Środa, 19 grudnia 2018 r.   Imieniny: Gabrieli, Dariusza, Eleonory
Polskie Radio PiK » Rozmowa Dnia

Rozmowa dnia

Tomasz Latos

Tomasz Latos. Fot. archiwum PR PiK
Tomasz Latos. Fot. archiwum PR PiK
"Marginalizacja Bydgoszczy, likwidacja dwustołeczności" - takie przestrogi padły 8 października w trakcie konferencji prasowej z ust Tomasza Latosa - kandydata na prezydenta Bydgoszczy. Czy zagrożenie jest realne? Gość Michała Jędryki podkreślił w "Rozmowie dnia" na antenie Polskiego Radia PiK, że zbliżające się wybory mają wyjątkowe znaczenie dla Bydgoszczy i mogą one rozstrzygnąć o pozycji miasta na wiele dziesiątek lat.

Michał Jędryka: Wczoraj zwołał pan konferencję prasową, w której poruszył pan nowy wątek, być może otworzył pan nowy etap w kampanii do zbliżających się wyborów. Wskazał pan, że Bydgoszczy zagraża utrata stołeczności w województwie. Czy to jest rzeczywiście realne zagrożenie? Czy ponad 300-tysięczne miasto takie jak Bydgoszcz mogłoby zostać sprowadzone do roli miasta powiatowego?


Tomasz Latos:
To jest rzeczywiście bardzo poważne zagrożenie. Trzeba jasno podkreślić, Platforma Obywatelska ma w swoim programie likwidację urzędów wojewódzkich i przeniesienie wszystkiego do Urzędu Marszałkowskiego. Później, kiedy pytaliśmy co to znaczy dla Bydgoszczy, bo oznaczałoby to w naszym województwie jednoznacznie przeniesienie całego ośrodka władzy do Torunia, to zaczęto mówić rzeczy nawet jeszcze gorsze. Mówiono, że te urzędy będą rozesłane po województwie, coś będzie w Inowrocławiu, coś będzie w Grudziądzu, coś w Bydgoszczy. Krótko mówiąc, zupełna marginalizacja naszego miasta. Nie tak dawno była przeprowadzona analiza w jednej z toruńskich gazet, tam przedstawiono, że w zasadzie kompetencje będą skupione w rękach marszałka. Ja przeciwko takiemu czemuś protestuję, protestowałem i zrobię wszystko, żeby do tego nie dopuścić. Przerażające jest to, że nie protestuje prezydent Bydgoszczy Rafał Bruski, nie protestują politycy Platformy Obywatelskiej z Bydgoszczy. W sobotę była konwencja, gdzie byli przedstawiciele zarówno .Nowoczesnej – pani Katarzyna Lubnauer, był Grzegorz Schetyna, była pani Barbara Nowacka i nikt tam nie protestował przeciwko tym planom. Nikt nie wszedł na mównicę, czy to Rafał Bruski, czy któryś z posłów z Bydgoszczy żeby powiedzieć "na to zgody nie ma, nie zgadzamy się na marginalizację Bydgoszczy". Ja widzę to co widzę i zadam takie smutne pytanie: czy dlatego buduje się trybuny na 300 osób na Torbydzie, a 450 na Astorii bo już przygotowujemy się, że będziemy miastem, które będzie coraz mniejsze?

Pan poseł pozwoli, że ja jeszcze wrócę do tego za chwilę ale chciałem zapytać o specyfikę tej kampanii bo poruszane są problemy o wyjątkowej wadze, problemy wręcz ustrojowe. Czy uważa pan, że te wybory mają specjalne znaczenie?
- Ja uważam, że tak. Szanowni państwo, uważam, że to nie jest tylko kwestia tego, że państwo wybiorą Tomasza Latosa, Rafała Bruskiego, Marcina Sypniewskiego czy pozostałych dwóch kandydatów. To wygląda na to, że my będziemy decydować, nie na 4 a 5 lat o tym, jaka będzie przyszłość naszego województwa i Bydgoszczy. Czy Bydgoszcz zostanie zmarginalizowana, czy nie. Moim zdaniem są to wybory absolutnie kluczowe. Wokół tej problematyki związanej z przyszłością mojego kochanego miasta, ale także przyszłością województwa, powinna się koncentrować cała uwaga i powinny się koncentrować całe pytania, które w tej debacie się pojawiają. Jeżeli my się damy teraz zepchnąć do roli ośrodka, który będzie marginalizowany, który będzie całkowicie podporządkowany Toruniowi, gdzie będzie w dalszym ciągu rządzić marszałek Całbecki, bo głos na Platformę jest tak naprawdę głosem na Całbeckiego. Na dodatek władze Platformy pozwolą na zlikwidowanie Urzędu Wojewódzkiego i przeniesienie wszystkiego do Torunia. To będzie to oznaczało nic innego, jak tylko - przy moich protestach i protestach większości mieszkańców - całkowite zmarginalizowanie Bydgoszczy przy milczeniu Platformy Obywatelskiej.

Tym bardziej, że te wybory otwierają całą serię wyborów, bo za rok czekają nas parlamentarne, wcześniej do Parlamentu Europejskiego, prezydenckie.
- Tak to wygląda, więc zdecydowanie namawiam wszystkich państwa do aktywności i do domagania się odpowiedzi w tej sprawie, ponieważ za parę lat nie będzie o czym dyskutować. Są plany takie, że Bydgoszcz w przyszłości - mówię tutaj o pewnych szacunkach - będzie coraz mniejsza, będzie miała coraz mniej mieszkańców. Jeżeli Bydgoszcz zostanie sprowadzona do roli miasta powiatowego, to wówczas rzeczywiście te kasandryczne wizje będą się spełniały. To jest coś, co moim zdaniem jest absolutnie fundamentalne dla przyszłości naszego miasta, które i tak według rankingów najważniejszych ośrodków badawczych okazuje się, że nawet w 50% nie dorównuje - jeżeli chodzi o różne elementy rozwoju i perspektywy - innym miastom wojewódzkim. Tak to wygląda. Jesteśmy poniżej 50%.

Można szukać pewnych kryteriów tego dorównywania, ale mówił pan wczoraj o pieniądzach. Wspomniał pan o 360 milionach złotych np. na budowę torów kolejowych i innych inwestycjach, że w Toruniu inwestuje się więcej.
- Tak to niestety wygląda. Jeżeli jest szansa, żeby wybudować kolej do lotniska, to ten projekt jest jakoś zagubiony, nie ma wsparcia i te szanse się marnują. Inwestycja realizuje się poza naszym regionem. Jeżeli jest kwestia portu multimodalnego, to on dziwnym trafem wypada ze strategii województwa, a zamiast tego załatwia się, jak rozumiem z Brukselą, możliwość przeniesienia tych 15 milionów Euro na ścieżki rowerowe. Ścieżki rowerowe w regionie to ważna rzecz, ale dla Bydgoszczy i regionu port multimodalny jest ogromną, wręcz gigantyczną szansą na nowe miejsca pracy. Takich przykładów można podawać wiele, przy bierności polityków Platformy Obywatelskiej z Bydgoszczy, którzy pozwalają na działania polityków Platformy z Torunia, takich jak Tomasz Lenz, Piotr Całbecki. Nie dziwię się, że Tomasz Lenz walczy o Toruń, bardziej dziwię się, że marszałek Całbecki nie walczy równomiernie o cały region i dzieli te pieniądze, że "per capita" Toruń ma dwa razy więcej niż Bydgoszcz, a my jesteśmy na poziomie pewnie pięknej miejscowości, jaką jest Chodecz. Taka jest skala tych pieniędzy na głowę mieszkańca, jeżeli chodzi o inwestycje w naszym mieście. To wszystko pokazuje właśnie tę marginalizację.

Na koniec chciałbym wrócić do tych obiektów sportowych, o których pan wspomniał. Okazuje się, że 8 października organizacja pozarządowa European Capitals and Cities of Sport Federation z siedzibą w Brukseli przyznała Toruniowi tytuł Europejskiego Miasta Sportu 2019. Jak pan to skomentuje?
- Mogę z jednej strony pogratulować, ale z pewną zazdrością, bo to Bydgoszcz miała być miastem sportu. W ten sposób reklamował się Rafał Bruski. Reklamował się też z Tomaszem Gollobem i gdzie ten sport? Gdzie Polonia? Na końcu rozgrywek żużlowych. Gdzie Zawisza z piłkarzami? Nawet nie pozwala się tym piłkarzom grać na obiektach Zawiszy. Tutaj też potrzeba wręcz rewolucyjnej zmiany i prawdziwego wsparcia ze strony miasta, żebyśmy za kilka lat mogli powiedzieć o Bydgoszczy, że znów jest miastem sportu, tak jak to było w przeszłości.
Polskie Radio PiK - Rozmowa dnia - Tomasz Latos

Piotr Król

Piotr Król
Piotr Król
Gościem rozmowy dnia w poniedziałek, 8 października, był poseł Piotr Król, członek sejmowej komisji infrastruktury, którego zapytaliśmy między innymi o problemy regionalnego transportu.

Michał Jędryka: Panie pośle, jutro w Komisji Infrastruktury projekt ustawy o Funduszu Dróg Samorządowych. Ten projekt przewiduje istotne zmiany w sposobie i zakresie finansowania inwestycji na drogach publicznych. Tak czytamy w uzasadnieniu. Jakie to będą istotne zmiany?

Piotr Król: Takie, że część samorządów po prostu nie stać na to, żeby nie tylko budować nowe drogi, ale przede wszystkim nawet remontować te, które posiadają. Myślę, że każdy, kto jeździ po regionie widzi, że są samorządy, które sobie z tym radzą i są takie, którym po prostu nie starcza pieniędzy. Bez względu na to kto by gdzie nie mieszkał, jakich poglądów politycznych nie miał to widzi, że stan infrastruktury drogowej, szczególnie na poziomie dróg gminnych i powiatowych wymaga zastrzyku pieniędzy. Na tym polega ten pomysł, żeby stworzyć fundusz, żeby dać dodatkowe finansowanie na to aby te drogi powstały.

MJ: A dlaczego poprzez utworzenie funduszu będzie więcej pieniędzy niż w normalnych finansowaniu budżetowym?

PK: Bo to ma być wsparcie budżetu centralnego dla budżetów samorządowych. Są takie samorządy, które sobie dobrze finansowo radzą, ale wiele samorządów ma kłopot, żeby nie tylko utrzymać w dobrym stanie to co ma, lecz przede wszystkim żeby budować nowe drogi a takie oczekiwania są. Rozumiem, że rozmawiamy o Bydgoszczy. To jest akurat przewinienie prezydenta, który uznał, że po prostu dróg gruntowych nie będzie budował, ale jeżeli my w Polsce, w XXI wieku, w dużych miastach mamy drogi gruntowe i ludzie np. będą się taplać w błocie gdy spadnie deszcz to co dopiero mówić o małych miejscowościach, gdzie czasami ten stan drogi decyduje o tym czy oni mogą się wydostać z miejsca zamieszkania. To trzeba zmienić. Jest XXI wiek.

MJ: W ramach Funduszu Dróg Samorządowych przewidziany jest też program Mosty dla Regionów. Rzeczywiście problem chyba istotny bo np. w Grudziądzu rozpoczyna się remont mostu i będzie tam bardzo trudna sytuacja z przewężeniami.

PK: Będzie, natomiast brutalna prawda jest taka, że od początku transformacji akurat ten dość wąski fragment infrastruktury jest niezwykle wrażliwy. To nie jest przypadek, że przez setki lat budowano czy rozpoczynano zakładanie miast w takich miejscach, gdzie były brody bo rzeka stanowiła największą przeszkodę i te pieniądze, które szły akurat na ten sektor albo ich nie było, albo były minimalne. Nie tylko chcielibyśmy zainwestować, podobnie jak przy drogach lokalnych w naprawę tego co jest, ale też budowę nowych przepraw. Polska się po prostu rozwija.

MJ: Nie tylko drogi, ale w ogóle transport rozmaitego rodzaju m.in. transport kolejowy jest istotnym problemem dla samorządów. Przyjęto kiedyś taki model, kiedy podzielono spółkę PKP, były Przewozy Regionalne, które potem miały się zająć tylko przewozami pomiędzy województwami a potem w różnych województwach zaczęły powstawać np. Koleje Dolnośląskie, Koleje Wielkopolskie. Jak ten model dalej będzie się rozwijał?

PK: W ramach grupy PKP, w naszej ocenie, podział na te dziesiątki spółek się po prostu nie sprawdził. Jak się kompletnie podziela odpowiedzialność to potem nie było wiadomo co jest właściwie priorytetem (...). Faktem jest, że część kompetencji jest po stronie samorządów. Akurat część bydgoska w województwie Kujawsko-Pomorskim jest tutaj niezwykle poszkodowana. Proszę pamiętać, że najbardziej patologicznym przykładem funkcjonowania samorządu wojewódzkiego w Kujawsko-Pomorskim jest linia kolejowa 356. To jest linia kolejowa, która powinna łączyć Bydgoszcz z Poznaniem i ona po stronie Wielkopolskiej działa. Tam jeżdżą szynobusy i komunikują ludzi po tej części województwa. Po stronie bydgoskiej ta linia w ogóle nie działa i nie zrobiono z tym nic. Pan marszałek Całbecki nie kiwnął palcem w bucie, żeby tę linię zrewitalizować przez Szubin, Kcynię i dalej do Poznania. Strona poznańska ewidentnie pokazuje, że taka potrzeba po prostu jest. Drugi przykład, dla mnie kompletna patologia. Duża miejscowość na północ od Bydgoszczy - Świecie nad Wisłą. Na miejscu linia kolejowa, która dociera do jednego z największych zakładów pracy, który tam jest. Nikt nigdy nie wpadł na to, żeby 2 - 3 km tę linię przedłużyć, zrobić przystanek kolejowy i żeby ludzie mogli tym pociągiem jeździć w XXI wieku. Nie mówimy o jakichś wielkich wymysłach, żeby teraz nagle metro zbudować z Bydgoszczy do Poznania. Nie było woli na szczeblu samorządu wojewódzkiego rządzonego przez Platformę żeby po stronie bydgoskiej robić elementarne inwestycje, na które ludzie czekają dziesiątki lat.

MJ: Wspomniana przez pana posła linia kolejowa przez Szubin, Kcynię i Wągrowiec ma teraz jednak powstać. Marszałek zapowiada, że będą środki, przynajmniej na opracowanie projektu.

PK: Jak ktoś rządzi 12 lat i czegoś nie zbudował to oczywiście nadal może sobie opowiadać. Jest tylko jeden skromny warunek, żeby linia 356 została zrewitalizowana - Prawo i Sprawiedliwość musi wygrać wybory do sejmiku.

MJ: Wróćmy do całościowego modelu. Jak to teraz ma wyglądać? Co powstanie w miejsce tych spółek regionalnych?

PK: Jeszcze jedno wyjaśnienie. Jeżeli chodzi o Przewozy Regionalne, o których pan redaktor wspomniał, kontrolę nad nimi przejął samorząd województwa. Wtedy to była taka, mówiąc uczciwie, ucieczka przed zadłużeniem które było na tych spółkach (...). Ludzie mówią, że nie ma nic gorszego niż mieszkać na granicy województwa i np. pracować albo się uczyć w jednym a mieszkać w drugim. Tutaj marszałkowie zajęli się, w przypadku Kujawsko-Pomorskiego to fatalnie wyglądało, ale w przypadku niektórych województw zajęli się dość przyzwoicie (...). W ramach grupy PKP czyli to na co ma wpływ rząd, będzie konsolidacja tych podmiotów. Musi być wyznaczanie co jest priorytetem. Jeżeli będziemy budowali nowy most, przez który ma też jechać linia kolejowa, to wszystkie podmioty muszą się temu podporządkować, w tym kierunku prowadzić swoją politykę a nie, że jeden powie, że nie bo on tego nie przewidywał. Spółka gdańska czy wielkopolska, które powołały swoje koleje i kupiły szynobusy, między innymi z PESY, z punktu widzenia pasażera jest to coś korzystnego. U nas pan marszałek Całbecki wynajął jakąś firmę, która jeździ 30-letnimi pojazdami ściągniętymi z Danii i Niemiec. To jest ta różnica w podejściu do mieszkańców i stawianiu akcentu na transport kolejowy (...).

MJ: A jak to będzie funkcjonować w takim globalnym modelu bo wspomniał pan o linii 356. Powiedzmy, że ona w końcu powstanie i wtedy w ramach jednego województwa z Poznania do Wągrowca będzie jeździł pociąg, z Bydgoszczy do Kcyni będzie jeździł pociąg a co między województwami?

PK: To jest właśnie kwestia zawierania porozumień i stworzenia mechanizmów finansowania oraz prawnych, które pozwalają marszałkom na zawieranie porozumień jeśli chodzi o organizowanie. Proszę pamiętać, że są takie koleje regionalne, które wyjeżdżają poza granice swoich województw. To jest po prostu dobra wola i chęć organizacji. Co ma od nas wyjechać jak przez tyle lat nie było możliwości i chęci żeby tę linię kolejową naprawić albo skomunikować Świecie nad Wisłą, żeby w XXI wieku wreszcie pociąg dojechał.

MJ: Czyli do tego zostanie również przygotowana pewna baza ustawowa?

PK: Tam gdzie chciano to to zrobiono. Brutalna prawda jest taka, że w Kujawsko-Pomorskim nikt na kolej nie stawia a pan marszałek Całbecki jeszcze 4 lata temu w planie transportowym proponował, żeby Bory Tucholskie były obsługiwane starymi autobusami jakieś spółki z Włocławka zamiast elektrycznymi szynobusami. To są płuca całego regionu, więc tutaj w mojej ocenie musi się dokonać zmiana polityczna, żeby zaistniała autentyczna zmiana infrastrukturalna, której na Ziemi Bydgoskiej się oczekuje.

PR PiK - Rozmowa Dnia - Piotr Król

Jacek Tyburski

Jacek Tyburski. Fot. Michał Zaręba
Jacek Tyburski. Fot. Michał Zaręba
Kandydat na burmistrza Brodnicy Jacek Tyburski, który był gościem Rozmowy Dnia w Polskim Radiu PiK przedstawił m. in. plan rewitalizacji dworca kolejowego w tym mieście. Jego zdaniem jest to możliwe, choć wymaga współpracy z koleją.

Michał Jędryka: W rankingu Portalu Samorządowego jest Pan pierwszy spośród trojga kandydatów. Jest Pan zadowolony?
Jacek Tyburski: Zdecydowanie tak. Lepiej być na pierwszym niż na trzecim miejscu. To zaskoczenie, aczkolwiek nie odzwierciedla tego, co wydarzy się 21 października. Nie dlatego, że mogę być pierwszy, bo wierzę w to głęboko, stąd stanąłem do rywalizacji. Zawsze jednak trzeba mieć poprawkę na sposób funkcjonowania Internetu. Czasami liczba głosów w sondażach odbiega od rzeczywistości.

Urzędujący burmistrz ostatnie wybory wygrał w pierwszej turze. Jest Pan w stanie powtórzyć jego sukces?
- Chciałbym bardzo. Najlepszym rozwiązaniem byłaby pierwsza tura i branie się ostro do pracy. Jak będzie, zdecydują wyborcy (...).

Chce Pan rewitalizować dworzec kolejowy, tymczasem wiąże się to chyba z zupełną zmianą funkcjonowania Brodnicy jako węzła kolejowego, czy w ogóle skomunikowania tego miasta z otoczeniem. Nie da się tego robić bez wsparcia PKP.
- Nie da się. Wszyscy widzimy, że od kilkudziesięciu lat rola Brodnicy jako miejsca, gdzie zatrzymują się pociągi, jest już symboliczna.

Da się to zmienić?
- Mamy jeszcze połączenia do Jabłonowa, Rypina. Nie mamy połączenia do Działdowa. Są starania różnych grup społecznych, aby je przywrócić. Uważam, że jeżeli byłby uzasadniony powód ekonomiczny, żeby to połączenie na nowo uruchomić, to jak najbardziej (…). Z tego co widzę, funkcjonowanie kolei w takim mieście jak Brodnica, nie wymagałoby dużego administrowania obiektami takimi jak dworzec PKP. Można by pięknie go zrewitalizować, odnowić, wrócić do fantastycznej architektury z okresu zaborów i umiejscowić tam np. jeden z urzędów państwowych (…).

Sporo miejsca poświęca Pan w swoim programie inwestycjom i planom, które mają służyć rodzinie np. chciałby Pan stworzyć kino, lodowisko, zmodernizować plażę miejską. Czy te zamiary nie były podejmowane przez poprzedników?
- Cały szkopuł polega na tym, że obecny, pełniący swe obowiązki drugą kadencję burmistrz za każdym razem obiecał, a nawet wizualizował kwestię pomostów i rewitalizacji plaży na Niskim Brodnie, która jest w stanie agonalnym. Przypuszczam, że każdy jest w stanie sobie wyobrazić takie kilkudziesięcioletnie obiekty. Zawsze brakowało na to pieniędzy i zawsze było coś ważniejszego. W tej chwili wygląda to fatalnie i uważam, że w końcu powinny się na to znaleźć pieniądze - tak samo, jak na kino, które fantastycznie zaczęło funkcjonować w Rypinie (…). Jeśli chodzi o kino, lodowisko i plażę, są to głosy mieszkańców Brodnicy, którzy tego oczekują (...).
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Jacek Tyburski

Grażyna Ciemniak

Grażyna Ciemniak. Fot. Tomasz Kaźmierski
Grażyna Ciemniak. Fot. Tomasz Kaźmierski
Gościem czwartkowej Rozmowy Dnia była Grażyna Ciemniak, była radna, wiceprezydent Bydgoszczy, senator i posłanka, obecnie startująca z listy Prawa i Sprawiedliwości do Rady Miasta Bydgoszczy. Bydgoska polityk mówiła o swojej drodze od lewicy do prawicy i o swoim planie dla miasta.

Marcin Kupczyk: Pani prezydent, skąd taka polityczna wolta? Znana jest pani od lat biorąc pod uwagę pani polityczną drogę. PZPR, Ordynacka, SdRP, SLD, PO, a teraz na liście PiS do Rady Miasta. Jak to wyjaśnić słuchaczom?

Grażyna Ciemniak: Chętnie wyjaśnię. Zawsze angażowałam się na rzecz ludzi, na rzecz miasta Bydgoszczy, ale także i Polski będąc parlamentarzystą. Przez ostatnie dwa lata nie angażowałam się politycznie, jestem osobą bezpartyjną. Zaangażowałam się społecznie w Regionalną Radę Ochrony Przyrody. Wspierałam działania dotyczące pozyskania środków na powstrzymanie rozprzestrzeniania się zanieczyszczeń z terenów po byłych zakładach chemicznych Zachem. Chcę podkreślić, że społecznie pełnię funkcję wiceprezesa Towarzystwa Polsko – Włoskiego. Promuje ono historię i teraźniejszość Polski oraz Włoch poprzez organizację przedsięwzięć kulturalnych, patriotycznych dla Bydgoszczy.

Pani prezydent, jak możemy teraz wyjaśnić wyborcom, kilku tysiącom bydgoszczan np. zwolenników lewicy, którzy w swoim czasie oddawali głosy na panią. Później kilka tysięcy wyborców Platformy Obywatelskiej. Teraz trzeba by sięgnąć po wyborców Prawa i Sprawiedliwości, bo zdaje się, że ludzie idą raczej za szyldem partyjnym, a nie za twarzą czy nazwiskiem. Jakie jest pani zdanie na ten temat?

Myślę, że ludzie głosują na człowieka, ale również na określone partie. Przede wszystkim zachęcam do tego, żeby zapoznać się z tym co dotychczas zrobiłam dla miasta i co zamierzam zrobić. Myślę, że za chwilę będzie okazja, żeby o tym powiedzieć. Na poziomie samorządu liczy się człowiek. Do zadań własnych gminy należy zaspakajanie zbiorowych potrzeb wspólnoty. Mówi o tym ustawa o samorządzie gminnym, art. 7 ust. 1, dlatego też ta wielka polityka niech się realizuje w Parlamencie, natomiast w samorządzie powinna być troska o rozwój miasta, o skuteczne realizowanie wszystkich zamierzeń i oczekiwań mieszkańców.

Tylko czy wybory samorządowe nie są polityczne tak jak inne? Czy wyborcy kierują się poglądami politycznymi idąc do urn?

Oczywiście, że w znacznej części się kierują. Są przecież komitety wyborcze, są komitety wyborcze partyjne, ale także obywatelskie. Chciałabym powiedzieć o kilku sprawach. Propozycję kandydowania do Rady Miasta Bydgoszczy z listy Prawa i Sprawiedliwości złożył mi pan poseł Tomasz Latos, kandydat na prezydenta miasta Bydgoszczy. Rozmawialiśmy kilkakrotnie o programie, o sprawach miasta i uznałam, że popieram jego program wyborczy. Jest człowiekiem, co bardzo ważne, łączącym ludzi i uważam, że zapewni bardziej dynamiczny rozwój naszego miasta. Z punktu widzenia polityki krajowej, dlaczego zdecydowałam się na Prawo i Sprawiedliwość to chcę powiedzieć, że zawsze szukam tego co łączy, a nie tego co dzieli. Uważam że w różnorodności jest nasza siła a w jednomyślności często bezmyślność.

Co spodobało się pani w Prawie i Sprawiedliwości?

Powiem tak, Prawo i Sprawiedliwość realizuje lewicową politykę społeczną. Dba o ludzi biedniejszych, tych, którym często, z różnych powodów się w życiu nie powiodło. Ponadto Prawo i Sprawiedliwość realizuje konstytucyjną zasadę społecznej gospodarki rynkowej, mówi o tym art. 20, ust. 1 Konstytucji. To są te wartości socjaldemokratyczne. Popieram reformę sądownictwa, mając na względzie wiele krzywd wyrządzonych ludziom, o których się mówi, pisze i czyta, ale także własne doświadczenia. Być może w reformie sądownictwa potrzebne są też pewne korekty, ale to już jest sprawa polityki na poziomie kraju. Chciałabym powiedzieć jeszcze o dwóch ważnych sprawach. Popieram podejście rządu do firm, które są w trudnej sytuacji ekonomicznej bardzo często ze względów konkurencyjnych na rynku. Rząd pomógł PESIE, pomógł LOT- owi. Natomiast rząd Platformy Obywatelskiej i PSL nie pomógł Zachemowi. Zlikwidowano Zachem. Sprzedano kompleks TDI, jedyny w Polsce produkt o światowej jakości, który konkurował z produktami zachodnich koncernów.

Niemieckiego BASF-u.

Między innymi też. Sprzedano w październiku 2012 roku po to, żeby zakomunikować w styczniu 2013 roku, że jest zatrzymana produkcja, a 31 grudnia 2013 roku poinformowano nas, że zgłoszono wniosek o upadłość, a w międzyczasie Zachem zmienił nazwę na Infrastruktura Kapuściska SA.

Chciałbym wrócić do miasta, gdzie będzie pani startowała. Jak pani ocenia obecny stan miasta i co pani chciałaby dla miasta zrobić?

Uważam, że wszystkie miasta się dzisiaj rozwijają, Bydgoszcz również. Gdy jeżdżę po kraju, widzę, że inne miasta szybciej się rozwijają, wyprzedzają nas w różnych rankingach. Jako radna, przede wszystkim będę wspierać i uczestniczyć w realizacji celów programowych prezydenta Bydgoszczy Tomasza Latosa, aby zrealizować ten nadrzędny cel wielkiej Bydgoszczy, Bydgoszczy bez kompleksów, takiej jakiej wszyscy oczekujemy i miasta, z którego chcemy być dumni. Uważam, że konieczne są zmiany w sposobie zarządzania miastem, lepsza koordynacja inwestycji, bardziej skuteczna i szybka realizacja planu inwestycyjnego. Kładłabym też spory nacisk i będę zabiegała o zwiększenie kompetencji inżyniera miasta, koordynatora inwestycji. Dzisiaj miasto jest rozkopane, to utrudnia życie ludziom.

Kopią, bo budują ulice. Musi być rozkopane.

Tak, ale powinno być to realizowane w sposób zorganizowany. Dobre przygotowanie inwestycji, bo wiadomo, że zawsze są problemy z wysiedlaniem z nieruchomości, przez które przebiegać mają trasy. Trzeba mieć też umiejętność negocjacji, rozmów z ludźmi. Rozmowy z ludźmi są podstawą dobrego przygotowania inwestycji. Kandyduję z okręgu nr 6, który obejmuje takie osiedla jak Kapuściska, Wyżyny, Łęgnowo, Łęgnowo – Wieś, Zimne Wody oraz Czersko Polskie w tym Zachem, dlatego też przewidziałam pewne przedsięwzięcia do realizacji, które spisałam na mojej ulotce. Wyborcy będą mogli mnie z tego rozliczyć po zakończeniu kadencji. Takimi najważniejszymi przedsięwzięciami do realizacji na osiedlach są: wybudowanie trwałej i nowoczesnej nawierzchni ulic osiedlowych, które mają już infrastrukturę wodociągowo – kanalizacyjną. W Bydgoszczy jest 640 nieutwardzonych ulic. Na osiedlach z okręgu, w którym kandyduję prawie 40, w sąsiednim mieście wykonano dużo więcej ulic w ciągu 8 lat niż u nas. W Bydgoszczy tylko 20% tego co w sąsiednim dużym mieście. Można lepiej, można więcej i to jest bardzo ważne. To jest także troska o środowisko i czystość miasta. Innymi przedsięwzięciami będą: realizacja spraw, które dotyczą remediacji, rekultywacji terenów po byłych zakładach chemicznych Zachem celem wyeliminowania zagrożeń dla ludzi, środowiska i przygotowania terenu pod inwestycje. Znam się na tym, znam te problemy, uczestniczyłam w ich rozwiązywaniu, rozpoczęłam to czynić i chciałabym kontynuować. Mam także inicjatywę aby dla każdego osiedla wyznaczyć koordynatora, do którego mieszkańcy będą zgłaszać interwencyjne sprawy dotyczące osiedla.
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Grażyna Ciemniak

Prof. Andrzej Tretyn

Prof. Andrzej Tretyn
Prof. Andrzej Tretyn
We wtorek, 2 października Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu zainaugurował 74. rok akademicki. Rektor UMK ocenił, że reforma szkolnictwa wyższego jest największą szansą dla uczelni, od momentu jej powstania. Na czym polega ta szansa - o to prof. Andrzeja Tretyna w "Rozmowie dnia" na antenie Polskiego Radia pyta Michał Jędryka.

Michał Jędryka: W czasie wczorajszej inauguracji roku akademickiego powiedział pan, że nowe prawo o szkolnictwie wyższym, które właśnie weszło w życie, to największa szansa dla Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w całej historii.

prof. Andrzej Tretyn: Tak, to prawda. Myślę, że jest to szansa, z której musimy skorzystać jeżeli chcemy stać się uczelnią, która będzie rozpoznawana nie tylko w Polsce - bo z tym nie mamy kłopotu - ale w Europie i na świecie. Oczywiście, ta szansa jest do wykorzystania. Wszystko zależy od tego jak podejdziemy do tych możliwości, które nam daje nowa ustawa. Nowa ustawa jest bardzo otwarta jeśli chodzi o kreowanie struktury uniwersytetu. Inaczej podchodzi do sposobu finansowania uczelni. Zamiast dotacji będziemy otrzymywać subwencje. Nie będziemy musieli się spowiadać z każdej złotówki, na co została wydana. Najważniejsza rzecz, która będzie być może owocowała za kilka-kilkanaście lat, to jest tworzenie tzw. szkół doktorskich. Dotąd na naszym uniwersytecie mieliśmy kilkadziesiąt studiów doktoranckich, natomiast za rok prawdopodobnie ograniczymy to do 4 szkół doktorskich i co najważniejsze, każdy doktorant podejmujący studia w szkole doktorskiej uzyska stypendium. Będzie oceniany po 2 latach, będzie więc bardziej wydajny system kształcenia doktorantów.

Panie rektorze, pokazywał pan czek, właściwie obligacje na 40 mln złotych. To są pieniądze, które rzeczywiście uniwersytet dostał, czy są to pieniądze możliwe do otrzymania?
- Póki co są to pieniądze wirtualne. Oczywiście w przyszłym roku te pieniądze dostaniemy, ale do wykorzystania za dwa lata. Tak jak powiedział pan minister Dardziński, te dwa lata możemy wykorzystać np. na przygotowanie inwestycji. Te pieniądze nie mogą zostać wykorzystane na wzrost wynagrodzeń, mogą być przeznaczone wyłącznie na inwestycje, a my mamy bardzo ambitny program inwestycyjny. W związku z tym bardzo się nam przydadzą, aczkolwiek nie pokryją naszych ambicji jeśli chodzi o planowane inwestycje.

Właśnie kolegia mają zastąpić wydziały, pan rektor też to zapowiada i to umożliwia nowa ustawa. Czy rzeczywiście będzie to coś lepszego, będzie to wartość dodana dla uczelni?
- My jeszcze dyskutujemy na ten temat. Na pewno pozostanie Collegium Medicum. Na pewno pozostaną wydziały. Natomiast to, iż chcemy powiązać szkoły doktorskie z większymi strukturami powoduje, że zaczynamy myśleć również czy to o szkołach, czy też kolegiach. Jednak decyzji w tej sprawie jeszcze nie ma. Toczy się dyskusja w powołanym przeze mnie zespole i myślę, że poprzez pewien konsensus dojdziemy do jakiegoś najlepszego dla nas rozwiązania.

Panie rektorze, wspomnieliśmy o kolegium humanistycznym, natomiast przedstawiciele nauk humanistycznych - np. prof. Wojciech Polak, który był gościem naszego radia dwa dni temu - wspominają o pewnych obawach przed nową ustawą i nowymi rozwiązaniami. Mówią o dużej władzy rektora. Czy czuje pan ciężar tej odpowiedzialności?
- Dobrze, że powiedział pan o odpowiedzialności, bo ta większa władza rektora niewątpliwie wiąże się z większą odpowiedzialnością. Przyzwyczailiśmy się do pewnej struktury uniwersytetu, gdzie wydziały, dziekani mieli dużą władzę. Rektor nie miał wpływu na wybór dziekanów. Światowe uczelnie działają w zupełnie innej strukturze. Jest rektor, który odpowiada za całość uczelni, a nie dogaduje się z dziekanami w ważnych sprawach.

Spośród tych obaw humanistów można wymienić jeszcze taką, że dla oceny pracownika naukowego istnieje wymóg publikacji w renomowanych czasopismach światowych. Natomiast argument, że kogo w Stanach Zjednoczonych interesuje historia Nakła albo Bydgoszczy, brzmi jednak rozsądnie i trudno będzie takie artykuły umieszczać w światowych czasopismach.
- Nie ma takiego wymogu, że trzeba publikować w światowych czasopismach. Oczywiście przyszła ocena parametryczna, która w zasadzie ewoluuje jeszcze, kładzie duży nacisk na publikowanie w czasopismach o szerszym obiegu niż obieg lokalny. Myślę, że dla każdego kto jest aktywny naukowo znajdzie się czasopismo i obieg, w którym on będzie znany. Nie możemy publikować tylko dla siebie, czy też publikować np. monografie w kilku egzemplarzach, bo to się po prostu mija z celem. Jesteśmy pracownikami opłacanymi z budżetu państwa i musimy wspólnie pracować, aby polska nauka stała na najwyższym poziomie.
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - prof. Andrzej Tretyn

Piotr Całbecki

Piotr Całbecki. Fot. archiwum PR PiK
Piotr Całbecki. Fot. archiwum PR PiK
Gościem "Rozmowy dnia" w Polskim Radiu PiK był marszałek województwa kujawsko-pomorskiego, Piotr Całbecki. Michał Jędryka rozmawiał z marszałkiem o zbliżającym się odsłonięciu Pomnika Ofiar Zbrodni Pomorskiej, a także o wykorzystaniu funduszy z Regionalnego Programu Operacyjnego oraz o podsumowaniu kończącej się kadencji sejmiku województwa.

Michał Jędryka: Panie marszałku, zacznijmy od tego, że wraz z marszałkiem województwa pomorskiego przyjął pan patronat nad budową pomnika Zbrodni Pomorskiej, który ma być odsłonięty w najbliższą sobotę. To ważne wydarzenie dla całego regionu.

Piotr Całbecki: Na pewno tak bo oczekiwanie wielu środowisk, zarówno z województwa pomorskiego, jak i z naszego województwa kujawsko–pomorskiego a kiedyś, przed II Wojną Światową właściwie jednego regionu, aby jedno miejsce upamiętniało ogrom ofiar i tragedie ludzi, którzy na początku wojny stracili życie z rąk okupantów. Straszna zbrodnia, mało znana w Polsce. Historycy wciąż zastanawiają się dlaczego? Było to pierwsze ludobójstwo na taką skalę, które zgotowali nam naziści w okupowanej Polsce.

Chodzi o egzekucje prowadzone przez Niemców na początku okupacji na cywilnej ludności, zarówno z naszego regionu, jak i z Pomorza. Według przygotowanych jeszcze przed wojną list proskrypcyjnych wciąż pewne szczegóły tej zbrodni nie są znane. Chyba dlatego oczekuje pan, że wpisy do ksiąg pamiątkowych mogą nam przynieść pewną wiedzę od rodzin ofiar na ten temat.

Tak. Do dziś znamy już przeszło 400 miejsc kaźni, gdzie zamordowani zostali mieszkańcy naszego województwa i województwa pomorskiego. Wciąż jednak przybywa nowych informacji. Niemcy, kiedy stąd odchodzili, zostali wyparci pod koniec wojny, bardzo często zacierali ślady. Tak się stało w wielu miejscach i do dziś właściwie są nieznane. Mówi się o przeszło 30 tysiącach udokumentowanych ofiar, przy czym wciąż przybywają nowe. Nie chcemy aby ten pomnik kolejnym monumentem. Chcielibyśmy aby stał się również lekcją historii i możliwością dokumentowania nieznanych wciąż faktów oraz pewną formą i możliwością otwierania się rodzin, sąsiadów, którzy mają niezapisane, przekazywane z pokolenia na pokolenie informacje na temat tego okropnego czasu.

Odsłonięcie tego w najbliższą sobotę i o tym będziemy jeszcze wielokrotnie informować. Przejdźmy natomiast do wykorzystywania środków Unii Europejskiej, bo z jednej strony minister inwestycji i rozwoju, który nie tak dawno był w Bydgoszczy, porównując nasz region do województwa opolskiego mówił, że mamy znacznie niższy poziom wykorzystania środków i stawiał budzik przypominając, że jak ktoś nie wyda pieniędzy w ciągu trzech lat to je traci. Pan marszałek mówi, że wszystko jest pod kontrolą i, że wszystko jest na czas. W białej księdze, która jest opublikowana przez województwo widnieje kilkanaście procent wydanych środków.

Tak. Jest to zgodne z naszym planem. Minimum certyfikacji, które zaplanowaliśmy na rok 2018 osiągnęliśmy już w trzecim kwartale, a nawet je przekroczyliśmy. Ściganie się na procenty i liczby nie ma najmniejszego sensu. Przytoczone województwo opolskie zakończyło poprzednią perspektywę trzy lata wcześniej od nas. Taki mieli plan. Porównując ich program do naszego to jest co najmniej dwukrotnie niższy jeśli chodzi o jego wartość. Myślę, że ten budzik jest zupełnie niepotrzebny. Dzisiaj chcemy wysłać panu ministrowi kalendarz, bo kalendarz liczony kwartałami, miesiącami, dniami jest podstawowym narzędziem do monitorowania czy realizujemy nasz Regionalny Program Operacyjny poprawnie czy też nie. Sądzę, że jest to po prostu akcja związana z wyborami samorządowymi. Muszę tak to nazwać, bo przecież rozmawiam z innymi regionami, które są na zupełnie innym poziomie certyfikacji i tam też otrzymują razy od pana ministra za niewłaściwe wykorzystywanie środków unijnych. Sądzę, że chyba nie chodzi tu o tempo a raczej o jakieś inne aspekty.

Zasada „n+3” tutaj nam też nie zagraża? Bo w ciągu trzech lat trzeba wydać środki unijne.

Właśnie ta zasada już została osiągnięta. Polega ona na tym, że w każdym roku musimy osiągnąć pewien poziom certyfikacji. Ten, o którym mówimy, i który jest ważny dla naszego województwa czyli 13,8 został już osiągnięty. Nawet jakbyśmy chcieli utracić jakiekolwiek euro, jest to już w tym roku po prostu niemożliwe.

Panie marszałku, kończy się czteroletnia kadencja samorządu wojewódzkiego. Co pan uważa za największy sukces tego samorządu i co pan uważa za największą porażkę?

Myślę, że bez wątpienia sukcesem jest to, że uruchomiliśmy w regionie bardzo wiele nowych projektów w obszarze polityki społecznej. Mam tu na myśli chociażby politykę senioralną, opiekę długoterminową. Zmieniliśmy sposób funkcjonowania dawnych domów dziecka, wprowadziliśmy deisntytucjonalizację w tym obszarze. Te projekty najbardziej cieszą. Jeśli mógłbym powiedzieć, że są jakieś problemy z realizacją naszego planu rozwoju to na pewno jednak kryzys na rynku wykonawczym, który bardzo opóźnia nam realizacje inwestycji np. drogowych. To jest rzeczywiście wielki problem nie tylko w naszym regionie, ale w całym kraju (…). Tutaj rzeczywiście muszę powiedzieć, że jest sporo do zrobienia, bo inwestycje na niektórych odcinkach się bardzo ślimaczą.
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Piotr Całbecki

prof. Wojciech Polak

prof. Wojciech Polak. Fot. Materiały prywatne
prof. Wojciech Polak. Fot. Materiały prywatne
Z pierwszym dniem nowego roku akademickiego wchodzi w życie nowe prawo o szkolnictwie wyższym, zwane konstytucją dla nauki. Co się zmieni w wyższych uczelniach? Czego obawia się środowisko naukowe, zwłaszcza reprezentujące dyscypliny humanistyczne? O to pytamy historyka, prof. Wojciecha Polaka z UMK, jednego z najbardziej znanych krytyków nowej ustawy.

Michał Jędryka: Panie profesorze, wczoraj napisał pan na Facebooku, że już za kilkanaście godzin wejdzie w życie ustawa, która zupełnie zmieni szkolnictwo wyższe w Polsce. Ta ustawa weszła w życie. Delikatnie mówiąc, nie jest pan nią zachwycony?

Prof. Wojciech Polak: - Tak, podobnie zresztą jak zdecydowana większość środowiska akademickiego w Polsce. Odnoszę wrażenie, chociaż tego nie mówi się głośno, że większość naukowców jest zwyczajnie przerażona tą ustawą. Nastroje są bardzo złe.

MJ: Zwłaszcza naukowców, którzy prowadzą swoje badania w dziedzinach humanistycznych.

WP: - Tak, ponieważ ta ustawa najbardziej uderza w humanistykę, chociaż rzeczywiście zmienia ona oblicze uniwersytetów jako takich. Musimy pamiętać, że ustawa ta faktycznie znosi autonomię wyższych uczelni. W prawdzie minister, ministerstwo oraz różni przedstawiciele ministerstwa twierdzili w czasie procesu uchwalania tej ustawy, że właśnie ta autonomia będzie rozszerzona, że teraz uczelnie będą miały dużo większe możliwości. Rzecz opiera się na pewnym nieporozumieniu. Uczelnia posiada autonomię zewnętrzną i wewnętrzną. Autonomia zewnętrzna funkcjonuje wobec ministerstwa, rządu czy organów administracji. Autonomia wewnętrzna to jest ta samorządność wewnętrzna, typowa dla wyższych uczelni, istniejąca od czasów średniowiecznych.

MJ: Która z nich jest teraz bardziej zagrożona?

WP: - Autonomia zewnętrzna rzeczywiście nie jest zagrożona, natomiast autonomia wewnętrzna sprowadzona jest do jednego - do absolutnej wszechwładzy rektora. Zlikwidowane są wydziały. Wydziały mogą teoretycznie istnieć ale to już nie są te wydziały samorządne, wpisane do ustawy. Rady wydziałów, jeżeli nawet w statutach uczelni zostaną ustanowione, nie będą miały żadnych kompetencji. Dziekanów, czy dyrektorów wydziałów, bo nie wiem jak oni się będą teraz nazywali, będzie wybierał rektor a nie rady wydziałów jak do tej pory. Właściwie profesor, który jeszcze w zapisach starej ustawy miał duże kompetencje w dziedzinie zarządzania wydziałem oraz dziedzinie podejmowania różnych decyzji teraz właściwie stanie się etatowym, najemnym pracownikiem, pozbawionym jakichkolwiek kompetencji. Pozostaje senat ale weźmy pod uwagę, że ten senat, prawdopodobnie w dużej części mianowany przez rektora, też nie będzie miał większego znaczenia.

MJ: Obawia się pan, że rektor będzie mógł w każdej chwili zwolnić na przykład profesora, który posiada znaczny dorobek badawczy?

WP: - To jest sprawa bardziej skomplikowana. Rektor będzie mógł bardzo wiele. Rektor będzie decydował o tym jakie są kryteria oceny pracowników, będzie zatrudniał i zwalniał, będzie dzielił uczelnię na struktury jakie będzie uważał za stosowne, będzie decydował o finansach. Właściwie nigdy w dziejach naszego szkolnictwa wyższego rektor nie miał takich kompetencji. Co do zwolnienia, oczywiście rektor będzie musiał, tak jak każdy pracodawca, podać jakieś powody. Kryteria oceny pracowników, narzucone są zresztą w pewnym stopniu także przez ministerstwo, gdyż oprócz ustawy są jeszcze akty wykonawcze, rozporządzenia ministerstwa, które w tej chwili są już właściwie szlifowane. Wiemy o tym, że te rozporządzenia dotyczące oceny pracowników będą takie, że w praktyce, przynajmniej w dziedzinie nauk humanistycznych, nikt tego nie będzie w stanie spełnić. Właściwie da to wolną rękę rektorowi, który po prostu będzie mógł sobie zwolnić kogo tylko będzie chciał. Tak to wygląda. Ja chcę podkreślić jedną rzecz. Oczywiście mogą być rektorzy i rektorzy. Jeżeli rektor będzie człowiekiem dobrym, szlachetnym, aniołem to nawet tak ogromny zakres władzy, który posiada nie będzie miał negatywnych skutków.

MJ: Jeżeli będzie dobrze rozumiał ducha uniwersytetu, ducha uczelni tak jak on był tradycyjnie rozumiany.

WP: - Musimy jednak pamiętać o jednym. Ludzie rzadko kiedy są aniołami, ludzie rzadko kiedy są świętymi, dlatego ustanawia zawsze pewne instytucje kontrolne, ciała kolegialne tak jak na uczelni senat, rady wydziałów i inne ciała. Teraz właściwie ciała znikają. Rektor pozostaje z pełnią władzy. My pracownicy właściwie stoimy przed nim bezpośrednio.

MJ: Poza ustrojem uczelni, poza władzą rektora właśnie, nie wiem czy nie zmienia się również sam sens i cel istnienia uczelni. Przynajmniej tak rozumiem wypowiedzi pana profesora, że obawia się pan, że uczelnia właściwie zaczyna służyć biznesowi.

WP: - Tak, ponieważ tak to jest pomyślane. Uczelnia powinna w założeniu tej ustawy tworzyć nowe wynalazki, nowe technologie, które powinny procentować w przemyśle i gospodarce narodowej. Jest to oczywiście założenie słuszne ale nie można zapominać, że uczelnia ma też inne cele. Są to kierunki humanistyczne, których jest dużo, i które w gruncie rzeczy w tej ustawie wyczuwa się pewną intencje ich ograniczenia. Zadecydują o tym zapisy, różne bardzo wyśrubowane wymagania w kwestii nadawania stopni doktorskich i habilitacyjnych czy w ogóle prowadzenia studiów magisterskich w różnych dziedzinach. Odnoszę wrażenie, że ogromna ilość kierunków humanistycznych, zwłaszcza na uczelniach regionalnych, których jest dużo, po prostu padnie i przestanie istnieć. Oczywiście nie od razu bo będzie to proces trwający kilka, może nawet 10 lat. Odnoszę wrażenie, że docelowo założenie jest takie, że dyscypliny jak politologia, socjologia, filozofia, bezpieczeństwo wewnętrzne, kulturoznawstwo i tym podobne będą istnieć na 3 - 4 uczelniach w Polsce i koniec. Cała humanistyka jest uważana za niepotrzebną. Najważniejsze są kierunki te, które coś wytwarzają, które będą pracować dla przemysłu. Tu jest jedno nieporozumienie i nie wiem czy ministerstwo zdaje sobie z tego sprawę bo nawet polscy naukowcy zbadali, że na polskich uczelniach w dziedzinach technicznych czy przyrodniczych osiągnięcia naukowe są wprost proporcjonalne do ilości pieniędzy. Duże ilości pieniędzy na uczelnię zapewne nie spadną, więc nie ma co liczyć, że cokolwiek się zmieni, i że ta współpraca na przykład z przemysłem się jakoś nagle oraz gwałtownie poprawi.

MJ: Panie profesorze, co konkretnie zagraża na przykład historykowi na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika albo na jakieś mniejszej uczelni?

WP: - Diabeł tkwi w szczegółach. Bardzo ciężko jest tłumaczyć te szczegóły bo ludzie nie chcą tego słuchać, to jest zbyt skomplikowane. Jeśli chodzi o system oceny to według kryteriów, które zostaną wprowadzone każdy pracownik, na przykład w dziedzinach humanistycznych, może sobie pisać tyle artykułów ile chce, jednak rozliczany będzie tylko z czterech. W ciągu czteroletniego okresu oceny tylko 4 artykuły będą brane pod uwagę. Muszą to być artykuły, które zostały opublikowane za granicą, w pismach wysoko punktowanych bo w Polsce na razie tych pism nie ma. Fakt, że ministerstwo przygotuje pewną ilość stypendiów dla czasopism polskich, te czasopisma dostaną wysoką ilość punktów i będą też liczone do tych czterech publikacji, które trzeba osiągnąć w 4 lata. Te stypendia będą tylko przez 3 lata, potem te pisma mają już stanąć na nogi i mają same dać sobie radę. W ramach tych czterech publikacji można też opublikować książkę. Musi to być książka opublikowana w certyfikowanym wydawnictwie, które ma certyfikat ministerstwa, i które jest w bazie Scopusa (...). I teraz jest pytanie. Co ma zrobić historyk, który zajmuje się historią regionalną np. dziejami Włocławka albo Inowrocławia? Gdzie on za granicą opublikuje artykuł na temat dziejów Włocławka w wysoko punktowanym piśmie? Nie opublikuje, ponieważ tam nikogo to nie obchodzi.

MJ: I będzie niżej oceniany w związku z tym?

WP: - To jest tak, że jeżeli on tych czterech publikacji wysoko punktowanych nie uzyska to mało tego, że uczelnia nie dostanie żadnych punktów za niego, ale dostanie punkty ujemne. Będzie więc ukarana za to, że on tego nie opublikował. Dodajmy, że dzisiaj historycy, bo mówimy tutaj na przykładzie historyków, publikują bardzo wiele w pismach regionalnych. W Polsce w ogóle są setki historycznych pism regionalnych wydawanych na szczeblu miasteczek, powiatów, muzeów, społeczności. Są to często pisma wydawane przez hobbystów ale, w których także publikują naukowcy, często są na niezłym poziomie. One są nisko punktowane. Przydziela im się bardzo mało punktów. Według tej nowej ustawy publikowanie w nich będzie stratą czasu i energii. Naukowcy przestaną w nich publikować, tysiące pism regionalnych zostannie po prostu zniszczonych, przestaną istnieć. Ta ustawa jest wymierzona w życie naukowe na nazwijmy to brzydko, prowincji. Na tak zwanej ścianie wschodniej zbudowano kilka nowoczesnych, pięknych uniwersytetów z pięknymi budynkami i pięknymi gmachami. One rozwijają się szybko i dynamicznie, aczkolwiek mają jeszcze dużo do zrobienia. Mechanizmy zawarte w tej ustawie właściwie zduszą te uniwersytety tak samo jak zniszczą regionalne pisma. Twórcy ustawy zapomnieli o jednym, że ta ustawa niszcząc lokalne uniwersytety przyczyni się nie tylko do strat naukowych. Lokalne uniwersytety mają nie tylko znaczenie naukowe czy dydaktyczne. One mają także znaczenie kulturotwórcze i elitotwórcze dla tych regionów. Są ważne dla ich życia i rozwoju społecznego. Ogromną stratą będzie, gdy zostaną zdegradowane.

MJ: Panie profesorze czy na zakończenie możemy powiedzieć coś optymistycznego, jaśniejszego studentom i społeczności akademickiej w tym pierwszym dniu roku akademickieg?

WP: - Mogę powiedzieć tyle, że wszystkie negatywne skutki ustawy nie uderzą od razu.
Studenci mogą być spokojni, będą ciągle studiowali na tych samych uczelniach, skończą te same kierunki. Rewolucja uderzy bardziej w naukowców, którzy w tej chwili nie są pewni dnia ani godziny.

Optymistyczne jest chyba także to, że tacy ludzie jak ja, więc już o pewnym dorobku naukowym, patrzą na to wszystko z lekkim dystansem. Przecież ja nie będę koncentrował się na zdobywaniu punktów czy szukaniu wydawnictw w bazie Scopusa.

Mam swoje ścieżki, swoje czasopisma, swoje wydawnictwa. Będę nadal w nich publikował i - czy to się ministrowi podoba czy nie - to mnie niewiele niewiele obchodzi. I 90% profesorów podobnych do mnie myśli tak samo.
PR PiK - Rozmowa Dnia - Wojciech Polak

Maciej Puto

Maciej Puto. Fot. Tomasz Kaźmierski
Maciej Puto. Fot. Tomasz Kaźmierski
Rada Miasta Bydgoszczy, na ostatnim w tej kadencji posiedzeniu, uchwaliła miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego, umożliwiający rozbudowę Filharmonii Pomorskiej w Bydgoszczy. Radni przez aklamację przyjęli apel do samorządu województwa o zapewnienie środków na tę rozbudowę. Dlaczego rozbudowa taka jest konieczna? Jak filharmonia będzie wyglądać po modernizacji i jak zmieni się w Bydgoszczy "dzielnica muzyczna" zaprojektowana jeszcze przez Andrzeja Szwalbego? Na te pytania odpowiedział Maciej Puto, dyrektor Filharmonii.

Michał Jędryka: Cieszy się pan, że dojdzie do rozbudowy Filharmonii i że jest zgoda ponad podziałami przynajmniej w Bydgoszczy?

Maciej Puto: Bardzo się cieszę, bo zabiegam o to od chwili, kiedy zostałem dyrektorem Filharmonii Pomorskiej czyli od września 2015 roku. Rozbudowa jest bezwzględnie konieczna, ponieważ nasz budynek, bardzo okazały, niestety nie spełnia wymogów siedziby instytucji kultury w XXI wieku. Borykamy się z ciasnotą, różnego rodzaju niedostatkami.

Za chwilę zapytam o szczegóły, ale najpierw powróżmy sobie z fusów. Czy taka życzliwość i zgoda znajdzie się pana zdaniem również w sejmiku wojewódzkim kolejnej kadencji?

Tego nie wiem, bo nie znam jeszcze wyników wyborów. Pamiętajmy o tym, że Zarząd Województwa Kujawsko-Pomorskiego podjął już decyzję o powołaniu inwestycyjnej spółki celowej, która ma się zająć m.in. rozbudową Filharmonii i innych obiektów należących do samorządu województwa kujawsko-pomorskiego.

Jest więc nadzieja, że zostanie to doprowadzone do końca. Wróćmy do tego, dlaczego Filharmonia Pomorska wymaga rozbudowy bo, że wymaga remontu jest chyba bezdyskusyjne, gdyż obiekt ma ponad pół wieku.

Dokładnie 60 lat skończy 16 listopada tego roku. Obiekt jest przepiękny, melomani czują się tam doskonale, ale z pewnością odczuwają pewną ciasnotę i niedogodności. Brak klimatyzacji na odpowiednim poziomie. Ona rzeczywiście jest, ale funkcjonuje w sposób budzący wiele wątpliwości. Brak przestrzeni dla artystów. Backstage jest bardzo mały, wręcz niebezpieczny w chwili, kiedy na estradzie ma się pojawić aparat wykonawczy w sile np. 250 muzyków. Jest ogromna ciasnota. Nie ma odpowiedniej ilości toalet. Brak jest swobody w przygotowywaniu produkcji artystycznych. Proszę sobie wyobrazić, że nie mamy sal prób. Zwykle do południa w sali dużej odbywa się próba orkiestry symfonicznej, a piętro niżej w sali kameralnej odbywają się audycje muzyczne, programy edukacyjne dla dzieci i młodzieży. Muzycy występujący w sali koncertowej przeszkadzają w odbiorze audycji, z kolei audycje przeszkadzają w próbie orkiestry symfonicznej, ponieważ są przebicia pomiędzy tymi salami. To jest niedopuszczalne. Proszę sobie wyobrazić garderoby w nowoczesnej instytucji kultury, która nie posiada toalet. Są to bardzo przyziemne sprawy, ale głośno o nich mówię, ponieważ musimy dostosować się do czasów i zwyczajów, które teraz obowiązują.

Czyli w tej dobudowanej części przede wszystkim można się spodziewać sal prób tak?

Chcemy z głównego gmachu wyprowadzić wszystkie działania pozaartystyczne czyli całą administrację. Wiemy, że w tej chwili obsługa koncertów to zadanie bardzo pracochłonne dla wielu osób i w związku z tym chcemy wyprowadzić tę działalność z głównego gmachu. Chcemy wzbogacić Filharmonię o salę prób, wzbogacić o zaplecze gastronomiczne dla melomanów i artystów, którzy u nas występują. Chcemy aby rozbudowany gmach Filharmonii Pomorskiej spełniał te wszystkie funkcje, które obecnie są w takich obiektach jak Narodowa Orkiestra Polskiego Radia w Katowicach, siedziba Narodowego Forum Muzyki we Wrocławiu czy Filharmonia w Hamburgu.

Wczoraj podczas obrad Rady Miasta Stefan Pastuszewski zwracał uwagę, że gmach Filharmonii Pomorskiej, wbrew tendencjom tamtych czasów, ma piękną, symetryczną bryłę. Oczywiście można odczuwać pewien niepokój czy rozbudowanie tego piękna i symetrii jakoś tego nie zakłóci i nie zniszczy.

Troszeczkę dziwię się tym wszystkim niepokojom, ponieważ bardzo często wypowiadają je osoby, których nie spotykam w Filharmonii Pomorskiej, a bywam tam codziennie. Nie jestem architektem i nie mam w sobie tyle tupetu, aby wizualizować jakoś tę rozbudowę. Jest takie bardzo trafne powiedzenie "Jeżeli chcesz mieć dzieło sztuki, zatrudnij artystę". My chcemy powierzyć tę wizję materialną rozbudowy konkretnym pracowniom architektonicznym, bo w przyszłym roku będzie rozpisany konkurs architektoniczny.

W momencie rozpisania konkursu będą jakieś założenia, które ci artyści otrzymają?

Tak. Będzie program funkcjonalno-użytkowy, do którego dokumentacji już w tej chwili się przygotowujemy. Co on nam da? Będzie to bardzo wnikliwy opis konkretnych pomieszczeń i funkcji, które nowy gmach musi posiadać. Później architekci będą z tego układać całą bryłę. Będzie sąd konkursowy, będą również opinie mieszkańców Bydgoszczy, którzy będą się wypowiadali na ten temat. Nam zależy na tym, żeby gmach był nie tylko piękny, ale również funkcjonalny.

Swoje oblicze zmieni nie tylko gmach, ale także cała tzw. dzielnica muzyczna zaprojektowana przez Andrzeja Szwalbego. Ona się chyba po prostu powiększy, bo Akademia Muzyczna, tak jak wczoraj tłumaczyła to pani dyrektor pracowni urbanistycznej, będzie za ulicą Chodkiewicza i będzie łączyć te dwa obiekty: Filharmonię i Akademię ulica Paderewskiego.

Rzeczywiście szefowa Miejskiej Pracowni Urbanistycznej zwróciła uwagę na to, że ta oś od strony północnej zamknięta będzie nowym gmachem Akademii Muzycznej, a od strony południowej rozbudowaną Filharmonią Pomorską. Będzie to na pewno nowa jakość. Chciałbym jeszcze raz podkreślić, że z pewnością jako pracownicy Filharmonii Pomorskiej będziemy dbali o to, aby obecny gmach jeszcze bardziej wyeksponować, a na pewno nie zrobić mu żadnej krzywdy.

Obecny gmach posiada to, czym przede wszystkim się szczyci czyli salę koncertową o unikalnej i najlepszej w Polsce akustyce. Tak stwierdzono w apelu do sejmiku województwa. O tym się powszechnie mówi, ale skąd wiemy, że jest to najlepsza w Polsce akustyka? Istnieją jakieś kryteria porównywania tego?

Tak. To jest ucho wytrawnego melomana. Tutaj Rada Miasta troszeczkę zawęziła tą unikatową akustykę, bo my twierdzimy, że ona jest jedną z najlepszych w Europie. Rok temu rozpoczęliśmy bardzo intensywne, zakrojone na największą w Polsce skalę badania akustyczne sali koncertowej. Dotarliśmy do uczniów i wychowanków profesora Straszewicza, który ponad 60 lat temu zaprojektował akustykę sali koncertowej Filharmonii Pomorskiej. Ci państwo, którzy w tej chwili posiadają tytuły profesorskie, przez kilka miesięcy badali akustykę sali koncertowej wszelkimi możliwymi i dostępnymi urządzeniami. Potwierdziło się to, że ona jest naprawdę wyjątkowa. Mamy niejako taki cyfrowy model akustyki tej sali koncertowej. Jest on przygotowany po to, aby po remoncie sali koncertowej mieć punkt odniesienia. Żeby wiedzieć dokładnie jakie parametry były przed remontem i po remoncie te parametry muszą być identyczne. Parametry mamy opisane, te obliczalne i te subiektywne, ponieważ cała ekipa akustyków przeprowadzała ankiety wśród muzyków i melomanów. Badania były bardzo spektakularne, myślę, że wielu melomanów doskonale pamięta jak one się odbywały, gdyż miały one miejsce przed koncertami.

Kiedy pójdziemy na pierwszy koncert do nowej, wyremontowanej i rozbudowanej Filharmonii?

Tego nie potrafię powiedzieć, ponieważ nie dysponuję środkami publicznymi, które wystarczyłyby w tej chwili na rozbudowę i remont. Wiadomo jak wygląda mapa. Do końca tego roku przygotowujemy przetargi na opracowanie programu funkcjonalno- użytkowego. W przyszłym roku ten przetarg będzie rozstrzygnięty i rozpisany zostanie konkurs architektoniczno-urbanistyczny. W budżecie województwa kujawsko-pomorskiego zarezerwowane są środki na ten cel w wysokości 2 milionów złotych.

A gdzie będą odbywały się koncerty w czasie remontu?

To jest najmniejszy problem. Najważniejsze jest to, że remont rozpoczniemy po zakończeniu rozbudowy. W nowych pomieszczeniach rozbudowanej Filharmonii będziemy przygotowywali produkcję artystyczną. Będą tam przygotowywane koncerty. Odbywać się one będą w miejscach do tego godnych, ale na pewno nie w sali koncertowej, która będzie remontowana.
Polskie Radio PiK - Rozmowa dnia - Maciej Puto

Maciej Glamowski

Maciej Glamowski/fot. Magdalena Gill
Maciej Glamowski/fot. Magdalena Gill
Sytuacja zadłużonego szpitala w Grudziądzu będzie najprawdopodobniej głównym tematem przedwyborczej kampanii w tym mieście. Jeden z kandydatów na prezydenta Grudziądza - Maciej Glamowski przedstawił w Rozmowie Dnia w Polskim Radiu PiK swój pomysł na uratowanie szpitala.

Marcin Kupczyk: Możemy o Panu przeczytać - „lider Obywatelskiego Grudziądza, uzyskał poparcie Koalicji Obywatelskiej w wyborach na prezydenta miasta, przez ostatnie dwa lata w opozycji do Roberta Malinowskiego i do Platformy, wskazywał, że potrzebne są sojusze”. Czyim jest pan kandydatem?
Maciej Glamowski: Jestem kandydatem sojuszu Obywatelski Grudziądz, który powstał z połączenia dwóch niezależnych podmiotów, czyli Obywatelskiego Grudziądza, którego jestem liderem tj. stowarzyszenie Ruch Miejski oraz SLD, z którym od dłuższego czasu współpracowaliśmy w Radzie Miejskiej. Niezależnie od tego uzyskałem poparcie Platformy Obywatelskiej, Nowoczesnej i PSL. Cieszę się, że mam tak szerokie poparcie, ponieważ aby sprawnie zarządzać miastem i rozwiązywać jego problemy, prezydent musi mieć wsparcie w Radzie Miasta oraz w sejmiku.

Powiedział Pan, że „musimy budować szerokie polityczne sojusze”. Zawierane przed wyborami, mogą później dłużej przetrwać?
-
To nie są taktyczne sojusze. Elektorat Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej jest mi bardzo bliski. To środowisko polityczne jest mi bliskie, ponieważ z niego wyszedłem. Poróżnił nas jedynie sposób na rozwiązanie problemu grudziądzkiego szpitala.

W listopadzie 2016 odszedł Pan z klubu radnych Platformy Obywatelskiej. Powodem była właśnie sprawa gigantycznego długu szpitala. „Od lat zwracałem uwagę na problemy szpitala. Mój głos i wiedza były ignorowane. Wskazywane przeze mnie zagrożenia lekceważono. Nie godzę się na wykorzystywanie mojej osoby jako automatu do głosowania, a takie rozwiązania zaczynają obowiązywać w klubie Platformy Obywatelskiej” - tłumaczył Pan wtedy. Obecnie ma pan poparcie PO. Jak to się dzieje?
- Tak, ale z niczego się nie wycofuję. Jestem menedżerem, doktorem ekonomii i uważam, że problemy finansowe Grudziądza wynikają z problemów szpitala. Miałem szerszy pogląd i uważam, że niestety miałem rację. Dziś sytuacja miasta byłaby zupełnie inna, gdyby Platforma Obywatelska czy koledzy z Rady poszli moją drogą.

Mówił Pan tak: „Sądzę, że w przyszłości ten problem rozwiążemy, bo ten szpital jest Grudziądzowi potrzebny. Kwestia jest tylko taka, żeby znaleźć instrumenty pozwalające mu stabilnie funkcjonować”.

- Ten szpital to doskonała placówka medyczna. Jest bardzo potrzebna zarówno miastu, jak i przede wszystkim regionowi. Grudziądzki szpital obsługuje swoim zasięgiem prawie pół miliona mieszkańców. Trzeba o ten szpital dbać i go rozwijać. Niestety finanse szpitala są złe (...).
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Maciej Glamowski

Michał Krzemkowski

Michał Krzemkowski
Michał Krzemkowski
Dlaczego Szczecin, Lublin, Białystok, mogą bez problemu rozporządzać dodatkowymi funduszami, a Bydgoszcz zmuszona jest do wspólnych projektów z Toruniem,w celu pozyskania tych samych pieniędzy? Czy wspólny obszar funkcjonalny doprowadzi do rozwoju, czy do większego jeszcze skłócenia tych miast? O te i inne sprawy Michał Jędryka pytał gościa "Rozmowy dnia" - Michał Krzemkowski - radnego Sejmiku Województwa Kujawsko-Pomorskiego.

Michał Jędryka: Sejmik województwa zajmował się wczoraj planem zagospodarowania województwa kujawsko-pomorskiego. Ten plan nie został jednak uchwalony, bo został wycofany przez marszałka województwa. Zapraszaliśmy marszałka Piotra Całbeckiego dziś na "Rozmowę" Dnia. Niestety pan marszałek wieczorem musiał tę rozmowy odwołać, wydarzyło się coś ważnego. Mamy więc nadzieję, że w kolejnych dniach pan marszałek przyjdzie do studia. A dziś w naszym programie radny sejmiku Michał Krzemkowski z Prawa i Sprawiedliwości. Bydgoscy radni krytykowali ten plan zagospodarowania województwa. Dlaczego?

Michał Krzemkowski: Przede wszystkim dlatego, że są tam zapisy o tak zwanym miejskim obszarze funkcjonalnym ośrodków wojewódzkich, który powstał jako jednolity twór dla Bydgoszczy, Torunia i otaczających te miasta gmin.

Bylibyśmy zatem "skazani" na tworzenie jednego obszaru z Toruniem. Bydgoszcz z Toruniem - co w tym złego?

Byłaby to w pewnym sensie taka pozycja startowa do tworzenia wspólnej metropolii, która jest koncepcją niestety utopijną, bo jednak miasta oddziela od siebie bardzo rozległy obszar leśny i obszary zalewowe, więc jakiekolwiek ruchy urbanizacyjne obu miast w kierunku siebie są niemożliwe. Ta koncepcja jest tworzona pod pewne doraźne potrzeby, pod plany rządowe i plany Unii Europejskiej, które mają za zadanie pewnymi środkami finansowymi wspierać rozwój metropolii. Bydgoszcz mogłaby taką metropolię, w sensie oczywiście polityki terytorialnej Unii Europejskiej i Rzeczypospolitej Polskiej, tworzyć samodzielnie, ponieważ spełnia większość funkcji, które są wymagane od metropolii, natomiast Toruń już nie. W związku z tym połączenie tych dwóch miast w jednej metropolii byłoby dla Bydgoszczy niekorzystne. Trzeba by się dzielić tymi środkami. One by szły na rozwój obu miast, a nie na rozwój Bydgoszczy.

Takie próby stworzenia metropolii wokół Bydgoszczy były, natomiast Prawo i Sprawiedliwość w ogóle chyba ma inną trochę koncepcję rozwoju państwa niż metropolie...

Sprzeciwiamy się generalnie takiemu modelowi polaryzacyjno-dyfuzyjnemu, który lansowała Platforma Obywatelska - a mianowicie kumulujemy wszystkie czynniki wzrostu w głównych ośrodkach miejskich, nieco zapominając o prowincji, o mniejszych jednostkach miejskich. My się temu sprzeciwiamy. Jesteśmy za koncepcją zrównoważonego rozwoju, czyli kierowaniu środków na zagospodarowanie kraju w sposób bardziej równomiernym.

Czyli chodzi o kierowanie środków finansowych do tych mniejszych miast?


Tak, do miast takich jak na przykład: Tuchola, Brodnica, Mogilno, żeby nie zapominać o tych miastach i też zwiększać rolę w rozwoju regionu ośrodków subregionalnych jak: Grudziądz, Włocławek czy Inowrocław.

No dobrze, ale wracając do koncepcji bydgosko - toruńskiego obszaru funkcjonalnego można powiedzieć, że różne miasta, które znajdują się w pobliżu tych dwóch miałyby też jakieś korzyści z tego, że powstałby taki obszar.

Tak, tylko że zauważmy, że jednak związki obu miast są dużo silniejsze z zapleczem, które Bydgoszcz ma po zachodniej stronie, a Toruń po wschodniej, niż te związki, które są między ośrodkami głównym, czyli między Bydgoszczą a Toruniem, więc jeżeli skumulujemy środki na łączenie tych dwóch miast, to stracą na tym te zależności, która Bydgoszcz ma na przykład z Szubinem, z Nakłem, Koronowem, a Toruń z Łysomicami, Chełmżą czy Lubiczem.

Urząd Marszałkowski argumentuje w ten sposób, że gdyby nie było tego obszaru funkcjonalnego to w ogóle by nie było zintegrowanych inwestycji terytorialnych, a te zintegrowane inwestycje terytorialne jednak pozwalają pozyskać bardzo znaczne środki unijne.

Ale my jeszcze nie mamy tego miejskiego obszaru funkcjonalnego ośrodków wojewódzkich, bo on jest dopiero w tym projekcie planu zagospodarowania przestrzennego, który jeszcze nie został uchwalony, a jednak zintegrowane inwestycje terytorialne (ZIT) powstały. One powstały właśnie na bazie obu miast, ale koncepcja w Bydgoszczy była taka, żeby Bydgoszcz stanowiła odrębny obszar zintegrowanych inwestycji terytorialnych z obszarem swojego zaplecza gospodarczego. Tu doszło do pewnego kompromisu pomiędzy prezydentem Bydgoszczy, Torunia a marszałkiem województwa, jednak postanowiono o utworzeniu tych zintegrowanych inwestycji terytorialnych, w których znalazły się i Bydgoszcz i Toruń, ale koncepcje były różne i trzeba to podkreślać.

Czyli jest pan zadowolony, że ten plan zagospodarowania został wycofany.

Tak. To znaczy plan nie został wycofany, zostało wycofane jego głosowanie na wczorajszej sesji. Sejmik zdecydował o tym jednogłośnie. Uważam, że jest to jakaś szansa na to, że jeżeli się ukonstytuuje nowy samorząd województwa i nowy zarząd województwa to będzie można ten plan zmienić, urealnić go.

A jak to będzie wyglądało proceduralnie? Czy plan będzie musiał być od początku przygotowywany, czy będzie wykorzystane to, co już było?

Jeżeli będzie zmieniony w tej warstwie dotyczącej miejskich obszarów funkcjonalnych czy w ogóle obszaru funkcjonalnego, bo takich obszarów funkcjonalnych wyznaczono na terenie województwa kilka, to będzie musiało dojść do ponownej procedury. Po pierwsze zmiany planu konsultacji społecznych i następnie uznania argumentów społecznych częściowo albo całkowicie i wreszcie po tym etapie głosowanie przez sejmik, więc ta procedura pewnie by się przedłużyła o jakieś pół roku do roku. Ale jeżeli miałoby być to z korzyścią dla rozwoju województwa, to jak najbardziej uważam, że byłoby to słuszne.

Rozwój województwa a rozwój Bydgoszczy czy rozwój miast są sprzeczne czy są wzajemnie powiązane?

Nie są sprzeczne ze sobą, bo każde województwo, każdy region potrzebuje silnych ośrodków centralnych, więc trzeba rozwijać zarówno te ośrodki centralne, jak i rozwijać otaczający je obszar regionu i to nie idzie w parze. Chodzi tylko o to, żeby w sposób sensowny i jak najbardziej optymalny delegować środki publiczne, które mamy na politykę rozwoju regionalnego. Nie może być tak, że miasta się rozwijają, a obszar prowincji się nie rozwija i w związku z tym dochodzi do pewnych dysproporcji. Trzeba to mądrze robić.

A czy istnieje taka szansa, jeżeli dojdzie do przygotowania nowego programu zagospodarowania województwa, żeby powstał jednak tylko obszar bydgoski?


Istnieje taka szansa, że powstałyby dwa miejskie obszary funkcjonalne, dwóch silnych ośrodków centralnych, a więc oddzielne dla Bydgoszczy i dla Torunia, a sprawą wtórną jest czy byłyby później na bazie tych miejskich ośrodków funkcjonalnych tworzone obszary metropolitalne. Bydgoszcz ma zdecydowanie większą szansę, żeby taki obszar metropolitalny tworzyć, ale te założenia krajowe i europejskie też mogą się pod względem zmienić.

Do tego zmierzam, bo w momencie kiedy powstałby bydgoski obszar metropolitalny Toruń byłby zagrożony, bo jako mniejszy ośrodek prawdopodobnie miałby mniejsze szanse na pozyskiwanie środków?

Gdyby ta polityka metropolizacji Polski i Europy dalej podążała no to rzeczywiście Bydgoszcz ma większe szanse uzyskać pewne środki na rozwój obszaru metropolitalnego. To na pewno. Natomiast ta koncepcja może się też zmienić, może dojść do tego, że się od tej koncepcji w ogóle odejdzie i bardziej się będzie mówiło o rozwijaniu ośrodków wzrostu niż polityce metropolitalnej.

Pana zdaniem w nadchodzącej kadencji sejmiku, po wyborach, zmieni się sposób myślenia co do zagospodarowania województwa, co do zarządzania nim? Czy będzie kontynuowane to, co jest w tej chwili?

Trudno mi powiedzieć. Jeżeli byłaby taka sytuacja, że dalej utrzyma się koalicja Platforma Obywatelska - PSL, to na pewno ten plan zagospodarowania przestrzennego zostanie w tej formie uchwalony. Co do tego nie mam złudzeń, natomiast jeżeli zmieni się układ polityczny, to rzeczywiście jest szansa na to, żeby tę koncepcję zmienić.
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Michał Krzemkowski
3456789