takim, że jeżeli kochamy jakiś rodzaj, na przykład poezji, albo jakiejś muzyki, która jest dla nas bardzo ważna i gdzieś to nam nie daje spokoju, że gdzieś to się pojawia w naszym repertuarze. Tak było z najnowszą płytą. Sobie pomyślałam, jest moment dobry, żeby to ująć w jakiś taki właśnie jeden monolit, który nie jest tak naprawdę monolitem, bo jest złożony z wielu różnych utworów, które iskrzą absolutnie rozmaitymi nastrojami, ale jest to taki już można powiedzieć maleńki „Songbook”. Ja się z tego bardzo cieszę, bo takim artystą, który wpłynął bezpośrednio na decyzję o tym, że chcę połączyć swoje życie z muzyką jazzową, na pewno jest Chick Corea i jego nagrania z zespołem Return to Forever, z Florą Purim w latach siedemdziesiątych.
Oglądałaś pewnie na magnetowidzie koncerty.
- Też, ale przede wszystkim wiesz, ja to tę muzykę rzeczywiście usłyszałam jako dziecko. Taka mała dziewczynka i pamiętam tylko ten rodzaj emocji, który mi towarzyszył, że to była muzyka, której nie było nigdzie dookoła. To było coś tak absolutnie innego niż to, co otaczało mnie wówczas, chociaż otaczała mnie zawsze dobra muzyka. Moi rodzice uwielbiali Grechutę, Niemena, Ewę Demarczyk. Mój tato, który świetnie śpiewał, zresztą szkoda trochę, że nic nie nagrywał. Ja trochę mam jego nagrań i to był taki właśnie nasz śpiewak rodzinny. Uwielbiał dobrych wokalistów i dobrą muzykę i pamiętał teksty. Później, jak już weszła muzyka rockowa to uwielbiał też Korę. Po prostu ta muzyka w naszym domu była obecna i w zasadzie, ja tak sobie myślę, że ten Chick Corea i ja to był jakiś duży kontrast brzmieniowy. Przede wszystkim, bo jednak to były lata siedemdziesiąte jak ja słuchałam „Return to Forever”. Jak sobie włączę tę płytę na przykład w domu, to ja też odczuwam jakie to było bogactwo, że dzisiaj jest mi tego jakby nawet troszkę za dużo w tej aranżacji. Za dużo tych faktur, tych dopowiedzeń, kontrapunktów, takich zwrotów akcji po prostu jest takie bogactwo. Dzisiaj muzyka troszeczkę idzie w kierunku, nie chcę powiedzieć uproszczenia, ale że ta faktura jest o wiele bardziej przejrzysta, bardziej ażurowa, przynajmniej w tej muzyce, której ja słucham, którą lubię. Natomiast pokusa, żeby zaśpiewać te piosenki, które kiedyś śpiewała Flora Purim swoim sopranem, a ja swoim kontraltem była na tyle wielka, że jego utwory pojawiły się na moich albumach. Wcześniej też pojedyncze sztuki, że tak powiem, ale teraz mamy już płytę w całości z kompozycjami Chicka Corea.
Krystyna Stańko w studiu Polskiego Radia PiK. Fot. Magda Jasińska/PR PiK
Czy ty byłaś na jakimś koncercie Chicka Corea?
- Niestety nie byłam, byłam na różnych koncertach na Jazz Jamboree w latach osiemdziesiątych i słyszałam Milesa Davisa, Keitha Jarretta. Na koncercie Chicka Corea byłam, ale już jako starsza dziewczyna. To było w Krakowie, ale nie byłam na tym etapie, kiedy jesteś taka właśnie jeszcze młodziutka i wszystko wchłaniasz jak gąbka. Kiedy go oglądałam to już byłam z takim doświadczeniem, powiedziałabym muzycznym dojrzałej osoby i też to było absolutnie wspaniałe przeżycie, no bo przefiltrować to wszystko przez siebie, tym bardziej, że to są znane utwory.
Jak już powiedziałaś trochę uprościłaś fakturę?
- Nawet nie wiem, wiesz, bo to się zdarzyło tak, że wybrałam utwory, które zaproponowałam, też muzyka i też troszeczkę ten ciężar pomysłów i aranżacji spadł na nich, trochę na mnie, bo jak pewnie pamiętasz, to ja po prostu bardzo lubię, żeby zespół był zespołem, żeby każdy miał przestrzeń do swojego pomysłu, dla swojej muzykalności. To nie jest tak, że ktoś przychodzi, realizuje moje wyłącznie pomysły i wymysły i że się czegoś sztywno trzymamy. A że mam tę przyjemność, to są częściowo też ludzie z mojej rodziny, to mogę sobie pewnie na więcej pozwolić.
Poważnie, jak grasz z synem, możesz sobie na więcej pozwolić?
- No myślę, że tak.
Tam nie tylko jest syn.
- No właśnie, tam jest też mój siostrzeniec, najbliższe kuzynostwo.
Paul Rutschka jest twoim siostrzeńcem?
- Tak, moim chrześniakiem.
Powiedzmy, że to jest świetny też realizator.
- Tak, to jest producent płyt, no już pewnie z 200 płyt jazzmanów wyprodukował w Polsce, od czasu, kiedy jest. On wyjechał z Polski mając 5 lat. Potem był w Niemczech całe właściwie życie do studiów, potem studiował w Amsterdamie i wreszcie przyjechał do Trójmiasta. Do mnie zresztą przyjeżdżał regularnie i poznał moją absolwentkę Kingę Pruś. Dzisiaj są już małżeństwem i mają małą córeczkę. Także to są takie historie, które się też zdarzają.
Krystyna Stańko w studiu Polskiego Radia PiK. Fot. Magda Jasińska/PR PiK
Ale wracając do tematu płyty, dlaczego mówisz, że sobie możesz na więcej pozwolić?
- To jest tak z jednej strony mrugam oczkiem do państwa, bo wiadomo, że z rodziną to jest różnie. Czasami można sobie pozwolić na więcej, a czasami trzeba bardziej uważać, niż z obcymi. Ale jednak myślę, że dla nich to też jest przygoda. Oni są o wiele młodsi ode mnie. Wiadomo, to jest taka muzyka, której oni już nie przeżywają, tak jak ja przeżywałam, słysząc ją po raz pierwszy, ale wkładają w nią dużo energii i te koncerty mnie o tyle cieszą, że ja widzę, że oni się tym naprawdę bawią.
Czyli przynosisz tematy i potem wspólnie je opracowujecie?
- Czasami jest tak, że na przykład właśnie mamy pomysł, ja wymyślę sobie, jak będą wyglądały utwory. Nagrywamy jakieś krótkie demo, żeby chwycić po prostu ten nastrój ogólny. Dominik zrobił nową aranżację. Mówię o Dominiku Bukowskim, świetnym wibrafoniście, z którym pracuję. Mam zaszczyt pracowania. Dominik przyniósł nowy pomysł do Spain, utworu dyskusyjnego o tyle, że to jest utwór tak często wykonywany, że wykonanie go po raz kolejny naprawdę powinno mieć jakiś sens. Wykonanie go po prostu tak jak jakiś kawałek nie ma sensu dla nas, bo zawsze do tych aranżacji i do tych utworów podchodzimy tak, żeby włożyć najwięcej własnej interpretacji, własnych pomysłów i później tak po kolei każdy tę swoją nitkę tam snuję w tym utworze. Sekcja właśnie coś wymyśliła do singla, promującego, więc ja tak trochę wykorzystuję ich potencjał. Tak sobie po prostu patrzę, uśmiecham się i oceniam, czy nie oceniam. Absolutnie jestem szczęśliwa, że mam takich kreatywnych muzyków. Ja myślę, że dzięki temu również każdy z nich ma tyle zabawy w tym, bo się czuje w jakiś sposób, że te cegły swoje też układa w tej całej budowli i że nie jest tak, że tylko jest tym wypełnieniem.
Ten skład twojego zespołu jest w miarę stały? Może przedstawisz swoich muzyków. Masz Szymona Łukowskiego, który już teraz jest naszym muzykiem?
- Wspaniały multiinstrumentalista. Te instrumenty dęte to jego wielka domena, saksofon, flet, klarnet basowy, saksofon oczywiście i tenorowy i sopranowy, sopraninko i cały czas jest głodny nowych instrumentów, nowych pomysłów i elektroniki. Przez to się też brzmienie mojego zespołu troszeczkę zmienia. To też chodzi, żeby nie nagrywać płyt, które brzmią tak samo. Bardzo podobne brzmienie to jest w ogóle coś, co mnie absolutnie inspiruje i jest dla mnie takim kryterium wydaje mi się najważniejszym w odbiorze też muzyki, że jak coś brzmi tak, że ja chętnie siedzę i trochę mnie przenika, to wtedy wiem, że ta muzyka dla mnie ma jakiś sens i sprawia mi dużo przyjemności.
Od dłuższego czasu też z wami, z Tobą gra Dominik Bukowski i ktoś by mógł popytać dlaczego właściwie na każdej płycie pojawia się wibrafon?
- I to pytanie pada. Muszę ci powiedzieć, że większość moich koleżanek jednak współpracuje z pianistami, z gitarzystami jeżeli chodzi o instrumenty harmoniczne. Ja jak poznałam Dominika w 2007 czy ósmym roku, tam pojawiły się jego pierwsze dźwięki. Wówczas to była płyta z piosenkami autorskimi i już wiedziałam, że to jest muzyk, z którym chciałabym grać dłużej, z którym chciałabym współpracować. Na szczęście jest tak, że Dominik też ma takie odczucie i to trwa do dzisiaj. My się dobrze rozumiemy, bardzo się szanujemy i liczymy się z naszymi zdaniami nawzajem. Zawsze, gdy mam pomysł na kolejny album, to pierwszą osobą, z którą się tym dzielę jest Dominik Bukowski. To jest muzyk, który jest bardzo szeroko ogarniający, że tak powiem muzykę i to jest rzadkość u wirtuozów tego pokroju, bo on naprawdę jest muzykiem niezwykle sprawnym, świadomym swojego instrumentu i nie tylko, bo oprócz wibrafonu gra też na marimbie w moim zespole i na ksylofonie, czyli na elektronicznym instrumencie, który z wibrafonem ma niewiele wspólnego. Chcę powiedzieć, że Dominik ma rzadką cechę właśnie, że ta wirtuozeria nigdy nie jest na pierwszym planie. Nie wiem jakby nie określać jego bytu w zespole, to nie jest muzyk, który musi w każdym utworze zagrać solo. To nie jest muzyk, który musi ciągle dopowiadać. To jest muzyk, który jeżeli gra, to gra bardzo świadomie, mądrze i pięknie, a to nie jest taka wcale częsta cecha. Bo wiemy, że jak ktoś umie grać sprawnie, jest szybki i ma ciekawy instrument, to czasami trudno go poskromić, więc myślę, że to jest coś, co my mamy we dwoje, czyli umiar, czyli mniej znaczy więcej. Oboje jesteśmy tą ideą absolutnie pochłonięci.
Krystyna Stańko i Magda Jasińska w studiu Polskiego Radia PiK. Fot. Magda Jasińska/PR PiK
To się znaleźliście.
- Tak, no ja się cieszę, że on nie nudzi się jeszcze w moim zespole, bo ja się tym instrumentem nie znudzę i w sumie wydaje mi się, że w ogóle mówienie o nudzie, to byłoby czymś okropnym. Najważniejsze jest to, wydaje mi się, że właśnie brzmienie naszych dwóch instrumentów, czyli mojego głosu dość niskiego, dosyć też takiego myślę welwetowego, to nie jest głos, który ma taki punkt jasny z dużym blaskiem i do tego jego instrument, który jest taki właśnie delikatny, że te 2 instrumenty nasze dobrze się spotkały.