Młody kompozytor, bydgoszczanin, pedagog Akademii Muzycznej w Bydgoszczy. Niedawno zwycięzca konkursu FMF (Festiwalu Muzyki Filmowej) „Young Talent Award”! Laureat 13. edycji międzynarodowego konkursu dla młodych twórców muzyki filmowej. Najlepiej poradził sobie z zadaniem, jakim było skomponowanie muzyki do jednej ze scen z filmu pt. „Jestem Celine Dion”.
„...podczas festiwalu muzyki filmowej jest faktycznie organizowanych kilka konkursów, w tym ten najbardziej znany i upragniony, czyli „Young Talent Award”. Dodatkowo są konkursy na najlepszą ścieżkę dźwiękową roku, ale tych konkursów jest kilka (...) dostaliśmy zadanie skomponowania muzyki do fragmentu otwierającego film pod tytułem „Jestem Celine Dion” w reżyserii Irene Taylor. I faktycznie był to taki fragment, dla mnie to był łatwy fragment, ale niektórzy narzekali, jak można było taki trudny fragment dać, bo się za dużo nie działo. No ale właśnie zależy jak się na to spojrzy. Był tam fragment otwierający, widzimy napisy, a już Celine Dion, kilka sekwencji, kilka obrazków z podróży i ostatnia scena jak widzimy piosenkarkę we własnej osobie, która zaprowadza nas do swojego domu, tam się wita ze swoim synem i … cięcie”
Piątek, 27 czerwca 2025 o godz. 20:05
Wyjdźmy z naszą rozmową od słowa - bydgoszczanin, który odkrył u siebie talent muzyczny, czy ktoś to odkrył. np. pani przedszkolanka, a może rodzice?
- Zdecydowanie rodzice. Mama była moją pierwszą nauczycielką fortepianu. To dosyć klasyczna historia, jeżeli chodzi o początek edukacji muzycznej, bo w wieku 5 lat po prostu poprosiłem mamę, żeby nauczyła mnie grać na pianinie. Moja mama jest pianistką, nauczycielką fortepianu, a moi rodzice pracują w MDK-u już bardzo długo i się dosyć mocno udzielają muzycznie na różnych polach. Tata gitarzysta, lider zespołu „Własny port”, zespołu szantowego z Bydgoszczy. Więc poprosiłem: „mamo, naucz mnie grać na pianinie, chciałbym umieć”, a że to szło całkiem przyjemnie na początku, to była szkoła muzyczna, potem cała edukacja 12-letnia w tych samych murach.
To tak hartuje i przybliża do tej instytucji, którą jest szkoła, prawda?
- Zdecydowanie. Zresztą teraz szkoła muzyczna będzie obchodziła stulecie swojej działalności i nie wyobrażam sobie, żeby mogło mnie nie być na balu i podczas całego dnia, całego tego święta. Także mam nadzieję, że nic się nie wydarzy po drodze takiego, co mi to uniemożliwi.
Mikołaj Gąsiewski w studiu Polskiego Radia PiK. Fot. Magda Jasińska/PR PiK
Kończył Pan fortepian klasyczny w klasie?
- No miałem w drugim stopniu dwoje nauczycieli. Była to pani Agata Gumiela i pan Piotr Kępiński, od każdego wyciągałem to, co mi dawali, a w każdym razie starałem się. Tak z perspektywy czasu, to się na to patrzy inaczej. Dzisiaj mogę dużo więcej od nich wyciągnąć tego, co mi mówili 15 lat temu.
Wtedy się też nie zawsze chciało ćwiczyć.
- Pewnie, że tak. Ja jeszcze mam taki nie wiem, rodzaj inteligencji, taki rodzaj pracy, że jeżeli mam nad sobą poczucie obowiązku, to nie zawsze mi się to podoba.
Czyli jest potrzebny deadline?
- Zdecydowanie.
I dlatego wybrał Pan Poznań, żeby odskoczyć trochę od tego środowiska, żeby po prostu poznać ludzi?
- Bydgoskie środowisko jest wspaniałe, jest bardzo przyjazne, bardzo profesjonalne. No ale jeżeli dostałem się, miałem wybór pójść gdzieś indziej, to początkowo tylko dlatego wyjechałem do Poznania, żeby właśnie poznać nowych ludzi, poznać nowe środowisko, zaznać trochę zmiany. Jednak na ostatnim roku studiów wróciłem już do Bydgoszczy.
Przy czym to nie była klasyka, a rozrywka i jazz.
- Tak, tam już do Poznania dostałem się na fortepian jazzowy i potem na drugim roku rozpocząłem kompozycję z aranżacją jazzową.
A wcześniej już Pan miał jakąś przygodę jazzową?
- Tak, jak najbardziej od końcówki podstawówki uczęszczałem do Piotra Dąbrowskiego, naszego bydgoskiego pianisty, który uczy w Pałacu Młodzieży, prowadzi też big-band, z którym była masa prób, warsztatów, koncertów, wyjazdów. To była ogromna dawka wiedzy i przygody.
Czyli żadnych warsztatów jazzowych Pan nie zaliczył?
- Byłem na warsztatach jazzowych w Puławach. Mamy w Polsce dość popularne warsztaty w Chodzieży i w Puławach. Ja raz pojechałem do Puław, a tak, to tutaj mieliśmy w Pałacu Młodzieży dużo warsztatów, z różnymi nauczycielami, więc naprawdę była to bardzo duża dawka wiedzy.
Jest Pan szczęściarzem, bo już właściwie Pana pokolenie może wybierać w wydziałach rozrywki i jazzu. Za moich czasów to tylko był jeden Wydział rozrywki i jazzu w Katowicach i tam cała chmara ludzi niezwykle zdolnych startowała na różne specjalizacje.
- I to kilka razy z rzędu, bo przecież nie było tyle miejsc. Może od 12 lat już prawie w całej Polsce są wydziały jazzu, więc można iść w tym kierunku.
Mamy wspaniałych muzyków i rozrywkowych i jazzowych, kompozytorów. aranżerów i dobrze, że mogą uczyć w różnych instytucjach.
- Naturalnie, to jest z korzyścią dla tych absolwentów. W moim przypadku wybór padł na Poznań, dlatego, że tam akurat byli ci profesorowie, których gdzieś śledziłem. Był to pan Wojciech Olszewski, to mój główny profesor od kompozycji i bardzo go zawsze pozdrawiam. Zawsze do niego dzwonię na Dzień Nauczyciela. Zawsze z jakimś sukcesem dzwonię do niego, żeby pamiętał, że to też jego zasługa, że jestem mu wdzięczny za to. A drugim wykładowcą, do którego chodziłem niby dodatkowo, ale tak naprawdę i tak wszyscy do niego chodziliśmy, to był Krzesimir Dębski i te lekcje też były bardzo wartościowe.
Trudno nauczyć kompozycji, nawet nie wiem czy to jest do końca możliwe. Czy Krzesimir Dębski to potrafi robić w taki sposób, że można uwierzyć?
- Jak najbardziej, ponieważ cała jego osobowość jest też tak barwna, że zachęca do słuchania, jest bardzo dobrym kompozytorem, nie chcę podawać kolokwialnych słów, ale po prostu humoru też nie brakuje na jego zajęciach. No za to pan Wojciech Olszewski, to jest po prostu fundament mojej wiedzy. Wydał kilka książek na temat instrumentacji, improwizacji, aranżacji jazzowej. Także to są rzeczy, do których zawsze można sięgać i studenci z tego korzystają również i ja z tego też korzystam.
To był bardzo solidny fundament, ale profesorowi Olszewskiemu już Pan mówił w trakcie studiów, że jednak tworzenie pod obraz będzie czymś, co Pana najbardziej kręci?
- To troszkę wychodziło po drodze. Na magisterce to się tak zaczęło. Także on mnie w tym bardzo wspierał i za to jestem bardzo panu profesorowi Olszewskiemu wdzięczny, że wspierał mnie w tych różnych pomysłach, które w głowie studenta się roją co pół roku, a on tego nie krytykował. On wspierał mnie, pomagał pokonać trudności techniczne, czy z oprogramowaniem komputerowym, czy z fizyką. Bo jeżeli aranżujemy coś na skład akustyczny, to musimy okiełznać fizykę. Nie możemy za dużo w dolnych częstotliwościach zapewnić atrakcji, albo w górnych. Trzeba też mieć to na uwadze i to wyważyć i w tym wszystkim pomagał mi mój profesor. Więc jeszcze raz dziękuję.
Mikołaj Gąsiewski w studiu Polskiego Radia PiK. Fot. Magda Jasińska/PR PiK
To teraz przeskoczmy sobie do Krakowa. Powrócił Pan niedawno z Krakowa z Festiwalu Muzyki Filmowej. Zwyciężył Pan w konkursie kompozytorskim dla młodych twórców.
- Tak, to słowo młody bardzo mnie cały czas cieszy i dzwoni w uszach. Podczas festiwalu muzyki filmowej jest faktycznie organizowanych kilka konkursów, w tym ten najbardziej znany i upragniony, czyli Young Talent Award. Dodatkowo są konkursy na najlepszą ścieżkę dźwiękową roku, ale tych konkursów jest kilka.
To jest w ogóle ważny festiwal?
- W Polsce to jest najważniejszy festiwal, jeżeli chodzi o muzykę filmową . W Europie, jeden z ważniejszych, jest to festiwal na skalę światową, ponieważ cała masa ludzi z Los Angeles też przyleciała i była wspaniała szansa na networking.
Ile tych młodych talentów się pojawiło w konkursie?
- Podobno zgłoszeń było ponad 120 z 24 krajów i wyłoniono finałową grupę w liczbie 12 finalistów, którzy spotkali się w Krakowie, w tym ja. I mogłem tą pozostałą jedenastkę poznać, czerpać też od nich różne doświadczenia. To byli ludzie z całego świata i ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, czy z Europy. Trzeba przyznać, że w muzyce filmowej jakoś jest mniej ludzi z Azji. W muzyce klasycznej jak najbardziej jest to bardzo silny ośrodek, szczególnie Chiny. A tutaj w świecie filmu, troszeczkę mniej.
Czy wy jeszcze raz prezentujecie swoje kompozycje, czy nie?
- No nie, to była jedna szansa dla wszystkich, którzy się zgłaszają. Dostaliśmy zadanie skomponowania muzyki do fragmentu otwierającego film pod tytułem „Jestem Celine Dion” w reżyserii Irene Taylor. I faktycznie był to taki fragment, dla mnie to był łatwy fragment, ale niektórzy narzekali, jak można było taki trudny fragment dać, bo się za dużo nie działo. No ale właśnie zależy jak się na to spojrzy. Był tam fragment otwierający, widzimy napisy, a już Celine Dion, kilka sekwencji, kilka obrazków z podróży i ostatnia scena jak widzimy piosenkarkę we własnej osobie, która zaprowadza nas do swojego domu, tam się wita ze swoim synem i … cięcie.
Czy zwycięzca tego konkursu ma szansę, żeby ten jego fragment kompozycji pojawił się rzeczywiście w filmie.
- Nie, film już jest wydany, film już jest w dystrybucji od 2024 roku, ale reżyserka Irene Taylor była w Krakowie przez cały ten czas z nami, więc miałem szansę z nią porozmawiać. Ona nie brała udziału w selekcji. Nie była też członkiem jury, a byłoby ciekawe jej spojrzenie. Ona dopiero te firmy wszystkie widziała pierwszego dnia warsztatów. Cały festiwal był poprzedzony jeszcze czterema dniami warsztatów w Lusławicach w Europejskim Centrum Muzyki Krzysztofa Pendereckiego i tam dopiero Irene Taylor widziała te filmy po raz pierwszy, omawialiśmy je w bardzo długi wieczór. Poświęciliśmy bardzo dużo czasu na te rozmowy, na komentarze, więc to było bardzo ubogacające.
Jak posłuchał Pan konkurentów, to myślał Pan, a może miał Pan nadzieję, że będzie tym najlepszym?
- No jak posłuchałem konkurentów już później to nie. Pojawiły się wątpliwości, bo tu kilku kolegów miało wspaniałe kompozycje, te wszystkie kompozycje były bardzo dobre. No ale to zawsze reżyser musi powiedzieć, dobra, biorę to, bo to mi pasuje z emocjami. Jest kilka składowych, które są bardzo subiektywne.
To jaki długi był ten fragment filmu, do którego konkursowo pisaliście muzykę?
- Trwał 3 minuty, a moja muzyka miała około półtorej minuty. Zostawiałem bardzo dużo czasu na dialogi. Wiem, że reżyserzy to troszkę lubią, także starałem się tutaj pod taki wyimaginowany brief pracować.
Czy tworzy Pan często muzykę na zasadzie kontry? To znaczy, niewiele się dzieje, to tutaj rzucę wodzę fantazji.
- Może aż tak nie, bo wtedy reżyser powie, że to nie jest płyta tylko film, więc tutaj trzeba też z tym się liczyć. Ale kontrasty, jeżeli chodzi o emocje to tak. Jest scena bardzo smutna, scena pogrzebu, śmierci, bardzo lubię wtedy usłyszeć, czy skomponować muzykę spokojną, wzruszającą, taką niewesołą ale w stylu kołysanki, bo mnie to zawsze porusza. Z drugiej strony jestem ogromnym fanem filmów Quentina Tarantino i zresztą wczoraj po koncercie w Filharmonii, żeby stres zszedł, musiałem sobie jeszcze obejrzeć „Pewnego razu w Hollywood”, czyli jeden z ostatnich jego filmów. Tam przecież wiadomo, Quentin Tarantino słynie z tego, że używa często gotowych, istniejących piosenek, ale w totalnym kontraście do tego, co widzimy. Bardzo lubię taki zabieg.
Mikołaj Gąsiewski w studiu Polskiego Radia PiK. Fot. Magda Jasińska/PR PiK
Jak rozumiem, zupełnie inaczej Pan ogląda film, skupiając się też trochę na muzyce.
- Tak, staram się zauważać i odgadnąć, co reżyser mógł mieć na myśli, dlaczego to się tam znalazło? Bo muzyki filmowej czy muzyki w ogóle klasycznej różnych kompozytorów słucham sobie samodzielnie na spotify'u, ale nie każdy z tych utworów trafi do filmu i próbuję właśnie te odpowiedzi znaleźć oglądając film.
Też nie każdy z tych utworów będzie miał swoje oddzielne życie, niekoniecznie razem z obrazem, prawda?
- Absolutnie w rzeczy samej, no to tutaj mogę zdradzić, że z mojego ostatniego filmu, do którego skomponowałem 27 utworów, dosłownie może 5 jest samodzielnych. Oczywiście, ktoś, kto jest fanem muzyki filmowej, to na pewno znajdzie jakąś rozrywkę i jakąś przyjemność w pozostałych utworach.