Anna Hnatowicz

2025-08-15
Anna Hnatowicz w studiu Polskiego Radia PiK. Fot. Magda Jasińska/PR PiK

Anna Hnatowicz w studiu Polskiego Radia PiK. Fot. Magda Jasińska/PR PiK

Polskie Radio PiK – Zwierzenia przy muzyce – Anna Hnatowicz

Wokalistka, autorka tekstów i kompozytorka. Niedawno wyszła jej autorska płyta „Droga”

„...początki mojej kariery były takie, że jeździłam na festiwale i konkursy. Za dzieciaka wygrywałam te festiwale, w wieku 14, 16 lat śpiewałam piosenki Łobaszewskiej i pisane specjalnie dla mnie przez włocławską poetkę, to było wieki temu, więc gdzieś tam ciągle czułam, że to nie jestem jeszcze do końca ja (...) gdzieś tam właśnie takie polskie lata osiemdziesiąte, trochę vintage. To jest ta muzyka, na której ja się wychowałam, której rodzice w ogóle w moim domu nie słuchali. Ja musiałam pokątnie chodzić sobie do koleżanek, gdzieś szukać w internecie (...) myślę, że głównym zapalnikiem do tego, żeby tworzyć swoją muzykę, były narodziny mojego dziecka

Piątek, 15 sierpnia 2025 o godz. 20:05
Ostatnio coraz częściej można Cię posłuchać w regionie i nie tylko, chociażby za sprawą płyty „Droga”. To jest Twoja droga?
- To jest moja droga. Ja się śmieję, że nie jestem „tania”. Ale żarty na bok, tak płyta „Droga” to faktycznie moja droga.

Droga przez mękę?
- No dla jednych może tak, bo z zespołu została nas garstka, z tego pierwszego składu, ale tak się śmieję, że to była droga dojrzałej kobiety. Kobiety po przejściach i kobiety wiedzącej, co chce w życiu robić.

To płyta powinna się nazywać raczej „poligon”.
- Może i tak, ale właśnie o to chodzi, że to jest droga, a nie cel. Każdy z nas ma gdzieś tam swój cel, swoje marzenia i to jest właśnie ta droga.

Anna Hnatowicz w studiu Polskiego Radia PiK. Fot. Magda Jasińska/PR PiK
Anna Hnatowicz w studiu Polskiego Radia PiK. Fot. Magda Jasińska/PR PiK

Aniu jesteś włocławianką.
- Co podkreślam na każdym kroku.

Ale jednak Bydgoszcz stanęła Ci na drodze życiowej.

- Tak, stanęła na drodze i myślę, że tu jest moje miejsce na ziemi.

Dlaczego akurat Bydgoszcz?
- Wybrałam Bydgoszcz, bo tutaj poznałam miłość swojego życia. Inaczej nie dało się, a po drugie to jest chyba dobre miejsce do tworzenia. Bydgoszcz jest „Miastem Muzyki”, na każdym kroku ta muzyka rozbrzmiewa. Mieszkam w samym centrum Bydgoszczy, ta muzyka jest gdzie się tylko nie spojrzy, więc no nie mogło być inaczej.

Jaka jest Anna Hnatowicz w 2025 roku? Oprócz tego, że „droga” oczywiście (śmiech).
- Jaka jest Anna Hnatowicz w 2025 roku? Melancholijna, ale szczęśliwa.

A to tak można pogodzić te dwa stany? Szczęściu raczej towarzyszy euforia.
- Ale to jest takie odpuszczanie, odpuszczenie zupełnie wszystkiego. Zeszły rok naprawdę był dla mnie bardzo burzliwy, bo zmagałam się z wieloma problemami. Nikt mi nie chciał wydać płyty. Odbijałam się po prostu od drzwi do drzwi, w końcu wzięłam to we własne ręce i zrobiliśmy ją z Marcinem, z moim mężem wspólnie. To jest taka pamiątka. Jak ktoś chce namacalnie kupić tę płytę, to może ją kupić bezpośrednio u mnie na koncertach, ale i jest w „streamingu”. Zeszły rok był bardzo nerwowy, było dużo grań, koncertów i ta płyta gdzieś tam też była z tyłu głowy. Bardzo to mnie pochłonęło, a w tym roku stwierdziłam, że już jestem szczęśliwa, zrobiłam to, co chciałam i czas sobie odpuścić. I tak się dzieje, to wszystko samo przychodzi, propozycje koncertów. Naprawdę jestem w szoku, że tyle tego w tym roku się dzieje, ale przyjmuje to ze spokojem i pokorą. Jestem naprawdę bardzo szczęśliwa.

Wymyśliłaś siebie i swój image jako taką „Lady in Red”.
- No tak, całe życie broniłam się przed tym kolorem, bo jednak wiadomo, że kolor czerwony kojarzy się z takim seksapilem, wampem. Odkryłam ten kolor na nowo robiąc okładkę płyty „Droga”. Wiedziałam, że to jest kolor pełen takiej pozytywnej energii, siły, kobiecości, więc nie mogło być inaczej, niż ten czerwony, który podkreślam na każdym ze swoich autorskich koncertów.

Pięknie wyglądasz.. Czy to jest ważne, żeby znaleźć pomysł na siebie?
- Tak myślę, że żebyś się kojarzyła, i odróżniała się od innych to jest ważne. Teraz wiadomo, Anna Hnatowicz to jest czerwony, silna kobieta, mocny głos. Fajnie, jak tak ludzie mnie definiują, to mi się podoba. Jednak każdy z artystów myśli o tym, żeby ta część bardzo różniąca go była identyfikacją, bo artyści muszą się wyróżniać. To, że ktoś śpiewa i koncertuje to jest jedna rzecz, ale też my musimy wyglądać na tej scenie, jakby stworzyć historię.

Na artystę składa się masa wielu spójnych rzeczy i nie wszystko da się zdefiniować. Wielu jest świetnie śpiewających wokalistów, natomiast niewielu z nich przetrwa tę próbę czasu.
- Zgadzam się. Mogą być produktem. Ja się śmieję, że prawdziwy artysta, nie chcę oczywiście nikomu tutaj ujmować w żaden sposób, ale dla mnie prawdziwy artysta, czy artystka, to jest osoba, która pisze od siebie. Te teksty nie muszą być koniecznie zgodne z jakimś planem, albo założeniem przez pisarzy i tak dalej, że muszą się wersy zgadzać. Jeżeli to wypływa prosto z serca, prosto z wrażliwości danego artysty i wspólnie z muzyką to rezonuje to faktycznie jest to prawdziwe.

Anna Hnatowicz w studiu Polskiego Radia PiK. Fot. Magda Jasińska/PR PiK
Anna Hnatowicz w studiu Polskiego Radia PiK. Fot. Magda Jasińska/PR PiK

Już teraz artysta, wokalista, wokalistka musi sama sobie pisać piosenki?
- Myślę, że w obecnych czasach właśnie coraz rzadziej się to wydarza. Mamy pełno producentów, pełno pomocy, czaty GPT, no pomału ta autentyczność zanika. Tekst może być piękny, ale jeżeli ktoś go napisał i on nie rezonuje z artystą, czy właśnie z wokalistką, czy wokalistą, to wydaje mi się, że to nie jest prawdziwe.

Nawet są pewne grupy, zespoły, które pracują nad jednym utworem.
- Słyszałam ludzi, którzy od początku do końca tworzą utwór. To cały sztab ludzi, który od początku do końca tworzy utwór, a wokalistka sobie przychodzi na koniec i nagrywa, ale ja bym tak nie umiała. Nie lubię jak ktoś mi coś narzuca. Musi być po mojemu. Wiadomo, że z Marcinem jak komponowaliśmy tę „Drogę” były zgrzyty, ale gdzieś tam wspólnymi siłami dochodziliśmy do konsensusu i te utwory wybrzmiały tak, jak i on i ja chcieliśmy.

Czy Twoje życie toczy się tak, jak sobie wymarzyłaś tam lata temu?
- Myślę, że jest lepiej, niż sobie mogłam wymarzyć.

Rzeczywiście przeskakujesz z każdym rokiem.
- Tak z każdym rokiem odkreślam ze swojej listy marzeń, te spełnione i idę dalej. No myślę, że to jest ważne, ale ostatnio podczas rozmowy z pewnym kolegą jadąc na wspólny koncert słyszę: ale ty masz na tych marzeniach daty, kiedy one muszą się spełnić? Ja na to – nie mam. A on: więc to musisz jeszcze dopisać do tych marzeń daty, bo te marzenia mogą trwać i trwać. I faktycznie to jest takie mobilizujące, żeby jakoś tam pomagać zamierzeniom.

Na tej drodze pojawiła się w zeszłym roku wygrana na konkursie „Sobą być”. Konkursie z repertuarem Zbigniewa Wodeckiego, tam właściwie oczarowałaś wszystkich, to przypadek?
- To była spontaniczna decyzja, bo się okazało, że mój kolega pianista Daniel Pradella, którego serdecznie pozdrawiam mówi: Anka. Widziałaś jest festiwal. Zgłoś się. Ja na to - jestem za stara, ale się okazało, że to był ostatni rok, w którym mogę zgłosić się na ten konkurs.

Kto wymyśla te granice wiekowe?
- No właśnie nie mam pojęcia, przecież muzyka nie zna wieku, no i zgłosiłam się, dostałam się do finałowej dziesiątki i tak poszło.

A miałaś duży problem z wyborem piosenki, bo wybrałaś piosenkę, która nie jest specjalnie osłuchana.
- Zależało mi na tym, żeby wybrać utwory, które niekoniecznie są puszczane w radiu, czy śpiewane przez większość artystów. Może odsłuchałam 10 utworów gdzieś tam na YouTubie i patrzyłam, które mają najmniejszą ilość wyświetleń i które utwory gdzieś tam rezonują z moją wrażliwością i się udało.

To można iść dwojaką drogą na taki konkurs, bo ja zapamiętałam dwa występy podczas konkursu, Twój i występ dziewczyny, która śpiewała „Chałupy Welcome To...”.
- Miałam to samo, ujął mnie tytuł konkursu „Sobą być”, więc stwierdziłam, że robimy to po swojemu, żeby pokazać część siebie w tym repertuarze. I myślę, że właśnie jury to doceniło.

Mówiłaś, że nikt nie chciał Ci wydać tej płyty. Nie jesteś pierwszą artystką, która wydaje sama płyty. Artyści nie lubią iść na kompromisy i to chyba był ten powód, że nikt nie chciał Ci wydać albumu, bo przecież nie zawartość artystyczna.
- Ciężko mi to ocenić, ale faktycznie może to być jeden z powodów, kiedy wytwórnie boją się brać już gotowy materiał, boją się określonych artystów, bo to jest artysta, który jest świadomy tego, co chce robić i jaką muzykę chcę wydawać, więc niekoniecznie tutaj można z nim negocjować. A ja na ten styl pracowałam faktycznie dobre pięć lat.

No właśnie trzeba dojrzeć?
- Oj tak, zdecydowanie. Przede wszystkim ilość koncertowania, śpiewanie i własne utwory i nawet covery, próbowanie przede wszystkim pisania piosenek, gdzie tylko się da, jak tylko się da, z kim się da. Próbowanie raz z pianistą, raz z gitarzystą, raz z zespołem, aby znaleźć tę swoją drogę. Faktycznie początki mojej kariery były takie, że jeździłam na festiwale i konkursy. Za dzieciaka wygrywałam te festiwale, w wieku 14, 16 lat śpiewałam piosenki Łobaszewskiej i pisane specjalnie dla mnie przez włocławską poetkę, to było wieki temu, więc gdzieś tam ciągle czułam, że to nie jestem jeszcze do końca ja. I rzeczywiście gdzieś tam się skumaliśmy z Marcinem, zaczęliśmy tworzyć te utwory. Początkowo z samą gitarą akustyczną. To było fajne. Później doszli muzycy. Zaczęło to brzmieć. Mówię, to jest ta droga, to jest ten kierunek, gdzieś tam właśnie takie polskie lata osiemdziesiąte, trochę vintage. To jest ta muzyka, na której ja się wychowałam, której rodzice w ogóle w moim domu nie słuchali. Ja musiałam pokątnie chodzić sobie do koleżanek, gdzieś szukać w internecie. Często było tak, że po różnych koleżankach się chodziło, które miały płyty, kasety. Moja pierwsza piosenka w wieku 12 lat była nagrywana na kasetę. Wiesz, dwa przyciski i „jechane”. Później tata mówi, a gdzie są moje piosenki biesiadne, a tam Ania śpiewa. Więc tak to wyglądało.

Anna Hnatowicz w studiu Polskiego Radia PiK. Fot. Magda Jasińska/PR PiK
Anna Hnatowicz w studiu Polskiego Radia PiK. Fot. Magda Jasińska/PR PiK

Mówiłaś, że trzeba dużo koncertować, żeby dojrzeć do pewnego momentu swojej drogi artystycznej, ale też trzeba przeżyć swoje.
- No pewnie, że tak. Trzeba się tyle razy odbić od pewnych ludzi, usłyszeć, że się nie nadajesz…

A usłyszałaś coś takiego?
- Tak słyszałam, że wygląd to nie wszystko. A my musimy wyglądać na tej scenie, musimy błyszczeć, musimy się rzucać w oczy, musimy być charakterystyczne, po prostu jakieś. Ja miałam duży problem, bo nie mam takich mocnych gór w wokalu, ale za to mam piękny falset. Zaczęłam ćwiczyć ten mocniejszy głos, to on się wzmocnił, ale wiadomo gdzie, po środku i na dole, a ta góra cały czas nie jest taka, jaką bym chciała.

A co takiego albo kto stanął na Twojej drodze, kto trochę zmienił kierunek Twojego podążania do celu? Oprócz męża oczywiście.
- Ja myślę, że głównym zapalnikiem do tego, żeby tworzyć swoją muzykę, były narodziny mojego dziecka. A przede wszystkim ta ciężka ciąża. Ciężki okres to był dla mnie, bo musiałam zmierzyć się z tym, że nie mogę koncertować. Wszystko było bardzo zagrożone dla mnie i dla Jasia w brzuszku, więc miałam bardzo dużo czasu na myślenie, co dalej ze mną. Czego chce od życia? Czy ja nadal się nadaje do pracy na etacie, jak wrócę?No i takie podjęłam kroki. Na początku było ciężko rozkręcić od tak z dnia na dzień koncerty, ale się udało. Udało się i jestem wdzięczna właśnie Jankowi, co też napisałam w liście. Kiedy występowaliśmy na festiwalu w Opolu podczas Debiutów, każdy z uczestników pisał list i te listy trafiły do Muzeum Polskiej Piosenki. Jak Janek będzie chciał za „x” lat zobaczyć, co mamusia do niego napisała, to może mu pozwolą otworzyć.

Zobacz także

prof. Paweł Rajewski

prof. Paweł Rajewski

Aga Derlak

Aga Derlak

Mieczysław Szcześniak

Mieczysław Szcześniak

Anna Ruttar

Anna Ruttar

Cezariusz Gadzina

Cezariusz Gadzina

Co tydzień jest okazja do spotkań z niecodzienną muzyką, z niecodziennymi gośćmi, niecodziennymi tematami...
Magda Jasińska. Fot Piotr Ulanowski

Magda Jasińska. Fot Piotr Ulanowski

„Zwierzenia przy muzyce”
zaprasza Magda Jasińska
Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W programie służącym do obsługi internetu można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Więcej informacji można znaleźć w naszej Polityce prywatności

Zamieszczone na stronach internetowych www.radiopik.pl materiały sygnowane skrótem „PAP” stanowią element Serwisów Informacyjnych PAP, będących bazą danych, których producentem i wydawcą jest Polska Agencja Prasowa S.A. z siedzibą w Warszawie. Chronione są one przepisami ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych oraz ustawy z dnia 27 lipca 2001 r. o ochronie baz danych. Powyższe materiały wykorzystywane są przez Polskie Radio Regionalną Rozgłośnię w Bydgoszczy „Polskie Radio Pomorza i Kujaw” S.A. na podstawie stosownej umowy licencyjnej. Jakiekolwiek wykorzystywanie przedmiotowych materiałów przez użytkowników Portalu, poza przewidzianymi przez przepisy prawa wyjątkami, w szczególności dozwolonym użytkiem osobistym, jest zabronione. PAP S.A. zastrzega, iż dalsze rozpowszechnianie materiałów, o których mowa w art. 25 ust. 1 pkt. b) ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych, jest zabronione.

Rozumiem i wchodzę na stronę