Proces Marka T. ruszył od nowa. Dwie spadochroniarki zginęły w Bałtyku
Przed Sądem Rejonowym w Kołobrzegu ponownie rozpoczął się proces Marka T., oskarżonego o nieumyślne naruszenie zasad bezpieczeństwa i nieumyślne spowodowanie wypadku w ruchu powietrznym. Zginęły dwie spadochroniarki. Powodem ponownego rozpoczęcia procesu była zmiana sędziego.
Pierwotny proces rozpoczął się w maju 2024 roku. Przewodniczyła mu sędzia Ewa Woźniak. Ostatnią rozprawę prowadziła w sierpniu 2025 roku. Kolejna, wyznaczona na 8 grudnia, nie odbyła się. W związku z chorobą sędzi konieczna była zmiana składu sędziowskiego i ponowne przeprowadzenie postępowania.
Powtórny proces ruszył po niemal roku pod przewodnictwem sędziego Sławomira Solnicy. 30 lipca ponownie wyjaśnienia składał oskarżony Marek T., pilot i instruktor z ponad 45-letnim stażem z województwa kujawsko-pomorskiego. Nie zmienił ich i ponownie nie przyznał się do zarzucanych czynów.
Wyjaśnienia oskarżonego
Marek T. wskazywał, że skoczkowie posiadający świadectwo kwalifikacji sami odpowiadają za swoje wyposażenie i decydują, czy podczas skoku korzystają z kamizelek ratunkowych. Przekazał też, że tego dnia odbyła się odprawa instruktorów, sprawdzano pogodę oraz monitorowano kierunek wiatru, co zakwestionowała prokuratura.
Potwierdził, że znał warunki pogodowe. Zaprzeczył, by przez cały dzień pełnił jednocześnie funkcje organizatora, pilota i wyrzucającego.
Według oskarżonego do tragicznego wypadku mogły przyczynić się decyzje skoczków, którzy byli już w powietrzu. Przyznał, że tragedia mocno go dotknęła. Zaznaczył jednocześnie, że robił wszystko, by skoki były bezpieczne.
Świadek opisał moment wypadku
W środę zeznawał świadek, który w chwili wypadku pracował w firmie Marka T. jako tandem-pilot i instruktor. Z oskarżonym współpracował przez dziewięć lat. Wypadek obserwował z lądu.
W sądzie ponownie potwierdził, że Rafał, Aleksander, Anna i Agnieszka mieli wykonać w powietrzu formację RW-4, czyli zespołowy skok z opóźnionym otwarciem spadochronu i wykonaniem figur akrobatycznych. Wskazał, że spadochroniarze mieli świadectwa kwalifikacji. Agnieszka i Ania miały pasy dociążające, aby cała czwórka mogła wykonać formację.
– Czekałem na dole na skoczków – mówił świadek w sądzie. – Obserwowaliśmy samolot, który nabierał wysokości. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że samolot może się znajdować daleko od brzegu. Miałem nadzieję, że samolot zawróci. Ale w tym momencie skoczkowie skoczyli. Do końca nie było wiadomo, czy dolecą do plaży. Finalnie dwóch chłopaków wylądowało w wodzie, ale na tyle płytkiej, że mogli sami wyjść. Ania i Agnieszka wylądowały ok. 250 m od brzegu – dodał.
Gdy skoczkowie byli jeszcze w powietrzu, świadek zadzwonił do żony Marka T., aby zaalarmowała służby ratownicze. Przed ich przyjazdem dwóch spadochroniarzy z poprzednich skoków popłynęło na ratunek kobietom. Nie udało im się ich wyciągnąć. Zrobiły to dopiero służby ratownicze.
Świadek zeznał, że nie widział odprawy ze skoczkami, sprawdzania sprzętu przez oskarżonego ani przeszkolenia dotyczącego wypinania pasów obciążających. Zaznaczył jednak, że nie oznacza to, że Marek T. tych czynności nie wykonał.
Kolejna rozprawa w październiku
Świadek nie miał wiedzy, czy któremuś ze skoczków przydzielono funkcję wyrzucającego ani czy samo otwarcie drzwi było sygnałem do skoku.
Podczas rozprawy obrona oskarżonego wniosła o przesłuchanie trojga świadków. Prokurator kołobrzeskiej prokuratury rejonowej Iwona Pluta chce, by przed sądem zeznawali obaj spadochroniarze, którzy przeżyli feralny skok, oraz biegły z zakresu katastrof lotniczych. Strony zgodziły się, by sąd nie wzywał pozostałych świadków, a jedynie odczytał ich wcześniejsze zeznania.
Kolejny termin rozprawy sędzia Solnica wyznaczył na 21 października.
Wypadek spadochroniarzy w Bałtyku
Do wypadku doszło 5 sierpnia 2019 roku. Czwórka spadochroniarzy – dwie kobiety w wieku 29 i 33 lat oraz dwóch mężczyzn w wieku 37 i 33 lat – około godz. 19.30 wyskoczyła ze spadochronami z pokładu samolotu Cessna, który wystartował z kołobrzeskiego Lotniska Bagicz.
Wszyscy po dwukrotnym wykonaniu w powietrzu gwiazdy mieli wylądować na pobliskiej plaży. Druga próba wykonania figury się nie powiodła. Skoczkowie nie złapali się za ręce, otworzyli spadochrony i z różnych wysokości oraz odległości od brzegu spadli do Bałtyku.
37-latek wylądował około trzech metrów od brzegu, a 33-latek około 30 metrów. Obaj o własnych siłach wyszli z wody. Kobiety znalazły się około 200 metrów od brzegu. Nieprzytomne zostały wyłowione przez ratowników WOPR i Brzegowej Służby Ratownictwa po około 20 minutach. Mimo reanimacji nie udało się ich uratować.
Oskarżonemu grozi do ośmiu lat więzienia.