Piątek, 30 września 2022 r.   Imieniny: Wery, Honoriusza, Hieronim
Polskie Radio PiK » Rozmowa Dnia

Rozmowa Dnia

Jarosław Wenderlich

Jarosław Wenderlich/fot. gov.pl
Jarosław Wenderlich/fot. gov.pl
PR PiK - Rozmowa Dnia - Jarosław Wenderlich
Gościem Rozmowy Dnia był Jarosław Wenderlich - przewodniczący klubu radnych Prawa i Sprawiedliwości w Bydgoszczy. Rozmawialiśmy o ostatniej sesji Rady Miasta oraz o problemach samorządów związanych ze wzrostem cen energii.

Michał Jędryka: W kontekście ostatnich relacji z sesji Rady Miasta i w ogóle sporu samorządów z rządem i wzajemnego oskarżania - kto jest winien, że nie ma pieniędzy - przypomina mi się tytuł czeskiego filmu z 1947 roku: „Nikt nic nie wie”. Z jednej strony wojewoda mówi, że sytuacja samorządów nie jest taka zła, że finanse ich były jeszcze do niedawna z nadwyżką i teraz sytuacja wcale nie jest alarmowa, a tymczasem prezydent Rafał Bruski ogłasza podczas Rady Miasta, że nie ma pieniędzy i że rząd doprowadza na skraj bankructwa takie miasta, jak Bydgoszcz. Co się dzieje?
Jarosław Wenderlich: Należy sprostować pewne fakty, bo głównym dokumentem, którym powinniśmy się zajmować na sesji Rady Miasta Bydgoszczy w minioną środę to sprawozdanie z wykonania budżetu miasta za pierwsze półrocze. To jest dokument, który był opiniowany przez Regionalną Izbę Obrachunkową i wynika z niego, że po pierwszym półroczu nadwyżka budżetu wynosi 116 mln zł, zaś nadwyżka operacyjna to jest kwota 129 mln zł. Pamiętajmy, że był planowany wysoki deficyt na koniec roku – 302 mln, ale na tą chwilę - w tym sprawozdaniu, które przecież jest dokumentem opiniowanym przez organy nadzoru - mamy nadwyżkę i to w takiej wysokości. Ponadto wpływają dodatkowe środki - z rządowego Funduszu Inwestycji Lokalnych, z Funduszu Inwestycji Strategicznych.
Są oczywiście niepokojące zjawiska i ubolewam nad tym, że na sesji RM w Bydgoszczy nie chciano o tym mówić w szczegółach. Jak wynika z dokumentacji - kwota zaległości, czyli środków, które miasto mogłoby ściągnąć to prawie 250 mln zł.

Pan o tym mówił – apelował, żeby pokazać, jak wygląda windykacja należności.
- Tak, bo to podnosiło także RIO, że jest niepokojąca tendencja. Zaległości wzrosły o 13 milionów netto w stosunku do roku ubiegłego. W mojej ocenie to jest bardzo znacząca kwota.
Jednak podczas ostatniej sesji nie było na to miejsca. Nawet uśmiechałem i komentowałem, że nie wiem, czy ja jestem na posiedzeniu stałego Komitetu Rady Ministrów, czy może na Radzie Ministrów, bo pierwsze sześć godzin sesji zdominował atak ze strony opozycji – opozycji w kraju, czyli rządzącej Bydgoszczą Platformy Obywatelskiej - na rząd. Szukano różnych tematów, często naciąganych, a nie mówiono o istotnych problemach mieszkańców – np. o cięciach w rozkładach komunikacji publicznej.

Wczoraj na Wilczaku mieszkańcy zorganizowali happening – pożegnanie tramwaju nr 1.
- I to nie jest tylko jedna kwestia. Spółka MZK nagle wydaje komunikat, w którym odcina się od Zarządu Dróg Miejskich i Komunikacji Publicznej, czyli jednostki organizacyjnej podległej prezydentowi. Z drugiej strony słyszymy, że w mieście jedna spółka komunalna sądzi się z drugą. Dochodzi też do takich sytuacji, że istotny wyrok Sądu Administracyjnego stwierdza nieważność uchwały Rady Miasta Bydgoszczy za wody opadowe i roztopowe - to olbrzymie pieniądze! I rządząca większość w Radzie Miasta - Platforma i Lewica nie wyraża zgody, żeby o tym rozmawiać podczas sesji RM, a mówimy o innych tematach. Oczywiście w jakimś zakresie one także pośrednio dotyczą miasta Bydgoszczy, ale w takich kwestiach, gdzie prezydent może coś zrobić, może działać, wykazać się, nie ma na sesji dyskusji.
Zapytałem prezydenta na przykład o rankingi, które się ostatnio pojawiły, dotyczące kwestii dochodów na osobę w miastach. Bydgoszcz zajmuje bardzo odległe miejsce – 456. Wyprzedza nas Toruń czy Inowrocław. Pytałem, co robimy, żeby warunki życia dla mieszkańców się polepszały, żeby przychodzili inwestorzy, a bydgoszczanie więcej zarabiali i w związku z tym także płacili większe podatki. (…)

Daniel Czyżewski

Daniel Czyżewski/fot. Energetyka24.com
Daniel Czyżewski/fot. Energetyka24.com
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Daniel Czyżewski
Gościem „Rozmowy Dnia” był Daniel Czyżewski z portalu Energetyka24.com. Poruszyliśmy takie wątki, jak otwarcie gazociągu Baltic Pipe, sprawa awarii i wycieku z gazociągu Nord Stream oraz sytuacja samorządów przed zbliżającą się zimą.



Marcin Kupczyk: 1 października zacznie działać gazociąg Baltic Pipe. Czy i jak ważne jest to przedsięwzięcie w zakresie dostaw energii i bezpieczeństwa naszego kraju?

Daniel Czyżewski: Z perspektywy bezpieczeństwa energetycznego Polski jest to przedsięwzięcie fundamentalne. Najprościej zobrazować to na liczbach. Ten gazociąg będzie dostarczał finalnie do Polski prawie 10 miliardów metrów sześciennych gazu rocznie, czyli połowę naszego obecnego zużycia. Wcześniej ten gaz kupowaliśmy z Rosji. Ta droga została odcięta. W kwietniu Gazprom zatrzymał dostawę gazu, łamiąc kontrakt jamalski. Bez gazociągu Baltic Pipe połowa gazu, który potrzebujemy, po prostu by do Polski nie trafiała, a to spowodowałoby brak energii, brak ciepła dla milionów odbiorców, dla przedsiębiorstw, problemy w produkcji nawozów, problemy branży spożywczej. Mieliśmy tego próbkę w sierpniu, kiedy na chwilę wstrzymał produkcję Anwil i Grupa Azoty. Bez Baltic Pipe Polska byłaby naprawdę w ciemnym miejscu.

Ile gazu potrzebujemy rocznie i jakie mamy inne źródła oprócz Baltic Pipe?

Obecnie działający terminal LNG w Świnoujściu jest w stanie zapewnić Polsce 6,2 miliardów metrów sześciennych gazu rocznie. 4 miliardów metrów sześciennych to jest nasze własne wydobycie. W Polsce wydobywamy gaz w województwie podkarpackim, częściowo w Wielkopolsce i województwie lubuskim. Resztę kupowaliśmy przez gazociąg jamalski, teraz będziemy kupować przez Baltic Pipe. Oczywiście ta przepustowość Baltic Pipe nie będzie pełna, nie będziemy kupować gazu z maksymalną przepustowością w przyszłym roku, ale na szczęście po pierwsze mamy zapasy magazynowe. Magazyny gazów wypełnione są w 100 procentach i one mają pojemność 3 miliardów metrów sześciennych. Ponadto uruchomiliśmy niedawno bo to nie tylko Baltic Pipe w tym kluczowym dla bezpieczeństwa energetycznego gazowego Polski 2022 roku interkonektor z Litwą (GIPL) oraz interkonektor ze Słowacją. Terminal LNG w Kłajpedzie jest w stanie przyjąć rocznie 3,7 miliardów metrów sześciennych, a zapotrzebowanie Litwinów to 2,2 miliarda czyli 1,5 miliarda metrów sześciennych jeszcze możemy przez ten interkonektor zakupić i właśnie pierwsze zakupy po otwarciu tego gazociągu niedawno zostały dokonane przez PGNiG. Pewnie będzie to kontynuowane z korzyścią dla Litwy, dla ich terminalu, dla ich sieci przesyłowej, przecież musimy za to wszystko zapłacić. Ponadto mamy do dyspozycji rewers gazociągu Jamał. Ze wschodu gaz tym gazociągiem już nie płynie, no ale możemy teoretycznie kupować go z Zachodu, jeżeli chodzi o interkonektor ze Słowacją. Na razie Słowacja kupuje cały swój gaz z Rosji, chodzi o gazociąg biegnący przez Ukrainę, teraz są również z tym problemy, przez najbliższe miesiące będzie to opcja niepewna. Dodatkowo terminal LNG w Świnoujściu rozbudowany jest do przepustowości 7,5 miliarda metrów sześciennych, a niedługo ma postać też terminal pływający w Zatoce Gdańskiej to również kolejne 5-6 miliardów metrów sześciennych, które będziemy mogli rocznie zakupić. Suma summarum, na naszej obecnej zapotrzebowanie na poziomie 20 miliardów metrów sześciennych powinno starczyć. Oczywiście to zapotrzebowanie będzie rosnąć. PGNiG szacuje, że w 2030 r. będziemy potrzebować 30 miliardów, ale mamy jeszcze trochę czasu przed tą datą. Już padają pierwsze pomysły w przestrzeni publicznej, takie jak Baltic Pipe 2, ale to na razie melodia przyszłości, po otworzyliśmy pierwszą część.

Czy możemy powiedzieć, że to już ewidentnie koniec szantażu energetycznego ze strony Rosji?

Jeżeli chodzi o Polskę to tak, bo w tym momencie nie potrzebujemy już w ogóle gazu rosyjskiego. Dostawy gazu to jest taka ostatnia poważna forma nacisku, jaką ma Rosja na Europę, ostatnia amunicja ekonomiczna, i Polska rozbroiła już pod tym kontem rosyjski arsenał, który mógłby zaszkodzić naszemu krajowi. Niestety, inne państwa europejskie, na czele z Niemcami, są wciąż głęboko uzależnione od rosyjskiego gazu, a niemiecka gospodarka jest połączona z naszą, połączona z innymi europejskimi gospodarkami, więc pośrednio ten kryzys gazowy, kryzys energetyczny, dalej będzie Polski dotyczyć, chociaż w wymiarze fizycznych dostaw już nie. Oczywiście Rosja ma wciąż wpływ na rynek gazowy w Europie, może sztuczne pompować cenę, zmniejszać podaż i przez to będziemy mieli tak wysokie ceny gazu, ale jeżeli chodzi o fizyczne zapewnienie surowca, no to już Rosja nie jest dla nas zagrożeniem, mimo że może atakować, naciskać politycznie w tym zakresie.

Zbigniew Kuźmiuk

Zbigniew Kuźmiuk
Zbigniew Kuźmiuk
PR PiK - Rozmowa Dnia - Zbigniew Kuźmiuk
Gościem Rozmowy Dnia był europoseł Zbigniew Kuźmiuk. Rozmawialiśmy między innymi o reakcjach na wyniki wyborów we Włoszech oraz o skutkach tych wyborów.

Magdalena Ogórek: Zacznijmy od sytuacji we Włoszech i ogromnego zwycięstwa Giorgii Meloni - kobiety, która powiedziała, że „jest matką, jest chrześcijanką, jest Włoszką”. Wyraźnie to zaznaczyła. Słowa niepopularne w obecnej Europie udekorowały jej drogę do zwycięstwa.

Zbigniew Kuźmiuk: Wydawałoby się, że to nic nadzwyczajnego - przyznanie się do tego, a okazuje się, że we współczesnej Europie ma to ogromne znaczenie. Przez ostatnie lata skrajna Lewica robi zamęt w tych sprawach w głowach wielu ludzi. Ważne, że są w Europie przywódcy polityczni, którzy publicznie się do tego przyznają - co więcej jest to ważna część programu jej partii.
Mam nadzieję, że ten program - przykład Braci Włochów - będzie się rozszerzał na inne kraje w Europie. Zbliżają się wybory w Hiszpanii – odbędą się jesienią przyszłego roku. Tam jest na drugim miejscu partia Vox, która ma bardzo podobny program i wszystko wskazuje na to, że także w Hiszpanii wahadło odchyli się w prawą stronę.

Myśli Pan, że Europa ma powoli dosyć wmawiania i indoktrynacji, że najlepiej mówić do siebie w sposób niebinarny, określać się cyframi, nie wolno mówić o rodzinie tradycyjnej jako mama i tata, ponieważ to uraża uczucia społeczności LGBT? Coś się stało i Europa tego po prostu nie chce – ludzie chcą wrócić do normalności.
- Wydaje mi się, że tego rodzaju tendencje, które opanowały w dużej części Europę będą za chwilę w odwrocie. Ludzie chcą normalności i tę normalność prezentuje między innymi właśnie pani Meloni we Włoszech i jej partia Bracia Włosi.

A co zaprezentowała Ursula von der Leyen mówiąc, że ma narzędzia i instrumenty, żeby sobie poradzić, gdy będzie zły wynik wyborów we Włoszech? Można sobie poradzić tak, jak z Polską i z Węgrami? Czy to znaczy, że w Brukseli „piszą się już kamienie milowe” dla Włochów?
- Byłoby to niesłychaną arogancją. Przepraszam za porównanie, ale to trochę przypomina tzw. doktrynę Breżniewa. Starsi Polacy zapewne ją pamiętają – dawała prawo krajom dawnego obozu socjalistycznego do interwencji w każdym kraju, gdzie ich zdaniem socjalizm był zagrożony. Oczywiście to są inne czasy i inne reguły, bo mamy jednak demokratyczne kraje, demokratyczne wybory i demokratycznie powoływane rządy, ale coś w tej wypowiedzi pani von der Leyen takiego było, że „jeżeli nie pójdziecie drogą, która podoba się w Brukseli, to sięgniemy do arsenału instrumentów - głównie finansowych i będziemy was karać tak, jak Węgry i Polskę”. Przy okazji upublicznione zostało spojrzenie pani von der Leyen na to, co stara się robić w stosunku do Polski. Czyli - mówiąc wprost - nie chodzi o żadną praworządność, tylko o próbę zmiany rządu w Polsce i w ten sposób wspierania Donalda Tuska, który z taką misją, jak widać, do Polski został przysłany.

Wczoraj telewizja komercyjna Platformy Obywatelskiej - TVN - wyraźnie cieszyła się z tego, że kolejna transza została naliczona dla Polski i kolejna kara, bo Unia ani myśli odstąpić od tych kar.
- To są ciągle kary liczone w związku z ustawą dotyczącą Sądu Najwyższego. (...)

Ks. Dariusz Oko

Ks. prof. Dariusz Oko/fot. Albigowa/Wikipedia
Ks. prof. Dariusz Oko/fot. Albigowa/Wikipedia
Rozmowa Dnia - ks. prof. Dariusz Oko
Gościem „Rozmowy Dnia” był ksiądz prof. Dariusz Oko, duchowny katolicki znany ze swoich publikacji i wystąpień medialnych krytykujących ideologię gender i homoseksualne lobby wśród duchowieństwa. Rozmawialiśmy o przyszłości Kościoła katolickiego w Polsce i w Europie Zachodniej.

Michał Jędryka: Przyjechał ksiądz do Bydgoszczy z wykładem o kościele w Niemczech, tymczasem w Niemczech niemalże został ksiądz więźniem politycznym. Czy to wpłynęło na ten wybór tematu?

Ks. prof. Dariusz Oko: Tak, myślę, że to moje osobiste doświadczeniem jest jakąś Bożą reżyserią w tym procesie, który miałem w Niemczech z oskarżenia księdza niemieckiego, który doniósł na mnie do prokuratury, i także doniósł na dwóch innych niemieckich księży-profesorów. Ten oskarżyciel chciał, żebyśmy poszli do więzienia. Nastąpiło pewne zderzenie, pewna duchowa walka właściwie między kościołem polskim i niemieckim. Obaj jesteśmy szczególnymi przedstawicielami naszego Kościoła: polskiego i niemieckiego... To zdarzenie trochę jak z czasów reformacji, bo to, co się dzieje w Niemczech, to jest jakby druga reformacja, tym razem rewolucja seksualna. I właściwie to oskarżenie było potwierdzeniem mojej książki, mojego artykułu, pt. „Lawendowa mafia, który ukazał się po niemiecku, w którym ja mówię, powtarzając zresztą za papieżem Benedyktem XVI, który stwierdził, że „homokliki, czy homoseksualne związki duchownych, są wielkim złem w Kościele. I akurat ten atak księdza homoseksualnego, bo on jest otwartym homoseksualistą, potwierdził, że rzeczywiście są złem, bo oto ksiądz niemiecki, homoseksualista chce wsadzić do więzienia trzech księży profesorów za to, że ja napisałem prawdę, a oni wydali ten artykuł. To zarazem jest, jak mówiłem, zderzenie dwóch kościołów. Myślę, że ja reprezentuje kościół męczenników, bo staram się być gotowy na więzienie, na męczeństwo. Podjąłem walkę w tym procesie (...).

Bartosz Kownacki

Bartosz Kownacki/fot. nadesłane
Bartosz Kownacki/fot. nadesłane
PR PiK - Rozmowa Dnia - Bartosz Kownacki
Gościem „Rozmowy Dnia” był poseł Bartosz Kownacki, wiceprzewodniczący sejmowej Komisji Obrony Narodowej. Rozmawialiśmy o sytuacji na Ukrainie po ogłoszeniu rosyjskiej mobilizacji.

Michał Jędryka: Kilka dni temu Rosja ogłosiła mobilizację. Nie wiemy, ilu dokładnie żołnierzy chce zdobyć w ten sposób Federacja Rosyjska, natomiast jedno wydaje się pewne – ta wojna wchodzi w nową fazę. Można coś przewidywać, jak będzie ona wyglądała?
Bartosz Kownacki: Po pierwsze – po raz kolejny szacunek dla służb wywiadowczych państw zachodnich, głównie Stanów Zjednoczonych, które już od dłuższego czasu wiedziały, że dojdzie do mobilizacji. To znaczy, że mają dobrze ulokowane źródła i dobrych analityków, którzy oceniają, co dzieje się w Rosji. Warto na przyszłość, gdy zadaje się pytania, co się wydarzy, słuchać tych, którzy są najlepiej poinformowani. Wracam cały czas do tego, co działo się przed 24 lutego, kiedy Amerykanie ostrzegali, a cały świat nie wierzył, że może dojść do tej wojny. Rzeczywiście wojna w jakimś sensie się zmienia, chociaż moim zdaniem – paradoksalnie – może to doprowadzić do poważnego kryzysu w Rosji i zmiany sytuacji na jeszcze bardziej na jej niekorzyść. Wyobrażamy sobie bowiem dodatkowe setki tysięcy żołnierzy, które idą na front i które –starą rosyjską doktryną – „zadeptują” Ukraińców odzyskując terytoria utracone w ostatnich dniach i tygodniach. Mogłoby to tak wyglądać – tyle, że rzeczywistość jest zupełnie inna. Rosjanie, którzy są współodpowiedzialni za tę wojnę – bo wielokrotnie podkreślałem, że to jest wojna narodu rosyjskiego, to jest mentalność rosyjska i sposób myślenia rosyjski – ci Rosjanie byli zwolennikami tego, co robi Putin, 70-80% popierało wojnę, ale tylko do czasu, dopóki sami nie musieli się w nią zaangażować. Teraz sytuacja się zmienia, ponieważ to ich dzieci albo oni sami muszą iść na front i mogą stracić życie. Wtedy zupełnie inaczej patrzy się na taką wojnę. Wiemy, że część Rosjan głosuje butami, część protestuje, choć nie jest to taka skala, która by coś zmieniła, ale tak już jest na samym początku. Jeżeli zaczną przybywać do Rosji ci, którzy uderzyli na Ukrainę – już martwi w trumnach, to nastawienie Rosjan jeszcze bardziej zacznie się zmieniać negatywnie. Jeżeli matka będzie żegnała swojego syna, a żona z trójką dzieci – męża i ojca, to się zastanowi, po co to wszystko?

Ale już 50 tysięcy takich śmierci było.
– Tak mówią Ukraińcy, że ponad 50 tysięcy, ale nawet jeśli było trochę mniej, to i tak jest dużo. To jednak byli jednak w większości żołnierze zawodowi, również z poboru. Teraz zostaną powołani ludzie, którzy od lat nic wspólnego z wojskiem nie mają, nie planowali tego, że pójdą do poboru, a teraz muszą nagle oderwać się od swoich zajęć, swojego życia, domów i rodzin, i trafić na front. Kolejny element, o którym nie do końca wiemy, jak się zakończy to kwestia przygotowania, wyszkolenia i uzbrojenia tych żołnierzy. Wszystko wskazuje na to, że Rosja ma poważne problemy z uzbrojeniem – ze sprzętem ciężkim, ale nawet z mundurami czy z butami, które były przez ostatnie dziesięciolecia rozkradane i sprzedawane. (…) Może się okazać, że nie ma butów, mundurów, kamizelek kuloodpornych i że nie ma z czego strzelać.

Od początku wojny widać, że Rosja przegrywa logistyką.
– Może się okazać, że tych ofiar będzie szybko dużo więcej, bo na front pójdzie żołnierz ze złym morale, nieuzbrojony i niewyszkolony. I może dojść do sytuacji, jakie były już w Rosji. Przecież dwie rewolucje w 1905 i 1917 roku były efektem przegranych wojen – tego, że Rosja przegrała z Japonią i nie radziła sobie w trakcie I wojny światowej. To doprowadzało do fermentu i teraz też jesteśmy na granicy. Jeżeli okaże się, że Rosja przegra z Ukrainą, uważaną za państewko łatwe do podbicia, do tego będą ofiary liczone w setkach tysięcy - na początku wojny niektórzy analitycy wskazywali, że jeżeli liczba ofiar dojdzie do 100 tysięcy – dojdzie do przełamania w myśleniu Rosjan. (...) Rosjanie mogą bardzo poważnie myśleć o użyciu jakiegoś rodzaju ładunku nuklearnego, bo nie są w stanie wygrać tej wojny w sposób konwencjonalny. Stoimy przed bardzo poważnym zagrożeniem dla całego świata i trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, jak świat powinien zareagować w takiej sytuacji. Czy podkulić ogon, powiedzieć „przepraszam, nic się nie stało”, to my jednak siadamy z Putinem do stołu – szaleńcem, mordercą i zbrodniarzem, który za chwilę może użyć tego ładunku w innym regionie świata, by załatwić swoje cele? Czy jednak – przy założeniu wszelkich bardzo dramatycznych konsekwencji takiego działania – wtedy już odpowiedzieć? Moim zdaniem Zachód – i mam wrażenie, że mówił o tym Joe Biden – jeżeli nie chce doprowadzić do samounicestwienia, to powinien bardzo kategorycznie zareagować na jakąkolwiek próbę użycia takiej broni. Mam nadzieję, że są w tym zakresie prowadzone rozmowy również z innymi mocarstwami nuklearnymi, chociażby Chinami, które wierzę, że staną po stronie Zachodu, bo to byłoby złamanie pewnego tabu i doprowadzenie do unicestwienia planety. (...)

Mieczysław Ryba

Mieczysław Ryba/fot. archiwum
Mieczysław Ryba/fot. archiwum
Polskie Radio PiK - Rozmowa dnia - Mieczysław Ryba
Gościem „Rozmowy Dnia” był prof. Mieczysław Ryba, historyk i politolog z KUL w Lublinie. Rozmawialiśmy m.in. o tym, jak mobilizacja w Rosji wpływa na stan bezpieczeństwa w naszym regionie i sytuację międzynarodową na świecie.



Michał Jędryka: W Rosji trwa mobilizacja. Czy to oznacza Pana zdaniem, że wojna rosyjsko-ukraińska, z którą mamy do czynienia już ponad pół roku, wchodzi w nową fazę? Czy to jest gest rozpaczy Rosji?

prof. Mieczysław Ryba: Na pewno wojna wchodzi w nową fazę, bo ona nie dotyczy tylko działań frontowych, ale wszystkiego, co dzieje się dookoła. To jest cała logistyka i tutaj nie sam fakt, że Putin musiał to zrobić, musiał ogłosić mobilizację, to w takim sensie jest sukces Ukraińców, bo tego się obawiano z różnych powodów. Widać jakie jest poruszenie społeczne. Wydaje się, że żadne wydarzenie na froncie nie poruszyło tak Rosjan, nie wprawiło ich w jakieś zakłopotanie. Ci, którzy są w tej chwili w Turcji, tam Polacy jeszcze odpoczywają mówią, że Rosjanie chodzą z głowami spuszczonymi, jest ich tam bardzo dużo w różnych ośrodkach wypoczynkowych. Wiemy o tym, że Rosja ma ogromne zasoby jeśli mówimy o prowadzeniu wojny, nawet w długim okresie czasu, natomiast wiele też będzie zależeć od tego, co się tam dzieje w perspektywie społecznej i wydaje się, że będzie to generować coraz większe konflikty, natomiast niekoniecznie, jak mówią specjaliści od wojskowości, musi to zmienić sytuację na froncie.

Rosja równolegle do tej mobilizacji przeprowadza referenda na terenach okupowanych. te referenda mają dać wynik taki, że mieszkańcy tych terenów okupowanych prawdopodobnie mają się opowiedzieć w przytłaczającym procencie za przynależnością tego terytorium do Rosji. Czy myśli Pan, że Rosja może to wykorzystać jako element, którym usprawiedliwi przed Zachodem, że Ukraina atakuje jej terytorium, więc może użyć broni masowego rażenia, na przykład, albo bardzo radykalnych działań?

Tak, będzie używać straszaka, tak to nazwijmy. Rosja na froncie przegrywa i Putin raz już w tej wojnie używał tego straszaka nuklearnego, natomiast po raz kolejny będzie nim szafował, to znaczy manifestował swoją słabość, bo jeśli nie radzi sobie w konwencjonalnej wojnie, to będzie patrzyła, jakaś będzie reakcja świata, szczególnie świata zachodniego na te zagrożenia, na ten strach i tyle. Wiemy, że ten świat zachodni nie jest zbyt twardy, no i zobaczymy, jaka będzie jego reakcja, ale nie przypuszczam, żeby póki co przynajmniej to zmieniło losy wojny (...).

Tomasz Grzywaczewski

Tomasz Grzywaczewski. Fot. Nadesłana
Tomasz Grzywaczewski. Fot. Nadesłana
PR PiK - Rozmowa Dnia - Tomasz Grzywaczewski
Gościem „Rozmowy Dnia” był Tomasz Grzywaczewski autor reportaży z Ukrainy, który znów jest w drodze do tego kraju. Rozmawialiśmy o kolejnych zbrodniach Rosjan na Ukrainie i o konieczności pomocy Ukraińcom.

Marcin Kupczyk: Przed Panem kolejna już w trakcie tej wojny wyprawa na Ukrainę. Dokąd Pan zmierza tym razem?
Tomasz Grzywaczewski: Wspólnie z moją ekipą telewizyjną planuję jechać do Charkowa, a stamtąd dalej w głąb terenów wyzwolonych. Nie możemy jeszcze w tym momencie określić dokładnie, gdzie uda nam się dotrzeć część miejsc jest cały czas zamknięta dla dziennikarzy. Ale spróbujemy oczywiście znaleźć się między innymi tam, gdzie ukraińscy wojskowi, ale również prokuratorzy i śledczy odkrywają kolejne dowody masowych zbrodni wojennych i zbrodni przeciw ludzkości. W drugim etapie podróży jeżeli będzie taka możliwość pojedziemy również w okolice frontu południowego, do miasta Krzywy Róg i potencjalnie również na Chersońszczyznę, ale tak naprawdę trasę naszej podróży będzie wyznaczała dynamika wydarzeń na froncie, bo sytuacja szczególnie w ostatnich dwóch, trzech tygodniach zmienia się z dnia na dzień.

Znów jesteśmy świadkami odkrywania kolejnych dowodów na zbrodnie wojenne i przestępstwa Rosjan w miejscach wyzwalanych przez Ukraińców. To budzi grozę.
– Jeszcze w czerwcu jeździłem po Ukrainie realizując film dokumentalny pt. „Ukraina, raport z miejsca zbrodni”, gdzie pokazywaliśmy miejsca, w których Rosjanie tych zbrodni dokonywali. Byliśmy wtedy m.in. w okolicach Czernichowa, na południu – pod miastem Zaporoże, a także w okolicach Chersońszczyzny. Już wtedy było niestety jasne, że to, co zobaczyliśmy – czy to pod Kijowem, w Buczy, w Irpieniu, czy właśnie pod Czernichowem to dopiero wierzchołek góry lodowej. Że te zbrodnie są na masową skalę popełniane cały czas na terenach zajmowanych przez Rosjan. Rozmawiając z ludźmi, którym udało się uciec spod rosyjskiej okupacji na południu kraju – czy to z okolic Mariupola, czy właśnie Chersonia – wiedzieliśmy, że ludzie są porywani z ulic, znikają, że istnieją katownie, gdzie ludzie są torturowani. Każdy dzień trwania tej wojny to nie tylko walki na froncie, nie tylko strzały w infrastrukturę cywilną, które same w sobie są już zbrodnią na ludzkości. To jest cierpienie setek tysięcy Ukraińców, którzy pozostali pod okupacją w tej barbarzyńskiej, nieludzkiej niewoli. Każdy dzień więcej tej wojny, każdy dzień zwłoki – choćby opóźnienia w dostarczaniu Ukrainie sprzętu wojskowego – to jeden dzień więcej mordów, jeden dzień więcej dla Rosjan, aby dokonywali tych zbrodni i pastwili się nad ludnością ukraińską. Dzisiaj Rosja toczy wojnę nie tylko z armią ukraińską, ale przede wszystkim z narodem ukraińskim. To jest wojna totalna, której celem jest zastraszenie i zniszczenie Ukraińców.

Mija siódmy miesiąc tej wojny, tymczasem ostatnie dni przyniosły wiadomości o dość udanej ofensywie wojsk Ukrainy, które odzyskują kolejne swoje tereny. To w zalewie złych wiadomości przynajmniej jedna dobra.
– Ofensywa okazała się sukcesem, którego chyba nikt się nie spodziewał. Nawet źródła w amerykańskiej administracji przyznały, że nie spodziewano się aż tak błyskawicznych postępów. Ofensywa została doskonale przygotowana. Udało się odciągnąć uwagę Rosjan, którzy przerzucili część ludzi z rejonu Charkowa na południe osłabiając tam stacjonujące jednostki. I okazało się, że Ukraińcy główny impet wydarzenia wyprowadzili nie w stronę Chersonia, ale właśnie w okolice Charkowa, wyzwalając właściwie obwód charkowski absolutnie spektakularną ofensywą. Rosjanie zostali całkowicie zaskoczeni, wycofywali się w popłochu. To największa klęska Rosjan od przynajmniej bitwy o Kijów, a być może nawet od początku tej wojny. Pokazała ona, że armia rosyjska – druga największa armia świata, której cały świat się bał – jest w dużej mierze wydmuszką, kolosem na glinianych nogach – armią źle zaopatrzoną, źle zarządzaną, pozbawioną rozpoznania, której jedynym atutem jest barbarzyńska siła. Okazuje się, że Rosjanie potrafią mordować cywili, ale nie potrafią walczyć z żołnierzami. To w czym armia rosyjska rzeczywiście jest dobra to strzelanie w tył głowy, gwałcenie kobiet czy gwałcenie dzieci. Gdy przychodzi do starcia na polu bitwy okazuje się, że rosyjscy żołnierze uciekają po popłochu (...).

Krzysztof Paszyk

Krzysztof Paszyk/fot. Facebook
Krzysztof Paszyk/fot. Facebook
Rozmowa dnia-Krzysztof Paszyk
Gościem „Rozmowy Dnia” był poseł Krzysztof Paszyk z PSL. Rozmawialiśmy o wtorkowym spotkaniu całej opozycji.

Magdalena Ogórek: Wczoraj duże wydarzenie na Lewicy, bowiem pod auspicjami prezydenta Kwaśniewskiego i Komorowskiego odbyło się spotkanie liderów. Media społecznościowe są nieodłączną częścią życia politycznego i Twitter oraz Facebook obiegły zdjęcia przysypiających: Aleksandra Kwaśniewskiego, Donalda Tuska, Bronisława Komorowskiego, natomiast Władysław Kosiniak-Kamysz słuchał z uwagą. Jak by to pan skomentował?

Krzysztof Paszyk: Ja nie widziałem zdjęć, o których pani mówi, natomiast to kolejne spotkanie w serii liderów opozycji demokratycznej w Polsce. Pierwsze było w kwietniu związane z jubileuszem uchwalenia Konstytucji z 1997 roku i tam tematem wiodącym była kwestia praworządności, ugruntowania naszego ustroju na bazie Konstytucji, potem były kolejne spotkania, które dotyczyły paktu dla samorządów w Polsce, jasnej deklaracji wszystkich środowisk opozycyjnych co do wspierania i rozwijania polskiej samorządności. Dziś rocznica rozpoczęcia negocjacji o wstąpienie Polski do NATO. Historia ostatnich miesięcy, zwłaszcza na Ukrainie, pokazuje, że było to niezwykle ważne dla bezpieczeństwa Polski. Po tym ostatnim spotkaniu jest jeden, bardzo pozytywny sens tych rozmów. Środowiska demokratycznej opozycji jasno pokazują, że jest wola do tego, aby wypracować dobrą ofertę, dobry plan dla każdej Polki i każdego Polaka po tym, jak skończą się rządy PiS. To plan, który nie będzie nikogo wykluczał, także wyborców PiS, będzie odpowiadał na największe wyzwania, które dziś każdy z nas ma przed sobą, czyli inflacji, drożyzny, ale też problemów z wymiarem sprawiedliwości, czy odbudowy znaczenia Polski na arenie międzynarodowej, łącznie z przyciągnięciem wreszcie pieniędzy europejskich (...).

Jan Szopiński

Jan Szopiński/fot. archiwum
Jan Szopiński/fot. archiwum
Rozmowa Dnia - Jan Szopiński
Gościem Rozmowy dnia był poseł Jan Szopiński z Lewicy. Rozmawialiśmy między innymi o rozporządzeniu ograniczającym wjazd do Polski przez obywateli Rosji, a także o sprawach bydgoskich szpitali.

Michał Jędryka: Właśnie ukazało się rozporządzenie, które ogranicza możliwości wjazdu Rosjan do Polski. To chyba dobry krok w tej sytuacji, którą mamy, bo jednak do tej pory było to nieszczelne i Rosjanie mogli, na przykład z powodu studiów czy pracy, do Polski przyjeżdżać...

Jan Szopiński: Niewątpliwie w tej kwestii trwała w Polsce długa dyskusja, czy należy to zrobić, czy nie należy tego robić, i jakie są w tej sprawie uwarunkowania. Także w tym studiu kilkakrotnie odbywała się tego typu debata. Większość polskiego społeczeństwa była za tym, aby wprowadzić tego typu regulacje, bo dlaczego mielibyśmy przyjmować w Polsce Rosjan, którzy przyjeżdżają tutaj turystycznie, którzy z jednej strony napadli na Ukrainę, którzy z drugiej strony są znakomicie uposażeni czasami materialnie i odwiedzają Polskę. Natomiast była dyskusja o pewnej furtce, i dobrze że ta furtka pozostała. Chcemy przyjmować w Polsce tych, którzy są uchodźcami, ale też tych, którzy działają na rzecz demokratycznej Rosji. Takich ludzi będziemy przyjmować, po, oczywiście, wypełnieniu przez nich określonych dla Polski zobowiązań.

Ta decyzja wpisuje się w jakiś ogólny trend, ponieważ właśnie czytam informację, że przedstawiciel fińskich władz proponuje zaostrzenie prawa wobec Rosjan wjeżdżających do Finlandii, czyli mamy sytuację, w której inne państwa idą naszą drogą.

Idą naszą drogą, bo już od okresu wakacyjnego trwała dyskusja, na temat urlopów dużej część Rosjan. Oni jeździli po Europie, jak gdyby nigdy nic, jeździli do kurortów wypoczynkowych, powiedziałbym, że szczuli zdjęciami z tych miejsc tych wszystkich, którzy są na przykład na Ukrainie, i tak dalej i tak dalej. Polska, która jest na czele tego frontu antyrosyjskiego dała dobry sygnał dla pozostałych krajów, że nie tylko kwestie dotyczące ograniczeń ekonomicznych, nie tylko kwestie ograniczeń społecznych i innych, ale również ograniczenia turystyczne, wjazdowe do Polski muszą zostać zastosowane wobec agresora, który napad na inny kraj, agresora, który morduje, agresora, który sprawia, że Europa nie czuje się bezpieczna (...).

Joanna Borowiak

Joanna Borowiak./fot. archiwum
Joanna Borowiak./fot. archiwum
PR PiK - Rozmowa Dnia - Joanna Borowiak
Gościem „Rozmowy Dnia” była posłanka Joanna Borowiak (Prawo i Sprawiedliwość). Tematy to przekop Mierzei Wiślanej i kryzys energetyczny.

– Polski rząd nie chce stosować nakazów i zakazów, ale chce zachęcić do oszczędzania energii – mówiła posłanka.

Agnieszka Marszał: W sobotę otwarto przekop Mierzei Wiślanej. Prawo i Sprawiedliwość mówi o wielkim sukcesie, a opozycja – o niedokończonej inwestycji.
Joanna Borowiak: To bardzo ważna inwestycja, która umożliwi Polsce swobodną, całoroczną żeglugę statków morskich, a przede wszystkim uniezależni nas od Federacji Rosyjskiej, o zgodę której musieliśmy każdorazowo prosić 15 dni przed wpłynięciem statku. Przypomnę tylko, że opozycja od początku była przeciwna – szczególnie Platforma Obywatelska. Dlaczego? Choćby dlatego, że w 2009 roku Donald Tusk podpisał umowę samoograniczającą, którą przypieczętował uzależnienie Polski od rosyjskiej zgody na pływanie statków przez Cieśninę Piławską. Opozycja od początku mówiła, że to kontrowersyjne przedsięwzięcie – że jest za drogie, nieskuteczne i nic z tego nie będzie. Okazuje się, że pierwszy etap – a inwestycja opiewa na trzy etapy – właśnie został zakończony. Otwarcie przekopu nastąpiło w historycznym dla Polski momencie. 17 września 1939 roku Sowieci zaatakowali Polskę w czasie II wojny światowej. 17 września 2022 roku ostatni akwen wodny, który był uzależniony w ogóle - a ten akurat od zgody Federacji Rosyjskiej – zyskał swobodę. Dzięki temu Polska odzyskała możliwość kontroli nad przepływem statków właśnie w tym miejscu.

To na pewno jest wydarzenie o dużej randze, ale zostały jeszcze dwa etapy. Co z tym kilometrowym odcinkiem?
– Opozycja doskonale to wie.

Ale my nie wiemy, bo słyszymy komunikaty z różnych stron.
– Etap drugi jest związany z torem wodnym rzeki Elbląg i budową mostu obrotowego. Etap trzeci to prace pogłębiarskie. Powstanie połączenie, o którym opozycja mówi, że go nie będzie. Mało tego – Elbląg już dzisiaj podpisuje chociażby umowę z Duńczykami na rozwój, więc to miejsce na pewno także zyska, jeśli chodzi o kwestie turystyczne. Miejsce zapomniane, gdzie można powiedzieć, że „ptaki zawracały”, już dzisiaj – po otwarciu przekopu – wywołuje duże zainteresowanie. Bardzo więc zyska na tym Elbląg, ale przede wszystkim Polska. Zakończenie kolejnych etapów planowane jest w 2023 roku. Chciałabym, żeby opozycja nie próbowała wprowadzać blokady na te prace.

Przeczytałam, że w Elblągu i regionie ta inwestycja zyskała poparcie ponad podziałami politycznymi, także poparcie społeczne.
– Polacy wiedzą, że to jest Elblągowi potrzebne, ale proszę zauważyć, że politycy – szczególnie Platformy Obywatelskiej właśnie z Elbląga i tamtego regionu – twierdzą zupełnie coś innego. (…) Ucieszyła mnie za to dzisiaj informacja, którą słuchałam w Polskim Radiu – polityk PSL-u stwierdził, że PSL od początku mówił, że Elbląg jest skazany na sukces. (...)
1234567