- To znaczy, to jest trochę więcej o miłości do samej siebie i do życia, co za tym idzie. Cieszę się z tego, co jest tu i teraz, tak jak mówiłam, cieszę się z naszej kawy w Radiu PiK, w tej chwili z bycia w Bydgoszczy. Cieszę się z pięknego dnia i spacerów nad Brdą, a przy okazji kreowaniu roli Gildy na deskach Opery Nova. Oprócz tego jestem wielką pasjonatką koni, studiuję w tej chwili fizjoterapię koni i pasjonuję się behawiorystyką. Nie rezygnuję z niczego już na poczet śpiewania. Poza tym uważam, że to jest bardzo cenne, bo jeżeli chcemy być prawdziwymi artystami na scenie, to musimy mieć prawdziwe, bogate życie poza sceną. To wszystko, co tam wnosimy, musimy czerpać z własnych doświadczeń i to nie może być tylko wyobrażenie, trzeba coś przeżyć, więc ja teraz staram się przeżywać życie.
Aleksandra Olczyk w studiu Polskiego Radia PiK. Fot. Magda Jasińska/arch. PR PiK
A kiedy to zrozumiałaś, że właśnie tak trzeba żyć? - Myślę, że ja zawsze to rozumiałam. Wielokrotnie podczas mojej jedenastoletniej podróży w świat, trochę wszystko działo się tak spontanicznie, bo to nie był Plan A, że ja chcę wylądować w tych miejscach, w których byłam. To się tak zadziało, natomiast gdzieś tam kłóciło się to z moją naturą. Ja wiele razy mówiłam, to jest piękne, ale ja już więcej tak nie chcę i myślę, że to jest wspaniały moment, kiedy byłam w tych wszystkich miejscach i mogę sama podjąć jakąś świadomą decyzję, bo mógłby być to jakiś przykład dla młodszych kolegów, albo niekoniecznie młodszych, czy w ogóle dla ludzi, żeby tak przystanąć i mieć jakąś refleksję: „Ta dziewczyna faktycznie świadomie zdecydowała, że ta droga nie jest atrakcyjna”. Gdybym zrezygnowała wcześniej, to ktoś mógłby złośliwie powiedzieć, że mi się nie udało. A ja teraz mogę, tak może zabrzmi to butnie, ale mogę powiedzieć, udało mi się i bardzo dziękuję. Jestem ogromnie wdzięczna, ale świadomie wybieram trochę inaczej.
A coś straciłaś przez to podążanie za muzyką przez jakiś czas? - Nie chcę myśleć w ten sposób, że coś straciłam. Jestem wdzięczna za wspaniałe lata. W ogóle zwiedziłam kawał świata, poznałam fantastycznych ludzi, ich tradycje, obyczaje. Nigdy w życiu nie zapomnę podróży do Afryki, do RPA, to są chwile, których też bym na nic nie zamieniła. To był taki etap w życiu po prostu i on był potrzebny, cenny.
A teraz możesz sobie wybierać, jeśli chodzi o sceny w Polsce? - No tak, dzięki bogu tak się wszystko składa, że mogę sobie wybierać też i nie tylko w Polsce, dlatego chętnie z tego korzystam.
Twoją przystanią mimo wszystko jest Polska? - Myślę, że tak. Nie chcę mówić na 100%. Nie chcę też radykalnie czegoś tutaj opowiadać, bo nie wiem jak będzie.
Najważniejsze, żebyś była szczęśliwa. - Po prostu to, co powiedziałam, chcę czuć, że żyję i tak to sobie wszystko zorganizować, żeby mieć miejsce na pasje, na relacje, na to całe piękne życie, obok tego, że chcę brać i dawać ludziom radość poprzez śpiew.
Jak się wraca do starego teatru, swojego teatru, w którym się rozpoczynało? - Ja w ogóle mam wrażenie, że nic się nie zmieniło, wszyscy są tacy sami. Wracam tutaj jako Ola, „nasza Ola”, tak mnie nazywają. To jest bardzo miłe.
Nie przeszkadza Ci to. - Ależ, mnie to bardzo cieszy i to jest taka ulga, bo nie ma pani Aleksandry, nie wiem, czy kiedyś się będę czuła panią Aleksandrą. Jak ktoś mnie nazywa naszą Olą, to ja się czuję jak w domu i tutaj tak właśnie się czuję. Jak atmosfera jest miła, to się chce śpiewać.
Dyrektor musiał mocno zabiegać o to, żebyś znalazła w swoim kalendarzu, jednak mocno rozpisanym czas? - Nie nazwałabym tego zabieganiem. Myślę, że w życiu w ogóle nie ma rzeczy niemożliwych. Czasami jest za mało chcenia, a tutaj z obu stron myśmy chcieli, więc po prostu to się udało.
Jak tak patrzysz, bo przecież występowałaś na różnych scenach, czy nasze sceny odbiegają mocno od scen światowych? - Nie, w ogóle nigdy w życiu nie myślałam w ten sposób. Ja jestem bardzo dumna z polskich scen, z tego jak to wygląda. Bydgoska opera jest w ogóle fenomenalna, jest imponująca, pięknie położona, świetnie zorganizowana. Nigdy nie miałam żadnych problemów z zapleczem, czy technicznym czy organizacją biura. Gdyby było inaczej, to bym po prostu minęła ten temat teraz w wywiadzie, a chętnie o tym mówię, bo warto to podkreślić. No wiele razy też w świecie były problemy, z którymi w Polsce nigdy nie miałam do czynienia. Więc myślę, że mamy się czym chwalić.
W którym momencie wiedziałaś, że jednak będziesz rozpościerać skrzydła i pofruniesz. - Nigdy tego nie wiedziałam. Nagle po prostu zorientowałam się, że lecę.
Potrafisz walczyć o swoje? - Na pewno tak. Tego trzeba się nauczyć w tym zawodzie, tak myślę. Trochę, dużo pokory, ale też trochę takiej pewności siebie i tego celu na świeczniku. I to nie mówię o celu pod tytułem jakiś teatr, czy rola, ale takiego celu właśnie, żeby o siebie zawalczyć.
Zdarzało Ci się występować w takich produkcjach, w których wiedziałaś, że to będzie jednorazowy występ, bo coś tam „nie styknęło” po prostu? - Jako „Królowa nocy” miałam często takie wyzwania, jak praca na wysokościach, w dziwnych przebraniach, lub dziwna charakteryzacja. Pamiętam taką sytuację w Berlinie. Amerykański reżyser kazał mi dosłownie latać. Były zabezpieczenia oczywiście, ale wrażenie tego, że nie mam pod stopami żadnego podłoża i frunę z pod samego sufitu, było okropne. Ja zeszłam niemal sparaliżowana. Powiedziałam im w zupełnym szoku, że bardzo dziękuję i jadę do domu. To było wszystko co z siebie wydusiłam, bo byłam przerażona, ale ubłagali mnie o przyjście na wieczorną próbę. Śpiewałam wtedy razem z Rene Pape, więc nazwisko wielkie. Byliśmy tymi postaciami, którym pozwolono chodzić po ziemi i po prostu śpiewać. Poprosili nas żebyśmy jednak nie wyjeżdżali, zostali, więc co chce powiedzieć przez to, że w każdym miejscu też są ludzie i zawsze można się jakoś dogadać.
Ile już za tobą „Królowych Nocy”? - Nigdy tego nie liczyłam. Ja podziwiam wszystkich kolegów i koleżanki, bo przecież wszyscy mówią to mój setny, czy tysięczny spektakl. Nie mam pojęcia. Były takie lata, że śpiewałam czasami nawet po dwa razy dziennie, albo był taki tydzień, że śpiewałam codziennie w innym kraju. To jest nieprawdopodobne, bo ja nie miałam kiedy spać. Musiałam jakimiś autobusami, prywatnymi taksówkami przemieszczać się na lotniska i dotrzeć z Madrytu do Londynu, a to jest nie do opisania tempo życia. Natomiast tych królowych było ogromnie dużo.
Aleksandra Olczyk. Fot. nadesłane![]()
Gdybyś nie była śpiewaczką to kim byś - Pomysłów, pasji jest wiele i mam wrażenie, że te pomysły wpadają do mojej głowy. Każdy jeden jest świetny w mojej opinii. Także to są i gałęzie literackie i związane z naturą i z przyrodą, z psychologią i z medycyną jest tego mnóstwo.
Fizjoterapia koni to też taki trochę plan B, czy po prostu odskocznia? - No tak, ja kocham konie, tak jak już wspominałam, bardzo się tym interesuje. Chciałabym mieć jak największą wiedzę. Każdy myśli konie, to od razu jazda konno. Dla mnie ta jazda jest na szarym końcu. Najpierw jest relacja z końmi w naturze, ich język, inspiracja ludzi do tego, żeby wejść w to trochę głębiej. Myślę, że to zdobywanie wiedzy, jeżeli nawet nie skorzystam z tego profesjonalnie, to chciałabym być w stanie odpowiadać na pytania, które być może dzisiaj są bez odpowiedzi, bo nie mam dość tej wiedzy.