Mieczysław Szcześniak i jego najnowszy singiel. „Every Body and Soul” opowiada o potrzebie wewnętrznej zmiany i odpowiedzialności za własne życie oraz świat wokół nas. Jego głównym przesłaniem jest odejście od biernego oczekiwania na „cud” czy bohaterów, którzy coś za nas naprawią. Utwór podkreśla, że prawdziwa zmiana zaczyna się w każdym z nas – w naszym ciele i duszy – i to właśnie indywidualna przemiana ma realny wpływ na rzeczywistość. ? Utwór narodził się podczas wspólnej sesji w Los Angeles – od improwizacji muzycznej: linii basu, rytmu gitarowego i melodii. Następnie powstał tekst, który rozwinął główną ideę utworu. Nad całością pracowano przez dłuższy czas, dopracowując zarówno muzykę, jak i warstwę produkcyjną. Istotną rolę odegrała praca studyjna, obejmująca edycję, korekty rytmiczne i brzmieniowe oraz dopracowanie detali, aby całość była spójna i dopracowana.
„...ludzie przychodzą na koncerty bo ten koncert „40”, to program złożony z różnych moich płyt i z tego się bardzo cieszę. Między artystami a publicznością stoją zawsze media. Jeżeli coś zostanie opublikowane, to ludzie wiedzą, a jeżeli nie, to nie. Ja z mediami miałem sporo problemów i nie było mnie tam za często, a doświadczam mimo wszystko swego rodzaju żniwa, że mimo iż mało mnie było w mediach i ludzie nie mieli okazji ze mną się często spotykać, to jak już przyjdą na koncerty, pamiętają mnie i chcą mnie. Znają mnie i pomaga im obcowanie ze mną, więc po prostu to jest rodzaj szczęścia. Nie ma większej nagrody dla żadnego artysty...”
Piątek, 22 maja 2026 o godz. 22:05
„Every Body and Soul” to wyjątkowy singiel będący efektem międzynarodowej współpracy artystycznej, który łączy brzmienia inspirowane klasyką amerykańskiej muzyki – folkiem, rock’n’rollem i bluesem – z uniwersalnym, poruszającym przesłaniem.
Mietek, Mieciulek, Mieciu, Miecz, dowolnie można skreślać. Drodzy państwo Mieczysław Szcześniak.
- Jeszcze mi daleko do umierania. (śmiech)
A przed nami singiel, który ja już dobrze znam…
- A jak Ci się podoba?
Rewelacja!!! Czy ten utwór wróży coś większego?
- Jasne, płytę, która wyjdzie 9 czerwca i nosi tytuł „Brothers”. Została nagrana w Los Angeles, zresztą chyba nagrywana, no bo to trwało dość długo, bo pracowanie na dwóch kontynentach, nie jest takie proste. Trzeba tam dolecieć, trzeba się spotkać, trzeba po prostu nagrać chór. Pomysł wyszedł od Wendy Waldman, z którą już kilka lat pracujemy i nawet nagraliśmy płytę, która nosi tytuł „Signs”, czyli znaki. A teraz ona miała taki pomysł, żeby po spotkaniu z chórem Life Choir, nagrać całą płytę, w związku z tym spotkaliśmy się z szefem chóru HB Barnum’em i stworzyliśmy nowe piosenki w starym stylu. One są w takim takim „vintage’owym” stylu, czego zwiastunem jest „Every Body and Soul”.
Mietek Szcześniak. Fot. Julia Górska
Trzeba było lecieć do Stanów Zjednoczonych, nie można tego było jakoś połączyć zdalnie?
- Nie byłoby tych emocji, tego czegoś. Nie no jak zdalnie komponować i pisać razem piosenki. Tym bardziej, że się znamy i lubimy, ponieważ z Wendy pracujemy od kilkunastu lat. Z chórem się pokochaliśmy i zaakceptowaliśmy jak trzeba. Znamy się, lubimy i czekamy na siebie. Od pracy na próbach w małych salkach, przez wspólne koncertowanie w Los Angeles. Na przykład trzy razy graliśmy koncerty w Los Angeles. Później oczywiście nagrywanie, to jest niezwykła przygoda. Powiem wam szczerze, w ogóle obcowanie z tą inną strefą kulturową uczy wiele. Uczy szacunku do muzyki, do muzykowania, uczy szacunku do dużego formatu ludzi, z którymi się spotykasz, a którzy są łatwiejsi w obsłudze, bo po pierwsze szanują muzykę i muzykowanie kochają i chyba jednak doceniają człowieka, którego lubią za charakter i jakieś tam zdolności. A to są naprawdę duże formaty. Wendy Waldman stworzyła piosenkę dla „The Refugees”. To są trzy kobiety, które pracowały ze mną nad tym singlem. Wszystkie koncertowały z wieloma artystami. Tam, w Stanach Zjednoczonych są znane i cenione, a u nas może trochę mniej. Oczywiście obcowanie z chórem od ławki, do nagrania i do wspólnego jedzenia, to jest coś niesamowitego. To jest doświadczenie zupełnie innej przestrzeni, zupełnie innego życia i doświadczenie też dużego dystansu, który dzieli polską scenę muzyczną, od tej amerykańskiej.
Taką muzykę tam się śpiewa chyba w kościołach, wszędzie, a u nas jest trochę inny repertuar.
- Wiesz co, u nas już to się zaczęło zmieniać od lat 80, czy nawet 70. Ta tradycyjna muzyka jest inna, bo jest ona protestancka i to jest muzyka gospel, jaka jest w nerwie muzycznym tego kraju. Mnóstwo ludzi zaczynało w kościołach od Whitney Houston, po wielu, wielu innych. I tam się dostaje „Grammy” w takiej dziedzinie, a u nas nie ma „Fryderyka” za muzykę gospel.
A szkoda.
- Szkoda, ale u nas jest inna tradycja, taka bogoojczyźniana.
Nie wiem, czy to zabrzmi poprawnie politycznie, ale w Tobie ta dusza czarna pobrzmiewa.
- Pobrzmiewa z lubością. Nie wiem, raz miałem sen, że moja mama była mulatką, ale to tylko sen. U mnie wszyscy biali z Kalisza, więc nie mam szans. Widocznie ktoś z góry powiedział: A ty będziesz tak śpiewał. Zafascynowany śpiewałem, biegałem po ulicy z walkmenem, śpiewałem po Kaliszu i marzyłem, żeby z czarnymi ludźmi kiedyś nagrać płytę. No i cóż marzenie ściętej głowy i po kilkudziesięciu latach spełniło się.
A jak ty będziesz ogrywał tę płytę? Przyjadą do Ciebie do Polski artyści zza oceanu?
- Jedyną rzeczą, żeby chór przyjechał do Polski to jest forsa.
Może zróbmy zrzutę?
- Nie wiem jak to uczynić, może będzie myślał o tym mój manager, a jest on bardzo fajny Michał Borowiec i on będzie główkował, jak to uczynić, bo chciałbym żeby, nawet jeżeli to nie będzie chór „Life Choir”, to żeby to byli jacyś czarni ludzie, którzy przyjadą i zaśpiewają ze mną ten materiał. Może skądś bliżej, może na przykład z Anglii.
Czyli są takie plany, żeby ogrywać ten materiał, bo on jest wart tego
- Nie, jasne to jest kawał dobrej muzyki, dobrego przesłania. Staraliśmy się, żeby to był taki vintage.
Mietek Szcześniak. Fot. Julia Górska
Stosunkowo niedawno spotkaliśmy się w Filharmonii Pomorskiej, na Twoim jubileuszu i byłam oczarowana publicznością, która śpiewała z tobą właściwie wszystkie numery.
- Ja też byłem oczarowany. Pozdrawiam serdecznie wszystkich, którzy byli wtedy w Filharmonii, ale i w ogóle publiczności z Bydgoszczy.
Tak jest jak jeździsz po kraju, to publiczność śpiewa z tobą wszystkie numery?
- Może tak entuzjastycznie to nie. Ludzie przychodzą na koncerty bo ten koncert „40”, to program złożony z różnych moich płyt i z tego się bardzo cieszę. Między artystami a publicznością stoją zawsze media. Jeżeli coś zostanie opublikowane, to ludzie wiedzą, a jeżeli nie, to nie. Ja z mediami miałem sporo problemów i nie było mnie tam za często, a doświadczam mimo wszystko swego rodzaju żniwa, że mimo iż mało mnie było w mediach i ludzie nie mieli okazji ze mną się często spotykać, to jak już przyjdą na koncerty, pamiętają mnie i chcą mnie. Znają mnie i pomaga im obcowanie ze mną, więc po prostu to jest rodzaj szczęścia. Nie ma większej nagrody dla żadnego artysty.
Z niedowierzaniem patrzę i widzę, że to już minęło 40 lat. Kiedy to minęło?
- Mnie to jakoś szybko nie minęło, bo intensywnie przeżywam wszystko. Intensywnie żyję tym co robię i właściwie całe moje życie jest podporządkowane temu, ale to jest moja najprawdziwsza pasja i wiesz, kiedyś musiałem sobie odpowiedzieć na takie pytanie: czy do tego zostałem wymyślony? Więc kiedy mi się to potwierdziło , to już żeby „skały się ruszały” za przeproszeniem, to i tak to będę robił, bez względu na powodzenie, stopę życiową, czy pieniądze. Po prostu do tego zostałem wymyślony i to kocham robić.
A czy zdarzyło ci się iść na pewne kompromisy artystyczne, myśląc, że dzięki temu być może znajdziesz się na playlistach?
- Jednym z kompromisów było pojechanie na „Eurowizję”, bo wiedziałem, że to nie jest dla mnie, ale namówiła mnie moja firma płytowa i ci, którzy chcieli to usłyszeli, a ci którzy nie, to nie. Ja wcześniej wygrałem kilka festiwali międzynarodowych, ale tam nie było kamer, więc ludzie o tym nie wiedzieli. My nie jesteśmy sportowcami i wyścigi nie są dla nas, a jedynie dla was, bo to lubicie.
Ale to była fajna przygoda na Eurowizji?
- Bardzo fajna, choć niefajne jest to, że tam głosują na siebie i są pewne kliki.
Ale to były jeszcze czasy kiedy dyrygenci nasi stali przed orkiestrą festiwalową?
- Oj nie, nawet zespół ze mną nie pojechał. Natomiast pół telewizji pojechało, to były takie czasy. Piosenka też była przydzielona jakby odgórnie, więc nie miałem na to specjalnie wpływu. Ja po prostu zostałem dobrany do piosenki Taka była wtedy kolej rzeczy. Ja bym wybrał inaczej. Sam zgłosiłem swoją piosenkę, ale nie została ona wybrana.
Wracajmy do płyty, która 9 czerwca pojawi się w Polsce?
- W Polsce 9 czerwca ukaże się album „Brothers”, czyli płyta, która powstawała przez wiele lat w Los Angeles i pierwszym ptaszkiem, czy singlem z tej płyty jest „Every Body and Soul”, czyli każde ciało i każda dusza.
Skoro tak długo powstawała ta płyta, w bólach być może też, to znaczy, że jest dopieszczona do ostatniej nuty?
- Jest dopieszczona, ale jest zostawiona luźno gdzie trzeba, po prostu jest organiczna. Tak jak los prowadził to powstawała. Czas, obyczaje, kultury, trendy jakby nie dotyczyły nas. Pracowaliśmy z chęci i z przesłaniem, żeby wrócić, żeby przypomnieć korzenie fajnej muzy i żeby podkreślić proste rzeczy, że cały rock and roll pochodzi od bluesa i że to spotkanie czarnej i białej muzyki to jest spotkanie dwóch światów. Ja zresztą spotkałem te dwa światy i jestem szczęśliwy. Dzięki mnie wszyscy się spotkaliśmy, jak się okazuje to się da pięknie połączyć i dlatego nazwaliśmy się braćmi. Mamy podobny sposób myślenia i patrzenia na świat, co jest bardzo ważne.
Tak jak mówisz, ta płyta jest organiczna, czy dużo nowinek technologicznych tam zostało wykorzystanych?
- Trochę wykorzystaliśmy. Trochę jest brzmień takich i siakich, ale głównie mamy tam brzmienia „vintage’owe”. To są brzmienia rythm and bluesowo soulowo i gospelowe.
... bo ty jesteś taki trochę „vintage’ovy”, podobnie jak i twój inny brat muzyczny Krzysztof Herdzin?
- Tak, z Krzysiem będziemy grać już niedługo i tutaj może zaproszę ludzi, którzy będą chcieli wziąć udział w nagraniu 10 czerwca w Bielsku-Białej. Zagramy w „Cavatinie” ten sam program, który graliśmy tutaj w Bydgoszczy z orkiestrą symfoniczną. Będziemy to nagrywać i jeżeli ktoś by chciał uczestniczyć w nagraniu tej płyty, to serdecznie zapraszam.
Liczysz że widownia zaśpiewa z Tobą?
- Tak.
No to szkoda, że nie był rejestrowany bydgoski koncert…
- Ale ja mam nadzieję, że jeszcze z bydgoską orkiestrą z „Capellą Bydgostiensis” zrobimy trasę koncertową, jak ruszy przebudowa waszej filharmonii i z Capellą pojeździmy po kraju, zagramy dla innych, bo świetnie się pracuje z waszą orkiestrą i z waszą filharmonią.
Mietek Szcześniak. Fot. Julia Górska
Również cała płyta będzie taka mocna, ekspresyjna, dynamiczna?
- Ona jest bardzo różna. Jest parę ballad, jest parę utworów szybkich, które różnie się bujają. Są piosenki gdzie grają tylko muzycy amerykańscy, ale są też takie, w których gra Marcin Pospieszalski na basie i Paweł Zarecki na instrumentach klawiszowych, to są ludzie, którzy ze mną współpracują od zawsze. Czyli tutaj też „Brothers”, polscy „Brothers”. Są też ballady piękne, tak więc zapraszam państwa 9 czerwca startujemy.