Piątek, 19 października 2018 r.   Imieniny: Ziemowita, Jana, Pawła
Polskie Radio PiK » Rozmowa Dnia

Rozmowa dnia

Andrzej Pussak

Andrzej Pussak/fot.Materiały Instytutu Lotnictwa
Andrzej Pussak/fot.Materiały Instytutu Lotnictwa
Złe warunki atmosferyczne i małe doświadczenie pilota były przyczyną niedzielnego zdarzenia w Bydgoszczy. Samolot Cessna w ostatniej fazie lądowania zahaczył przodem o pas lotniska i uległ uszkodzeniu. Pilotującej go kobiecie na szczęście nic się nie stało. Problem wypadków lotniczych był tematem czwartkowej Rozmowy Dnia, której gościem byl Andrzej Pussak - zastępca przewodniczącego Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych.

Marcin Kupczyk: Państwowa Komisja Badania Wypadków Lotniczych bada okoliczności zdarzenia, do którego doszło w niedzielę na bydgoskim lotnisku. Jak informowaliśmy samolot typu Cessna uderzył o pas startowy i uległ uszkodzeniu. Co udało się do tej pory ustawić?

Andrzej Pussak: Właściwie zakończyliśmy wszelkie ustalenia, dlatego że samo zdarzenie lotnicze było bardzo czytelne i bardzo często występuje w procesie szkolenia lotniczego. Pani uczeń wykonywała samodzielny lot po okręgu, profil lądowania był poprawny, natomiast samo lądowanie, muszę tutaj wytłumaczyć, składa się co najmniej z kilku elementów. Po wyprowadzeniu samolotu na tak zwaną prostą do lądowania, w osi pasa, utrzymuje się lot szybowy, następnie jest tzw. wyrównanie samolotu, wytrzymanie, lądowanie, dobieg, kołowanie i hamowanie.

W ocenie świadków, wynika to również ze zdjęć monitoringu, samo lądowanie i wszystkie elementy lądowania były bardzo poprawne. Natomiast zmienne warunki atmosferyczne - raz świeci słońce, a za chwilę pada deszcz - i prawdopodobnie gwałtowny ruch powietrza tzw. turbulencja spowodowała, że samolot został skierowany poprzez przednią goleń ku ziemi. Konstrukcja samolotu jest szalenie wytrzymała, ale przednia goleń Cessny 150 nie wytrzymała zdarzenia z pasem. Samolot pochylił się na masce, zakończył dobieg na śmigle.

Jeżeli chodzi o uszkodzenia samolotu to są one znaczne i dlatego w klasyfikacji zdarzeń lotniczych zakwalifikowaliśmy je jako wypadek lotniczy, a nie wynika to z uszczerbku na zdrowiu pilotującej samolot kobiety. Służby medyczne przebadały ją na miejscu i nie stwierdziły żadnych uszkodzeń ciała. W lotnictwie jest jednak pewna żelazna zasada, że każdy z personelu latającego, który uległ zdarzeniu lotniczemu albo brał udział w zdarzeniu lotniczym musi przejść tzw. badania okolicznościowe. Ta pani wykona takie badania i będzie mogła dalej wykonywać loty.

Wracając do niedzielnego zdarzenia był to typowy błąd. Błąd powstaje na każdym etapie szkolenia lotniczego, ale zdarza się również błąd rutynowy, gdzie bardzo duże doświadczenie pilota doprowadza do takiej rutyny, że może dojść do pomyłki. Zawsze podkreślam, że błąd lotniczy nie może być utożsamiany z naruszeniem przepisów. Państwowa Komisja Badania Wypadków Lotniczych nie orzeka o winie - ma znaleźć przyczynę zdarzenia i zastosować profilaktykę. Dlatego, mimo że współpracujemy z organami ścigania - z prokuratorem i policją, w pewnym momencie nam jest "nie po drodze", bo prokurator będzie sięgał do Kodeksu karnego, a my absolutnie nie jesteśmy upoważnieni do orzekania o winie.

Panie przewodniczący, komisja bada ogromne spectrum wypadków: od zdarzeń na spadochronie, motolotni, małych samolotach po duże samoloty rejsowe i pewnie jeszcze szereg innych. Czy mają państwo dużo pracy każdego roku?

Są dwie komisje. Komisja Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego obejmuje Lotnictwo Sił Powietrznych, Marynarki Wojennej, Wojsk Lądowych, Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji (policja i Straż Graniczna). Z kolei Państwowa Komisja Badania Wypadków Lotniczych bada wszystkie wypadki poza tymi, które dotyczą lotnictwa państwowego, czyli samoloty komunikacyjne, aerokluby, ośrodki szkolenia lotniczego - wszystkie, których statki powietrzne znajdują się w Rejestrze cywilnych statków powietrznych, czyli są oznakowane symbolem SP - rejestracją przyznaną Polsce.

(...) Mamy tych wypadków bardzo dużo, bo poprzez samoloty komunikacyjne, lotnictwo "miękkie" - paralotnie, lotnie, motolotnie, balony, spadochrony...

Jakie są najczęstsze przyczyny wypadków i incydentów lotniczych?

Błąd ludzki. Przepisy lotnicze zostały szalenie zliberalizowane. Jestem zwolennikiem liberalizacji tych przepisów, ale ona musi mieć gdzieś swoje granice. Kiedyś, żeby mieć licencję zawodową trzeba było przejść proces kręcenia akrobacji, wykonywania przeciągnięć i korkociągu. W tej chwili ten etap szkolenia lotniczego jest zminimalizowany, co powoduje bardzo często niedostatki w sytuacjach awaryjnych, wynikające z braku dostatecznego treningu.

Czy zdobycie licencji pilota jest zbyt łatwe?

Uważam że, tak jak prawo jazdy, uprawnienia lotnicze - świadectwa kwalifikacji czy licencje, powinny być ogólnie dostępne, ale dla ludzi rozsądnych i dla ludzi posiadających odpowiednie wyszkolenie, zarówno praktyczne i teoretyczne. Proces kontroli w lotnictwie jest dosyć mocny w zakresie corocznych egzaminów, jak również sprawdzania wiedzy teoretycznej. Tu nie miałbym zastrzeżeń, natomiast poszedłbym z kolei w kierunku decyzji podjętych przez NTSB - Narodową Radę Bezpieczeństwa Transportu Stanów Zjednoczonych, która ostatnio coraz głośniej mówi o tym, że trzeba zrewolucjonizować cały proces szkolenia lotniczego i wrócić do doskonałych praktyk w zakresie nauki przeciągnięć i wykonywania korkociągów. Chodzi o sytuacje, kiedy brakuje paliwa, jest jeszcze wysokość, pilot ogląda się za lotniskiem i odruchowo ściąga drążek na siebie powodując zmianę kątów natarcia i samolot wpada w korkociąg. Pilot, który tego treningu nie przechodzi, w sytuacjach krytycznych nie radzi sobie z samolotem.

Czy latanie jest dla wszystkich?

Oczywiście! Jedynym czynnikiem, który może dyskwalifikować jest jedynie brak predyspozycji.
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Andrzej Pussak

Andrzej Mioduszewski

Andrzej Mioduszewski
Andrzej Mioduszewski
Czy większość w Senacie wyrazi zgodę na zarządzenie przez Prezydenta Andrzeja Dudę ogólnokrajowego referendum konsultacyjnego w sprawie konstytucji? Jak przebiegały prace nad tym wnioskiem? Czy 10 i 11 listopada Polacy będą odpowiadać na 10 prezydenckich pytań? Także o zmianach w ordynacji wyborczej dotyczącej zmiany zasad wyboru posłów do Parlamentu Europejskiego w okręgach wyborczych i wprowadzenia zasady, że w każdym okręgu wyborczym wybiera się co najmniej trzech posłów, m. in. o tym w Rozmowie Dnia. Gościem Polskiego Radia PiK był senator Andrzej Mioduszewski z PiS.

Magda Jasińska: Senat nie zajął się wnioskiem Prezydenta RP o zwołanie referendum konsultacyjnego w ważnych sprawach dotyczących Konstytucji. Dlaczego tak się stało?

Andrzej Mioduszewski: Nie dotarliśmy do tego punktu, później pojawił się wniosek o przesunięcie i to przeszło, przegłosowaliśmy ten wniosek. Opozycja była trochę przeciwna, ale głosowanie załatwia takie sprawy.

Rzecznik Prezydenta Krzysztof Łapiński stwierdził, że Prezydent Andrzej Duda liczy, że Senat da możliwość Polakom wypowiedzenia się w referendum. Jakie są na to szanse?

My senatorowie PiS mamy z tym projektem postanowienia o referendum problem. Już wczoraj się zebraliśmy w klubie senackim PiS, żeby omówić jak do tego podejść, jak głosować. Po dość mocnej dyskusji stwierdziliśmy, że nie podejmujemy tej decyzji, zostawiamy ją, wysłuchamy argumentów i dopiero wtedy zdecydujemy.

Przypomnę, że Senacka Komisja Ustawodawcza nie zarekomendowała zgody Senatu na zarządzenie przez Prezydenta referendum.

Tak, nie zarekomendowała w związku z tym, że większość senatorów PiS wstrzymała się od głosu, nie wiedząc jak do tego podejść, bo są mocne dylematy.

Co jest główną przeszkodą w rozpisaniu tego referendum?

Popieramy ideę, żeby najpierw porozmawiać z obywatelami i potem żeby to było opracowywane, a nie tak jak było w poprzedniej Konstytucji, że najpierw elity prawnicze "układały" tę Konstytucję, a potem to przedstawiano obywatelom. (...). Co do pytań nikt z PiS też nie ma zastrzeżeń. (...). Problem jest natomiast z terminem. Dobrze wiemy, że 11 listopada to jest Święto Niepodległości, w dodatku setna rocznica odzyskania niepodległości, a jeżeli to się pokryje z wyborami no to trudno będzie na przykład utrzymać ciszę wyborczą. Będą jakieś konflikty. Z góry trzeba założyć, że opozycja będzie to wykorzystywać. To święto nie będzie przebiegało tak jak by nam zależało. Więcej jest też powodów organizacyjnych, zgłasza je też Państwowa Komisja Wyborcza, nie ma ogłoszonych terminów wyborów samorządowych, ale to tak wygląda, że odbędą się w ostatnich dniach października, albo już w listopadzie, to spowoduje, że w zasadzie do urn Polacy pójdą trzy razy, w ciągu miesiąca czy trzech tygodni. To także jest właśnie duży problem organizacyjny - nie wiadomo czy te same lokale, czy te same komisje, zakładamy, że wszyscy powinni świętować, a nie siedzieć i liczyć głosy - to są te dylematy. (...). Nie ma decyzji władz politycznych, nie ma decyzji senatorów, czekamy.
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Andrzej Mioduszewski

Radosław Sajna

dr Radosław Sajna
dr Radosław Sajna
- Propozycja prezydenta Andrzeja Dudy, dotycząca referendum konstytucyjnego, to próba zerwania z postkomunizmem. Nie należy się jednak spodziewać wielkiej frekwencji - mówi dr hab. Radosław Sajna, politolog i medioznawca z bydgoskiego UKW, gość Rozmowy Dnia w PR PiK.

Marcin Kupczyk: Obecna konstytucja wymaga poprawy albo całkowitej wymiany? Tego chce prezydent Andrzej Duda.
Radosław Sajna: Można spojrzeć na to z dwóch różnych perspektyw. Z jednej strony - stabilność państwa opiera się na stabilności konstytucyjnej przepisów prawa. W USA na przykład konstytucja jest niezmiennna od ponad 200 lat, a dla porównania - republiki latynoamerykańskie często zmieniają konstytucję i nie są stabilne. Każda zmiana dla konstytucji to zmiana także reguł przepisów prawa.
Z drugiej strony - staram się rozumieć ideę zmiany konstytucji, z punktu widzenia prezydenta i współczesnej, aktualnej władzy. Chcą zerwać z postkomunizmem, a nowa konstytucja ma być niepostkomunistyczna. Aktualna jest postkomunistyczna nawet w sensie symbolicznym, bo podpisana przez prezydenta, który reprezentował symbolicznie postkomunizm, czyli przez Aleksandra Kwaśniewskiego.

Prawicy nie było w parlamencie, gdy powstawała obecna konstytucja. Nie było nas w NATO, ani w Unii Europejskiej.
- No właśnie. Trochę się zmieniło w Polsce i jest to zrozumiałe.

Powiedzmy, że senat się zgodzi i zostanie wyznaczona data referendum. Polacy wezmą w nim udział?
- Raczej wątpię. Jeśli będzie frekwencja na poziomie 10 procent, to będzie dobrze. Myślę, że zadecyduje pragmatyzm ludzi. Nie ma sensu iść na referendum, które i tak nie będzie wiążące. Przecież nie na drodze referendum zmienia się konstytucję w Polsce. Musi być dwie trzecie w parlamencie "za", a takiej większości nie uzyska się ani w aktualnym parlamencie, ani w następnym.
Poza tym to referendum jest trudne. Niewielu Polaków interesuje się na tyle polityką i ustrojem państwa, by odpowiedzieć na szereg pytań z tym związanych. Dlatego mam podpowiedź dla prezydenta, by szybko zmienił formułę i zrobił referendum online. Jak wypowie się 100 tys. osób, to będzie mógł ogłosić sukces, a jak przyjdzie 10 proc. uprawnionych do głosowania, to będzie wielka klapa (...).

Jest szansa na zakończenie obecnego sporu politycznego?
- Raczej nie. Walka o sądy to walka o wielkie interesy. Sądy mają przecież wpływ, jak te interesy będą realizowane - czy uda się zrobić pewne reformy, że jedni dużo stracą, a inni zyskają. To spór o sprawy bardzo ważne - o to, kto będzie dominował w Polsce (...).
PR PiK - Rozmowa Dnia - Radosław Sajna

Paweł Skutecki

Paweł Skutecki Fot. Archiwum
Paweł Skutecki Fot. Archiwum
Dlaczego Polska miałaby zrezygnować z obowiązkowych szczepień? Czy referendum konsultacyjne w sprawie Konstytucji RP powinno zawierać 10 pytań i czy proponowana data 10-11 listopada jest dobrym terminem do jego przeprowadzenia? Także o wyborach samorządowych. Rozmowa Dnia z Pawłem Skuteckim - posłem Kukiz'15.

Magda Jasińska: Dlaczego Polska ma zrezygnować z obowiązkowych szczepień? Pan wspiera ruchy antyszczepionkowe.

Paweł Skutecki: Nie ma ruchów antyszczepionkowych. Ja nie znam takich osób, które chciałby delegalizacji szczepień. My złożyliśmy obywatelski projekt ustawy w Sejmie podpisany przez ponad 120 tys. Polaków, który mówi o pewnym uporządkowaniu w ogóle systemu szczepień w Polsce, żeby on był logiczny i spójny, a media skupiły na tym, że chcemy braku obowiązku, na wzór tego co jest w większości krajów Unii Europejskiej. To nie jest projekt, który jest przeciwko szczepionkom czy szczepieniom, zachęcajmy - szczepmy, natomiast nie wszystkich, nie każdego, nie wszystkim! (...).

Nie przekonują pana słowa ministra zdrowia, że dobrowolność szczepień wpływa pozytywnie na populację i że stosunek korzyści do ewentualnych negatywnych skutków w przypadku stosowania szczepień wskazuje na to niosą one zdecydowanie więcej pozytywnych efektów?

Ja tego nie neguję, że jest więcej pozytywnych niż negatywnych efektów szczepień.

To może utrzymać obowiązek szczepień?

Nie możemy utrzymywać obowiązku szczepień w sytuacji, gdy ten system jest tak kulawy, kiedy lekarz nie ma czasu na zbadanie dzieciaka - o tym napisaliśmy w projekcie - żeby lekarz był zobowiązany do konkretnego wywiadu przed szczepieniem i po szczepieniu i żeby był potem ślad tego w dokumentacji medycznej, bo dziś nie ma. (...).

Komisja Europejska chce zwalczania zjawiska uchylania się od szczepień?

KE ma problemy zupełnie innej natury. Chodzi o zagrożenie epidemiologiczne w krajach, które w niekontrolowany sposób przyjęły tak wiele osób z innych kręgów kulturowych, oni mają zupełnie inne problemy. W większości krajów Unii nie ma obowiązku szczepień, a ta tak zwana "wyszczepialność" jest porównywalna do tej w Polsce.

Nawet pański klub się od pana odciął.

Klub się nie odciął od projektu, bo projekt jest obywatelski.

Mamy oświadczenie, że nie ma (klub dop. red) nic wspólnego z projektem ustawy znoszącej obowiązek szczepień.

Bo nie ma, bo to jest projekt obywatelski. Gdybyśmy chcieli zrobić projekt poselski to pewnie byśmy to zrobili, natomiast w tej kadencji jest taki układ w Sejmie jaki jest i projekty Kukiz'15 lądują w śmietniku, albo w zamrażalce (...). Mało który projekt tak szybko zdobył tyle podpisów. Mam nadzieję, że PiS zachowa się honorowo, dotrzyma słowa i nie wyrzuci projektu do kosza zanim zajmie się nim komisja. (...).

Pod jakim szyldem do wyborów samorządowych pójdzie w Bydgoszczy Kukiz'15?


W Bydgoszczy szykujemy dużą niespodziankę. O ile mnie nos nie myli to przemeblujemy lokalną scenę polityczną dość poważnie. Nie chcę zdradzać więcej szczegółów, ale nie rzucam takich słów na wiatr, bo szykujemy coś bardzo fajnego!

Ale nie idziecie w Bydgoszczy pod szyldem Kukiz'15?

Nie, w Bydgoszczy będziemy szli jako bardzo szeroka koalicja bardzo różnych ruchów obywatelskich, szyld Kukiz'15 by nam trochę dodał i trochę ujął, ale nie chcemy tego upolityczniać. (...).
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Paweł Skutecki

Wojciech Mojzesowicz

Wojciech Mojzesowicz
Wojciech Mojzesowicz
Stworzenie holdingu, który ustabilizuje rynki rolne, dopłaty do paliw dla rolników i pomoc tym, których gospodarstwa ucierpiały z powodu suszy - to część planu dla rolnictwa, ogłoszonego w środę przez ministra rolnictwa. Czego potrzeba polskiej wsi? Jak należy pomagać rolnikom? Na te i inne pytania odpowiedział gość Rozmowy Dnia, były szef resortu, rolnik i działacz rolniczy, Wojciech Mojzesowicz.


Marcin Kupczyk: Minister Jan Krzysztof Ardanowski oraz premier rządu Mateusz Morawiecki odwiedzili nasz region, byli w Głogowie pod Toruniem, gdzie złożyli kilka obietnic, a wszystkie one dotyczą pomocy rolnikom. Opracowane mają być mechanizmy kompensacji dla tych, którzy zostali dotknięci suszą tak aby jeszcze w tym roku mogli dostać pieniądze, również mechanizmy w postaci utworzenia Krajowej Grupy Spożywczej, której celem będzie pomaganie rolnikom w ich kłopotach, jak pan ocenia te pomysły?


Wojciech Mojzesowicz: Życzę ministrowi jak najlepiej, bo życzę dobrze polskiej wsi, ale chcę powiedzieć, że tutaj należałoby przejść do szczegółów, bo jeżeli nie ma co wypracować z systemu, jeżeli chodzi o pomoc suszową, dlatego że ten system był wypracowany z jedną zmianą, że gospodarstwa, które mają produkcję zwierzęcą bardzo często nie przekraczały straty 30%, w związku z tym nie trzeba nic nowego wymyślać tylko trzeba na to przeznaczyć pieniądze. Na terenie kraju mamy straty, do tej pory było tak: nieubezpieczeni dostawali 500 zł, a ubezpieczeni 1000 zł. Jeżeli są na to pieniądze, to jest proste, żadnych nowych mechanizmów nie trzeba wymyślać, tylko szybko działać, w październiku powinny pojawić się pieniądze.

Sugeruje pan, że pieniędzy może nie być?

Nie wiem, nie znam budżetu i nie mam o tym pojęcia. Jestem przekonany, że jak premier towarzyszy ministrowi to wspólnie się informują jaki jest problem, jaka jest skala, ile potrzeba pieniędzy.

Minister Jan Krzysztof Ardanowski zapowiedział podniesienie zwrotu akcyzy w paliwie rolniczym. Zwrot akcyzy zostanie podniesiony z obecnych 86 do 100 litrów paliwa rolniczego dla tych którzy nie mają produkcji zwierzęcej, a dla tych którzy mają bydło zostanie dołożone dodatkowo 30 litrów paliwa.


Każda złotówka się przyda, ale to jest tylko 14 zł do hektara, dlatego że 86 litrów to złotówka, ta decyzja to jest o 14 zł więcej, biorąc pod uwagę, że paliwo było za 4 zł, dziś jest za 5 zł, w związku z tym spokojnie państwo może to zapłacić. Jeżeli chodzi o dopłatę do produkcji zwierzęcej, ale tu mówi się tylko o bydle, to bardzo dobry kierunek, natomiast skutki finansowe niewielkie, dlatego, że pojawia się pytanie: czy 30 litrów i pełna rekompensata tych 30 litrów, bo to jest niedopowiedziane, czy 30 litrów i zwrot akcyzy? Jeżeli 30 litrów i pełna rekompensata to ponad 100 złotych, to spora kwota do każdej sztuki dużej. Jeżeli natomiast rekompensata złotówkowa - to jest 30 zł do dużej sztuki, to przy cenach wołowiny to jest trzy i pół litra paliwa.

Mateusz Morawiecki i Jan Krzysztof Ardanowski zapowiedzieli także, że z niektórych spółek skarbu państwa oraz z rynków hurtowych powstanie holding spożywczy, mowa tu była między innymi o takich przedsiębiorstwach jak Polski Cukier czy choćby Elewarr, ma to być jeden z mechanizmów, który ma wesprzeć producentów żywności. Zacytujmy jeszcze raz: "Tworzymy porozumienie gospodarcze, które ma zająć się wsparciem i stymulowaniem rynku" - mówił Jan Krzysztof Ardanowski - "do holdingu zostaną zaproszeni jako współwłaściciele polscy rolnicy".

Myślę, że pomysł bardzo dobry, natomiast każdy z tych pomysłów musi mieć pełną analizę ekonomiczną. Głównym takim motorem ma być Krajowa Spółka Cukrowa - trzeba wyraźnie dzisiaj powiedzieć, że ona jest w bardzo dobrej kondycji, natomiast dzisiaj koszt produkcji cukru jest ponad złotówkę: 1,20 - 1,25, a cukier dzisiaj sprzedaje spółka poniżej kosztów produkcji, ze względu na dumpingowe ceny występujące na rynku. Pomysł świetny, natomiast do tego wszystkiego trzeba dołożyć rachunek ekonomiczny, dlatego, że samą nazwą nie zawalczy się rynku. Według mojej oceny współwłaścicielami Krajowej Spółki Cukrowej są rolnicy, w związku z tym wszelkie decyzje o połączeniach, o przyłączeniach powinny być konsultowane z tą organizacją, z plantatorami którzy są właścicielami i pracownikami, takim właścicielem jest też skarb państwa, dlatego, że dołączanie firm, które są nierentowne byłoby zgubne, dlatego podmiotów przetwórczych, gdzie właścicielem jest skarb państwa, praktycznie już nie ma albo jest bardzo mało i trzeba wyraźnie powiedzieć, że pytanie kto by sfinansował budowanie przedsiębiorstw przetwórczych, albo kto by sfinansował odkupowanie, ale rentownych przedsiębiorstw, co nie zdarza się, bo prywatny właściciel tego nie sprzeda, ale jeżeli by sprzedawał, kto to sfinansuje? Dlatego, że ten koncern nie będzie w stanie sfinansować zakupu, przejmowania firm w których jeszcze są resztówki skarbu państwa, które nie są firmami rentownymi, bo to by się skończyło fatalnie z punktu widzenia ekonomicznego.
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Wojciech Mojzesowicz

Krzysztof Sędzikowski

Krzysztof Sędzikowski. Fot. Ireneusz Sanger
Krzysztof Sędzikowski. Fot. Ireneusz Sanger
Polski Fundusz Rozwoju i Pesa podpisały we wtorek umowę inwestycyjną, przewidującą zaangażowanie się PFR w finansowanie bydgoskiej spółki. Fundusz zainwestuje w nią prawie 300 mln zł, przejmując prawie 100 proc. akcji. Czy to koniec kłopotów bydgoskiej Pesy? Na czym ma polegać zmiana strategii rynkowej spółki? Czy Pesie uda się na czas wywiązać z wszelkich zobowiązań? M.in. o tym w Rozmowie Dnia z Krzysztofem Sędzikowskim - prezesem Zarządu Pesy.

Magda Jasińska: To była z całą pewnością informacja dnia - Polski Fundusz Rozwoju i Pesa Bydgoszcz we wtorek podpisały umowę. Fundusz zainwestuje w bydgoską spółkę prawie 300 mln zł, przejmując prawie 100 proc. udziałów w tej firmie. Panie prezesie, czy to rzeczywiście było najlepsze wyjście z tej trudnej sytuacji w jakiej znalazła się Pesa?

Krzysztof Sędzikowski: W zasadzie od zeszłego roku wiadomo, że to była jedyna droga. Pozyskanie inwestora było uzgodnione pomiędzy bankami i dotychczasowymi udziałowcami firmy. To wynikało z problemów płynnościowych w zeszłym roku i banki dały dodatkowe finansowanie pod warunkiem, że będzie dokapitalizowanie, czyli pojawi się inwestor, który do kapitalizuje spółkę i wraz z bankami poniesie pewne ryzyko związane z zarządzaniem i przyszłością tej spółki.

Aczkolwiek od początku nie myśleliście chyba akurat o tym jednym inwestorze?

Ja reprezentuje spółkę, natomiast wybór inwestora należy ściśle do udziałowców i to oni zdecydowali spośród kilku, tak jak sami mówili, inwestorów o podobnych ofertach, ale to nie jest sprawą Zarządu. Sprawą Zarządu jest przyszłość firmy, jej wyniki finansowe, ich oprawy w tej chwili natomiast taką, myślę że dobrą decyzję, podjęli udziałowcy i wybrali spośród kilku jednego inwestora.

Polski Fundusz Rozwoju jest dobrze znany Pesie, bo współpracujecie od 2016 roku...

Tak, nawet jest wspólne przedsięwzięcie, czyli firma, która leasingu je lokomotywy. Ta współpraca było dużo wcześniej, czyli Polski Fundusz Rozwoju jakby ma dużą wiedzę na temat Pesy i myślę, że to też pomogło podjąć decyzję w porównaniu z innymi inwestorami.

Po wtorkowym podpisaniu umowy pojawiły się różne komentarze. Jak czytamy eksperci powątpiewają czy ten biznes jest aż tak dobry. Pojawiła się też informacja, że to była decyzja tak naprawdę polityczna, z najwyższego szczebla politycznego.

Mi jest to nawet trudno ocenić. Powiem jasno z punktu widzenia biznesowego, takiego merytorycznego, że Pesa jest wspaniałą firmą, w którą warto zainwestować. Zbudowana z ZNTK przez ponad 20 lat firma, która ma produkty, które cieszą się powodzeniem nie tylko w Polsce i za granicą. Firma wpadła w pewne problemy z różnych powodów.

Chciwość?

Nie, nie nazwałbym tak tego. Po prostu różne biznesy - i prywatne i państwowe - przeżywają czasami problemy i Pesa wpadła w taką pętlę właśnie i kiedy brakuje gotówki, to jest trudno realizować kontrakty. To jest bardzo specyficzny biznes. On wymaga dużego finansowania, ponieważ dopiero jak skończymy budowę pociągu możemy wystawić fakturę, sprzedać ten pociąg, a wcześniej trzeba mieć pieniądze, żeby pokryć wszystkie koszty i kupić komponenty do montażu tych pojazdów. Ta specyfika biznesu powoduje, że musimy bardzo precyzyjnie nim zarządzać, czyli brać wiele pod uwagę. Jeżeli wybieramy kontrakty czy chcemy startować w przetargach musimy patrzeć, żeby nie nawarstwiła się na przykład budowa pojazdów, aby nie przekroczyć zdolności produkcyjnych, bo będziemy mieli opóźnienia. Musimy brać kontrakty, które jesteśmy w stanie wykonać. Nie możemy realizować zbyt dużo innowacyjnych kontraktów, gdzie musimy robić nowe projekty, a bardziej powtarzalne. Zresztą to, o czym teraz mówię, to są zmiany, które wprowadzamy w tej chwili, aby nie powtórzyła się taka sytuacja. Pesa jest naprawdę dobrą firmą, w którą warto zainwestować i dlatego też PFR walczył o tę firmę, bo równie dobrze mógł być to inny inwestor.

Czyli już nie będzie innowacyjnych pomysłów wdrażanych w życie?

Będą, ale w mniejszej proporcji. Innowacyjny pomysł oznacza, że musimy więcej zainwestować i rentowność uzyskujemy dopiero po kilku latach. Bardziej powtarzalne produkty oznaczają, że wykorzystujemy inwestycje, które zrobiliśmy wcześniej i rentowność powinna rosnąć. Chodzi tylko o zmianę proporcji, a nie rezygnację z innowacyjności i wykonywania nowych pojazdów i przedstawiania ich na rynku. Pesa będzie dalej to robić, tylko musimy nieco zmienić proporcje.

Czy w Polsce jest miejsce na dwie podobne firmy, macie konkurenta w postaci Newagu. Czy w przyszłości państwo nie będzie myślało o waszym połączeniu?

Ten biznes [produkcji pojazdów szynowych - dop. red.] konsoliduje się w Europie. To jest pierwsza rzecz i pewnie dalej będzie się konsolidował. Ja mam podejście bardzo rynkowe. Uważam, że jeżeli ktoś byłby monopolistą, to wówczas nie będzie efektywny. Uważam, że zawsze jest miejsce dla jednego, dwóch czy nawet trzech konkurentów i to jest dobra sytuacja - zarówno z punktu widzenia klientów, jak i samych firm. Jeśli jesteśmy monopolistą, to jakby usypia się taką rynkową czujność, a gdy potem nagle przychodzi jakiś konkurent z zewnątrz wówczas pojawiają się kłopoty. Myślę, że jest miejsce dla kilku producentów.

Na razie nie ma mowy o kolejnych zwolnieniach, mimo że jest mowa o restrukturyzacji, ale ona nie zawsze oznacza zwolnienia.

Używamy słowa "restrukturyzacja", często próbujemy go unikać. W przypadku Pesy restrukturyzacja oznacza dosyć takie, powiedzmy, radykalne zmiany, ale te radykalne zmiany akurat nie dotyczą pracowników, szczególnie pracowników produkcyjnych. Pesa może miała za duże przychody kilka lat temu, a powinna mieć przychody w okolicach 2 mld zł, takie też ma zdolności produkcyjne, aby obsłużyć mniej więcej tej wielkości montowanie pojazdów. To powoduje - jeżeli przyjmiemy takie założenie - że my nie musimy zwalniać pracowników. Czasami mamy nawarstwienia poszczególnych projektów i musimy zatrudniać ludzi z zewnątrz, nawet na kilka miesięcy. Ta restrukturyzacja nie dotyka pracowników produkcyjnych, trochę dotknęła administrację i stanowiska kierownicze, dlatego że spłaszczyliśmy strukturę, ona musi być bardziej efektywna. Musi być lepszy przepływ informacji, większa odpowiedzialność ludzi na stanowiskach kierowniczych i tutaj troszeczkę "odchudziliśmy" firmę i ona już pracuje dużo sprawniej.

Teraz chodzi o wypełnienie tego kontraktu z Deutsche Bahn, ale czy prawdą jest, że Pesa bliska jest pozyskania zamówień na kolejne pociągi ATR we Włoszech?

Myślimy o tym. Jesteśmy na rynku włoskim. Nasze pociągi sprawują się tam dobrze, jeśli chodzi o niezawodność czy dostępność tych pociągów. To naprawdę są dobre wyniki. Na pewno będziemy się zastanawiać nad kolejnymi projektami. Jednakże najpierw musimy uporządkować to, co mamy. My naprawdę mamy spory portfel zamówień w tej chwili. Wygranych kontraktów jest na około 3,5 mld zł, a tak jak powiedziałem 2 mld zł to są roczne obroty, których nie powinniśmy raczej przekraczać. Mamy portfel zamówień, myślimy o przyszłości. Będziemy się zastanawiać jak ewentualnie podejść do tego włoskiego zamówienia.W tej chwili mamy bardzo dużo kontraktów w trakcie realizacji. Ten z Deutsche Bahn, wokół którego powstało bardzo dużo mitów, ale to jest naprawdę dobry kontakt, z wielkim wysiłkiem realizujemy i doprowadzimy do końca.

Czyli teraz rozmyślne ewentualne branie kolejnych kontraktów?

Jedną ze zmian, którą wprowadziliśmy w Pesie od początku roku, w trakcie tego procesu restrukturyzacji i zmiany pewnej strategii jest to, że my nie musimy startować we wszystkich przetargach. Nabranie zbyt wielu projektów powoduje, że potem nie jesteśmy w stanie ich realizować w odpowiednim czasie, odpowiedniej jakości. W związku z tym bardzo mocno się przyglądamy. Dotyczy to klientów, ale też musimy patrzeć na cenę, czyli rentowność poszczególnych kontraktów. Musimy zarabiać pieniądze. Pesa czy byłaby dalej prywatna czy państwowa, zresztą PFR jest specyficznym funduszem, on jest funduszem publicznym, ale ma swój niezależny komitet inwestycyjny, Pesa ma być rentowna. Tak, jak deklarowano na spotkaniach - zwrot zainwestowanego w Pesę kapitału jest najważniejszy dla tego funduszu. Jeżeli tak będzie, to ja jestem spokojny o przyszłość Pesy.

Najbliższe decyzje Zarządu to...

Dla nas, dla Zarządu, jest to pewien etap - bardzo ważny, bo została podpisana umowa. Kolejne ważne rzeczy to musimy zawrzeć umowy na finansowanie z bankami, gdzie mamy już wstępne porozumienie, warunki w tych umów. Także z firmami ubezpieczeniowymi, bo ten biznes, tak jak powiedziałem, potrzebuje wcześniejszego finansowania - takiego na poszczególne projekty. To są te rzeczy związane z przyszłym właścicielem, z bankami, natomiast wewnątrz my mamy plan, który powstał jeszcze pod koniec ubiegłego roku - plan restrukturyzacji. Bardzo skutecznie go realizujemy, czyli obniżamy koszty, poprawiamy zarządzanie firmą, jakość planowania, zarządzanie projektami. To wszystko się dzieje i dla nas, dla Zarządu i pracowników, jest to ciągły proces poprawy tej firmy, doskonalenia i myślę, że Pesa ma naprawdę dobrą przyszłość i jest to dobra inwestycja dla kogokolwiek. Czy byłby to państwowy fundusz czy prywatny, Pesa jest dobrą inwestycją.

Ten dobry czas dla Pesy będzie widoczny już w przyszłym roku?

W tej chwili potrzebna jest szybkość działań. Pesa potrzebuje pieniędzy nie na to, żeby zasypać jakąś dziurę finansową. Pesa potrzebuje pieniędzy, żeby złożyć zamówienia i kupić komponenty do budowy pojazdów. To jest najważniejsze, bo wtedy zrealizujemy nasze kontrakty. Naprawdę wygląda to bardzo dobrze. Jeżeli ten cały proces dalej będzie szedł szybko, czyli z inwestorem i bankami, to widzę bardzo szybki postęp, jeżeli chodzi o wyniki finansowe Pesy i jej pozycję, już przyszłym roku.
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Krzysztof Sędzikowski

Marek Iwiński

Marek Iwiński. Fot. Adam Droździk
Marek Iwiński. Fot. Adam Droździk
Trwa remont nawierzchni Starego Rynku w Bydgoszczy. Jak będzie wyglądał Rynek po zakończeniu prac? Czy stanie na nim Pomnik Króla Kazimierza Wielkiego? Czy reklamy przestaną szpecić miasto, a tabliczki z numerami domów otrzymają nową, jednolitą szatę? O to Marcin Kupczyk zapytał gościa "Rozmowy dnia" w Polskim Radiu PiK. W bydgoskim studiu pojawił się Plastykiem Miejski, Marek Iwiński.

Marcin Kupczyk: Jak zmienia się miasto? Jak zmienia się bydgoska starówka? Jak powinna wyglądać wizytówka Bydgoszczy? Trwa remont nawierzchni Starego Rynku. Co zobaczymy, gdy wszystko będzie gotowe, jak to będzie wyglądać?

Marek Iwiński - Rynek na pewno wypięknieje, będzie wyglądał zupełnie inaczej niż dotychczas. Przede wszystkim zostaną wyrównane poziomy rynku, zostanie optycznie zmniejszona również płyta główna, która stanowi element zagospodarowania rynku. Przede wszystkim zostanie zmniejszona optycznie, poszerzone zostaną chodniki. Wyznaczone również zostanie miejsce na 18. Południk, który będzie również podświetlany. Zostaną również ujednolicone kawiarenki, one też zostaną podświetlone. Zniknie z centralnej części rynku latarnia. Sama nawierzchnia będzie bardzo elegancka, granitowa płyta, która ozdobi rynek - to też nada pewnego charakteru tej przestrzeni.

Czy będzie to przeszkadzać dla paniom na "szpileczkach"?

- Nie, problem ten zupełnie zniknie, bo płyta po prostu będzie równa, będą to po prostu granitowe płyty, które zostaną odpowiednio usadowione i to stworzy taką równą płaszczyznę.

Co z Pomnikiem Walki i Męczeństwa?

- Pomnik zostanie przesunięty o 12 metrów w stronę pierzei zachodniej. Zyska też w pewnym sensie na wizualnej stronie, bo zostanie odpowiednio podświetlony, cokół lekko obniżony, także będzie wyglądać nadal majestatycznie...

Jeśli chodzi o Pomnik Walki i Męczeństwa, zadam proste pytanie - dlaczego będziemy go przesuwać o te 12 metrów? Co to da?

- Pierwotnie ten układ był taki, że koło pomnika był ustawiony szaniec z kamieni. Kompozycyjnie to wyglądało wtedy dobrze, na dzień dzisiejszy chcemy tę płytę uporządkować, ale też w miejscu zbrodni gdzie miało to miejsce, chcemy również upamiętnić to w formie tablicy, która będzie wmurowana w nawierzchnię. Myślę, że kompozycyjnie jeśli chodzi o rynek to, że przenosimy pomnik, jest to pozytywne rozwiązanie.

Ale pojawi się za to nowy pomnik...

- Jest taka koncepcja, żeby przenieść pomnik Kazimierza Wielkiego na płytę Starego Rynku, jest to uzasadnione również historycznie, bo na osi ulicy Mostowej pierwotnie stał pomnik i widzimy szansę, żeby przywrócić. oczywiście Kazimierz Wielki, lokator miasta Bydgoszczy. Stwierdziliśmy, że na rynku brakuje takiej dominanty, brakuje czegoś co by skupiało wzrok i myślę, że to jest godne miejsce, bardziej godne niż to wcześniejsze, gdzie stoi pomnik. Zresztą pomniki tego typu stoją na rynkach i chcieliśmy, żeby wokół pomnika zbudować takie delikatne schodki, żeby ludzie też mogli siadać wokół niego. Rozmawialiśmy też z radnymi i część osób jest bardzo przychylna, to był dobry pomysł, dobry czas właśnie w trakcie remontu, rewitalizacji płyty rynku, żeby pomnik przenieść.

To może się stać bardzo już niedługo...

- Może się stać bardzo niedługo. Liczę na Radę Miasta, że zagłosują pozytywnie. Wszystko przed nami.

No właśnie, Rada Miasta... zdaje się, że sporo radnych i to niezależnie od opcji politycznych, jest za przeniesieniem pomnika.

- Tak, wcześniej robiliśmy taki sondaż, rozmawialiśmy z radnymi - niezależnie od opcji politycznych - i radni są przychylni temu pomysłowi. Wysłaliśmy również pismo do Prezydenta jako Rada ds. Estetyki z taką intencją, żeby przenieść pomnik. Wiem, że prezydent również na Radzie Miasta poruszył ten temat... Myślę, że Bydgoszcz zasługuje na to, żeby w centrum stanął pomnik króla zwłaszcza, że Bydgoszczy jest miastem królewskim, założonym przez króla. Jak najbardziej jestem za!

Ruch samochodowy...

- Na rynku ruch samochodowy zniknie, to jest jak gdyby normalny element współczesnych czasów, gdzie wyłącza się część miasta z ruchu. Jest to bardzo dobre rozwiązanie. Tworzymy formę takiego deptaku, bardzo otwartą dla pieszych, by mogli się swobodnie poruszać. Dzisiaj wiadomo jak to jest, niekiedy pojawiają się nie wiadomo skąd samochody, ludzie muszą ustępować na boki, to jest nie do końca bezpieczne.

Wiem, że pojawił się pomysł na wykonanie tabliczek z numerami domów takich, aby one były w jednolitej szacie.

- Tak, to jest świetny pomysł, bo chcemy podkreślić charakter historyczny miasta. Chcę, żeby te tabliczki były bardziej stylizowane, mówi o strefie staromiejskiej, żeby pojawił się również herb miasta, ale herb w koronie, co w odniesieniu do przeniesienia pomnika stworzy pewną całość. Również mała architektura, jak ławki i kosze, kwietniki - też mają one stworzyć jaką wspólną harmonijną całość.

Pozostaje trzymać kciuki, żeby te wszystkie plany udały się, żeby miasto wypiękniało. Będziemy również przyglądać się temu procesowi.
Polskie Radio PiK - Rozmowa dnia - Marek Iwiński

Adam Dudziak

Adam Dudziak. Fot. Adam Droździk
Adam Dudziak. Fot. Adam Droździk
Bydgoscy radni przyjęli niedawno uchwały w sprawie liczby punktów sprzedaży alkoholu w mieście. Tymczasem swoje zdanie na ten temat mogą wyrażać Rady Osiedli. Czy nowe regulacje mają wpływ na poprawę bezpieczeństwa w mieście? Jakie jeszcze działania można podejmować, by podnieść stan bezpieczeństwa mieszkańców Bydgoszczy? Czym jest prewencja społeczna? O to Marcin Kupczyk pyta gościa "Rozmowy dnia" w Polskim Radiu PiK, którym był Adam Dudziak - dyrektor Miejskiego Centrum Zarządzania Kryzysowego w Bydgoszczy.

Marcin Kupczyk - Punktów sprzedaży alkoholu nie powinno być w Bydgoszczy więcej niż 2380. Dlaczego właśnie tyle i dlaczego to jest tak ważne?

Adam Dudziak - Uchwała jest wynikiem pracy Miejskiej Komisji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych, a więc specjalistów w zakresie profilaktyki, służby zdrowia, bezpieczeństwa i porządku publicznego, a także Pomocy Społecznej. Ta liczba jest efektem rozpoznania rynku, ale również ich zapotrzebowania na dostępność tego alkoholu. Musimy mieć zawsze na względzie również nasze doświadczenie historyczne jak i kulturowe, związane z ograniczeniem dostępności ale jednocześnie zapewnieniem, aby nie tworzyły nam się "szare strefy", żeby ta liczba odpowiadała faktycznemu zapotrzebowaniu. Z drugiej strony, żeby ograniczała dostępność, do czego samorząd jest zobowiązany ustawą o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi.

Pierwsze głosy, jakie dało się słyszeć, były bardzo krytyczne. Mówiono m.in. - "Po co to zamykać? Przecież wrócimy do PRL w pewnym sensie i odżyje taka instytucja, która nazywa się melina. Jeśli będziecie zakazywać, to rynek nie znosi takich zakazów i sam sobie to nielegalnie ureguluje".

- No trudno się dziwić tym głosom, które - jak mówiłem - oparte są na takich doświadczeniach historycznych i kulturowych, dlatego też niezmiernie istotne było racjonalne podejście do tematyki. Liczyliśmy na to że Rada Miasta w swej mądrości przyjmie takie zaproponowane rozwiązania, które nie będą w dość radykalny sposób ograniczały dostępności. Tu pojawił się problem sprzedaży nocnej. Myślę, że do tego powrócimy, kiedy będziemy mówili o lokalnych ograniczeniach stworzonych nowelizacją ustawy od stycznia.

Pracę nad uchwałami umożliwia znowelizowana ustawa o wychowaniu w trzeźwości, która weszła w życie w marcu br. To ona daje samorządom prawo do znacznego ograniczenia liczby punktów sprzedaży alkoholu. Mówi też np. że samorząd może ograniczyć bądź w ogóle zlikwidować nocną Sprzedaż alkoholu na swoim terenie, ale samorządowi niczego nie nakazuje. Powinien jednak pochylić nad tym tematem. Skoro mówimy, że takich punktów czy zezwoleń ma być 2380, to chyba nie jest wcale mało.


- To nie jest mało, ale pamiętajmy o tym, że tych zezwoleń na sprzedaż alkoholu do tej pory mogło być ok. 3500, a i nieograniczona ilość punktów sprzedających piwo, bowiem do tej pory alkohol do 4,5% oraz piwo nie były limitowane, stąd możliwości i dostępność alkoholu w tej postaci najmniej procentowej była znaczna i nieograniczona. W tej chwili limity zezwoleń dotyczą również i sprzedaży alkoholu do 4,5% oraz piwa i to jest najistotniejsza zmiana, która jest związana z nowelizacją ustawy. Ale jest jeszcze coś, co jest nie mniej ważne - to pełne uwzględnienie zasady pomocniczości, a więc przeniesienie ciężaru regulacji takich lokalnych rozwiązań na poziom jednostki pomocniczej, gminy - bez względu na to, jak ona w statucie jest określona - czy jest to osiedle, dzielnica, sołectwo czy też gromada, bo przecież gminy mamy w różny sposób zorganizowane.

Co te najmniejsze jednostki mogą? - bo może nie wszyscy jeszcze w tych najmniejszych jednostkach terytorialnych wiedzą, że jednak coś mogą i coś ich zdanie waży...

- I tu dochodzimy do tego najistotniejszego elementu, do tej zasady pomocniczości, do możliwości stworzenia fakultatywnych rozwiązań, bo w tej chwili mówimy o tych rozwiązaniach, do których gmina była zobowiązana - ograniczenie dostępności poprzez usytuowanie punktów sprzedaży i liczby zezwoleń na sprzedaż alkoholu, ale na poziomie jednostki pomocniczej - sołectwa, dzielnicy, gminy, gromady - jest możliwość wnioskowania o dodatkowe ograniczenie liczby zezwoleń na sprzedaż napojów alkoholowych i jednocześnie wnioskowanie o Zakaz sprzedaży nocnej, ale pamiętajmy, że to mieszkańcy powinni decydować o tym, jak chcą kształtować swoją bezpośrednią okolicę i w jaki sposób chcą, żeby bezpieczeństwo, sama prewencja była kształtowana lokalnie.

Mówiliśmy o punktach sprzedaży alkoholu związanym z tym poczuciem bezpieczeństwa lub jego braku, a teraz o bezpieczeństwie w ogóle. Prewencja społeczna - co to za zjawisko? czym czym ona jest?

- Prewencja społeczna... w naukach o bezpieczeństwie podnosi się wyższość prewencji społecznej nad prewencją sytuacyjną, które ukierunkowana jest na utrudnianie popełnienia przestępstwa. Głosy związane z prewencją społeczną, ukierunkowaniem działań na lokalną społeczność, mają w konsekwencji sprzyjać poprawie bezpieczeństwa i to jest najistotniejszy element i niesamowite narzędzia, których żadna z organizacji autonomicznych - zarówno policja jak i inne służby, które ukierunkowane są na realizację zadań w zakresie zapobiegania przestępczości - nie jest w stanie zrealizować. Prewencja społeczna w odniesieniu do gmin będzie się koncentrowała wokół stworzenia warunków, które sprzyjają zapobieganiu popełnieniu przestępstw, a więc ukierunkowanie działań na społeczność, na zagospodarowanie czasu wolnego dla młodzieży, na działania readaptacyjne czy wsparcie działań readaptacyjnych wobec osób skazanych na likwidowanie środowisk, które są dysfunkcyjne po to, aby stwarzać budowanie bezpiecznych przestrzeni, stwarzać warunki, które mają w konsekwencji sprawić, że ludzie nie będą popełniali przestępstw.

Co możemy zrobić? Jakie mamy narzędzia do podniesienia stanu bezpieczeństwa?

- Te narzędzia przede wszystkim leżą po stronie samych lokalnych społeczności. Przede wszystkim budowanie bezpiecznych przestrzeni, doświetlanie ulic i działania w tych środowiskach, które wymagają wsparcia, na przezwyciężenie takich okresowych trudności. Z drugiej strony budowanie takich zintegrowanych systemów. Pamiętajmy, że to poczucie bezpieczeństwa to nie tylko zagrożenie wykroczeniami, czy na przestępstwami. To również stworzenie warunków, które będą przeciwdziałać zagrożeniom związanym z tym, co nie funkcjonuje w środowisku - zarówno zagrożeniom cywilizacyjnym jak i naturalnym. Coraz częściej dochodzi do ekstremalnych zjawisk pogodowych i to również rola nie tylko straży pożarnej i ochotników, którzy na co dzień realizują zadania w zakresie ochrony naszego zdrowia i życia, ale również i funkcjonowanie gminy, tworzenie takich warunków, takich narzędzi, które będą sprzyjały detekcji ale również możliwości podejmowania działań w sytuacji zagrożeń przez społeczeństwo.

Z pomocą idzie nam tutaj nowoczesna technologia, myślę o łączności, telefonii komórkowej, o internecie...

- Oczywiście, mówiąc o zintegrowanym systemie bezpieczeństwa musimy pamiętać o wykorzystywaniu narzędzi elektronicznych, które związane są z możliwością przekazania sygnału o zagrożeniu. To już nie tylko sygnały, systemy syren, które w od wielu lat realizują zadania w sytuacji powiadomienia o skażeniach i innych zagrożeniach, które mają miejsce. To zwykły SMS, który otrzymujemy z informacją o zmieniających się warunkach pogodowych czy o zagrożeniu, które występuje lokalnie. Takim przykładem jest wykorzystywanie przez bydgoski Wydział Zarządzania Kryzysowego aplikacji "Blisko", którą możemy za darmo pobrać ze strony internetowej, a potem już uzyskiwać powiadomienia o zagrożeniach i o tym, w jaki sposób ewentualnie mamy się zachować...

Korzystajmy zatem z narzędzi, które mamy pod ręką mamy nadzieję, że stan bezpieczeństwa będzie się stale podnosił.
Polskie Radio PiK - Rozmowa dnia - Adam Dudziak

Piotr Król

Piotr Król, Fot. Archiwum PR PiK
Piotr Król, Fot. Archiwum PR PiK
Gościem Rozmowy Dnia był poseł Piotr Król - członek sejmowej komisji infrastruktury. Tematem były prace mające na celu likwidację zagrożeń dla ludzi i przyrody, jakie pozostawiły po sobie Zakłady Chemiczne Zachem i przyszłość bydgoskiej PESY.

Marcin Kupczyk: Kilka dni temu dowiedzieliśmy się, że znajdzie się ponad 93 mln zł na zatrzymanie zanieczyszczeń z byłego Zachemu. Dzięki tym pieniądzom mają powstać dwie zapory złożone z sieci studni, mające chronić mieszkańców Łęgnowa i obszar Natura 2000 przed katastrofą ekologiczną, a ta jest bardzo blisko jak mówią naukowcy. Posłużę się cytatem - doktor habilitowany Mariusz Czop z AGH w Krakowie: "Kiedyś to miejsce oglądali goście z zagranicy, łapali się za głowę, patrzyli na ten zdegradowany krajobraz, rdzewiejące rury, na beczki, odcieki i pytali - Boże, jak to możliwe, że nikt tego nie porządkuje i dlaczego nie ma tu żadnych zabezpieczeń?". Krakowski naukowiec kierował zespołem badającym tereny po dawnym Zachemie. Czy te 93 mln zł to wystarczająco kwota?

Piotr Król: Na to zadanie z całą pewność, natomiast żeby rozbroić tę całą bombę to jest dopiero początek. Pamiętam, że jak 2 lata temu zająłem się tą sprawą, to część osób patrzyła na mnie z dość dużym niedowierzaniem, że coś się da z tym zrobić. Cieszę się, bo to jest jeden z priorytetów Ministerstwa Środowiska, zresztą sama obecność wiceministra o tym świadczy, miałem przyjemność z panem ministrem wizytować ten teren i miejsce, gdzie była dawna zapora tych studni, która niestety została wyłączona, to miejsce, gdzie są planowane te dwie nowe studnie, miejsce, które jest podejrzewane o największą emisję zanieczyszczeń wód gruntowych. Minister na własne oczy chciał zobaczyć, jak to wygląda.

Zanieczyszczenia przesuwają się w glebie....

Na tym polega problem. (...) Te wody przesuwają się cienkimi strużkami, a kłopot polega na tym, że między linię Wisły a na terenem dawnego Zachemu mieszkają ludzie, a po drugie jeszcze dalej jest Wisła, więc po pierwsze trzeba chronić tych mieszkańców, a po drugie nie dopuścić do tego, żeby skażenie dostało się do rzeki.

Czy nie za późno te działania zostały podjęte?

Myślę, że przede wszystkim trzeba powiedzieć o tym, że - patrząc z perspektywy czasu - wydaje się, że Zachem nie musiał upadać. Gdyby istniał Zachem to byłby podmiot, który byłby za to odpowiedzialny, od którego można byłoby to egzekwować. jaki jest główny problem teraz? Nie ma odpowiedzialnych. W ustawie się niby mówi, że w przypadku upadku tego typu podmiotów odpowiedzialna jest Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska, no ale jak Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska z kilkudziesięcioma pracownikami ze skromnym budżetem miała zająć się rewitalizacją terenu, na którym można by spokojnie postawić małe miasto, bo przecież o takim obszarze mówimy.

A propos obszaru - naukowcy szacują się skażony już obszar obejmuje 2,5 tys. hektarów, a zanieczyszczenia jak zauważają przemieszczają się sukcesywnie. Część z nich niebezpiecznie zbliża się do innych bydgoskich osiedli, część płynie w kierunku obszaru chronionego Natura 2000, najpierw do Wisły.

To jest to, o czym mówiłem...

Seria studni?

Tak i przepompowni, które będą powodowały, że te zanieczyszczenia nie będę miały szansy wydostawać. Może powiedzmy o tych pieniądzach, żeby było wiadomo kto i za co jest odpowiedzialny. To są środki, które Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Bydgoszczy otrzymuje z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i ogłosi przetarg na wykonanie tych instalacji . Podkreślam, że te instalacje będą wykonane na terenie Skarbu Państwa czy na terenie Lasów Państwowych i 10 lat Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska będzie nad tym sprawowała nadzór - sprawdzając jakie są wyniki ekologiczne. Natomiast w mojej ocenie to jest pierwszy krok do tego, żeby tę sprawę załatwić i z drugiej strony dalej z tą pewnością, ci którzy będą albo już są właścicielami tych składowisk, będą zobowiązani do tego, żeby je usuwać. Więc krok po kroku, ze względu na tę skomplikowaną sytuację własnościową - przede wszystkim to, że Zachem formalnie nie istnieje, jest tylko syndyk, sprawa z całą pewnością trwa zbyt długo - ale pragnę podkreślić, że to są pierwsze realne, naprawdę duże pieniądze i w tym, jak się można spodziewać długim procesie, jednak bardzo realny krok do tego, żeby tę bombę ekologiczną po prostu skutecznie rozbroić.

Te 93 mln zł to oczywiście jest spora kwota, wreszcie pierwsza tak duża, ale oczywiście że niewystarczająca. Czy o następne pieniądze trzeba będzie walczyć, czy dla decydentów jest to jasne, że one będą musiały się znaleźć.

Z całą pewnością cieszę, że z tego zaproszenia pan wicemister skorzystał, no bo zobaczenie na własne oczy tego jak to wygląda i w jakim stanie to jest, jakiego obszaru dotyczy. Jedno to jest pisanie pism, drugie to jest to zobaczenie na własne oczy, więc z całą pewnością w resorcie środowiska mamy sojusznika. Zresztą pan minister mówił na konferencji, że w resorcie działa właśnie zespół, który tego typu sprawami się zajmuje. Ta ostatnie nowelizacje dotyczące prawa o składowaniu odpadów, to właśnie są autorstwa tego zespołu i między innymi te zmiany, które będą też zachodziły, też mają dotyczyć tego typu terenów jak Zachem. To jest dla nas w cudzysłowie "dobrze", że jakby ten nasz problem jest największy. Te problemy na przykład na Śląsku są znacząco mniejsze, więc trudno sobie wyobrażać, żebyśmy na tym zakończyli. Mam świadomość tego, że to jest długi proces, ale udowadniamy, że coś realnego w tym w tym przypadku robimy.

Panie pośle, zmieńmy temat. Negocjacje z Polskim Funduszem Rozwoju w sprawie inwestycji w bydgoską Pesę - na jakim są etapie, bo tu i ówdzie możemy słyszeć, że jednak ten sztandarowy, flagowy zakład, którym cała Bydgoszczy się chwali popadł w kłopoty.

Myślę, że tutaj można zastosować pewną analogię. W mojej ocenie Zachem nie musiał upaść i mówię to z pełną odpowiedzialnością. Nie byłoby w tej chwili tylu kłopotów, zastanawia się kto jest za co odpowiedzialny, szukania i tak dalej. I zaczynam nie bez kozery od tego, rząd Platformy i PSL pozwolił na to, żeby wtedy największy pracodawca w Bydgoszczy, czyli Zachem upadł. Rzeczywiście zgadzam się z tym, że Pesa jest naszym okrętem flagowym, no i trzeba powiedzieć, że jej problemy zaczęły się również za tamtych rządów. Mam tutaj na myśli kontrakt na darty - z jednej strony jak zagraniczne producent dostarczał pociągi 2 lata później - miał dostarczyć na Euro 2012, a dostarczył grudniu 2014 to nie było problemu, a jak Pesa się spóźniła kilka tygodni, to jej zaczęto naliczać potężne kary. Trzeba pamiętać o tym, że różnica polega na tym że Pesa jest tej chwili prywatnym podmiotem, ale z całą pewnością choćby przez ilość i to, że wyszła od peerelowskiego zakładu, który naprawiał wagony,a udało się przekształcić ten podmiot w nowoczesną firmę, która produkuje nowoczesne składy, począwszy od tramwajów, a na na pociągach skończywszy, które właściwie jeżdżą po całej Europie. Myślę, że w ciągu kilku dni będzie bardzo dobra wiadomość dla Bydgoszczy, a szczególnie w kontekście tego kontraktu, który Pesa ma dla kolei niemieckich, który jest naprawdę potężny - 71 pojazdów. Myślę, że naprawdę stosunkowo niedługo będzie bardzo dobra wiadomość polegająca na tym, że Pesa finansowo stanie mocno na nogach i te kwestie negocjacji, o których mówił pan redaktor, zakończą się z dobrym skutkiem.

Mówimy o przedsiębiorstwie prywatnym, a tymczasem słyszymy o tym, że spore publiczne pieniądze mają być tam kierowane...

Tak, dlatego zacząłem od Zachemu. Wydaje się, że w przypadku niektórych podmiotów tak istotnych dla gospodarki - a proszę pamiętać, że fabryka Pesy w Bydgoszczy to jedno, ale drugie to jest cały konglomerat różnego rodzaju dostawców, poddostawców, firm, które kooperują. To są naprawdę duże ilości, a jak pan popatrzy jeszcze przez pryzmat tych podmiotów - na liczbę ludzi zatrudnionych - to jest naprawdę spora gałąź rynku, nie tylko w regionie, ale w ogóle w Polsce i Pesa jest jednym z elementów rządowego programu Luxtorpeda 2.0, który tej chwili będzie również przystosowany do realizacji Centralnego Portu Komunikacyjnego. Jestem gorącym zwolennikiem wolnego rynku, natomiast tutaj uważam i będę bronił tej decyzji, że to jest bardzo dobra decyzja, polegająca na tym, że firma, być może na jakiś czas, będzie nad nią kontrola Polskiego Funduszu Rozwoju, ale z cała pewnością stanie na nogi i rozwinie się i zrealizuje ten potężny kontrakt dla Deutsche Bahn...

... i wtedy państwo odstąpi, wycofa się z Pesy?

Najpierw zróbmy ten pierwszy krok, a potem zobaczymy... Można było patrzeć i ewentualnie mogło dojść negatywnego scenariusza, albo Pesa mogła upaść...

Mogła upaść albo można było jej pomóc, to chce pan powiedzieć...

Bardzo duży skrót myślowy, ale jest coś na rzeczy... Okrętom flagowym czasem trzeba pomóc po to, żeby wypłynęły na jeszcze szersze wody.

Czy to prawda, że Polski Fundusz Rozwoju nakłania czy tez zmusza banki i na przykład PZU, aby wykładały jakieś pieniądze w kredytach, czy liniach kredytowych na ratowanie Pesy?

To bzdura. Każda firma, która zaciąga go na określonych warunkach. Nie ma żadnego wpływu Polskiego Funduszu Rozwoju na banki. Ci, którzy są nieżyczliwi Bydgoszczy, nieżyczliwi Pesie rozpowiadają różne niekorzystne opinię. Mam nadzieję, że już niedługo Pesa stanie na nogi i będziemy jeszcze bardzo z niej dumni.
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Piotr Król

Jan Szopiński

Jan Szopiński. Fot. Archiwum
Jan Szopiński. Fot. Archiwum
Czy pomnik Kazimierza Wielkiego powinien zostać przeniesiony na Stary Rynek w Bydgoszczy? Dlaczego na etapie projektowania nie myślano o większej widowni na nowym - olimpijskim basenie Astorii? Czy Stowarzyszenie Piłkarskie Zawisza powinno wrócić na obiekty przy ul. Gdańskiej? Rozmowa Dnia z Janem Szopińskim - wiceprzewodniczącym Rady Miasta w Bydgoszczy (SLD).

Magda Jasińska: Prowadził pan obrady na ostatniej sesji Rady Miasta, no i działo się na niej panie przewodniczący. Czy pana zdaniem zwycięży koncepcja przeniesienia Pomnika Kazimierza Wielkiego na płytę Starego Rynku w Bydgoszczy?


Jan Szopiński: Ja tę sesję nie tylko prowadziłem, ale i zwołałem na wniosek prezydenta Bydgoszczy. Miała ona charakter nadzwyczajny. Przewodniczący Rady Miasta przebywa na urlopie, w związku z tym to ja byłem jej gospodarzem.

Wracając do pomnika...

Zrobił się wakacyjny, ciekawy temat dla państwa dziennikarzy - czy pomnik ma być na Starym Rynku czy nie.

Nie my go wywołaliśmy...

Zgoda, ale też nie Rada Miasta go wywoływała i stąd moje zaskoczenie, które było na tej sesji, gdzie ten pomnik powinien stać. Otóż moim zdaniem dyskusję o tym, gdzie on powinien być usadowiony skończyliśmy w roku 2016, bo właśnie wtedy w imieniu prezydenta Zarząd Dróg i Komunikacji Publicznej prowadził bardzo długie konsultacje w kwestii dotyczącej jak ma wyglądać Stary Rynek w Bydgoszczy - centralne miejsce w mieście i w owych konsultacjach padła również propozycja dyslokacji tego pomnika na Stary Rynek. Zarówno autorytety naukowe, jak i autorytety administracyjne wypowiedziały się wtedy, że jest to niemożliwe. No i tak to jest. Natomiast dzisiaj pytanie prezydenta, że trzeba szybko coś zrobić, bo trzeba coś przed projektować itd. wiąże się z kilkoma kwestiami. Po pierwsze - jest podpisana umowa z wykonawcą modernizacji Starego Rynku. Zatem trzeba by tę umowę w jaki sposób przemodelować. Po drugie - trwają tam pracę i po trzecie - powiedziałbym, że to, co usłyszeliśmy nie wskazywało na to, aby Rada Miasta miała się tym projektem zajmować, bo to była ustna wypowiedź pana prezydenta, która nie była poparta ani opinią Rady do spraw estetyki ani opinią chociażby twórcy pomnika, którym ten pomnik projektował pod obecną lokalizację.

Chociaż prezydent powoływał się właśnie na Radę do spraw estetyki...

Pan prezydent powoływał się, natomiast w swojej wieloletniej działalności i administracyjnej i samorządowej jestem zwolennikiem rozwiązania, w którym na piśmie otrzymujemy opinie tej Rady estetyki. Co nagle sprawiło, że Rada estetyki mając lat tyle do dyspozycji i mogąc wypowiadać się w tej kwestii dopiero wypowiedziała się teraz, kiedy trwają tam prace.

A pana zdaniem ten pomnik można byłoby przenieść na Stary Rynek?

Ja jestem do tej pory do tego stopnia zszokowany, że nie wiem czy na Starym Rynku mamy mieć dwa pomniki czy jeden pomnik? Natomiast wtedy, kiedy mieszkańcom Bydgoszczy mówiliśmy, że miejsca na Starym Rynku jest tak mało, że Pomnik Walki i Męczeństwa musimy przesunąć, aby mogły się tam odbywać różnego typu imprezy, aby było tam więcej miejsca, to na dziś wstawiając jeszcze jeden pomnik musimy całą filozofię tej wypowiedzi zmienić.

Jak rozumiem pan nie widzi takiej możliwości.

Powinniśmy mieszkańców Bydgoszczy zapytać czego chcą. My jesteśmy służebni wobec mieszkańców - zarówno ja, jak i prezydent, jak i Rada Miasta.

Czyli referendum tej sprawie?

Referendum nie, ale konsultacje. Tak jak w 2016 roku, ale przedstawmy najpierw wizualizację jak to ma wyglądać, gdzie ten pomnik ma być.

Zmieńmy temat. Bydgoski radni dali zielone światło budowie nowego basenu Astoria. To ma być basen o wymiarach olimpijskich - 50-metrowy, ale tutaj mamy problem, bo widownia na 450 miejsc trochę mała.

Mała, to prawda. Byłem zwolennikiem po pierwsze przeprojektowania tego obiektu, albowiem z istniejących w Polsce piętnastu pływalni olimpijskiej ta nasza bydgoska będzie pod względem widowni niestety najmniejsza. W kwietniu trafili do mnie rodzice zawodników - juniorów bądź młodzików, którzy uczestniczą w ogólnopolskich zawodach pływackich mówiąc, że ten obiekt jest trochę mały z punktu widzenia oczekiwań mieszkańców. Na dziś mamy sytuację, że rzeczywiście rada dała panu prezydentowi w tej sprawie zielone światło. Niemniej umówiła się, że prezydent ma w ten sposób myśleć, rozumować, postępować, aby była tam możliwość dostawienia dodatkowych trybun wtedy, kiedy będą ogromne zawody.

Tymczasem już wczoraj pojawiły głosy naszych Słuchaczy, że na to może nie wyrazić zgody Sanepid - żeby dostawiać tam jakie krzesełka...

To prawda, sam byłem zwolennikiem przeprojektowania. Z osobami, z którymi rozmawiałem omówiłem to i one wyliczały, że to byłaby kwestia pół roku - zmiany obecnej koncepcji, przeprojektowania. Jasne, że pociągnęłoby to również zwiększenie wydatków. Za każdym razem jest coś za coś. Prezydent w trakcie sesji, mówiąc już stosunkowo uczciwie, opowiadał, że zewnętrzne atrakcje, które tam miałyby powstać, czyli wodny plac zabaw uległby zmniejszeniu i i kwestia dotycząca kosztów to byłoby zwiększenie od 25 do 35 milionów zł. Niemniej jestem zwolennikiem za każdym razem tego typu decydowania, żeby mieszkańcy mieli szansę wypowiedzenia się w danej sprawie. Po naszej stronie, po stronie samorządu, niestety nikt Kujawsko - Pomorskiego Związku Pływackiego nie zapytał. Dopiero ja zapytałem, chyba z miesiąc temu, jak to jest, jakie w Polsce mamy pływalnie czy czy ta nasza przypadkiem nie będzie najmniejsza.

Podobny błąd został już popełniony przy budowie Torbydu. Lodowisko ma tak małą widownię, że różnego rodzaju imprezy komercyjne odbywają się w Toruniu.

Uczciwie trzeba powiedzieć, że żadna rewia lodowa nigdy Bydgoszczy nie nawiedzi, że wtedy, kiedy będzie atrakcyjnym mecz hokeja na lodzie to 297 miejsc zostanie wyprzedanych do ostatniego miejsca. Kiedy w Bydgoszczy był pierwszy mecz hokeja na lodzie po wielu latach sam stałem w kolejce i tych, którzy nie dostali biletu na te mecze było dosyć sporo.

No ale pan wchodzi akurat bez problemu.

Bilet pamiątkowy mam do dzisiaj. Uczciwie stałem w kolejce i kupiłem bilet.

Dzisiaj nadzwyczajne posiedzenie Cywilno-Wojskowego Związku Sportowego Zawisza, będzie dyskutowana kwestia po wydaniu wyroku sądu apelacyjnego czy wpuścić Stowarzyszenie Piłkarskie Zawisza, a tym samym i drużyny na obiekt przy ulicy Gdańskiej. Jak można tę sprawę, mówiąc kolokwialnie, załatwić?

Moim zdaniem dyskusja czy wpuścić nie jest prawidłowa, bo wyrok sądu jednoznacznie stanowi, że Stowarzyszenie jest członkiem CWZS-u, a jeżeli jest członkiem Związku, to ma prawo, tak jak pozostałe inne związki, które należą do CWZS-u do korzystania z tych obiektów. Dzisiaj to jest inna kwestia - kiedy strony się rozstają, to padają różnego typu inwektywy. W jaki sposób zapomnieć to, co było? Powiedzieć sobie, że mamy stan zerowy, zapominamy to, co było i idziemy razem do przodu, budując wielkość CWZS-u, budując wielkości w Bydgoszczy, w której wszyscy powinni mieć miejsce do uprawiania sportu. Dzisiaj jest sytuacja tego typu, że im strony bardziej zapomną to, co było i powiedzą idźmy razem do przodu, tym lepiej dla naszego miasta, tym lepiej dla funkcjonowania sportu.

Czy miasto powinno się włączyć w rozwiązanie tej sprawy?

Moim zdaniem tak. Miasto nie powinno w tej kwestii ingerować, natomiast nie byłoby żadną przeszkodą i nie byłoby źle zrozumiane, gdyby to, co przed momentem powiedziałem, przyszedł ktoś z Ratusza i dokładnie powiedział, że życzeniem Ratusza jest, aby w ten sposób trwała debata. Moim zdaniem strony zrozumiałyby, że miastu zależy i jednych i drugich, bo z wyrokami sądu nie należy dyskutować. Wyrok sądu jest jednoznaczny.

Czyli właściwie możemy liczyć na to, że od nowego sezonu V liga Zawisza...

...to po dzisiejszych obradach. Ja nie jestem członkiem CWZS-u, natomiast wydaje mi się, że tak to powinno być. Logika tak wskazuje.

Czy w Bydgoszczy nadal funkcjonuje koalicja PO-SLD?


Nie dość że PO-SLD, to jeszcze SLD idąc do wyborów było SLD Lewica Razem. Tak, ta koalicja istnieje, nic nie zmieniło.

Nic się nie zmieniło w tej szorstkiej przyjaźni, którą widzimy podczas sesji.

To nie była szorstka przyjaźń. Kiedy prowadziłem te obrady, występowałem w imieniu Rady - jako jakby pierwszy radny tego dnia - aby Rada była szanowana i wtedy, kiedy dyskutujemy o czymś, co ma być w Bydgoszczy, aby robić to na równych prawach.
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Jan Szopiński
45678910