Mariusz Smolij

2026-01-16
Mariusz Smolij w studiu Polskiego Radia PiK. Fot. Maga Jasińska/PR PiK

Mariusz Smolij w studiu Polskiego Radia PiK. Fot. Maga Jasińska/PR PiK

Polskie Radio PiK – Zwierzenia przy muzyce – Mariusz Smolij

Dyrygent i skrzypek mieszkający w Stanach Zjednoczonych, od wielu lat współpracujący z orkiestrą symfoniczną Filharmonii Pomorskiej w Bydgoszczy.

„...wydaje mi się, że taki idealny balans w życiu artysty, szczególnie może w późniejszych etapach naszej kariery to jest połączenie pracy jako artysta wykonawca, z pracą pedagoga. Szczególnie po jakiś latach doświadczeń mamy czym się dzielić, a najlepiej napisane książki na temat dyrygentury w 10 procentach nie oddają tego, co dyrektor powinien wiedzieć o człowieku, czy w kontakcie z innymi w jakimś takim laboratorium trochę gdzie jest zespół, gdzie jest jakiś tam mentor, który prowadzi tą drogą, którą często trudno jest ująć słowem (...) Dyrygenci, jeżeli dobrze dbają o swoje zdrowie mogą dyrygować dłużej i oczywiście głowa musi być też bardzo sprawna, bo to wszystko, co robimy naprawdę przechodzi przez nasz system mózgowy. Na razie odpukać cieszę się niezłym zdrowiem i cały czas mam oczy otwarte na nowe rzeczy. To też pomaga w tym, żeby się nie zastać...

Piątek, 16 grudnia 2026 o godz. 20:05
Jak rozpoczyna się rok, kolejny rok, to już wiemy, że będziemy mogli spotkać się z wybitnym dyrygentem, który lubi powracać do Bydgoszczy. Mariusz Smolij. Czy to prawda, że 30 lat minęło odkąd przyjeżdża Pan do Filharmonii Pomorskiej?
- Tak, właśnie tak. 30 lat przemija, rozmawiałem z dyrektorem Cezarym Nelkowskim z Filharmonii, z którym wspominaliśmy początki. Trzy dekady i jak to się pozytywnie zmieniło. Muszę przyznać, że z największą przyjemnością zawsze przyjeżdżam do Bydgoszczy i bardzo się cieszę, że jestem ponownie w tym roku.

Wyłowiła wówczas Pana dyrekcja, czyli pani dyrektor Eleonora Harendarska? Czy sam Pan wyłowił Bydgoszcz?

- Wydaje mi się, że miałem w poprzednim sezonie koncerty w Filharmonii we Wrocławiu i chyba jakieś dobre prądy popłynęły, bo nastąpił kontakt z filharmonią i tamtejszą dyrekcją. Wtedy przyjechałem po raz pierwszy, właśnie 30 lat temu do Bydgoszczy.

I tak wygląda Pana życie od tych 30 lat, że co najmniej raz do roku robi Pan taką turę po różnych fantastycznych salach koncertowych w Polsce?
- Tak, minimum raz do roku, z czego jestem dumny, zadowolony i bardzo się cieszę, że mam taką możliwość. To bardzo ważne dla artysty, dyrygenta, żeby mieć możliwość koncertowania w różnych miejscach, a dla kogoś takiego jak ja, który wyjechał z Polski wiele lat temu, te powroty mają jak gdyby jeszcze większe znaczenie i artystyczne i emocjonalne i prywatne.

Mariusz Smolij w studiu Polskiego Radia PiK. Fot. Maga Jasińska/PR PiK Mariusz Smolij w studiu Polskiego Radia PiK. Fot. Maga Jasińska/PR PiK

Ile w tym roku mija lat, od kiedy jest Pan na emigracji, a może już u siebie?
- Nie. Ja czuję się Polakiem mieszkającym w Ameryce i to jest dokładnie 40 lat. W roku 1986 roku pojechałam z kwartetem smyczkowym do Stanów Zjednoczonych.

I nieoczekiwanie Pan pozostał?
- Oczekiwanie, nieoczekiwanie?

Tę historię już państwo znają, bo pan Mariusz Smolij pozostawił tutaj żonę.
- Tak, zostawiłem tu żonę i potem musiałem robić tak zwane, jak to mówi interesy „myszki miki”, żeby w sposób nie całkiem legalny wyciągnąć moją żonę z malutkim dzieckiem, wtedy z Polski do Ameryki, ale jakoś się udało. Były oczywiście różnego rodzaju zawirowania, jak w przypadku prawie każdego emigranta, ale z czasem jakoś wszystko się ułożyło i jestem bardzo szczęśliwy z faktu, gdzie jest Polska w tej chwili. To kraj kulturalny, ekonomicznie dobrze rozwinięty, bezpieczny, piękny w porównaniu do kraju, który opuściłem. Jeszcze raz to powiem, bardzo się cieszę, że mam możliwość przyjazdu, a po drugie kontynuowania mojej drogi artystycznej również w Polsce w sposób konsekwentny, systematyczny. No i mi się wydaje z niezłymi rezultatami dla wszystkich zainteresowanych.

Kto się szybciej zaaklimatyzował w Stanach, Pan czy małżonka?
- Chyba ja, dlatego, że byłem wcześniej. Żona na początku nie pracowała, bo zajmowała się małym dzieckiem. W związku z tym jej wejście w społeczeństwo, w rynek pracy było opóźnione.

Ale jak już potem weszła, to z przytupem?
- Tak, żona skończyła studia w Akademii Muzycznej we Wrocławiu na trąbce. Po okresie ciąży, nie grania i konfrontacji ze sposobem i poziomem gry na instrumentach dętych blaszanych w Ameryce, bardzo szybko doszliśmy do wniosku, że lepiej skupić się na czymś innym. Poza tym dwoje muzyków z tym samym fachem w rodzinie w Stanach, to nie najlepszy plan. Po odchowaniu syna poszła do szkoły, rozpoczęła zupełnie inne studia. Skończyła bardzo dobrą uczelnię w dziedzinie komputerowej, no i powiem, że w szczytowym momencie swojej kariery pracowała dla NASA w Houston, pracując nad projektami nowych kabin dla astronautów. W tym samym budynku spotykała się z astronautami, z topowymi inżynierami, także jej przeskok wydaje mi się i to, co jej się udało osiągnąć jest znacznie bardziej znaczące.

Ale u Pana nie ma nudy?
- No nie ma, ale ja kontynuowałem swoją ścieżkę i tam w miarę skutecznie się po tej drabince wdrapałem.

Chociaż wyjechał Pan jako skrzypek, a teraz wraca Pan do nas nie jako skrzypek, tylko jako dyrygent.
- W Polsce skończyłem studia jako skrzypek. Również dużo studiowaliśmy z kolegami muzykę kameralną, co pozwoliło nam zbudować ten zespół, który był już warty zaproszenia, warty wyjazdu na studia dyrygenckie, które wyłącznie odbywałem w Stanach Zjednoczonych. Wydaje mi się takie położenie dwóch światów, dwóch rodzajów edukacji i spojrzenia na sztukę muzyki klasycznej i sztukę dyrygencką były bardzo dobre, bo mam pewne zrozumienie różnych estetyk, czasami tego innego podejścia do analizy, do pracy. To wzbogaca nas zawsze, kiedy mamy możliwość uczenia się, jak ktoś powiedział „picia wody z dwóch różnych źródeł”, wtedy nasz organizm jest mocniejszy.

30 lat minęło, odkąd Pan przyjeżdża do między innymi Filharmonii Pomorskiej, to znaczy, że to jest trzydziesty program, który Pan prezentuje.

- Tak można powiedzieć. Niektóre utwory się powtarzają, ale ja zawsze bardzo dużo czasu spędzam nad koncepcjami nowych programów, nad tematami. Mam to szczęście, że współpracuję z wieloma świetnymi aranżerami, którzy czasami dla mnie prywatne piszą aranżacje. Obserwuję to, co się dzieje na rynku. Kiedy pojawiają się jakieś ciekawe, nowe utwory, czy nowe opracowania, staram się je zdobyć, jeżeli to możliwe. Cały czas mam oczy otwarte, głowę otwartą na nowe utwory, nowe pomysły, nowe koncepcje. Czasami w tej nowej koncepcji pojawiają się poszczególne utwory z innych tematów, ale staram się za każdym razem coś nowego wprowadzić do każdego koncertu.

I wszystko to się dzieje pod wspólnym tytułem, „American Pops”.
- Tak, to jest taki dosyć pojemny temat, który w zasadzie opisuje lekką muzykę symfoniczną, pochodzącą ze Stanów Zjednoczonych. Sama koncepcja lekkiej symfoniki, tak zwanego „American Pops”, narodziła się w Stanach Zjednoczonych w latach sześćdziesiątych. Było dwóch panów, którzy, że tak powiem rozpoczęli w sposób taki regularny granie tego typu koncertów i układanie programów z troszkę inną koncepcją programową niż tradycyjnie miało to miejsce. Pierwszy to Leroy Anderson, to był kompozytor, dyrygent, aranżer, który był szefem orkiestry radiowej w stacji NBC w Nowym Jorku. Druga postać, która sformalizowała koncepcję orkiestry powiedzmy bardziej popularnej symfonicznie był Artur Fiedler. Artur Fiedler był też dyrygentem, nie komponował, aranżował i został zatrudniony przez orkiestrę bostońskich filharmoników. Na bazie tej orkiestry stworzył orkiestrę „Boston Pops”, która składała się w większości z muzyków orkiestry, ale też miała trochę innych muzyków dochodzących, szczególnie tych, którzy grali na saksofonach i na perkusji. Stworzono serię koncertów takiej właśnie muzyki popularnej, nazwali je „Boston Pops” i bardzo szybko ten kierunek stał się bardzo popularny. Marka „Boston Symphony” i nazwisko, które było bardzo nośne, Artura Fiedlera, spowodowało to, że wielu świetnych kompozytorów i aranżerów zaczęło pisać specjalnie dla tej orkiestry. Tak zaczęła się tworzyć ciekawa biblioteka utworów symfonicznych, doskonale zaaranżowanych. Dziś zagranie koncertów muzyki tak zwanej lekkiej, popularnej wcale nie jest łatwiejsze. Łatwiejsze do słuchania, ale często stanowi poważne wyzwanie dla muzyków, bo te aranżacje są pełne różnego rodzaju wirtuozerii i wymagań. Dla orkiestry to nie jest łatwiejsza, czy mniej ciekawa forma muzyki symfonicznej.

Dla Europejczyków to jest o tyle wielkie wyzwanie, że pewien timing, który Amerykanie mają już we krwiobiegu, Europejczycy go nie mają.
- Tak jest, jest jedna stylistyka, wiele tych utworów tak zwanych popularnych, symfonicznych, wywodzi się z gatunku jazzu, wywodzi się z muzyki teatru na Broadwayu. Był okres, kiedy muzyka filmowa pochodząca z Los Angeles brzmiała zupełnie inaczej niż muzyka do filmów europejskich. Teraz to się troszkę zmienia, ale ciągle jak słuchamy wspaniałych ścieżek filmowych z lat pięćdziesiątych, sześćdziesiątych jest to zupełnie inna bajka muzyczna i nawet już w dwudziestym pierwszym wieku, tak jak pisał John Williams i inni kompozytorzy, którzy szli jego śladem. Williams uwielbia wielkie orkiestry, wielkie instrumentacje, doskonale rozumiał sposoby orkiestracji, wykorzystania barw instrumentów. Te partytury do tych najbardziej słynnych filmów jak „Gwiezdne wojny”, czy „Harry Potter” są niezwykle barwne, niezwykle brzmią szeroko. To jest po prostu symfonika przepięknie dobrana.

A w Pana pracy dyrygenckiej to wygląda tak, że przyjeżdża Pan do Polski i prezentuje ten program „American Pops”, a jednak w Stanach Zjednoczonych przygotowuje Pan zupełnie inne programy?
- Większość mojej pracy dyrygenta, to jest klasyka, ale w tej chwili wydaje mi się, że tak współczesny dyrygent, który chce pracować dla szerszej publiczności musi być wszechstronnym. W związku z tym zdarza mi się, że dyryguję małą orkiestrą kameralną z muzyką barokową, albo zespołami, które grają bardzo awangardową muzykę i wszystko pomiędzy też trochę. Z mojego doświadczenia i obserwując moich kolegów dyrygentów, to staramy się w sposób intencjonalny, trochę burzyć te bariery pomiędzy muzyką, tą tradycyjną i popularną. Na przykład często zamiast uwertury przy programie bardzo tradycyjnym, zamiast uwertury Webera czy Mozarta wybieram krótką suitę z filmu „E.T.”. Williams świetnie napisał 10-minutowy utwór z pięknymi melodiami z waltornią z niesamowitymi pasażami. Taki utwór Williamsa napisany 20 lat temu, świetnie się wkomponowuje na przykład w koncert skrzypcowy Barbera czy Czajkowskiego. Drugiej części tradycyjną symfonia klasyczną i to może kiedyś trochę dziwiło.

Gra się tam dla publiczności, bo nie macie dotacji tak jak w Polsce.
- Baza finansowa w Polsce wszystkich instytucji kulturalnych i w Ameryce jest zupełnie inna. W Stanach sytuacja zmusza nas do większej uwagi na to, co słuchacz przyjmie i za to zapłaci.

Prowadzi Pan nadal dwie orkiestry Stanach?
- Prowadzę jedną i zostałem zaproszony do Uniwersytetu Stanowego w Utah. Będę tam profesorem i będę prowadził też orkiestra akademicką. Także w tym roku jest to dla mnie trochę eksperyment, bo zawsze chciałem uczyć, bo to było coś dla mnie ciekawego. Pomiędzy koncertami miałem masę prywatnych studentów, którzy przychodzili na różnego rodzaju lekcje. W czasie lata byłem na różnych festiwalach, gdzie były kursy dla dyrygentów. W tej chwili, w tym roku zacząłem to robić w sposób regularny i zobaczymy, jak się kalendarz ułoży i czy będę to kontynuował czy nie, ale mam ogromną przyjemność pracy z młodymi ludźmi. Cieszę się, że taka nowa możliwość się pojawiła.

Rozpoczynając swoją drogę muzyczną, niewielu muzyków myśli o tym, żeby w przyszłości uczyć.
- Zależy jakie mamy spojrzenie na swoje możliwości, na swoją karierę i marzenia. Czasami udaje nam się podążać ścieżką marzeń. Czasami podążamy ścieżką konieczności, prawda? Ale wydaje mi się, że taki idealny balans w życiu artysty, szczególnie może w późniejszych etapach naszej kariery to jest połączenie pracy jako artysta wykonawca, z pracą pedagoga. Szczególnie po jakiś latach doświadczeń mamy czym się dzielić, a najlepiej napisane książki na temat dyrygentury w 10 procentach nie oddają tego, co dyrektor powinien wiedzieć o człowieku, czy w kontakcie z innymi w jakimś takim laboratorium trochę gdzie jest zespół, gdzie jest jakiś tam mentor, który prowadzi tą drogą, którą często trudno jest ująć słowem.

Ilu ma pan studentów?
- Mam dwie grupy studentów: zaawansowanych i początkujących. Dawid Ojstrach, wspaniały, rosyjski wirtuoz skrzypiec, który przez całą swoją karierę uczył w Moskwie, mając swoją klasę i koncertując po całym świecie, zawsze wracał i uczył. W jakimś liście czy pamiętnikach napisał, że nigdy się tyle nie nauczył w całej swojej karierze, co od swoich uczniów. To był cały ciągły proces uczenia się o tym, jak uczyć i o tym też jak grać, jak myśleć, jak patrzeć. Co ważne, co nieważne, także mam podobne odczucia, że jest to etap, może nie wczesnej emerytury artystycznej, tylko jest to etap innego podziału obowiązków, że mam się czym dzielić, ale jednocześnie otwierają się drzwi na dowartościowanie się, nauczenie się czegoś od ludzi, którzy są od nas o prawie dwa pokolenia młodsi.

Mariusz Smolij w studiu Polskiego Radia PiK. Fot. Maga Jasińska/PR PiK
Mariusz Smolij w studiu Polskiego Radia PiK. Fot. Maga Jasińska/PR PiK

Czy dla dyrygentów jest w ogóle emerytura?
- Trzeba wiedzieć, kiedy przestać i to ta decyzja, niestety musi być wcześniej podejmowana dla kogoś, kto śpiewa. Głos jest niewybaczalny. Dyrygenci, jeżeli dobrze dbają o swoje zdrowie mogą dyrygować dłużej i oczywiście głowa musi być też bardzo sprawna, bo to wszystko, co robimy naprawdę przechodzi przez nasz system mózgowy. Na razie odpukać cieszę się niezłym zdrowiem i cały czas mam oczy otwarte na nowe rzeczy. To też pomaga w tym, żeby się nie zastać.

A jak Pan dba o zdrowie?
- Regularnie biegam lub pływam, chodzę na siłownię. A poza tym mam swój taki zestaw ćwiczeń, których nauczyłem się od wielu mądrzejszych ludzi ode mnie. To jest też coś nowego, co wprowadziłem na tym Uniwersytecie i się bardzo dobrze przyjęło wśród studentów i nawet kilku pedagogów przychodzi czasami na moje zajęcia. Kończymy szkołę podstawową, średnią i wyższą i uczymy się o wielu różnych ciekawych rzeczach, niektórych bardziej związanych z tym, co nam się w życiu przyda, niektórych zupełnie niezwiązanych z tym, co nam się w życiu przyda. Ale nie pamiętam kiedykolwiek, żeby były zajęcia w jakiekolwiek szkole na jakimkolwiek etapie o tym, jak używać swojego ciała.

Zobacz także

Marzena Matowska

Marzena Matowska

Wojciech Zieliński

Wojciech Zieliński

Maciej Niesiołowski

Maciej Niesiołowski

Taki był rok 2025

Taki był rok 2025

Sebastian Gonciarz

Sebastian Gonciarz

Andrzej Jagodziński

Andrzej Jagodziński

Klaudia Kaczyńska

Klaudia Kaczyńska

Gosia Stępień

Gosia Stępień

Co tydzień jest okazja do spotkań z niecodzienną muzyką, z niecodziennymi gośćmi, niecodziennymi tematami...
Magda Jasińska. Fot Piotr Ulanowski

Magda Jasińska. Fot Piotr Ulanowski

„Zwierzenia przy muzyce”
zaprasza Magda Jasińska
Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W programie służącym do obsługi internetu można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Więcej informacji można znaleźć w naszej Polityce prywatności

Zamieszczone na stronach internetowych www.radiopik.pl materiały sygnowane skrótem „PAP” stanowią element Serwisów Informacyjnych PAP, będących bazą danych, których producentem i wydawcą jest Polska Agencja Prasowa S.A. z siedzibą w Warszawie. Chronione są one przepisami ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych oraz ustawy z dnia 27 lipca 2001 r. o ochronie baz danych. Powyższe materiały wykorzystywane są przez Polskie Radio Regionalną Rozgłośnię w Bydgoszczy „Polskie Radio Pomorza i Kujaw” S.A. na podstawie stosownej umowy licencyjnej. Jakiekolwiek wykorzystywanie przedmiotowych materiałów przez użytkowników Portalu, poza przewidzianymi przez przepisy prawa wyjątkami, w szczególności dozwolonym użytkiem osobistym, jest zabronione. PAP S.A. zastrzega, iż dalsze rozpowszechnianie materiałów, o których mowa w art. 25 ust. 1 pkt. b) ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych, jest zabronione.

Rozumiem i wchodzę na stronę