Piątek, 23 lipca 2021 r.   Imieniny: Stwosza, Bogny, Brygidy
Polskie Radio PiK » Rozmowa dnia
Plichta

Rozmowa dnia

prof. Janusz Golinowski

Janusz Golinowski/fot. Archiwum
Janusz Golinowski/fot. Archiwum
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - prof. Janusz Golinowski
Gościem Rozmowy Dnia w PR PiK był prof. Janusz Golinowski - politolog z Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy. Rozmowa m.in. o tym, czy Platforma Obywatelska potrzebuje i Donalda Tuska i Rafała Trzaskowskiego i jaką strategię powinien obrać rząd, by zachęcić Polaków do szczepień.



Agnieszka Marszał: Wakacje w pełni, ale w polityce nudy nie ma. Wręcz przeciwnie - atmosfera jest gorąca. Spróbujmy podsumować chociaż część wydarzeń kilku ostatnich dni. Zacznijmy od sytuacji w Platformie Obywatelskiej. Czy PO - Pana zdaniem - potrzebuje i Donalda Tuska i Rafała Trzaskowskiego?

prof. Janusz Golinowski: Rzadko zdarza się w polityce, aby rzeczywiście było dwóch liderów, zwłaszcza, że na dziś - dzięki marketingowi - mamy do czynienia, coraz bardziej, z widocznym modelem partii wodzowskiej. A w przypadku partii wodzowskiej najczęściej jeden z liderów jest tym, który określa dalsze kierunki rozwoju.

Czy wydarzenia wczorajszego wieczoru nie wróżą jednak tego, że tym liderem będzie Donald Tusk, który powrócił? Przypomnijmy, że wczoraj Borys Budka, na wyraźny wniosek właśnie Donalda Tuska, został przewodniczącym klubu parlamentarnego Koalicji Obywatelskiej. Cezary Tomczyk - dotychczasowy przewodniczący, złożył rezygnację z funkcji szefa. Wiemy, że Cezary Tomczyk to osoba, która jest jednak bardziej kojarzona z Rafałem Trzaskowskim. Prowadził jego kampanię przed wyborami prezydenckimi.

Tak. Tyle tylko, że taka spersonifikowana formy polityki, polegająca na tym, że jednemu coś obiecujemy, drugiemu coś oddajemy czy zabieramy, odbywa się wewnątrz samej Platformy, tym niemniej jednak, jeśli chodzi o strukturę - tak jak powiedziałem wcześniej - na dziś myślę, że na scenie pozostaje jeden lider. Jeśli chodzi o Platformę pokazuje to też historia - przypomnijmy moment jej powstawania z udziałem pana Płażyńskiego, pana Tuska i pana Olszewskiego. Dlatego też nie przeceniałbym tych obecnych roszad personalnych z uwagi na fakt, że w zasadzie one niczego nie wnoszą, oprócz pewnej takiej imitacji, że coś się dzieje, że to wszystko odbywa się z udziałem procedur demokratycznych. My bardzo często te procedury demokratyczne traktujemy jako taką świętość, nadużywamy pojęcia demokracji. Natomiast to się dobrze wpisuje w poprawność polityczną, aby rzeczywiście podkreślać, że wszystko jest lege artis...


Paweł Borys

Paweł Borys. Fot. arch. PR PiK
Paweł Borys. Fot. arch. PR PiK
Rozmowa dnia - Paweł Borys
Gościem „Rozmowy dnia” w Polskim Radiu PiK był Paweł Borys - prezes Polskiego Funduszu Rozwoju. Tematem rozmowy była działalność Funduszu w dobie pandemii i zadania jakie stoją przed polską gospodarką.

Marcin Kupczyk: Odwiedziliśmy zakłady PESA. Jak pan widzi przyszłość tej firmy?

Paweł Borys: Udało się nam zakończyć trzyletnią restrukturyzację, teraz PESA jest silnym podmiotem gotowym do rozwoju, do ekspansji, z nową strategią. Chcemy rozwijać portfel bardzo nowoczesnych produktów, na rynku polskim i poza nim, bo PESA jest nie tylko marką lokalną, ale jest w ogóle marką polskiego przemysłu. Jej pojazdy jeżdżą na kilku rynkach w Europie Środkowo-Wschodniej, ale też w Niemczech czy we Włoszech.

Od funduszu, którym pan kieruje zależał los całej rzeszy firm. Czy zadanie pomocy firmom zakończyło się sukcesem?

Rzeczywiście przez ostatnie półtora roku priorytetem były działania antykryzysowe. W ramach „tarczy” udzieliliśmy pomocy 348 tys. przedsiębiorstw, w tej chwili są one na etapie umorzeń subwencji finansowej. Wydaliśmy już ponad 250 decyzji umorzeniowych. Co najważniejsze 90% tych wszystkich przedsiębiorstw utrzymało w pełni zatrudnienie w czasie pandemii, 10% z tych najbardziej poszkodowanych branż nieznacznie to zatrudnienie zredukowało, ale możemy powiedzieć, że działania antykryzysowe rządu były skuteczne, chroniły rynek pracy, dlatego teraz mamy do czynienia z dość silnym odbiciem w gospodarce i perspektywy wzrostu rzędu 5% PKB w tym i przyszłym roku, są jak najbardziej realne. (...)

dr Paweł Rajewski

dr Paweł Rajewski
dr Paweł Rajewski
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - dr Paweł Rajewski
Gościem „Rozmowy Dnia” był dr Paweł Rajewski - wojewódzki konsultant do spraw chorób zakaźnych. Czy grożą nam kolejne fale pandemii? Jak się zabezpieczyć? Czy koronawirus będzie nam towarzyszył przez długie lata?



Marcin Kupczyk: Mamy już wzrost średniej liczby zakażeń i będziemy obserwować dalsze wzrosty - poinformował o tym niedawno minister zdrowia Adam Niedzielski. Nie uda się uniknąć tego scenariusza?

Dr Paweł Rajewski: Wydaje się, że rzeczywiście nie uda się, a to co obserwowaliśmy w ostatnich miesiącach, czyli zakończenie trzeciej fali koronawirusa SARS-CoV-2 nie oznaczało, że epidemia się skończyła. Oznaczało tylko, że epidemia wyraźnie wyhamowała i wraz z tym, że wirus mutuje, tworzą się nowe warianty, najczęściej bardziej zakaźne, łatwiej się przenoszą, czasami bardziej agresywne, Jeżeli nie szczepimy się i koronawirus jest w naszej populacji, jest duża transmisja - jest to normalne, że będzie lub będą następne fale - czwarta, może piąta. Przypuszczam, że ta czwarta fala będzie oscylowała zaledwie w kilku tysiącach i obym miał rację, aczkolwiek będzie to odczuwalne.

16 mln osób zaszczepionych to za mało by powstrzymać czwartą falę, tym bardziej, że na horyzoncie mamy nowy rok szkolny i nowy rok akademicki - tak mówią niektórzy eksperci. Czy Pan podziela ich obawy?

Za mało, żeby powstrzymać czwartą falę, za mało, żeby zakończyć epidemię, za mało, żeby powstrzymać koronawirusa, ale tak jak wspomniałem poprzednio, że jeżeli koronawirus będzie w naszej populacji, będzie go dużo a dużo osób nie będzie zaszczepionych, będzie miał większą tendencję do rozprzestrzeniania się, a tym samym do tworzenia nowych wariantów, nowych mutacji, a więc zdecydowanie za mało, aczkolwiek mnie to nie dziwi. Proszę zobaczyć jak wyglądają rokroczne szczepienia przeciw grypie sezonowej w Polsce, a jak na przykład wyglądają w innych krajach europejskich.

Szczepienie nie daje nam bezpieczeństwa na zawsze, prawda? Jak długo po zaszczepieniu możemy być spokojni?

Szczepienie rzeczywiście jest najlepszą metodą profilaktyki chorób zakaźnych. Dzięki szczepieniom z wieloma chorobami zakaźnymi, szczególnie wieku dziecięcego, udało nam się załagodzić, część wyeliminować, jak na przykład ospę prawdziwą. Szczepienia najczęściej trzeba co pewien czas odnawiać, nie są do końca życia. My nie wiemy w tej chwili, czy to szczepienie, które obecnie mamy przeciwko COVID-19 czy to szczepionką mRNA czy wektorową czy one będą dawały trwałą odpowiedź czy nie. Obserwujemy, prowadzimy badania, ale nie wiadomo czy ta pamięć komórkowa, którą również nabywamy podczas szczepienia przy zetknięciu się z antygenem, jakim jest wirus, mimo że nam te przeciwciała spadną do poziomu małego, czy w zetknięciu z tym antygenem nasz organizm natychmiast nie wytworzy dużej liczby przeciwciał. To jest cały czas w formie badań. Oczywiście, jeżeli wirus będzie dalej mutował mogą powstać warianty, które będą odporne na szczepienia. Na razie warianty, które mamy obecnie najczęściej: Alfa, Beta, Gamma czy Delta szczepienie przeciw COVID-19 zmniejsza również ciężkość tej choroby oraz śmiertelność w przebiegu tych wariantów, ale może powstać taki wariant, którego, niestety, to szczepienie może nie objąć i wtedy na pewno będzie trzeba się doszczepić. Trzecia dawka szczepienia jest również rozważana u osób w podeszłym wieku oraz u osób z niedoborami odporności.

Zaczęliśmy mówić o wariancie Delta. Czy powinniśmy zacząć się już go bać tak na poważnie?

Delta jest następnym wariantem, który powstał. Wróćmy do sytuacji, kiedy mieliśmy ze stycznia - lutego, kiedy zaczęliśmy szczepić, kiedy skończyła się pierwsza fala koronawirusa i nagle powstał wariant brytyjski - wariant Alfa i rzeczywiście on wywołał dużą drugą falę. W tej chwili Delta również wywołuje falę w u naszych sąsiadów - we Francji, w Wielkiej Brytanii, ale tych poszczególnych liter alfabetu greckiego będzie jeszcze więcej i może tego alfabetu naprawdę nie starczyć, więc tutaj nie demonizowałbym, że akurat Delta i co będzie dalej... Koronawirus będzie mutować, nie możemy straszyć społeczeństwa, aczkolwiek musimy wyraźnie powiedzieć, jeżeli chcemy zakończyć epidemię, to musimy się szczepić, bo to tylko spowoduje, że nie będzie dalszych tych fal, a tymczasem musimy być przygotowani. Od szczepienia zależy również jakie te fale będą, jak duże. wektor Co prawda liczyłem, że czwarta fala pojawi się gdzieś w okolicy września. Prawdopodobnie będzie ona szybciej w Polsce, ale pamiętajmy, że im więcej osób jest wyszczepionych, im więcej osób przeszło COVID-19, tym te fale będą mniejsze. Jedyną metodą profilaktyki wydają się szczepienia i to, co obserwuję w krajach zachodnich, czyli tata odpowiedzialność społeczeństwa i przede wszystkim rządu, jeżeli chodzi o imprezy masowe, ba, nawet podejście do restauracji, do kina tylko dla osób zaszczepionych, z tzw. paszportem covidowym albo z wynikiem testu przeciwko SARS-CoV-2. Jest to rzeczywiście walka z epidemią, jeżeli osoby same, dobrowolnie nie chcą się szczepić, jest to metoda, gdzie w skłoni większość społeczeństwa, ale przede wszystkim daje bezpieczeństwo.

Ogromne protesty pojawiły się we Francji po zapowiedzi prezydenta tego kraju o tym, że restauracja, samolot, klub tylko dla zaszczepionych. Podobnie może być i u nas.

Przypominam, że nie jest to szczepienie obowiązkowe, ale patrząc na rozmiar pandemi, na liczbę zakażonych, liczbę zgonów z powodu COVID-19 rzeczywiście odnosimy się - lekarze, rządzący państwami - odnosimy się do tak zwanej solidarności i odpowiedzialności społecznej, że jednak nasze społeczeństwo będzie chciało się szczepić. Niestety tej próby nie przeszliśmy. Znowu w przestrzeni publicznej pojawiają się fake newsy, że jest eksperyment medyczny, że nie wiadomo co w tej szczepionce jest, że przejdzie na płód, że będzie bezpłodność i wiele, wiele innych, po to takie, że epidemii w ogóle nie ma, a koronawirus nie istnieje. Naprawdę są to bardzo krzywdzące tezy i budzące niechęć społeczeństwa i do szczepień i w ogóle nauki. Niestety, my nie odrobiliśmy pewnych lekcji w ostatnich latach, co do edukacji prozdrowotnej. Powinniśmy teraz skupić się na rzetelnej informacji, na medycynie opartej na faktach. Wtedy społeczeństwo z powrotem uwierzy w autorytety i z powrotem zaufa i będzie wiedziało, że jeżeli poleca to autorytet, że powinniśmy się szczepić, to pójdzie się zaszczepić, a nie usłyszy od sąsiadki: „Nie, nie szczep się” i posłucha sąsiadki czy mediów społecznościowych...

Katarzyna Gągola

Katarzyna Gągola/fot. Kamil Bździan
Katarzyna Gągola/fot. Kamil Bździan
PR PiK - Rozmowa Dnia - Katarzyna Gągola
Gościem Rozmowy Dnia była dr Katarzyna Gągola, wicedyrektor Regionalnego Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa w Bydgoszczy. Jej temat to działalność Centrum w trudnym okresie wakacyjnym i pandemicznym. Była także zachęta do honorowego oddawania krwi.

Marcin Kupczyk: Czym zajmuje się Centrum?

Katarzyna Gągola: Naszym głównym i najważniejszym zadaniem jest zaopatrywanie w krew szpitali naszego województwa. Musimy krew pozyskać, pobrać, zbadać, odpowiednio przygotować, przechować i wydać do szpitali.

Na Państwa stronie internetowej rzuca się w oczy interesująca grafika. Widać szereg kropli krwi, z których każda jest zabarwiona na czerwono do pewnej wysokości i opisana symbolami kolejnych grup. O co chodzi?
- Ta grafika jest aktualizowana codziennie i mówi o tym, jakie są zapasy danej grupy krwi u nas w Centrum. Im więcej jest taka kropelka zapełniona, tym większy zapas krwi w pewnym momencie mamy.

Gdybym dziś otworzył tę stronę, co bym zobaczył?

- Że są grupy, których zapasy są minimalne.

To problem dla państwa?
- Co roku mamy podobny problem w wakacje. Spada liczba dawców, a zapotrzebowanie na krew ze strony szpitali jest cały czas takie samo. Wakacje to bardzo ciężki czas dla nas, bo nasi stali dawcy - którzy regularnie oddają krew, co można robić co dwa miesiące - jadą na zasłużony odpoczynek. Nie pracują szkoły, nie ma też studentów, dla których regularnie organizujemy akcje. W tym roku jeszcze dodatkowo mieliśmy COVID, więc nie mogliśmy przygotować większych zapasów przed wakacjami. Na dodatek szpitale – w związku z tym, że choroba wydaje się u nas opanowana - zwiększają liczbę planowanych operacji. Są też takie elementy, jak na przykład szczepienia, które dyskwalifikują dawców – co prawda tylko na krótki czas, ale jednak zawsze, więc jest większy problem z pozyskaniem nowych wydawców. (...)

Marlena Maląg [wideo]

Marlena Maląg Fot. Janusz Wiertel
Marlena Maląg Fot. Janusz Wiertel
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Marlena Maląg
Gościem „Rozmowy Dnia” była minister rodziny i polityki społecznej Marlena Maląg. Rozmowa o konsultacjach dotyczących strategii demograficznej.



Michał Jędryka: Ministerstwo opracowało Strategię demograficzną 2040, proszę przypomnieć jej główne założenia.

Marlena Maląg: Strategia demograficzna 2040 to jest wyzwanie na kolejne lata, jeżeli mówimy o polityce demograficznej. Jesteśmy w pułapce demograficznej, o czym premier Mateusz Morawiecki wspominał już w Strategii na rzecz odpowiedzialnego rozwoju, w swoim exposé. To jest wyzwanie ponad politycznymi podziałami, wyjście z pułapki niskiej dzietności, a więc priorytetem tej strategii jest wyjście z pułapki demografii.

Co to jest ta pułapka demograficzna?

Jesteśmy w takiej sytuacji, że nie mamy zastępowalności pokoleń. Wskaźnik dzietności w Polsce aktualnie wynosi 1,38 proc. Ten wskaźnik jest na takim poziomie dzięki wprowadzeniu programu Rodzina 500 plus, bo sytuacja byłaby jeszcze gorsza. Musimy sobie zdać sprawę, że liczba kobiet, które mogą urodzić dzieci, rodziców, którzy mogą mieć dzieci jest coraz niższa. Niska dzietność jest spowodowana przez wieloletni brak stabilnej polityki prorodzinnej w Polsce. Dlatego my od tych ponad 5 lat staramy się wprowadzać programy prorodzinne i pokazać poprzez konkretne działanie, jakie wsparcie powinno trafić do rodzin i strategia te propozycje przedstawia.

Państwo zapytali ekspertów o przyczyny pułapki demograficznej, Jakie z nich są najważniejsze?

Przeprowadziliśmy badania jakościowe i ilościowe. Były też analizowane różne strategie i podejścia do polityki prorodzinnej w państwach i Europy i na świecie. Ważne jest to, że młodzi Polacy chcą mieć dzieci. 98 proc. młodych Polaków pokazuje, że chce mieć dzieci. Wyznaczyliśmy więc sobie podstawowe cele do osiągnięcia. To wsparcie polskiej rodziny, z drugiej strony niwelowanie barier - bo skoro młodzi ludzie chcą mieć dzieci, a dzietność jest na tym poziomie na jakim jest, a więc trzeba te przeszkody zniwelować - i kolejny priorytet - wspólna polityka rządu i samorządów, bo te wspólne, systematyczne i konsekwentne działania, poczucie bezpieczeństwa to daje stabilizację i wtedy młodzi ludzie mogą podejmować decyzję o wchodzeniu związek małżeński i o tym, żeby rodziły się pierwsze i kolejne dzieci.

To optymistyczne, co Pani powiedziała, bo jeżeli ludzie chcą mieć dzieci, to jakby pozostałe rzeczy wydają się trochę łatwiejsze.

Wydają się łatwiejsze. Mentalnie młodzi Polacy są zdecydowani na to, żeby mieć dzieci, więc badania pokazały nam gdzie są te przeszkody - co jest potrzebne, aby te dzieci się rodziły. Pierwsze miejsce w tej piramidzie potrzeb to polityka mieszkaniowa. Na strategię demograficzną dzisiaj należy patrzeć w porównaniu też z „Polskim Ładem”, bo pewne instrumenty z polityki demograficznej już znajdują się w „Polskim Ładzie”, a więc mieszkania; stabilna, bezpieczna praca; możliwość łączenia pracy zawodowej z życiem rodzinnym, a więc warunki w kodeksie pracy związane z elastycznym czasem pracy, z ochroną miejsca pracy; polityka zdrowotna, ale także opieka nad dziećmi do 3 lat. To są te te czynniki, które pokazują i decydują, że tu musi być stabilizacja i bezpieczeństwo. I poprzez kolejne instrumenty będziemy starali się wprowadzać kompletne rozwiązania (...)

dr Alicja Paczoska-Hauke

dr Alicja Paczoska-Hauke. Fot. PR PiK
dr Alicja Paczoska-Hauke. Fot. PR PiK
Rozmowa Dnia - dr Alicja Paczoska - Hauke
Gościem „Rozmowy Dnia” była dr Alicja Paczoska-Hauke z delegatury Instytutu Pamięci Narodowej w Bydgoszczy. Tematem były ostatnie odkrycia na tzw. „Bydgoskiej Łączce”, czyli cmentarzu przy ul. Kcyńskiej, na którym grzebano ofiary komunistycznego terroru.

Marcin Kupczyk: 12 lipca specjaliści z Biura Poszukiwań i Identyfikacji IPN rozpoczęli kolejny etap prac poszukiwawczych na cmentarzu przy ul. Kcyńskiej w Bydgoszczy. Dzięki badaniom historycznym prowadzonym także przez panią doktor wiemy, że więźniowie polityczni mordowani przez funkcjonariusz UB w więzieniu na Wałach Jagiellońskich byli chowani, czy grzebani, na cmentarzu przy Kcyńskiej. Proszę przypomnieć, jak to się zaczęło?

Alicja Paczoska-Hauke: Tak się składa, że rodzinom osób, którym odebrano życie, zamordowanym z przyczyn politycznych bezpośrednio po wojnie, prawie nigdy nie przekazywano informacji o tym, co się stało z ciałem. Taka była zasada, co było dziwne, bo tak naprawdę, jeśli był proces pokazowy, to dlaczego nie poinformować rodzin, co się stało z ciałem, gdzie spoczywa ciało. I co dalej? Dalej jest tak, że te rodziny zwracały się już od powstania IPN z prośbą o odszukanie miejsc pochowku.

Zaczęło się więc od rodzin...

Tak, jeśli chodzi o nasze badania. Wcześniej, oczywiście po 1989 roku rodziny prowadziły swoje prywatne śledztwa próbując dojść do tego, gdzie są pochowane szczątki, przekupując grabarzy, odwiedzając archiwa. W ten sposób, od tych rodzin wyszła informacja, że ich bliscy są na pewno pochowani przy Kcyńskiej. W związku z tym, przeglądaliśmy bardzo dokładnie księgi pochówków cmentarza komunalnego na Kcyńskiej. Okazało się, że w latach roku 1945 - 46 zwłoki niektórych więźniów najczęściej opisane jako nieznany mężczyzna albo jako NN z więzienia przy Wałach, były przywożone właśnie na ten cmentarz.

Mając dokumenty, mając daty śmierci konkretnych osób, i łącząc pochówek z datą, układaliśmy takie historyczne puzzle. I typowaliśmy, że skoro np., 26 listopada 1946 roku były egzekucje, podczas których konkretne osoby zostały rozstrzelane, a w tym samym dniu trzy ciała zostały przewiezione na cmentarz - to mogą być oni. Problem polega na tym, że przez te lata cmentarz na Kcyńskiej bardzo się zmienił. Zmieniły się numery rzędów, grobów, stąd te nasze pierwsze prace z 2017 roku nie od razu zakończyły się sukcesem. Zaczęliśmy analizować na nowo, rysować, robić szkic sytuacyjny, jak mógł wyglądać ten cmentarz zaraz po wojnie. To nam bardzo pomogło. Udało się znaleźć, wskazać takie miejsca, gdzie chowano osoby z roku 1946, bo w tym roku w Bydgoszczy wykonano najwięcej egzekucji przez rozstrzelanie (...).

Krzysztof Kukucki

Krzysztof Kukucki/fot. archiwum
Krzysztof Kukucki/fot. archiwum
Rozmowa Dnia - Krzysztof Kukucki
29 małych i średnich miast w Polsce otrzyma wsparcie z programu „Rozwój Lokalny”. Do każdego z nich trafi ponad 3,5 mln euro na działania, które mają poprawić jakość życia mieszkańców. Na liście beneficjentów znalazł się także Włocławek. Naszym gościem w „Rozmowie dnia" był Krzysztof Kukucki - zastępca prezydenta Włocławka. Rozmawialiśmy o tym, na co zostaną przeznaczone pieniądze, a także o problemach i potrzebach mieszkańców średnich miast.

Agnieszka Marszał: Pretekstem do tej rozmowy są pieniądze, i to niemałe. 29 małych i średnich miast w Polsce otrzyma wsparcie z programu „Rozwój Lokalny”. Do każdego z nich trafi ponad 3,5 mln euro na działania, które mają poprawić jakość życia mieszkańców. Na liście beneficjentów znalazł się także Włocławek. Panie prezydencie, czy urok średnich miast może być na tyle wielki, że zatrzyma mieszkańców i przyciągnie nowych ludzi?

Krzysztof Kukucki: Jestem przekonany, że tak będzie. Oczywiście, jeszcze część głównie młodych ludzi jest zachłyśnięta metropoliami, ale życie w dużym mieście wcale nie jest prostsze. Coraz więcej młodych, ale nie tylko oni, zaczynają doceniać miasta średniej wielkości, takie jak Włocławek, miasta kompaktowe, gdzie w miarę blisko jest do miejsc świadczenia podstawowych usług. Myślę, że ta tendencja, którą obserwowaliśmy w ostatnich 20-30 latach, zacznie się odwracać.

Wyludnianie się miast małych i średnich to jest problem wszystkich miast w Polsce, nie tylko Włocławka. Od kilku lat pojawiają się jednak takie diagnozy naukowców, polityków, że niektóre miasta mogą za jakiś czas z mapy Polski zniknąć.

To rzeczywiście dotyczy wszystkich miast. Tylko dwa miasta w naszym kraju nie mają tego problemu. Pół miliona mieszkańców ubyło w ostatnich kilkunastu latach z wszystkich miast, co ma złe skutki finansowe dla gospodarki. Ekonomiści policzyli, że to jest 65 miliardów straty przez sam fakt, że ludzie wyprowadzają się pod miasta, bo mamy głównie problem z suburbanizacją. Tracą czas na dojazdy, co ma też swoją cenę, tracą pieniądze i oddalają się od tych podstawowych usług kulturalnych, sportowych, zdrowotnych, parków, czy centrów rozwoju zdrowotnego. To jest duży problem, ale faktycznie jest szczególnie widoczny w miastach średnich.

Pandemia jeszcze tę walkę utrudniła. Wiele osób jeszcze chętniej będzie budować czy kupować domy pod miastem, by mieć swoją prywatną wolność (...).

Stanisław Szwed

Stanisław Szwed Fot. www.facebook.com/stanislaw.szwed
Stanisław Szwed Fot. www.facebook.com/stanislaw.szwed
PR PiK - Rozmowa Dnia - Stanisław Szwed
Gościem „Rozmowy Dnia” był Stanisław Szwed - wiceminister rodziny i polityki społecznej. Rozmawialiśmy o strategii demograficznej 2040.

Magdalena Ogórek: Cały czas jeszcze można jeszcze przystąpić do programu „Dobry start”. 300 zł otrzymują rodzice na wyposażenie każdego ucznia w rodzinie. Jak teraz można aplikować i do kiedy?
Stanisław Szwed: Zmieniło się tylko to, że składamy wnioski drogą online. Od 1 lipca została uruchomiona przez ZUS platforma PUE, przez którą składamy wnioski. Wypłata będzie na konta. Wnioski można składać do końca listopada, ale zachęcamy, że robić to wcześniej, bo wtedy wcześniej również pieniądze trafią na konta rodziców – już przed początkiem roku szkolnego, czy na koniec wakacji. To jest tzw. wyprawka szkolna, która ma służyć rodzicom, by wyposażyli dzieci w niezbędne rzeczy do szkoły. W tej chwili mamy już ponad milion osób, które zarejestrowały się drogą elektroniczną. Niektóre osoby otrzymują pierwsze wypłaty z ZUS. Jest tu taka zmiana, że wcześniej realizował to zadanie samorząd, a obecnie Zakład Ubezpieczeń Społecznych już tylko drogą elektroniczną. Zasady są takie same – wyprawkę dostaje każde dziecko do 20. roku życia, a przy dzieciach niepełnosprawnych – do 24. roku życia.

Kto jeszcze nie dokonał rejestracji, to teraz jest na to czas. To ważny zastrzyk finansowy, kiedy trzeba ruszyć po wyposażenie tornistra.
- Jeżeli ktoś miałby problemy, to zachęcamy do odwiedzenia placówek ZUS – tam pomogą wypełnić wniosek, założyć profil, można spokojnie z tego skorzystać. Zachęcamy do takiego wsparcia.

Konsultacje strategii demograficznej to projekt, któremu przyglądam się od jakiegoś czasu, realizowany w obrębie Ministerstwa Rodziny i Polityki Społecznej. Bardzo ważny, bo należało postawić diagnozę na przykład, dlaczego Polacy powstrzymują się przed posiadaniem kolejnego dziecka, choć bardzo chcą powiększać rodziny. I tu na przykład wyszedł brak stabilności, jeśli chodzi o rynek pracy i mieszkania. To są dwa czynniki szalenie istotne dla młodej rodziny, by decydowała się na potomstwo.
- Szalenie istotne jest tu przygotowanie długofalowej strategii. Strategia demograficzna, którą właśnie przygotowaliśmy jest do 2040 roku. Zakładamy, że wskaźnik dzietności będzie na poziomie 1,8, czyli na 100 rodzących matek, urodzi się co najmniej 800 dzieci. Obecnie ten wskaźnik jest na poziomie 1,38. On wynika też z tego, że jest mniej kobiet w wieku rozrodczym, spowodowany niżem demograficznym. (...)

Mariusz Kałużny

Mariusz Kałużny./fot. PR PiK /archiwum
Mariusz Kałużny./fot. PR PiK /archiwum
PR PiK - Rozmowa Dnia - Mariusz Kałużny
Gościem Rozmowy Dnia był poseł Mariusz Kałużny z Solidarnej Polski. Rozmawialiśmy między innymi o reformie wymiaru sprawiedliwości, z której niezadowolenia nie krył niedawno prezes PiS Jarosław Kaczyński.


Michał Jędryka: Sejm powołał w czwartek prof. Marcina Wiącka na nowego Rzecznika Praw Obywatelskich. Wygląda na to, że Senat to już tylko formalność, bo wszystkie kluby są za. Cieszy się Pan z tego?
Mariusz Kałużny: Cieszę, że w końcu ten pat zostanie zakończony. My mieliśmy większość w Sejmie, opozycja w Senacie i ten pat trwał, nie można było się dogadać. Nie było woli porozumienia – ani z mojego środowiska, ani też ze środowiska opozycji. Dwie strony odrzucały siebie nawzajem. Wydaje się, że pan prof. Wiącek jest wreszcie kandydatem zgody – zaproponowanym przez PSL, ale wspieranym też przez Platformę, i Lewica go poprze, najprawdopodobniej też Partia Gowina. W Senacie więc zyska większość i będzie Rzecznikiem Praw Obywatelskich.

Natomiast w Sejmie toczyła się i toczy nadal w mediach debata na temat tzw. ustawy medialnej, czy jej nowelizacji. Chodzi o to, żeby nadawca telewizyjny, który ma koncesję w Polsce, musiał mieć co najmniej połowę udziałów polskich lub z obszaru europejskiego, czyli UE. To by eliminowało takie podmioty, jak TVN, więc właśnie ta telewizja najbardziej protestuje. Sądzi Pan, że taka nowelizacja przejdzie przez Sejm?
- Takie przepisy dzisiaj już obowiązują. My chcemy je uściślić – bo oczywiście TVN, której realnym właścicielem są amerykańskie spółki, zarejestrowała swoją spółkę-córkę w Amsterdamie. Nie na marne, bo przy 4 mld przychodów TVN zapłaciła podatek w wysokości 30 mln. Z kolei na przykład Polsat, który jest w rękach polskiej spółki zapłacił - przy ok. 1,5 mld przychodów - 900 mln. Widać, że nawet TVN nie płaci podatków takich, jak trzeba w Polsce. Spółkę zarejestrowali w Amsterdamie, bo jest rajem podatkowym - Holandia ma bardzo duże nadużycia, jeśli chodzi o sferę podatkową, nie radzi sobie z tym, nie uszczelnia podatków.
Druga sprawa to fakt, że te przepisy przecież już obowiązują - większościowy pakiet musi być albo w rękach polskich, albo z obszaru europejskiego. W przypadku TVN właścicielami są Amerykanie. Kupując TVN powinni znać te przepisy, zaznajomić się z nimi. Dzisiaj wywiera się presję na obóz rządzący i dorabia do tego politykę komentując, że chcemy celowo zamknąć TVN. Nie! My chcemy uregulować rynek medialny w Polsce, żeby było tak, jak jest wszędzie. Nie wyobrażam sobie, żeby wiodącą telewizją w Niemczech była telewizja amerykańska, czy jakakolwiek inna. W końcu trzeba to uregulować.
Na marginesie - jeśli mówimy już o funkcjonowaniu stacji, to moja ocena jest bardzo krytyczna. To telewizja bardzo stronnicza, która zawsze stała po jednej stronie sporu politycznego, skrajno-lewicowo-liberalna, a nie jest tak, że 100 proc. Polaków jest w kraju lewicowych...

Ale opozycja i właśnie ta telewizja podnosi argument wolności słowa – że mają prawo stać po stronie opozycji.
- Wolność słowa jest bardzo cenna, powinna być chroniona zawsze i wszędzie, ale tu nie o to chodzi. Wolność słowa jest wtedy, gdy wszyscy są zapraszani do telewizji na równych prawach i każdy ma prawo głosić swoje poglądy, a wszystkie są na równi szanowane. Niestety nie na darmo mówi się o TVN, że to największa partia opozycyjna. Platforma Obywatelska nie ma takiej siły, jak ma TVN. (...)

Witold Fydrych

Witold Fydrych/fot. nadesłane
Witold Fydrych/fot. nadesłane
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Witold Fydrych
Gościem „Rozmowy Dnia” był Witold Fydrych, szef Stowarzyszenia „Słodka Jedynka". Temat to problemy dzieci zmagających się z cukrzycą typu pierwszego.



Marcin Kupcczyk: Będziemy rozmawiać o cukrzycy, zwłaszcza o cukrzycy typu pierwszego wśród dzieci Dlatego wyjaśnia się nazwa stowarzyszenia - „Słodka Jedynka”. Czym zajmuje się wasze stowarzyszenie?

Witold Fydrych: Nasze stowarzyszenie działa na terenie całej Polski. W szczególności dbamy o to, żeby dzieci z cukrzycą były postrzegane jak pełnowartościowi obywatele.Tymczasem społeczeństwo boi się dzieci z cukrzycą.

Nie zna problemu?

Nie zna problemu i dlatego, jeżeli ktoś czegoś nie zna, to opowiada jakieś różne historyjki, które nie pasują do rzeczywistości.

Wyjaśnijmy zatem, bo powszechna wiedza na ten temat nie jest zbyt głęboka. Typ pierwszy cukrzycy i typ drugi, czym one się różnią?

Na typ drugi pacjent może sobie sam zapracować - poprzez złą dietę, poprzez brak ruchu, stres. To są podstawowe przyczyny, które doprowadzają do cukrzycy typu drugiego. Mogą doprowadzić, nie zawsze doprowadzą, żeby nie było to źle zrozumiane, że każdy, kto źle się odżywia, mało się rusza i żyje w stresie zachoruje na cukrzycę typu drugiego. To nie jest prawda. Cukrzyca typu pierwszego natomiast jest całkiem inną chorobą. W sumie medycyna nie wie z czego powstaje. Dzieci po prostu chorują i mają tę cukrzycę. Trzustka przestaje wydzielać insulinę i wtedy człowiek jest uzależniony od insuliny z zewnątrz.

Czy wiadomo ile osób w naszym kraju cierpi na cukrzycę. Ile dzieci choruje? Jak to wygląda w przypadku typu pierwszego i w przypadku typu drugiego.

Statystyki mówią, że w Polsce choruje na cukrzycę około 3 milionów obywateli, z tego 9 - 10 proc. na cukrzycę typu pierwszego. W całej grupie cukrzycy typu pierwszego jest około 25 tys. dzieci, ale statystycznie mówi się o 5 milionach obywateli, którzy są w takim miejscu przedcukrzycowym, a o tym nie wiedzą. Są blisko zachorowania. Nie wiedzą o tym i żyją normalnie, jakby nic się nie działo, a cukrzyca już puka do drzwi.

Jak mogliby zorientować się, żeby działać prewencyjnie?

Uważam, że przede wszystkim lekarz pierwszego kontaktu powinien w każdym możliwym badaniu badać też poziom cukru we krwi.

W chorobie przewlekłej ważna jest edukacja, wiedza, umiejętność radzenia sobie z chorobą. To na pewno. Pytanie co powinni wiedzieć rodzice. Jak rozpoznać sygnały, które mogą świadczyć o chorobie, bo to od rodziców powinno się zacząć, jeśli mówimy o cukrzycy typu pierwszego u dzieci.

Najbardziej spotykanymi sygnałami wskazującymi na cukrzycę typu pierwszego jest wzmożone pragnienie, częste oddawanie moczu. Jeżeli dziecko w jakimś szybkim czasie traci na wadze, jest apatyczne, to wtedy radziłbym rodzicom wskazać lekarzowi pediatrze na cukrzycę, bo nie każdy lekarz pediatra odróżnia to. Mamy dużo przypadków, że uważają, że to jest jakaś grypa jelitowa i potem dziecko z bardzo wysokim cukrem, już z kwasicą ketonową ląduje na oddziale i jest tak jak jest. Cukrzyca jest późno diagnozowana. Rodzice to są najwięksi bohaterowie w tej całej historii, bo oni „wskakują do zimnej wody”, są do niej „wrzucani”. Takie dwutygodniowe, czasami tygodniowe szkolenia robią z nich lekarzy - diabetologów, psychologów, pielęgniarki, terapeutów. Ci rodzice są dzień i noc przy tych dzieciach i o tych rodzicach najmniej się mówi, a oni robią tą całą robotę. Walczą dzień i noc o życie i przeżycie swoich dzieci. Bez rodziców te dzieci by nie przeżyły.

Czy ktoś pomaga rodzicom? Czy jest jakaś edukacja skierowana do rodziców, którzy mają ten problem u siebie w domu, bo mój pan o tygodniowym lub dwutygodniowym szkoleniu. Czy to wszystko?

Te szkolenia są zawsze na początku diagnozy i później jest ta edukacja w szpitalach, przychodniach diabetologicznych, ale rodzice przede wszystkim zdobywają wiedzę na portalach internetowych, takich jak Facebook, na grupach wsparcia. Tam szukają tej wiedzy i wymieniają się swoimi doświadczeniami. Jeżeli chodzi o taką edukację ogólną, z zewnątrz, jest tego bardzo mało.

Jak może pomóc szkoła?

Szkoła przede wszystkim powinna się nie bać tego dziecka z cukrzycą, tylko spoglądać na to dziecko jak na ucznia i w tej całej edukacji mieć też spojrzenie na chorobę tego dziecka. Dziecko powinno mieć możliwość spożycia posiłku lub napicia się czegoś podczas lekcji. Nauczyciel powinien mieć z rodzicem tego dziecka kontakt telefoniczny lub jakikolwiek, i powinien to dziecko obserwować, bo po diabetyku typu pierwszego widać zmiany, jeżeli się źle czuje, jeżeli ma wysoki lub niski cukier. Można to zauważyć i to jest wszystko, co ten nauczyciel powinien robić, a nauczyciele boją się tych dzieci (...)

1234567