Środa, 18 września godz.18.05
Aktor teatralny, filmowy i radiowy. Laureat "Złotego Mikrofonu" za wybitne kreacje stworzone w Teatrze Polskiego Radia oraz laureat "Wielkiego Splendoru". Dyrektor teatrów w Polsce.
"Jestem nieprzejednanym, jeśli chodzi o traktowanie zawodu aktorskiego. Wielką satysfakcję mi sprawia zasłuchanie widza, wiem wtedy, że ja imiennie mówię do kogoś, kogo nie znam, oczu nie widzę, ale czuję, że tam jest ten odbiorca."
Powtórka audycji w sobotę - 21 września, o godz. 22.05.
Zaczniemy od radia, dlaczego większość aktorów kocha radio i daje się uwieść magii tego medium?
- Mój udział w audycjach radiowych szczęśliwie bazuje na dobrej i wielkiej literaturze. A przed kamerami i w teatrze wkrada się coś takiego jak „U cioci na imieninach”, czyli teksty takie, za które aktor tak stary jak ja, nie chce brać odpowiedzialności. W radiu to się raczej nie zdarza. Jeśli mam do dyspozycji literaturę, to dobrą i wielką również. Poza tym kiedyś sobie zadałem pytanie o sens bycia dzisiaj aktorem. Ja się zapisywałem do innego aktorstwa i zupełnie innego kontaktu z widzem, niż ten kontakt nawiązywany jest współcześnie. Mam nadzieję, że to co nazwałem „U cioci na imieninach” jest na chwilę, że ta amatorszczyzna znudzi się widzowi i nadejdzie powrót do dobrego starego profesjonalnego teatru.
Czy to jest powód, że nie widzimy Pana w serialach współczesnych?
- Nic mnie nie odrzuca, ale każe mi nie brać udziału z niezawodowcami. Proszę mnie dobrze zrozumieć - mam wielki szacunek do ruchu amatorskiego, ale odrzuca mnie amatorszczyzna, czyli przekonanie, że w teatrze, filmie zmieści się wszystko, a to jest nieprawda. Najczęściej te propozycje są traktujące widza jak stado, bezmyślne, które nie roześmieje się, a rozrechocze.
Mamy XXI wiek i nadal słuchane są słuchowiska.
- Brałem udział w jury Międzynarodowego Konkursu Artystycznych Form Radiowych Grand PiK. Wysłuchałem 29 utworów, niektóre dwa razy, szczególnie te, które do mnie nie docierały. Autor słuchowisk wypowiada się we własnym imieniu nie w zastępstwie i chce dotrzeć do jednego słuchacza. I to jest cymes tych słuchowisk, że one nie mają alternatywy, że one albo docierają albo słuchacz wyłącza uwagę, tutaj nie ma apelacji.
Jakie emocje muszą targać aktorem, dobrym aktorem, że podejmuje decyzję o byciu dyrektorem teatru?
- Powiem ogródkami, bo nie jest mi łatwo. Kiedyś Leszek Mądzik powiedział, że aktor nie powinien być dyrektorem i chyba dziś się przyłączam do tej opinii. W moim przypadku było tak, że grałem role mniejsze, drugoplanowe, główne i czułem, że ogarnia mnie rutyna. Z tymi samymi ludźmi pracowałem, z tymi samymi aktorami – reżyserami, mimo, że tych teatrów w Warszawie jest kilkanaście. Kiedy Pani Izabela Cywińska wysunęła moją kandydaturę na dyrektora teatru w Częstochowie, odpowiedziałem tak, jeszcze nie wiedząc jak mam prowadzić ten teatr. Przypomniałem sobie swoje kontakty z dobrymi aktorami prowincjonalnymi, ale nie wiedziałem że pośród tych dobrych aktorów jest spora grupa, która przeszła na emeryturę w wieku 45 lat – w sensie psychicznym. Dla nich czy gramy o 19.00 czy o 9.00 jest bez różnicy ważne, że ten spektakl się odbył. Nie żałuję, że poszedłem na pięć lat a właściwie ta dyrektorska banicja trwała 10 lat, ale więcej bym tego nie powtórzył. Błąd jaki popełniłem to to, że nie uświadomiłem sobie, podejmując te wyzwanie, dlaczego to robię. Jest jeszcze jeden element, który jest ważny przy ruszeniu na prowincję – trzeba kochać aktorów i zespół techniczny, oni też są artystami.
Po tym doświadczeniu dyrektorskim może czas na otworzenie własnego teatru– jest teraz taka moda.
- Ja się związałem z młodym reżyserem, wybitnym Igorem Gorzkowskim. Zrobiliśmy kilka spektakli, ostatnio Burzę w jego teatrze Koło na warszawskiej Pradze. Pozostawmy budowanie młodym, a my ludzie starsi wprowadzajmy tylko dobre metody i stawiajmy im trampolinę do skoków wysokich. Z wielką przyjemnością patrze na tych młodych reżyserów, aktorów, którzy zastanawiają się czy lewą nogą wejść czy prawą na scenę, dla których ważne są te podstawowe elementy aktorstwa. Jestem dobrej myśli, że są jeszcze ci młodzi, którzy przywrócą teatrowi dobre imię. Prawie 50 lat temu, kiedy wchodziłem do teatru ,to był zupełnie inny teatr. Teraz eliminując to co jest zbędne, to zawsze coś zostaje z dawnego dobrego aktorstwa, a to jest umiejętność słuchania. Swoim uczniom powtarzam, że najważniejsze jest słuchanie, jak nie ma tego słuchania pomiędzy partnerami na scenie to nie ma dobrego aktorstwa.
Kiedyś Pan powiedział, że nie jest Pan konfliktowy choć kiedyś był?
- Nie jestem konfliktowym aktorem, ale jestem zdecydowany bronić swoich wartości i z chwilą jak mnie nikt nie raczy wysłuchać i kieruje jak kukiełką, buntuję się wtedy i gubię. Może to zagubienie jest związane z tym, że buduję postaci na sobie samym. Jeśli ktoś kiedyś ode mnie czegoś żąda i co nie jest tożsame ze mną, to się gubię. Wtedy mogę być trudniejszym. Jestem nieprzejednanym, jeśli chodzi o traktowanie zawodu aktorskiego. Wielką satysfakcję mi sprawia zasłuchanie widza, wiem wtedy, że ja imiennie mówię do kogoś, kogo nie znam, oczu nie widzę, ale czuje, że tam jest ten odbiorca.