Pianista, twórca legendarnego tria z Czesławem „Małym” Bartkowskim na perkusji i Adamem Cegielskim na kontrabasie. Od ponad 40 lat współpracuje z Ewą Bem. Niedawno ukazała się jego najnowsza płyta „Jagodziński – Wołek”.
„... każdy, kto czyta tę poezję, może kreować przekaz tego tekstu na swój własny indywidualny sposób. To samo co dzieje się w jazzie. Każde wykonanie, każdy koncert jest inny, mimo, że to jest ten sam repertuar, jednak muzycy grają inaczej. Różne warunki mają na to wpływ, ale jest to niewątpliwie sztuka zmienna i pod tym względem, muszę powiedzieć, że są to bardzo spójne sfery: i muzyka i tekst (...) muzyka jest albo dobra, albo zła. Nie jest ani jazzowa, ani klasyczna. Poza tym te oba światy chyba być może również za naszą przyczyną zbliżają się do siebie dość szybko (...) spotkanie z tą poezją to niewątpliwie jest ten nieliczny zabieg, żeby się nie nudzić. Być może można tak powiedzieć, chociaż ten pomysł jak już na początku mówiliśmy, gdzieś kręcił się za nami od dłuższego czasu...”
Piątek, 19 grudnia 2025 o godz. 20:05
Andrzej Jagodziński przywędrował do nas z płytą „Jagodziński – Wołek”. Jak doszło do tej współpracy? Bo to, że znacie się z Janem Wołkiem wiele lat, to ten fakt możesz jedynie potwierdzić?
- Tak, znamy się niewątpliwie, jesteśmy w podobnym wieku, więc myślę, że kilkadziesiąt lat już wpadaliśmy na siebie, ale dopiero teraz wpadliśmy tak intensywniej.
I kto wpadł na ten genialny pomysł, żeby przygotować cały program na tę płytę?
- Jak zwykle wszystko działo się przypadkowo. Któregoś dnia spotkaliśmy się z Janem Wołkiem na koncercie. Pojawiała już się taka myśl wielokrotnie takiego projektu w czasie naszych rozmów, więc postanowiliśmy wreszcie go zrealizować. Nie potrafię powiedzieć kiedy, nie potrafię powiedzieć dlaczego. Prawdopodobnie jak zwykle różne projekty pojawiają się przypadkowo.
To jest projekt koncertowy, czy najpierw myśleliście o nagraniach?
- Powiem szczerze, że jeszcze tego nie ogrywaliśmy koncertowo. Na razie jest to projekt płytowy. Udało nam się tę płytę nagrać, natomiast jeżeli zdarzą się koncerty, to będzie tam bardzo miło i spróbujemy.
Andrzej Jagodziński. Fot. Sławek Wąchała/nadesłane
Co było pierwsze: jajo czy kura? Czyli co było pierwsze tekst, czy pisałeś muzykę do tekstu? Czy Jan Wołek pisał teksty do Twojej muzyki? Chociaż tutaj mamy jeden utwór, który raczej nie wyszedł z pod Twoich palców, „Bezdźwięczni”.
- „Bezdźwięczni” to jest parafraza arii operowej Bizeta z „Poławiaczy pereł”. Balansujemy od lat na granicy klasyki i jazzu i tym razem też znalazł się utwór klasyczny. Prawdopodobnie niewykorzystywana nigdzie aria w tej naszej jazzowej sferze. W momencie, kiedy pomysł nabrał realnych kształtów, wyciągnąłem z szuflady kilka kompozycji, które były po prostu kompozycjami stricte jazzowymi. Jak się później okazało Jan Wołek, woli pisać do muzyki, jako poeta, twórca i powiem szczerze, że zrobił to w sposób zadziwiający, ponieważ mimo, że muzyka była pierwsza i niełatwa, to jednak teksty są zadziwiająco zespolone z tą naszą muzyką, z tym jazzem. I jak gdyby wzmacniają ten naturalny puls, mimo że była muzyka pierwsza, więc muszę powiedzieć, że tekst odgrywa tutaj bardzo ważną rolę. Dzięki temu ta płyta nabiera bardzo nietypowego wymiaru.
A było Ci to obojętne, czego będą dotyczyły te historie, czego będzie dotyczył ten tekst jeden czy drugi, czy kolejny?
- Nie wtrącałem się, bowiem odpowiedzialność spada całkowicie na poetę, którego przecież znałem, wiedziałem co pisze, nieraz grywałem utwory z jego tekstami, różnych jazzmanów i nie tylko. Także uważam Jana Wołka za jazzowego poetę, jeżeli można tak go nazwać. Zresztą w komentarzu do swojego ostatniego tomiku poezji pod tytułem „Ktokolwiek”, Janek pisze, że dla niego poezja jest stanem permanentnego napięcia. I dalej również o ile dobrze sobie przypominam pisze, że każdy odbiorca, każdy, kto czyta tę poezję, może kreować przekaz tego tekstu na swój własny indywidualny sposób. To samo co dzieje się w jazzie. Każde wykonanie, każdy koncert jest inny, mimo, że to jest ten sam repertuar, jednak muzycy grają inaczej. Różne warunki mają na to wpływ, ale jest to niewątpliwie sztuka zmienna i pod tym względem, muszę powiedzieć, że są to bardzo spójne sfery - i muzyka i tekst.
To ja może zacytuję, skoro tak cytujemy już Jana Wołka. To fragment tak zwanego wstępniaka na płytę: „… nie piję, ale gdybym miał się napić to tylko z jazzmanami. Jazz kocham, szanuję, słucham i mam nadzieję, rozumiem, czego dowodzę pracując z muzykami jazzowymi (chcę wierzyć, że skutecznie i z satysfakcją dla obu stron, a nawet więcej.) Czyli to jest potwierdzenie tego, co mówiłeś.
- W pewnym sensie tak, rzeczywiście odczuwamy to tak samo.
Andrzej Jagodziński. Fot. Magda Jasińska/PR PiK
Czy ta muzyka, muszę dodać, skomplikowana, powiedzmy sobie szczerze, co zresztą też wcześniej powiedziałeś, nie pokomplikowała życia wokalistce Agnieszce Wilczyńskiej. To trudne piosenki powiedziałabym wręcz.
- Wyzwania trzeba podejmować. Agnieszka zgodziła się na to. Ja myślę, że jeżeli chodzi o nas twórców, czy wykonawców, to większość z nich jest w podobnym wieku. Czyli myślę, że nie powinniśmy ulegać modom. Nie powinniśmy pisać piosenek, które mają 2,5 minuty, ponieważ radio dłuższych utworów nie będzie nadawać, więc nie będziemy popularni. I w pewnym sensie trzeba po prostu być wiernym swoim ambitniejszym ideom i pomysłom. I tę płytę nazwałbym kompozycjami jazzowymi z tekstem, niekoniecznie piosenkami. To, że piosenki mają po kilka, a chyba i kilkanaście minut, to jest minus dla nas, jeżeli chodzi o popularność, ale może właśnie dlatego słuchacze, którzy chcieliby coś ambitniejszego usłyszeć, będą kupować te płyty, albo będą przychodzić na nasze koncerty, żeby mieć kontakt z tym, co stworzyliśmy. Oczywiście, że wspomniałaś o Agnieszce. Ona jest po prostu jednym z instrumentów. W tym zestawie prawdziwych instrumentów jest sporo, chociaż nie wszyscy grają we wszystkich utworach. A głos traktujemy również instrumentalnie. Poza tym jest to pełnokrwista jazzmanka, potrafi improwizować. Wszyscy jesteśmy jazzmanami i na tej płycie nie ma piosenek, tam są po prostu utwory jazzowe z tekstem.
No i trzeba przyznać, że tu mamy skład Twój ulubiony, sami przyjaciele, wieloletni współpracownicy.
- Wieloletni, oczywiście sprawdzeni, najlepiej nam się gra ze sobą, bo się znamy. Jesteśmy prawie z tego samego pokolenia, więc wiemy co robimy. Jedynym wyjątkiem jest Jacek Namysłowski, który został zaproszony jako gość specjalny. Wybrałem kompozycję Zbyszka Namysłowskiego „Jasmin Lady”. U Wołka po prostu „Jaśminowa dama”. Wybrałem tę kompozycję, ponieważ, chciałem przypomnieć, że był taki ktoś, jak Zbigniew Namysłowski. Był on kamieniem milowym naszej historii jazzowej. To muzyk o którym trzeba pamiętać, którego trzeba przypominać i te fantastyczne jego kompozycje, których napisał mnóstwo. Chciałbym, żeby to nie ginęło, nie umierało tylko, żeby istniało i żeby może następne generacje sięgały również do tego. Tak więc jedna z kompozycji jest Namysłowskiego i w związku z tym jego syn, jako gość specjalny, Jacek Namysłowski również bierze udział w tym nagraniu.
A dlaczego padł akurat wybór na tę kompozycję „Jasmin Lady”? Pamiętałeś ją? Grałeś może kiedykolwiek?
- Prawdopodobnie tak, bo ja byłem członkiem kwartetu Namysłowskiego w latach dziewięćdziesiątych, więc nie jest wykluczone, że to graliśmy.
A dlaczego „Poławiacze pereł” zostali wyciągnięci?
- No jest to piękna melodia.
Andrzej Jagodziński. Fot. Magda Jasińska/PR PiK
Ale dlaczego akurat „Poławiacze pereł”, a nie na przykład Carmen?
- Jakoś ta aria i ta melodia i ta muzyka prześladowała mnie od jakiegoś czasu. Carmen oczywiście była również transponowana na grunt jazzu przez różnych wykonawców, szczególnie „Habanera”. Ale jakoś nie miałem do tego przekonania, natomiast aria Nadira chodziła za mną od dawna.
Muzyka klasyczna zresztą jest dość elastyczną muzyka, choć chyba nie wszyscy kompozytorzy byliby zachwyceni słysząc różne przeróbki, ale myślę, że „Poławiacze pereł” jak najbardziej się bronią.
- Ja myślę, że Bizet nie miałby nic przeciwko temu, że zmieniliśmy metrum, które jest teraz na 5. Podobnie jak myślę, że chyba też nie miałaby nic przeciwko temu Chopin, którego my wykonujemy już od 30 lat.
Oj jesteście tak zwanym wzorcem dla innych chcących zabierać się za Chopina, bo to właściwie od waszej płyty, po jakimś czasie się zaczęło…
- Myślę, że muzyka jest albo dobra, albo zła. Nie jest ani jazzowa, ani klasyczna. Poza tym te oba światy chyba być może również za naszą przyczyną zbliżają się do siebie dość szybko.
Powiedzmy, że jesteś takim niespokojnym duchem, bo i był zupełnie niedawno Bach, napisałeś Requiem, napisałeś koncert fortepianowy, a nie spokojność ducha cały czas w Tobie jest, a teraz dla higieny artystycznej „Jagodziński - Wołek”, żeby się nie nudzić?
- Myślę, że spotkanie z tą poezją to niewątpliwie jest ten nieliczny zabieg, żeby się nie nudzić. Być może można tak powiedzieć chociaż ten pomysł jak już na początku mówiliśmy, gdzieś kręcił się za nami od dłuższego czasu.
Czy jeszcze w Twojej szufladzie, czy też na dyskach jest wiele innych utworów, które nie zostały przerobione na piosenki, trudne, ambitne.
- Tak, jeszcze trochę jest. No i czekamy na jakieś bardziej realistyczne myśli, które mogą pasować do tego co tam w szufladzie leży. Być może jeszcze zdołamy coś z tym zrobić.
Tylko coraz mniej zacnych autorów tekstów?
- Trochę ich zostało. Jest na przykład obok Jana Wołka jeszcze Andrzej Poniedzielski czy Wiesława Sujkowska, która zresztą napisała teksty do następnego projektu, pod tytułem „Dekalog” oparty na 10 przykazaniach. Także jeszcze trochę tych zwariowanych, ambitniejszych twórców mamy.
A jeszcze masz w głowie jakieś kolejne zwariowane projekty, nad którymi być może już pracujesz?
- Na razie różne myśli chodzą po głowie, ale jeszcze nie na tyle blisko, żeby ten pomysł złapać.
Czy masz czas na ćwiczenie, czy w ogóle tak dla siebie ćwiczysz, żeby utrzymać warsztat pracy w dobrej kondycji?
- Oczywiście codziennie co najmniej godzinę, a bardzo chętnie więcej. Mam taki zwyczaj, że wstaję rano (dziwne to jest w przypadku jazzmana), ale tak mam, wstaję rano i do tej godziny 9:00 czy dziesiątej, kiedy się zacznie już jakaś, czy to szkoła, czy jakiś wyjazd, mam 2 - 3 godziny aby się ogarnąć i poćwiczyć.
Andrzej Jagodziński. Fot. Magda Jasińska/PR PiK
A gdybym Cię miała tak zapytać, gdyby za Twoich czasów, kiedy uczyłeś się, studiowałeś, a przypomnę naszym słuchaczom, że studiowałeś na waltorni, prawda?
- Tak, klasa waltorni to była.
Gdyby było takie szkolnictwo, tyle wydziałów jazzowych jak w tej chwili, to byś również wybrał klasę waltorni w Akademii Muzycznej wówczas?
- Myślę, że nie. To, że akurat grałem i skończyłem wszystkie szczeble edukacyjne na waltorni, to był oczywiście przypadek. Natomiast wówczas oprócz wydziału jazzu i muzyki rozrywkowej w Katowicach nie było takich możliwości, że nie wspomnę już o możliwościach technicznych czy technologicznych. Gdybym w czasie mojej edukacji młodzieżowo-dziecięcej były takie możliwości, jak dzisiaj, to z pewnością poszedłbym w kierunku jazzu.