Środa, 13 listopada godz.18.05
Wokalistka jazzowa, pedagog, prodziekan wydziału aktorskiego warszawskiej Akademii Teatralnej.
"Lubię koncerty, bo to cała prawda o życiu. Ten element niedoskonałości jest najbardziej zbliżający nas do ludzi. Nas, tych wszystkich wyczyszczonych, dopieszczonych artystów, którzy jak tylko wejdziemy do studia, staramy się tak napoprawiać i tak nawymyślać, że potrafimy zabić czynnik ludzki do cna. Koncert w jakimś stopniu łączy słuchacza z sercem..."
Powtórka audycji w sobotę - 16 listopada, o godz. 22.05.
Czy ostatnia Pani płyta – koncertowa "Groove Machine" to jest to co ostatnio chodziło Pani po głowie?
- Chodziło, po głowie, po trzewiach - nie dało zasnąć nie dało żyć więc musiało się zmaterializować.
"Groove Machine" to zupełnie inna Anna Serafińska – bo znamy Panią wykonującą przepiękne teksty Agnieszki Osieckiej, czy Jonasza Kofty... znamy Panią śpiewającą z babcią – Carmen Moreno.
- To jest taka Anna Serafińska, którą znają bywalcy koncertów. Moi fani mieli pretensje, że nie nagrywam płyty z tym materiałem, więc zarejestrowaliśmy koncert w Trójce.
Płyta koncertowa, która zawsze jest w jakimś stopniu niedoskonała posiada jednak swoje walory.
- Lubię koncerty, bo to cała prawda o życiu. Ten element niedoskonałości jest najbardziej zbliżający nas do ludzi. Nas, tych wszystkich wyczyszczonych, dopieszczonych artystów, którzy jak tylko wejdziemy do studia, staramy się tak napoprawiać i tak nawymyślać, że potrafimy zabić czynnik ludzki do cna. Koncert w jakimś stopniu łączy słuchacza z sercem.
Czy na tej płycie mamy Pani debiut kompozytorski?
- Debiut kompozytorski miał miejsce na mojej pierwszej płycie "Melodies". Tutaj odważyłam się zadebiutować jako autorka tekstów. Jestem człowiekiem, który utyskuje na papierze. Jak mi coś dolega, albo boli, cieszy to piszę słowami, a nie dźwiękami. Uciekam w słowa od zawsze, ale cały czas uważam, że są za bardzo niedoskonałe, żeby je pokazywać.
Dorzuciła Pani tu i znane hity jak "Fever".
- To jest koncert, zaczynaliśmy od coverów. To jest fajne jak można znane utwory dopasować do konwencji. Akurat "Fever" zagraliśmy najwięcej razy, chcieliśmy pokazać kunszt Michała Barańskiego, znakomitego basisty.
Swoją stylistykę opisuje Pani jako "Vocal Fusion". Co to znaczy?
- To nie jest moja autorska definicja. Michał (Barański) zapytany co my gramy w zespole, w ogóle nie potrafił odpowiedzieć, więc powiedział - "taki vocal fusion". Taki miszmasz wszystkiego tego, czym ja jestem, i tych wszystkich moich doświadczeń.
W zespole śpiewają z Panią "Dziewczyny" choć na nagraniu jest Katarzyna Dereń.
- Dziewczyny są, ale tak się złożyło, że podczas nagrań Ania Szafraniec była w ciąży i zmuszona była leżeć, dlatego zaprosiliśmy na ten czas Kasię, z którą się też dobrze znamy. Już obecnie Ania wróciła więc "Dziewczyny" są w komplecie.
Czy teraz już Anna Serafińska taka będzie, czy to jedynie kolejna z Pani odsłon?
- Zdecydowanie kolejna z odsłon. Już się szykuje kolejne rozbicie wszystkiego co robię teraz. Płyta, czy zapis koncertowy jest podsumowaniem tematu, który męczył wcześniej. Jak to jest zaliczone, to kolejne się rodzi. Następna rzecz jest skrajnie różna, wzięłam na warsztat Chopina, który wcześniej był w Polsce przemielony i sama musiałam z tym pomysłem poczekać. Urodził się bardzo fajny materiał, akustyczny, skurczony wykonawczo, ale wymaga raczej pracy studyjnej, bo to jest wręcz materia delikatna, koronkowa, trochę odwołuje się do tego co przed laty robili Novi Singers, ale jest tam więcej improwizacji.
Kiedy będzie płyta?
- Nie wykluczam, że na wiosnę będzie szansa na nową płytę.
A co mówi babcia na te projekty? Który jej się najbardziej podoba?
- Trzyma mocno kciuki. Oni mnie lubią w tej odsłonie tej fusionowej, najbardziej podobała im się płyta pierwsza "Melodies". Babcia i Janek (Jan Walasek) to wspólne gremium oceniające. Nic nie ujdzie ich uwadze, najchętniej widzą mnie w swingowych numerach z big-bandem. Ja też to lubię, ale interesują mnie bardzo różne rzeczy, w różnych okresach. Życie jest sinusoidą i to jest piękne. Staram się nie zamęczać sobą, raczej bardziej używać siebie, żeby coś powiedzieć. Scena jest to zawsze jakaś kreacja i nie wolno o tym zapominać.
Pani "doktor" Anna Serafińska ma jeszcze czas na uczenie?
- Ma i do tego ma czas na prodziekaństwo. Nie żałuję, to nowe doświadczenie, choć niekiedy można zjeść własne buty ze stresu, kiedy to wszystko zrobić, ale potem to się jakoś układa.
Bo ja cały czas jest na etapie Pani doktoratu, może awans poszedł dalej?
- Nie, cały czas jestem przed, zajmuję się wiecznie awansami kolegów, ale zbieram dokumentację i niebawem sama wygospodaruje czas, żeby zamknąć kolejny etap i będę robić swoje.