Profesor Piotr Nardelli

2026-02-26
Profesor Piotr Nardelli. Fot. Simona Skrebutėnaitė/Balet Opery Nova

Profesor Piotr Nardelli. Fot. Simona Skrebutėnaitė/Balet Opery Nova

Polskie Radio PiK – Zwierzenia przy muzyce – Profesor Piotr Nardelli

Legendarny baletmistrz, pedagog i wieloletni współpracownik Maurice'a Béjarta, dla którego przygoda z baletem trwa całe życie.

„...w siedemdziesiątym trzecim roku znalazłem się w Brukseli w zespole Maurice’a Béjarta, tu nastąpiła sprawa tragiczna, mianowicie, żeby jechać do Ameryki, do Japonii, gdziekolwiek, paszport musiał być ważny nie krócej niż 6 miesięcy. Więc to było dużym problemem, ale jakoś sobie tam dałem radę (...) Zespół Béjarta widziałem dwukrotnie w Polsce jako szczeniak i muszę powiedzieć, że po prostu było to marzenie, ale nieosiągalne. We śnie tylko mi się wydawało, że jest to możliwe (...) on był taką osobą, miał niesamowite oczy, którymi przekuwał na wylot. Nie było mi wiadomo, co on tak dokładnie myśli. Natomiast jeżeli kogoś lubił i szanował, to miał bardzo dużo cierpliwości, tak jak większość ludzi, którzy jeżeli mają jakąś sympatię do kogoś, to mają tę cierpliwość. Wydaje mi się, że miał dużo do mnie cierpliwości, ale nie był osobą zgorzkniałą. Jest bardzo dużo ludzi w tańcu, którzy w jakiś sposób przestali tańczyć i są zgorzkniali i negatywni. Mnie się wydaje, że był osobą bardzo pozytywną...

Piątek, 27 lutego 2026 o godz. 20:05
Ktoś by mógł powiedzieć, że zawód tancerza jest piękny, bardzo wymagający, ale krótkotrwały. A Pan już teraz nie tańcząc, ale będąc pedagogiem z tym baletem kroczy przez życie.
- Tak, dużo ludzi ma różnorodne hobby, a moim hobby jest balet, ponieważ zajmuje większą część mojego życia, nie tylko prywatnego i w jakiś sposób niewytłumaczalny jest jeszcze moją pasją.

Profesor Piotr Nardelli. Fot. Simona Skrebutėnaitė/Balet Opery Nova
Profesor Piotr Nardelli. Fot. Simona Skrebutėnaitė/Balet Opery Nova

Ta pasja trwa wiele lat. Jaki jest Pana przepis na sukces? Przecież Pan osiągnął wyjątkowo wiele.
- Nie ma przepisu, to chyba zależy od tego, że w środku serca, duszy i ciała jest pewnego rodzaju pasja, a drugą sprawą to jest też chyba łut szczęścia. Ta pasja, to pragnienie od dzieciństwa, najpierw wykonywania tańca, a później uczenia innych, czyli wspólnie razem i pasja i pragnienie usatysfakcjonowania siebie jeszcze przy odrobinie szczęścia daje możliwość kontynuowania tego latami.

No to trzeba mieć to coś, być może nawet niezdefiniowane to coś, żeby osiągnąć aż tyle.
- Według mnie, ja nie mam tego czegoś, ale po prostu tak się stało.

Najpierw była szkoła baletowa, potem był zespół baletowy Teatru Wielkiego w Warszawie i potem wyjechał Pan z kraju. To były lata, gdzie łatwo było wyjechać z kraju?
- Nie było łatwo. To znaczy przede wszystkim do szkoły baletowej poszedłem trochę spóźniony, ponieważ nie wiedziałem zupełnie, co to jest taniec, ale byłem nieznośnym dzieckiem. Teraz to nazywa się ADHD, a wtedy nikt nie słyszał o tej przypadłości. Matka powiedziała: coś trzeba z nim zrobić. Wujek przyjechał i powiedział: może do szkoły cyrkowej. Mama się przestraszyła i powiedziała: może lepiej do baletu. I mój ojciec znał takiego słynnego dziennikarza Jerzego Waldorfa, który znał z kolei bardzo dobrze dyrektora szkoły baletowej. Był to słynny Leon Wójcikowski, który obejrzał mnie i tak się znalazłem w szkole baletowej. Chyba od samego początku polubiłem taniec, którego zupełnie nie znałem. Uspokoiłem się w domu, natomiast w szkole byłem nieznośny. Później był bardzo trudny okres, bo po dyplomie, na którym byli również dyrektorzy, z różnych teatrów, nawet zagranicznych, między innymi z Berlina i pan asystent dyrektora w Komische Oper, zaproponował mi pracę. Miałem już kontrakt do Berlina, ale był to taki okres, kiedy było potrzeba tancerzy w Teatrze Wielkim. Wtedy nie było tej ekipy międzynarodowej, tańczyli sami Polacy. Przykro mi powiedzieć, ale wtedy dyrektorem był pan Jasiński i ten pan dyrektor powiedział, że muszę wstąpić do zespołu Teatru Wielkiego i muszę odpracować szkołę baletową, bo inaczej pójdę do wojska. Zaakceptowałem oczywiście Teatr Wielki. Moim marzeniem było zostać reżyserem teatralnym i myślałem, że będę mógł rozpocząć już jakąś pracę teatralną, ale okazało się, że wtedy w Polsce nie można było pójść na reżyserię od razu. Musiałbym pójść do szkoły aktorskiej, skończyć wydział aktorski, żeby zostać reżyserem. Ale wybrałem Teatr Wielki, tam jakoś mi się poszczęściło, bo miałem świetnych pedagogów i głównego choreografa Gruzina, który troszeczkę we mnie wierzył, bo ja sam w siebie nie wierzyłem. Zaczęli mnie obsadzać w różnych rolach i wtedy nastąpił jakiś przełom w Polsce. Ten przełom nastąpił razem z nominacją Gierka. To był rok siedemdziesiąty pierwszy o ile pamiętam, po tych wszystkich rozruchach, Gomułka odszedł od władzy i Gierek, żeby się podobać społeczeństwu pozwalał na wydawanie wiz, paszportów. Ja byłem nieświadomy zupełnie, ale miałem dwóch przyjaciół aktorów. Mogę wymienić ich nazwiska: to był Mieczysław Gajda i Jerzy Nasierowski i oni powiedzieli: Piotr, nie chciałbyś zrobić takiej przejażdżki po Europie? Choć oczywiście to były ciężkie czasy, bo trzeba było wizy, wizy tranzytowe i tak dalej, to Mieczysław Gajda bardzo dobrze znał się z kardynałem Wyszyńskim i kardynał Wyszyński jakoś zainterweniował w Konsulacie hiszpańskim, a wtedy rządził Franco. Więc nie wbili nam pieczątek do paszportu, ale mieliśmy takie specjalne wizy. Jadąc do Hiszpanii, objechaliśmy pół Europy, tzn. Niemcy, Belgię, Francję, Hiszpanię i wracając na próby do Teatru Wielkiego zatrzymaliśmy się w Marsylii, bo też był ze mną Andrzej Ziemski, znakomity tancerz. W tej Marsylii sekretarz dyrektora spytał, „czy wy jesteście tancerzami, bo my potrzebujemy właśnie dwójki tancerzy. Nie chcielibyście zostać?” Wziął nas na salę i zrobiliśmy tam parę ćwiczeń. Powiedział, że jesteśmy znakomici, w co sam nie wierzyłem i w ten sposób nagle rozpocząłem pracę w Operze w Marsylii, we Francji. Po paru miesiącach powstał zespół baletowy, który się nazywał Balety Marsylskie, pod dyrekcją drugiego słynnego choreografa francuskiego Rolanda Petit. Także Andrzej Ziemski, ja, Andrzej Grzegorski i jeszcze taka nasza znajoma Helena Strzelnicka, byliśmy czwórką Polaków, którzy brali udział w stworzeniu tego zespołu.

Profesor Piotr Nardelli. Fot. Simona Skrebutėnaitė/Balet Opery Nova
Profesor Piotr Nardelli. Fot. Simona Skrebutėnaitė/Balet Opery Nova

Wyjechał Pan legalnie, czy trochę nielegalnie.
- Chciałem legalnie. Mój tata, Zdzisław Nardelli był dyrektorem Teatru Polskiego Radia i nigdy nie chciałem spowodować jakiegokolwiek problemu mojemu ojcu. W związku z tym legalnie podpisałem kontrakt w Marsylii, a i wystąpiłem do Teatru Wielkiego razem z Andrzejem Ziemskim o tak zwany roczny urlop bezpłatny. Ten urlop bezpłatny, pani dyrektor Maria Krzyszkowska nie podpisała i stwierdziła: „mowy nie ma”, że jesteśmy potrzebni w Teatrze Wielkim. Może to była ta nielegalność, więc ojciec poradził mi, żebyśmy przystąpili do PAGARTU. Była to taka agencja artystyczna, dość droga i chyba tam pani Krzyszkowska zadziałała również w tym PAGARCIE, bo oni powiedzieli: „okej, bardzo dobrze, zapraszamy pana, ale kontrakt trzeba podpisać wracając do Polski, już w Polsce”. Na to nie mogłem się zgodzić, bo miałem 23 lata i służba wojskowa była ryzykiem. Więc odpisałem, że niestety, ale rezygnuję z kontraktu w Teatrze Wielkim. Także to było wszystko legalnie. Najbardziej nielegalną sprawą, kłopotliwą sprawą, to było to, że w tamtych czasach konsulaty przedłużały nam paszporty na 3 miesiące. Jak już później, w siedemdziesiątym trzecim roku znalazłem się w Brukseli w zespole Maurice’a Béjarta, tu nastąpiła sprawa tragiczna, mianowicie, żeby jechać do Ameryki, do Japonii, gdziekolwiek, paszport musiał być ważny nie krócej niż 6 miesięcy. Więc to było dużym problemem, ale jakoś sobie tam dałem radę.

W Marsylii był Pan 2 lata?
- W sumie w Marsylii byłem rok i 2 miesiące.

I potem legendarny zespół Maurice’a Béjarta?
- Jeszcze nie. Pracowałem 5 miesięcy w Operze Paryskiej. Tam było wspaniale, bo brałem udział w produkcji na przykład „Don Kichote” i wielu innych. Także to było nadzwyczajne, ale później ci najlepsi tancerze, zostaliśmy przeniesieni do zespołu Rolanda Petit. To się zaczęło w lutym, a z początkiem lipca powinniśmy pójść na urlop i nie było to tak, jak w innych krajach, jak w Polsce, że okres wakacji był płatny, więc powiedziałem do Rolanda Petit, Andrzej Ziemski też, że niestety, ale nie widzimy siebie na bezrobociu. I wtedy Roland Petit powiedział: „nie ma problemu. Ja wam daje kontrakt do pracy w „Casino de Paris”. Także po Marsylii znalazłem się przez 3 miesiące w Casino de Paris. To była wspaniała przygoda, zupełnie nietypowa, ale wspaniała i później jednakże, nie chcę krytykować Rolanda Petit, ale coś tam mu nie odpowiadało, więc dostałem kontrakt do Opery Królewskiej w Sztokholmie. Wylądowałem w Operze Królewskiej w Sztokholmie i pani Dyrektor, która była w wielkiej przyjaźni z Béjartem, uważała, że moje miejsce i Andrzeja Ziemskiego byłoby w zespole Maurice’a Béjarta. Napisała do nas, że są wolne miejsca, żebyśmy przyjechali z tym paszportem, o którym opowiadałem, a było to prawie niemożliwe. Jeszcze był tam jakiś festiwal baletowy, także musieliśmy występować, więc odpisaliśmy telegramem, że bardzo miło, wspaniale, ale mowy nie ma. Béjart uwierzył w słowa Pani Dyrektor i przysłał nam kontrakty, nie widząc nas nigdy. Ja uważałem, że jakby mnie zobaczył, to na pewno by mnie nie zaangażował. Jednak jak przed chwileczką mówiłem o tej pasji i o szczęściu, to, to było wielkie szczęście. Zespół Béjarta widziałem dwukrotnie w Polsce jako szczeniak i muszę powiedzieć, że po prostu było to marzenie, ale nieosiągalne. We śnie tylko mi się wydawało, że jest to możliwe.

Bo to jak uchwycić Pana Boga za nogi, prawda?
- No tak, zgadza się.

No, ale jednak Maurice Béjart Pana zobaczył i pana Andrzeja Ziemskiego.
- No tak, zobaczył nas 15 sierpnia. Może byliśmy dla niego niespodzianką, ale następnego dnia rozpoczęliśmy próby, tak trudne próby, że ledwo chodziłem i chyba nas zaakceptował. Obsadzał nas w różnych rolach i Andrzej Ziemski nawet tańczył Romea w Romeo i Julii, Ognistego ptaka, ja tańczyłem troszkę mniejsze role, ale byliśmy w zespole przez długie lata.

Profesor Piotr Nardelli. Fot. Simona Skrebutėnaitė/Balet Opery Nova
Profesor Piotr Nardelli. Fot. Simona Skrebutėnaitė/Balet Opery Nova

Jak wyglądała praca z Mauricem Béjartem? Zresztą potem Pan został asystentem Béjarta.
- Muszę powiedzieć, że nie miałem osobiście żadnych problemów, to znaczy on był taką osobą, miał niesamowite oczy, którymi przekuwał na wylot. Nie było mi wiadomo, co on tak dokładnie myśli. Natomiast jeżeli kogoś lubił i szanował, to miał bardzo dużo cierpliwości, tak jak większość ludzi, którzy jeżeli mają jakąś sympatię do kogoś, to mają tę cierpliwość. Wydaje mi się, że miał dużo do mnie cierpliwości, ale nie był osobą zgorzkniałą. Jest bardzo dużo ludzi w tańcu, którzy w jakiś sposób przestali tańczyć i są zgorzkniali i negatywni. Mnie się wydaje, że był osobą bardzo pozytywną, natomiast ponieważ zrobił swoją karierę przebojowo, bo zaczynał też od ciężkich momentów, także myślę, że ta świadomość za każdym razem być na świeczniku w nim tkwiła. Za każdym razem mówił „Show Must Go On”, czyli nawet w najtrudniejszych warunkach doprowadzał do tego, że kończył przedstawienie, kończył jakąś przygodę zwycięsko.

Czy w relacjach z tancerzami on trzymał dystans?
- Wręcz przeciwnie, był bardzo otwarty i wydaje mi się, że robił to, co ja w tej chwili robię, to znaczy, oczywiście miał swoją energię, swoje pomysły i tak dalej, ale czerpał też energię z młodych. Więc był naprawdę przyjazny. Jak ktoś się do niego zwracał, a jest dużo różnych dyrektorów, do których trzeba się zapisać 3 dni wcześniej na spotkanie. Jak się spotykało Béjarta na korytarzu, pamiętam jak młoda dziewczyna, może miała 18 lat, klepała go po plecach i mówiła Maurice, on był bardzo otwarty na kontakty z tancerzami. Zresztą mówił w swoich wywiadach, że co najmniej 50% albo i więcej jego sukces to są tancerze.

I po tym czasie, kiedy już przeszedł Pan do zespołu Maurice’a Béjarta, w którym momencie przyjechał Pan do Polski, po ilu latach?
- Jak zacząłem tańczyć, udało mi się przyjechać po jakimś czasie, bo z zespołem Béjarta to już przyjechałem jako pedagog, nie jako tancerz i nie pamiętam, który to był rok. Jak przestałem tańczyć u Maurice’a Béjarta to otworzyłem wspólnie z Andrzejem Ziemskim nasze studio baletowe, które się nazywało „Balletomania”. Byliśmy dyrektorami tej szkoły przez 36 lat, ale po pierwszym roku, Béjart do mnie zadzwonił i powiedział: „Piotr, chciałbym ewentualnie ciebie zaangażować, jako profesora w mojej szkole” słynnej szkole Mudra. Było to ogromne przerażenie. Nie wiedziałem, bo w dzisiejszych czasach, żeby uczyć w jakichś szkołach trzeba posiadać 1000 dyplomów. Po tych 2 tygodniach chyba zdałem jako tako ten egzamin, bo mnie zaangażowali i byłem do końca istnienia w ogóle zespołu Béjarta i nawet szkoła jeszcze trwała rok dłużej. Do Polski po raz pierwszy przyjechałem w latach osiemdziesiątych. W pewnym momencie mi powiedział: „wiesz, jedziesz ze mną do Polski”. Na scenie Teatru Wielkiego występowałem jako narrator w tym przedstawieniu i prowadziłem lekcje. To było coś przerażającego dla mnie. Zespół był w tamtych czasach w znakomitej formie, byli znakomici tancerze i znalazłem się w tej samej sali, w której zaczynałem, robiłem pierwsze kroki jako zawodowy tancerz. A na dodatek wszyscy moi koledzy, cały zespół Teatru Wielkiego przyszli oglądać tę lekcję.

Profesor Piotr Nardelli. Fot. Simona Skrebutėnaitė/Balet Opery Nova
Profesor Piotr Nardelli. Fot. Simona Skrebutėnaitė/Balet Opery Nova

Gdzie jest dziś Pana miejsce na ziemi?
- Wydaje mi się, że w końcu taniec to jest ruch i wszyscy moi znajomi mówią: „jak ty możesz tak dużo w tych samolotach podróżować”, ale ja się bardzo dobrze czuję w powietrzu, bo wydaje mi się, że wtedy nie przynależę ani do jednego kraju, ani do jednego zespołu. Jestem taki niezależny, choć moje miejsce pozostało w Brukseli, od momentu, kiedy w siedemdziesiątym trzecim roku, czyli ponad 50 lat temu rozpocząłem jako tancerz pracę z Béjartem. Do tej pory mieszkam w Brukseli, natomiast już nie żyje Béjart, jeszcze istnieje Fundacja Maurice’a Béjarta i oni mnie za każdym razem wysyłają, żebym wystawiał jakieś jego balety, w szczególności słynne Bolero.

Zobacz także

Adam Sztaba

Adam Sztaba

Marzena Matowska

Marzena Matowska

Wojciech Zieliński

Wojciech Zieliński

Mariusz Smolij

Mariusz Smolij

Maciej Niesiołowski

Maciej Niesiołowski

Taki był rok 2025

Taki był rok 2025

Sebastian Gonciarz

Sebastian Gonciarz

Andrzej Jagodziński

Andrzej Jagodziński

Co tydzień jest okazja do spotkań z niecodzienną muzyką, z niecodziennymi gośćmi, niecodziennymi tematami...
Magda Jasińska. Fot Piotr Ulanowski

Magda Jasińska. Fot Piotr Ulanowski

„Zwierzenia przy muzyce”
zaprasza Magda Jasińska
Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W programie służącym do obsługi internetu można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Więcej informacji można znaleźć w naszej Polityce prywatności

Zamieszczone na stronach internetowych www.radiopik.pl materiały sygnowane skrótem „PAP” stanowią element Serwisów Informacyjnych PAP, będących bazą danych, których producentem i wydawcą jest Polska Agencja Prasowa S.A. z siedzibą w Warszawie. Chronione są one przepisami ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych oraz ustawy z dnia 27 lipca 2001 r. o ochronie baz danych. Powyższe materiały wykorzystywane są przez Polskie Radio Regionalną Rozgłośnię w Bydgoszczy „Polskie Radio Pomorza i Kujaw” S.A. na podstawie stosownej umowy licencyjnej. Jakiekolwiek wykorzystywanie przedmiotowych materiałów przez użytkowników Portalu, poza przewidzianymi przez przepisy prawa wyjątkami, w szczególności dozwolonym użytkiem osobistym, jest zabronione. PAP S.A. zastrzega, iż dalsze rozpowszechnianie materiałów, o których mowa w art. 25 ust. 1 pkt. b) ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych, jest zabronione.

Rozumiem i wchodzę na stronę