Wibrafonista, pianista, multiinstrumentalista, kompozytor, aranżer i producent. Autor muzyki filmowej i teatralnej. Niedawno ukazała się jego najnowsza płyta „Salto”.
„...płytę nagraliśmy w zeszłym roku w wakacje i w zasadzie ona była w jakimś stopniu gotowa, natomiast ja miałem takie marzenie, żeby była nagrana w totalnie jazzowym trio akustycznie, czyli kontrabas, perkusja, fortepian. Jest to nagranie, które zostało zrealizowane w studiu profesjonalnym, nie żadne jakieś kombinacje, nagrywania w miejscach domowych i tak dalej, tylko prawdziwe studio z dużym fortepianem, świetne zresztą studio. Po zagraniu całego materiału, w tym trio ja miałem takie ogromne marzenie i też wyobrażenie, że chciałem, żeby tę muzykę okrasił też DJ, ale taki DJ światowy, można powiedzieć (...) Ja bardzo lubię tę formę jaką jest teatr, ponieważ ja też bardzo interesuję się literaturą i czytam dużo i tak było chyba zawsze. Mnie to też szalenie wciąga i pochłania, ten proces inscenizacji, czyli tworzenia tego od momentu, kiedy siadamy wszyscy z aktorami, reżyserem przy stole i zaczynamy czytać i potem to się zaczyna stwarzać i aż do tego momentu, kiedy już jest ta całość, czyli przedstawienie...”
Piątek, 14 listopada 2025 o godz. 20:05
Nasi Słuchacze mogą Pana oglądać co tydzień w programie „Kuba Wojewódzki”?
- Tak. Zgadza się, to jest taka też dodatkowa część mojej pracy.
Nadal mu tam Pan się psoci?
- Tak, jestem tam w roli muzyka, ale też DJa można powiedzieć, bo współczesne programy polegają na tym, że robi się oprawę muzyczną i głównie korzystam właśnie z urządzeń DJ-owskich takich jak cdplayery czy samplery. Tak więc robię w tych programach muzykę od 24 lat. Co tydzień mamy program i tam robię oprawę muzyczną.
Ma Pan bardzo bogate CV i aż dziw, że to będzie debiut, jeśli chodzi o taką pełnokrwistą jazzową płytę.
- To prawda. Po studiach można powiedzieć pochłonął mnie teatr. Jeszcze miałem taki epizod grania z różnymi znanymi gwiazdami piosenki w Polsce, to mnie dość mocno eksploatowało, ale potem równolegle pojawił się w moim życiu teatr, z czym się związałem na całe życie myślę, bo cały czas uczestniczę w komponowaniu muzyki do teatru. Tworząc muzykę do teatru i poprzednie moje płyty, a było ich 4, były zawsze utrzymane w duchu właśnie muzyki filmowej, muzyki teatralnej, ale nigdy nie jazzowej. Chociaż zapraszałem na te płyty muzyków, którzy grali moje kompozycje i byli to w sumie muzycy głównie jazzowi.
A teraz postanowił Pan jednak troszkę zmienić stylistykę swoich kompozycji.
- Tak, to trochę takie moje marzenie, które chodziło za mną zawsze, bo jestem absolwentem Akademii Muzycznej w Katowicach na Wydziale Jazzu.
Legendarny Wydział.
- Legendarny Wydział i tam ukończyłem wibrafon, mój wspaniały, kochany instrument, na którym nie gram za często. Nie wiem w sumie, bo tak jakoś nie jest to mi po drodze, czy nie mam za bardzo pomysłu. W każdym razie bardzo lubię ten instrument, cały czas mam z nim kontakt i marzyłem o tym, żeby zrealizować taki projekt, żeby się pojawić jako kompozytor, autor, ale też jako instrumentalista i wyrazić siebie właśnie zarówno grając na fortepianie, jak i na wibrafonie. Na fortepianie gram od dziecka, na wibrafonie rozpocząłem swoją edukację w średniej szkole muzycznej, potem wybrałem ten kierunek studiów w Katowicach i marzyłem o tym projekcie bardzo długo, aż dopiąłem swego. Więc jest to takie zwieńczenie można powiedzieć mojej drogi muzycznej, bo tutaj występuje w roli muzyka jazzowego, chociaż, myślę, że czasami się zdarza, że puszczam oko do słuchacza, grając tę muzykę jazzową, ponieważ wiem, że świat muzyki jazzowej jest szalenie wyrafinowany, ale też ma ogromną konkurencję. Te porównania, ja się tego trochę zawsze boję, więc trochę poprzez tworzenie muzyki dla teatru, czy muzyki do filmu bawię się w pewien sposób muzyką jazzową i tak jak powiedziałem, puszczam oko do słuchacza, że jest w tej muzyce powietrze i dystans.
Jak zaczęłam słuchać przedpremierowo Pana płyty zatytułowanej „Salto”, a zaczyna się to wszystko od „Rajdu”, bo to jest pierwszy numer, to się trochę poczułam jak w amerykańskim klubie jazzowym, gdzie opary dymu, nie wiem czy nadal się pali w amerykańskich klubach jazzowych, gdzie opary dymu się unoszą i można posłuchać takiej rasowej, amerykańskiej muzyki jazzowej.
- No jest to na pewno takie dobre skojarzenie. „Rajd”, czyli coś szybkiego tak można było powiedzieć i tak ta płyta się zaczyna, dosyć energetycznie dynamicznie, potem przechodzi w różne kolory. Różne rodzaje, różne stany, różne stylistyki można by powiedzieć, bo jak ten tytuł „Salto” jest właśnie takim skokiem na trampolinie, trochę mieszam różne konwencje. Jako kompozytor sięgam do różnych właśnie stylów, różnych epok, różnych dekad w muzyce jazzowej, więc myślę, że usłyszymy tutaj szeroki przekrój. Pierwszy utwór jest może taki nowojorsko-jazzowo-klubowy, ale potem mamy też utwory w takim duchu muzyki modern jazz lat sześćdziesiątych, potem awangardy lat siedemdziesiątych. Nie chcę tego w żaden sposób szufladkować, bo to już oceni sam słuchacz.
Czy to jest Pana stały skład? Marcin Jadach kontrabas i Fryderyk Młynarski perkusja.
- No to są muzycy, z którymi współpracuję od wielu lat i też nawet zdarzało się, że pracowałem z nimi w teatrze, bo muzyka w teatrze też jest wykonywana na żywo. Długi czas ze sobą gramy, więc jest spore porozumienie i komfort grania z fantastycznymi muzykami, z którymi człowiek na co dzień przebywa, przyjaźni się i rozumie.
Kiedy nagrywaliście ten materiał?
- Płytę nagraliśmy w zeszłym roku w wakacje i w zasadzie ona była w jakimś stopniu gotowa, natomiast ja miałem takie marzenie, żeby była nagrana w totalnie jazzowym trio akustycznie, czyli kontrabas, perkusja, fortepian. Jest to nagranie, które zostało zrealizowane w studiu profesjonalnym, nie żadne jakieś kombinacje, nagrywania w miejscach domowych i tak dalej, tylko prawdziwe studio z dużym fortepianem, świetne zresztą studio. Po zagraniu całego materiału, w tym trio ja miałem takie ogromne marzenie i też wyobrażenie, że chciałem, żeby tę muzykę okrasił też DJ, ale taki DJ światowy, można powiedzieć. Jest taka osoba w Polsce, która się w ogóle absolutnie wymyka spośród wielu DJów. On jest niesamowitym też muzykiem. To co robi jest wielka sztuką. Wielką trzeba mieć wyobraźnię i tutaj na tej płycie wystąpi właśnie DJ Eprom, Michał Baj, który jest numer jeden w Polsce, a może i na świecie.
To odmładza tę muzykę, tak można powiedzieć.
- Odświeża tak, myślę, że wychodzi o krok do przodu, bo miałem takie wyobrażenie, żeby nie nagrać muzyki, która już w jakiś sposób była. Oczywiście, że człowiek komponując muzykę czerpie, inspiruje się jakimiś wzorami, natomiast chciałem połączyć trochę te dwa światy, więc tą taką awangardę tej współczesności dyskotekowej nazwijmy to DJ-owskiej z jazzem tradycyjnym, akustycznym.
I to „Salto” Pan tak wykonuje na płycie? Można powiedzieć, że trochę Pan się odciął od „Powidoków”, bo „Powidoki” trochę za Panem krążyły na przestrzeni lat.
- To prawda, zrodził się taki pomysł, utwór, idea, taki tytuł „Powidoki”, czyli takie stop klatki, które mamy gdzieś utrwalone w pamięci, które do nas powracają, które gdzieś głęboko w sobie nosimy i takie też były „Powidoki”, czyli tytuły moich poprzednich płyt, a było ich 4, które nawiązywały w przeszłość do zdarzeń, a nawet do pewnej biografii.
I co się takiego wydarzyło, że nie stworzył Pan kolejnego albumu z cyklu „Powidoki” – „Salto”?
- Opowiadając za każdym razem słuchaczom o poprzednich płytach, jak bywałem w studiu radiowym w różnych audycjach, to mnie dziennikarze też pytali, czy to są ostatnie „Powidoki”. Ja mówiłem za każdym razem - tak, a jednak one się otwierały i były jakieś okoliczności, które prowadziły w kontynuację. Natomiast w przypadku tej płyty postanowiłem zerwać może nie na zawsze, ale troszkę zmienić ten kierunek. Przede wszystkim tamte płyty, te Powidoki były w stylistyce filmowej, teatralnej, a tutaj chciałem zrobić taki naprawdę wyłom i zagrać jazz. W związku z tym odstawiłem nazwę „Powidoki” i postanowiłem, że będzie to „Salto”.
I chyba to był dobry pomysł na nazwanie płyty. Nie tylko Pan chyba sobie zrobił frajdę tworząc ten album, ale przede wszystkim słuchaczom, bo to jest bardzo ciekawa odskocznia od tego, co Pan robił dotychczas.
- Tak jak wspominałem, jest to moje wielkie marzenie, ponieważ mogłem tutaj się wyrazić stricte jazzowo, czyli coś, co było moim kierunkiem studiów i zawsze marzyłem o tym, żeby zagrać taką stylistykę, ale być może wszystko ma swój porządek w życiu i czas i to dojrzewało w jakiś sposób i czekało. I dobrze, że to się dzieje teraz, w tym momencie mojego życia, jako właśnie piąta płyta. Być może gdybym zaczął od jazzu, nie miałbym za wiele do powiedzenia, a myślę, że tutaj jest parę rzeczy i parę tematów i stylów, które mogą zaciekawić.
To można powiedzieć, że trochę tak dla higieny muzycznej wykonał Pan akurat taki skok?
- Dla higieny trudno mi powiedzieć. Nie chciałbym takich porównań. Po prostu marzenia, ambicje i takie zerwanie z tą przeszłością, żeby troszeczkę pójść w coś nowego.
Najwyraźniej lubi Pan płodozmian artystyczny. Gdzie Panu się lepiej tworzy do filmu, czy do teatru? Ktoś by powiedział: cóż to za różnica i to i to pod jakiś obraz, służebna muzyka, a to zupełnie chyba inaczej się pisze, prawda?
- Zgadzam się, to są dwie różne formy. Film, obraz to jest taki czas utrwalony. W teatrze się coś zdarza, jest to jakby wiele bardziej żywe, niezamknięte, jest pewien rodzaj umowności, nie dosłowności. Ten czas może być trochę dłuższy, trochę krótszy w zależności od tego jaka jest cena, jakie są emocje. No oczywiście czasami to jest wyliczone w filmie, to mamy od, do i inaczej te emocje pracują. Ja bardzo lubię tę formę jaką jest teatr, ponieważ ja też bardzo interesuję się literaturą i czytam dużo i tak było chyba zawsze. Mnie to też szalenie wciąga i pochłania, ten proces inscenizacji, czyli tworzenia tego od momentu, kiedy siadamy wszyscy z aktorami, reżyserem przy stole i zaczynamy czytać i potem to się zaczyna stwarzać i aż do tego momentu, kiedy już jest ta całość, czyli przedstawienie. Premiera i ten czas jest niesamowity, bo to jest coś w rodzaju procesów, które wchodzi się na dłuższy czas, na dni, tygodnie, miesiące i ta muzyka powstaje. Ona nie jest gotowa. A jak dostaje konkretne sceny do filmu, to już pracuje bardziej zadaniowo.
Ma Pan też swoich takich ulubionych reżyserów. A może inaczej jest Pan ulubionym kompozytorem dla niektórych reżyserów? Na przykład Agnieszka Glińska?
- Tak. Myślę, że nie wiem czy ulubionym, ale myślę, że udało nam się stworzyć sporo spektakli wspólnie i za co bardzo zresztą dziękuję, bo to jest ogromny rodzaj zaufania. Bardzo się lubimy twórczo, bo ja szalenie sobie cenię jak reżyser ma słuch do muzyki, a ona taki ma i mam też pewien rodzaj wolności takiej twórczej. To jest szalenie ważne i istotne, jak się ludzie spotykają i razem tworzą.
Jest też grupa innych reżyserów, z którymi Pan na co dzień dość często współpracuje, między innymi to jest brat.
- Między innymi brat, tak tutaj też mamy wspaniałe porozumienie, ale to dlatego chyba, że rodzina, a poza tym brat mi szalenie imponuje i tak było od dziecka, bo jest ode mnie starszy. Ja zawsze chciałem czytać , oglądać i interesowałem się wszystkim, co starszy brat Jakub. Zawsze mi imponował ale też inspirował do tego i prowokował, żebym podążał trochę za jego drogą, więc mamy jakiś pewien wspólny gust muzyczny, artystyczny.
Kłócicie się nieraz, jak pracujecie wspólnie?
- Powiem szczerze, że mamy tak bliskie relacje, że ani w życiu prywatnym, jako młodzi ludzie pewnie tak, ale już od bardzo wielu lat nie ma między nami sporów. On wie czego się może spodziewać po mnie, a ja też wiem. Pochodzimy z takiej rodziny artystycznej, o dużych korzeniach artystycznych. Rodzina z Krakowa to głównie malarze, ale też było dużo muzyki w domu. Ojciec jest też muzykiem. Już w tej chwili od wielu lat na emeryturze kontrabasista. W związku z tym te nasze wybory, one były takie jakby naturalne, że myśmy od razu poszli do szkół muzycznych. No i brat w pewnym momencie jakoś poczuł ten duch aktorski i stwierdził, że muzyka nie jest jego drogą i zaczął się realizować. Ukończył Akademię Teatralną. W tej chwili jest też oprócz bycia aktorem, też reżyserem, robi dość dużo spektakli, a ja jakoś x się zafascynowałem w wieku kilkunastu lat muzyką jazzową, muzyką improwizowaną, szalenie mi to imponowało i interesowało.