Niedziela, 21 października 2018 r.   Imieniny: Urszuli, Hilarego, Jakuba
Polskie Radio PiK » Rozmowa Dnia

Rozmowa dnia

Lucyna Przybylińska

Lucyna Przybylińska/fot. Magda Jasińska
Lucyna Przybylińska/fot. Magda Jasińska
- Zawsze w wakacje jest deficyt krwi w centrach krwiodawstwa. To czas kiedy m.in. dochodzi do większej liczby wypadków komunikacyjnych, a nasze stany magazynowe są niższe - mówi Lucyna Przybylińska z Regionalnego Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa w Bydgoszczy. Gość Rozmowy Dnia przypomina, że wszystkie grupy krwi są zawsze bardzo potrzebne, ale najbardziej ta uniwersalna - ORhD.

Magda Jasińska: Dlaczego w wakacje brakuje krwi?
Lucyna Przybylińska: Co roku w lipcu i sierpniu sytuacja się powtarza, tzn. nasze stany magazynowe są niższe, niż byśmy chcieli, jednak przesadą byłoby stwierdzenie, że krwi brakuje. Na bieżąco zaopatrujemy szpitale w krew, nie przychodzi jednak do nas wystarczająco dużo krwiodawców, byśmy mogli uzyskać odpowiednio duży zapas.

Latem jest więcej wypadków i krew jest bardziej potrzebna? Z tego to wynika?
- Krew jest potrzebna przez cały rok, każdego dnia. Róznica, jeśli chodzi o stany magazynowe wynika po pierwsze z faktu, że nasi krwiodawcy wyjeżdżają na wakacje i mniej ich zgłasza się na oddanie krwi, a po drugie - nie organizujemy w tym czasie akcji poboru krwi na uczelniach czy w szkołach. Jednocześnie rzeczywiście statystycznie zdarza się więcej wypadków komunikacyjnych, a poszkodowani wymagają często przetoczenia nawet dużej ilości krwi.

Od lat trwa dyskusja, czy nie należałoby jednak płacić za oddaną krew. Chyba na razie nie ma takich pomysłów?
- Takie dyskusje zdarzają się wśród dawców, ponieważ są oni świadomi, z jak wielkim ryzykiem i niebezpieczeństwem się to wiąże. To niedopuszczalne, by płacić za krew. Oddanie krwi musi wynikać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby. Krwiodawca nie może być do tego zmuszony czy nakłoniony.

Z jakim ryzykiem się to wiąże?
- Przeniesienia m.in. chorób zakaźnych drogą krwi. Mamy wprawdzie bardzo dokładne metody badania krwi pod kątem obecności wirusów, ale tylko tych najbardziej groźnych, natomiast we krwi możemy mieć ich znacznie więcej. Bardzo ważne jest więc, by dawca podszedł bardzo rzetelnie i uczciwie do tematu oddawania krwi. Musi mieć świadomość, że krew zostanie przetoczona dalej drugiemu człowiekowi i że zawsze jest ryzyko przeniesienia wirusa, a np. malutkiemu dziecku może bardzo zaszkodzić nawet niewielka ilość przyjmowanego przez niego leku. Gdyby ktoś zechciał za krew płacić, to niesie za sobą ryzyko, że dawcy by kłamali. (...).

Krwiodawcą może zostać zdrowa osoba w wieku od 18-65 lat. Za każdym razem, zanim zostanie zakwalifikowana do pobrania, musi wypełnić szczegółową ankietę. Krew możemy oddać sześć dni w tygodniu w Regionalnym Centrum w Bydgoszczy i pięciu oddziałach terenowych: w Toruniu, Włocławku, Inowrocławiu, Grudziądzu i Brodnicy. Po regionie w ramach akcji kursuje specjalny krwiobus, dokładny harmonogram wyjazdów można znaleźć na stronie centrum: www.rckik-bydgoszcz.com.pl
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Lucyna Przybylińska

Kosma Złotowski

Kosma Złotowski
Kosma Złotowski
Kolejne unijne instytucje przyglądają się reformie sądownictwa w Polsce. Grupa europosłów naciska na Komisję Europejską w obronie przewoźników. Jaki finał znajdą te procedury? Czy Donald Trump jest sojusznikiem Europy i Polski, na którego możemy liczyć? Odpowiedzi na te pytania szukaliśmy podczas Rozmowy Dnia Polskiego Radia PiK. Jej gościem był bydgoski europoseł, Kosma Złotowski.

Marcin Kupczyk: Senat przyjął bez poprawek nowelizację kodeksu wyborczego dotyczącą ordynacji w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Każdy okręg ma mieć przypisaną konkretną liczbę - co najmniej 3 posłów wybieranych do PE. Zdaniem polityków PiS ordynacja obecna jest skomplikowana, nowa ją upraszcza i upodabnia wybory europejskie do tych do Sejmu. Zdaniem opozycji celem zmian jest faworyzowanie PiS oraz eliminowanie małych ugrupowań. Teraz decyzja w rękach prezydenta. Co Andrzej Duda powinien zrobić?

Kosma Złotowski: Wydaje mi się, że prezydent podpisze ustawę, ale zobaczymy. Natomiast rzeczywiście dotąd, np. w naszym województwie, które jest jednym z okręgów wyborczych, było tak, że po pierwszych eurowyborach mieliśmy tylko dwa mandaty, potem dopiero to się zmieniło, mamy trzy mandaty, dlatego że liczba mandatów nie jest przypisana do okręgu bezwzględnie, w związku z tym ludzie głosujący nie wiedzą tak naprawdę czy będą mieli europosła i z jakiego ugrupowania, to się okazywało dopiero po bardzo skomplikowanych przeliczeniach. (...).

Mówi się o tzw. wolnych, wędrujących mandatach... teraz tak nie będzie?


Najpierw się liczyło w skali kraju tak jak byśmy głosowali na listę wyborczą, a potem te mandaty dzieliło się pomiędzy okręgi i nie było wiadomo ile tych mandatów w danym okręgu będzie.

Przypomnijmy opozycja krytykuje ten pomysł, że zwiększa szanse PiS.

Owszem, zwiększa szanse PiS, ale też PO, dlatego, że wymaga większej liczby głosów. (...).

Politycy PSL twierdzą, że ludzie będą mieli teraz mniejszy wybór.

Wybór będą mieli ten sam, tyle tylko, że trzeba zdobyć głosy wyborców, w jakiś sposób trzeba uporządkować ordynację, jest to propozycja jaśniejsza niż była dotąd. (...).

Ugrupowanie Kukiz'15 uważa, że jest głównym celem tej ustawy.

Można wszędzie widzieć atak na siebie, być przewrażliwionym, ale PE to nie jest władza, w związku z tym my nie dążymy do zapewnienia sobie władzy po wsze czasy, a Kukiz'15.... no cóż... dobra kampania wyborcza, dobrzy kandydaci i znajdą się miejsca w PE.

Grupa europosłów, w tym pan, wywiera presję na Komisję Europejską w obronie przewoźników, także tych z Polski. Pod listem do komisarz ds. transportu podpisało się 38 deputowanych, żądając pilnych działań, o jakie działania chodzi?

Projekt KE w tej sprawie przepadł, tak samo jak przepadł projekt komisji ds. transportu i turystyki PE, nie znajduje się większości ani na lewo, ani na prawo, w związku z tym prosimy komisję o przedstawienie nowego projektu, który brałby pod uwagę to co wydarzyło się dotychczas w PE i przedstawienie projektu dotyczącego stosunków w transporcie międzynarodowym, skoro komisja w ogóle uważa, że coś takiego musi być, bo moim zdaniem, komisja mogłaby nic nie robić, bo tak jak jest jest dobrze. (...).
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Kosma Złotowski

Janusz Kaźmierczak

Janusz Kaźmierczak. Fot. Monika Kaczyńska
Janusz Kaźmierczak. Fot. Monika Kaczyńska
Na czym polegają mediacje? W jakich sytuacjach mogą one pomóc? Czy mediatorzy rozwiązują tylko konflikty indywidualne, czy również społeczne? Gościem Rozmowy Dnia będzie Janusz Kaźmierczak - filozof oraz socjolog, mediator wpisany na listy prowadzone przez prezesów sądów okręgowych w Bydgoszczy, Toruniu i Włocławku. Jest też mediatorem w Fundacji Pracownia Dialogu w Toruniu.

Michał Jędryka: Kim jest mediator?

Janusz Kaźmierczak: Mediator jest osobą, która pomaga zwaśnionym stronom znaleźć rozwiązanie w spornej sprawie i najlepiej gdyby to było rozwiązanie, które satysfakcjonuje wszystkich. W idealnej sytuacji nikt nie musi z niczego rezygnować, czyli mówimy tu o konsensusie, a nie o kompromisie. Sprawy do mediacji kierują policja, prokuratura i sądy, ale coraz więcej osób przychodzi prywatnie. Mamy na przykład spór sąsiedzki - nie ma na to paragrafu albo nie chcemy walczyć w sądzie, rozpętać wojny na kilka lat, chcielibyśmy się porozumieć, bo zależy nam na dobrych relacjach sąsiedzkich, partnerskich czy biznesowych - jakichkolwiek. Przychodzimy szukać rozwiązania, które mogłoby zmienić nasze życie.

I co robi wtedy mediator, na czym polega jego rola?

Rolą mediatora jest przede wszystkim dobre zdiagnozowanie tego z czym ma do czynienia - z jakim konfliktem i czego on dotyczy. Korzystamy z różnych narzędzi i technik mediacyjnych. Zbieramy sporo informacji na temat tego, co się dzieje, jak długo, jak faktycznie sytuacja wygląda, co dzisiaj się dzieje, ale też kierujemy uwagę stron na przyszłość, to znaczy co państwo moglibyście zmienić w swojej relacji, na co się umówić, żeby jutro było lepiej niż było wczoraj. W mediacji, przynajmniej ja tak pracuję, staram się jak najmniej wracać do przeszłości, bo na to strony nie mają już wpływu. To jest pewnym tłem i bagażem, ale to na co mają ogromny wpływ to na to, co będzie jutro, pojutrze, za tydzień, za dwa tygodnie, za rok.

Większość sporów, które mediatorzy pomagają rozwiązać ma chyba bezpośredni lub pośredni związek albo z jakimś majątkiem albo z jakąś krzywdą, niesprawiedliwością.

Tak, jest spora część spraw, które dotyczą właśnie czegoś wymiernego - odszkodowania, zadośćuczynienia, podziału majątku dorobkowego, zachowku. Uczestniczyłem również w mediacjach pomiędzy pracownikami i przełożonym lub pracodawcą.

Co mediator robi? Czy próbuje nakłonić strony do zgody? Czy perswaduje? Czy po prostu słucha?

Spór jest zaogniony, kiedy między stronami nie ma przepływu informacji. Spotkanie u mediatora pozwala im nierzadko po raz pierwszy od lat porozmawiać bez nerwów, że ktoś tego dopilnował. I to jest właśnie rola mediatora - żeby moderować taką rozmowę, żeby nikt nikomu nie przerywał, żeby dana osoba mogła dokończyć swoją wypowiedź, przedstawić swoje pomysły na rozwiązanie, odnieść się do pomysłu drugiej strony, powiedzieć dlaczego się zgadza i jakie ma kontrargumenty. To jest zadanie mediatora - udrożnienie komunikacji między stronami. Natomiast moim zadaniem nie jest nakłanianie czy przymuszanie do zawarcia ugody. Jedną z ważnych zasad mediacji jest dobrowolność udziału w niej i dobrowolność zawarcia porozumienia, które mogłyby kończyć spór.

A co ze sporami o poglądy?

Prowadzę sporo spraw rodzinnych i często pojawia się temat różnicy poglądów między rodzicami, na przykład w kwestii szczepień, czy dziecko ma chodzić na religię czy ma przystąpić do pierwszej komunii. To są trudne spory, ponieważ rodzice mają swój system wartości, był on wspólny, kiedy byli narzeczonymi i brali ślub, a potem nagle coś się stało, że ktoś stwierdził: Nie jestem wierzący, nie jestem praktykujący i nie chciałbym, żeby nasze dziecko było w tym duchu wychowywane. I wtedy pojawia się kłopot. W świecie wartości mamy do czynienia albo z bardzo trudno rozwiązywalnym konfliktem albo w ogóle nierozwiązywalnym . To, co my staramy się wtedy zrobić, to trochę zamienić ten konflikt, poszukać czy nie ma tam innych rodzajów konfliktu, np. konfliktu potrzeb.

Wszyscy obserwujemy życie społeczne w Polsce i chyba wszyscy jesteśmy zaniepokojeni tym, że spór polityczny przekroczył pewną niebezpieczną barierę. Czy pan ze swoim doświadczeniem mediatora widzi jakieś rozsądne rozwiązanie tego problemu?

Powiem szczerze, że jak przyglądam się życiu społecznemu to rozwiązania nie mam, natomiast zawsze zastanawiam się kto musiałby usiąść do stołu i czy udałoby się tym osobom rozmawiać bez wrogiego nastawienia, z przekonaniem o potrzebie rozwiązania kryzysu i wysłuchania w tym celu racji drugiej strony oraz poszukania rozwiązania z którego jedna i druga sporu byłaby zadowolona. Mam czasem wątpliwości czy to byłoby możliwe (...) Nie chcę tutaj wyjść na czarnowidza, ale uważam, że sytuacja jest bardzo trudna. Te emocje, które narosły, narastają i co jakiś czas wybuchają, one bardzo skutecznie utrudniają jakiekolwiek porozumienie. Wtedy strony uciekają od argumentacji merytorycznej - opartej o pewne fakty, dane statystyczne, prawo, o jakiekolwiek rzeczy mierzalne, a idą w inwektywy, podgrzewanie atmosfery sporu i to mediację skutecznie utrudnia. Rozwiązania niestety nie mam i nawet nie próbowałem go szukać. Bardziej interesują mnie warunki wejściowe - jak usiąść do stołu rozmów niż myślenie kategoriami rezultatu. Zawsze w mediacji staram się myśleć o tym co zrobić, żeby strony usiadły do stołu i tu się spotkały i usłyszały. A z czym one wyjdą? Czy wyjdą z porozumieniem czy bez, to będzie taki pozytywny skutek uboczny, że mamy porozumienie albo przynajmniej porozmawialiśmy i okazało się, że różnimy się tak fundamentalnie, że żadnego porozumienia nie zawrzemy.
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Janusz Kaźmierczak

Jarosław Kuropatwiński

Jarosław Kuropatwiński/fot. Facebook
Jarosław Kuropatwiński/fot. Facebook
Wśród bydgoszczan rozgorzała dyskusja o przyszłości Parku Witosa w centrum miasta. Po odkryciu, że na znajdującym się tam niegdyś cmentarzu ewangelickim nie dokonano ekshumacji, pojawiła się konieczność zdefiniowania tego miejsca na nowo. Swój głos w dyskusji zabrał konsul honorowy Niemiec w Bydgoszczy - Jarosław Kuropatwiński, który przedstawił własną koncepcję tego miejsca. Dr Kuropatwiński był gościem dzisiejszej Rozmowy Dnia Polskiego Radia PiK.


Marcin Kupczyk: Wśród bydgoszczan rozgorzała dyskusja o przyszłości Parku Witosa, po odkryciu, że na znajdującym się tam kiedyś cmentarzu ewangelickim nie dokonano ekshumacji. Pojawiła się konieczność zagospodarowania i zdefiniowania tego miejsca na nowo. Z badań archeologicznych wynika, że na terenie parku może spoczywać nawet około 80.000 trumien ze szczątkami ewangelików chowanych tam przez wiele lat. Prezydent Bydgoszczy Rafał Bruski powiedział, że trzeba zmienić plan rewitalizacji parku. Pan wystąpił z serią swoich propozycji: zmiana nazwy parku na Park Pojednania Narodów lub Park Pojednania. Dlaczego właśnie tak?

Jarosław Kuropatwiński: Jest, tak mi się wydaje, dosyć silna wola w Bydgoszczy, aby to miejsce było traktowane jako miejsce szczególne. Niedawno był finał mistrzostw świata, 80.000 osób oglądało finał w Moskwie na stadionie, to jest dokładnie taka liczba osób, jaką mamy pochowanych na tym cmentarzu. Dostrzegam silną wolę i przekonanie, że to miejsce powinno być traktowane wyjątkowo, dlatego potrzebny jest pomysł, który będzie do zaakceptowania dla zdecydowanej większości bydgoszczan, pomysł, który w jakiś sposób będzie wiązał się z tym miejscem, ale będzie też patrzył w przyszłość. Wszyscy są zgodni co do tego, że nie odtwarzamy cmentarza, bo to jest niemożliwe, natomiast upamiętnienie tego miejsca i wykorzystanie dla żywych, to jest coś co jest ważne. Jedną z takich koncepcji, która akurat mi przyszła do głowy, to właśnie Park Pojednania czy też Park Pojednania Narodów z symbolem pojednania jakim jest gest uścisku pojednania w Krzyżowej ze strony Tadeusza Mazowieckiego i Helmuta Kohla. (...). Krzyżowa była kolejnym etapem pojednania, wyszło to od pokolenia, które pamiętało wojnę, a po wojnie pracowało nad tym jak należy budować przyszłość, to było trudne w PRL, kiedy propaganda była nastawiona na podsycanie nienawiści Polaków i Niemców i w tym momencie pojawił się list polskich biskupów do biskupów niemieckich, zapraszających na obchody millenium chrztu Polski, to pokolenie zostało naznaczone tym gestem z lat 60. i efektem była Krzyżowa, ale dalej przez prawie 30 lat jest pojednanie polsko-niemieckie, które jest faktem, które na świecie ukazywane jest jako jedno z wielkich osiągnięć Polaków. (...).

Kolejny punkt pańskiego pomysłu: elementy małej architektury jako uzupełnienie pomnika, odtworzenie fragmentów murów cmentarza, z upamiętnieniem nazwisk osób pochowanych. Pan zakłada, że te nazwiska da się odtworzyć?

To nie jest mój pomysł, natomiast ja ten pomysł starałem się uporządkować w swojej koncepcji. Komisja powołana przez prezydenta Bruskiego ten pomysł zgłosiła i wydaje mi się on niezwykle ciekawy, dlatego to uwzględniłem. Chodzi o odtworzenie - symboliczne - muru cmentarnego z tabliczkami, które upamiętniają bydgoszczan, którzy tam leżą. To są czasami nazwiska - patronów bydgoskich ulic, więc są to osoby, które współtworzyły Bydgoszcz i warto te osoby upamiętnić.
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Jarosław Kuropatwiński

Rafał Bruski

Rafał Bruski. Fot. Ireneusz Sanger
Rafał Bruski. Fot. Ireneusz Sanger
- Nikt nie wydawał żadnych zakazów informacji w sprawie przenosin pomnika Walki i Męczeństwa Ziemi Bydgoskiej - stwierdził na antenie Polskiego Radia PiK prezydent Bydgoszczy Rafał Bruski. W miniony wtorek monument został przesunięty 12 metrów w stronę katedry.

Magda Jasińska: Pomnik Walki i Męczeństwa od dawna budził sporo kontrowersji. Dlaczego miasto zdecydowało się przesunąć monument w tajemnicy?
Rafał Bruski, prezydent Bydgoszczy: Muszę zacząć od zaprzeczenia, by ktokolwiek wydawał komukolwiek zakaz. Stary Rynek jest miejscem publicznym, do którego każdy może podejść. Gdy przyjechałem we wtorek rano do pracy, pomnik był opasany, więc było wiadomo że będzie przenoszony. Po kilku godzinach - około godz. 14.00-15.00 - to się dokonało. Żadnych zakazów nikt nie wydawał.

Przedstawiciel firmy, która wykonywała na Państwa zlecenie przesunięcie stwierdził, że inwestor zakazał udzielania informacji.
- To nieprawda. Jeżeli tak jest, proszę wskazać źródło, na pewno będziemy z wykonawcą rozmawiać na ten temat.

Dlaczego to się odbyło w tajemnicy i takim pośpiechu?
- To trzeba wykonawcy zapytać.

A dlaczego miasto nie poinformowało dziennikarzy, że będzie przesuwało pomnik?
- Oddajemy plac budowy i nie wiemy, kiedy dokładnie co się odbywa. Oczywiście z ratusza patrzę przez okno z ciekawością na rynek, ale kiedy dokona się przeniesienie pomnika domyśliłem się przejeżdżając rano i widząc pomnik opasany pasami.

Były nawet spekulacje, że termin nie był wyssany z palca, bo akurat jeszcze trwała pielgrzymka na Jasną Górę, więc część z tych, którzy mogliby protestować, nie była w mieście obecna.
- Powtarzam raz jeszcze - oddajemy plac budowy i kompletnie nie mamy wpływu kto, kiedy i jakie prace wykona. Nie ma w tym żadnej naszej ingerencji, oprócz pilnowania jakości robót.
Przychodziło do mnie wiele osób, które uważały, że pomnik należy ze Starego Rynku w ogóle zabrać. Było tych głosów o wiele więcej niż tych, by pomnika wcale nie ruszać. Ci, którzy nie chcieli go ruszać są głośni i docierają do mediów, a zdecydowana wiekszość milczy. Gdybyśmy zapytali bydgoszczan, to conajmniej 80-90 proc. byłoby za tym, by monument przesunąć, albo usunąć.

To może trzeba było takie badania zrobić?
- Był u mnie w ubiegłum tygodniu architekt, który projektował otoczenie pomnika i wspomniał, że już jak on pracował w ratuszu planowane było przesunięcie pomnika. Ta dyskusja trwała wiele lat. Gdy na płycie Starego Rynku odbywały się rozrywkowe imprezy, nie licowało to z miejscem ulokowania pomnika. Grająca muzyka, roześmiana młodzież i otoczenie pomnika bardzo ze sobą nie współgrały. Gdy widziałem tego typu obrazy, wolałem poszukać kompromisu i przesunąć pomnik o 12 metrów bliżej fary i ratusza (...).



Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Rafał Bruski

Krzysztof Osiński

dr Krzysztof Osiński Fot. Archiwum
dr Krzysztof Osiński Fot. Archiwum
Przeniesienie Pomnika Walki i Męczeństwa na Starym Rynku wzbudziło ogromne zainteresowanie bydgoszczan. Czy oznacza to, że ten pomnik wciąż otoczony jest wielkim społecznym szacunkiem? Czy należy go traktować jako element bydgoskiej tożsamości? Czy jego przeniesienie było uzasadnione? W Toruniu tymczasem zdewastowano pomnik Żołnierzy Wyklętych. Jaki jest nasz stosunek do pomników, do symboli? O tym w Rozmowie Dnia z dr. Krzysztofem Osińskim z Instytutu Pamięci Narodowej.


Michał Jędryka: W poniedziałek w Bydgoszczy został przeniesiony Pomnik Walki i Męczeństwa Ziemi Bydgoskiej, film z przeniesienia tego pomnika obejrzało w Internecie kilkadziesiąt tysięcy osób. Jest pan tym zaskoczony?

Krzysztof Osiński: Z jednej strony tak, z drugiej nie. To jest moja wieloletnia obserwacja bydgoszczan, którzy bardzo interesują się historią swojego miasta. II wojna światowa jest jednym z ważnych elementów tej historii. Pomnik jest symbolem męczeństwa, którego bydgoszczanie doświadczyli już w pierwszych dniach wojny.

Tak samo miejsce jest bardzo charakterystyczne, bo tam rozstrzeliwano Polaków.

Mówimy o miejscu symbolicznym dla bydgoszczan, dla historii miasta, miejscu, które było świadkiem tragedii, cierpienia mieszkańców, którzy wzięci za zakładników byli rozstrzeliwani, ich krew wsiąkała w bruk Starego Rynku. Tym samym postawienie po latach pomnika było oddaniem szacunku i czci dla śmierci tych osób. Dziś obserwując przenoszenie pomnika można domyślać się, że wzbudza to wydarzenie bardzo duże emocje wśród mieszkańców miasta, którzy są nie tylko zaciekawieni tym co się dzieje, ale również oburzeni, że dotyka się symbolicznego upamiętnienia tamtych wydarzeń. Robi się to w sposób taki nie do końca godny, ponieważ wszystko odbywa się w tajemnicy, nie zostało to nagłośnione, nie została informacja przekazana mediom, ale również wcześniejsze decyzje co do przesunięcia monumentu odbywały się w bardzo gorącej atmosferze, były emocjonalne dyskusje, a nie merytoryczne, rzeczowe, wyciszone rozmowy. (...).

Ta gorąca atmosfera trwa już od kilkudziesięciu lat, bo kiedy się pojawiły pierwsze pomysły po 1989 roku odbudowy pierzei Starego Rynku, to już wtedy były protesty niektórych mieszkańców, że tam powinien stać ten pomnik, że z tego powodu nie wolno odbudowywać pierzei.

Te dyskusje rzeczywiście trwały, trwają i będą trwać kolejne lata, bardziej istotne jest to w jaki sposób ta dyskusja jest prowadzona. Nie ma rzeczowych rozmów tylko stawianie społeczeństwa przed faktem dokonanym i upolityczniania czy upartyjnianie tego konfliktu przez osoby, które akurat w danym momencie sprawują władzę w mieście.

Przypomnijmy historię tego pomnika. Stoi on tam od lat sześćdziesiątych.

Samo upamiętnienie miejsca tych wydarzeń nastąpiło bezpośrednio po zakończeniu wojny. Stary Rynek to świadek nie tylko tych egzekucji, które były 1939 roku, ale również po wojnie na Starym Rynku odbyły się uroczystości pogrzebowe ofiar ekshumowanych chociażby w Dolinie Śmierci, czy w innych miejscach w Bydgoszczy, z tego względu już w 1946 roku pojawiła się na Starym Rynku tablica, która informowała o egzekucjach i o śmierci bydgoszczan w czasie okupacji. Istnieją również różnego rodzaju fałszywe informacje, które mówią, że rzekomo pomnik, który stoi na Starym Rynku jest niechcianym kukułczym jajem...

Że miał służyć upamiętnieniu bohaterów getta...


Tak, taka opowieść też istnieje, ona jest całkowicie wyssana z palca. Upamiętnienie getta powstało, jeśli dobrze pamiętam, w 1948 roku, więc taki monument poświęcony tragedii Żydów istniał. Na początku lat sześćdziesiątych w Bydgoszczy był rozpisany konkurs, który rozstrzygnął powstanie specjalnie dedykowanego dla Bydgoszczy pomnika, ale nie udało się go ufundować, istniały różnego rodzaju kontrowersje co do jego wyglądu, wpasowania się w strukturę architektoniczną Starego Rynku, autor obraził się, nie można było dogadać się w tej kwestii i jego pomysł upadł. Rozpisano kolejny konkurs, który ostatecznie pod koniec lat sześćdziesiątych został rozstrzygnięty i zrealizowany, powstał pomnik autorstwa Franciszka Masiaka, który do dziś możemy oglądać na płycie Starego Rynku, pomnik który był wzbogacony kamiennym szańcem, autorstwa Jerzego Winieckiego, szaniec upamiętniał zbrodnie niemieckie nie tylko w Bydgoszczy, ale również w innych miejscowościach Ziemi Bydgoskiej czy szeroko rozumianego Pomorza i Kujaw.(...).
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Krzysztof Osiński

Zbigniew Girzyński

Zbigniew Girzyński.
Zbigniew Girzyński.
Dziś (1 sierpnia) mija kolejna rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. 74 lata po rozpoczęciu tego heroicznego boju nadal nie milkną dyskusje czy powstanie było naturalną konsekwencją walki prowadzonej przez Polaków od 1939 roku, czy niepotrzebnym, z góry skazanym na niepowodzenie, zrywem podziemia przeciwko niemieckiemu okupantowi? Kim są dla młodego pokolenia powstańcy warszawscy? Czy w ostatnich latach ich życia nie należałoby ich specjalnie docenić, nagrodzić, odznaczyć? M. in. o tym w Rozmowie dnia z historykiem dr. Zbigniewem Girzyńskim.


Magda Jasińska: Czym dla pana jest Powstanie Warszawskie?


Zbigniew Girzyński: W XX wieku mamy kilka takich ważnych momentów w naszej historii, które kształtują naszą świadomość, budują nasze emocje, znacznie wpływają na patriotyzm. To co zrobili nasi dziadkowie, pradziadkowie 74 lata temu jest właśnie elementem budowania takiej postawy patriotycznej, miłości do Ojczyzny, zawsze, nawet w sytuacji najtrudniejszej. To oddanie, poświęcenie swojego życia, młodości bardzo często. Z drugiej strony jest to wielki dramat wspaniałego miasta jakim była Warszawa i coś co jeszcze budziło i pewnie budzić będzie emocje.

Cały czas nie milkną dyskusje czy Powstanie było naturalną konsekwencją walki prowadzonej przez Polaków od 1939 roku - czy było zrywem podziemia z góry skazanym na niepowodzenie?

Ta dyskusja zawsze będzie się pojawiała i trochę ona jest wynikiem tego, że jeszcze w wieku XIX i później w początkach wieku XX ukształtowały się dwie szkoły myśli politycznej, a co za tym idzie również myśli historycznej, to jest ten słynny dylemat: bić się czy nie bić? (...). Ten dylemat będzie obecny w naszej dyskusji zawsze. (...). Pamiętajmy o jednej rzeczy. Cała Armia Krajowa, całe niepodległościowe podziemie było przygotowywane do wybuchu Powstania. Jego wybuch był przewidywany i tak też się stało, w momencie, kiedy Polska miała być wyzwalana przez wojska koalicji antyniemieckiej. Tak też się stało. Wojska sowieckie były elementem tej koalicji. Niestety kalkulacje polityczne zaważyły, że Postanie zakończyło się niepowodzeniem. Gdyby tylko i wyłącznie czynniki militarne odgrywały rolę, ono zakończyć się powinno wielkim sukcesem czyli wyzwoleniem Warszawy i wkroczeniem wojsk sojuszniczych, tak jak na przykład stało się to mniej więcej w tym samym czasie w Paryżu.

Historyk Wojciech Roszkowski twierdzi, że gdyby Postanie nie wybuchło Sowieci doszliby pewnie w głąb Niemiec, a nasz kraj stałby się republiką sowiecką.

Niekoniecznie tak by się stało. Myślę, że pan profesor w tej interpretacji idzie zbyt daleko, Sowieci tak czy inaczej musieli zatrzymać swoją ofensywę, ale z całą pewnością nie musieli jej zatrzymywać na Wiśle. To że tak się stało było wynikiem kalkulacji Stalina z jednej strony, z drugiej strony pamiętajmy, że były także Bałkany, tam również się toczyły walki między Związkiem Sowieckim i Niemcami, to wszystko powodowało, że ten front tak szybko w głąb Niemiec nie dotarł, a nawet gdyby tak się działo to też pewnie inaczej by się toczyły walki na froncie zachodnim. (...). Nie ma co w tym momencie prowadzić sporów "czy dobrze czy źle", to Powstanie wybuchło, walczyli w nim nasi przodkowie, im się należy ogromna wdzięczność za to i oddanie chwały i czci, bo są naszymi bohaterami. Byli przez lata niedoceniani - w systemie komunistycznym zwalczani, potem spychani na margines, w III RP, trochę zaczęto o nich przypominać, im są starsi, tym, dzięki Bogu, pamiętamy bardziej, cieszmy się, że garstka ich jest jeszcze razem z nami i te spory dotyczące tego czy "bić się czy nie bić" w tym wypadku warto byłoby odłożyć na czasy kiedy te emocje ostygną, a one ostygną dopiero wówczas, kiedy nie będzie bezpośrednich świadków, a w tym wypadku, trzeba by powiedzieć bohaterów tamtych dni.
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Zbigniew Girzyński

Piotr Całbecki

Piotr Całbecki. Fot. archiwum PR PiK
Piotr Całbecki. Fot. archiwum PR PiK
Radni województwa przyjęli nowy podział granic okręgów wyborczych do sejmiku. W jesiennych wyborach samorządowych, radnych województwa będziemy wybierać w sześciu 5-mandatowych okręgach. Czy najnowszy podział jest mniej kontrowersyjny? M.in. o tym w "Rozmowie dnia" w Polskim Radiu PiK z marszałkiem województwa Piotrem Całbeckim.

Magda Jasińska: Podczas ostatniej lipcowej sesji sejmiku radni przyjęli podział okręgów wyborczych w wyborach do sejmiku województwa. Trzeba przyznać, że podział, który zaproponował komisarz wyborczy zdaje się być bardziej naturalny...

Piotr Całbecki: Pewnie tak jest i chcielibyśmy, aby okręgi nie budziły wątpliwości, ponieważ czytając ustawę literalnie - sejmik, a wcześniej ja w formie propozycji - przyjęliśmy trochę inne zasady ich tworzenia. Uznaliśmy, że podstawową zasadą jest uwzględnienie reprezentatywności siły wyborczej głosów w danym okręgu. Chodzi o to, aby każdy głos miał mniej więcej porównywalną siłę, biorąc pod uwagę okręgi wyborcze. Propozycja przyjęta teraz przez sejmik jednak tę zasadę - nie powiem że lekceważy, bo uwzględnia - ale w mniejszym stopniu niż propozycja z pierwszej uchwały.

Okręgi nie muszą być równe? W związku z tym słyszałam już głos jednego z radnych z Bydgoszczy, żeby utworzyć okręg Bydgoszcz z powiatem, tak jak Toruń.

Muszą być równe, ponieważ wynika to z ustawy. Okręgi wyborcze muszą być pięciomandatowe, a jeśli inaczej nie można ustanowić tych okręgów, biorąc pod uwagę liczbę mieszkańców w sąsiadujących ze sobą powiatach, bo podstawą tworzenia okręgów są powiaty, wówczas mogą być liczniejsze.

Rewitalizacja linii kolejowej Bydgoszcz - Szubin - Kcynia może zostać sfinansowana z Regionalnego Programu Operacyjnego. Co takiego się wydarzyło, że ta inwestycja trafiła na listę?

Inwestycja jest dziś na liście rezerwowej RPO, co nie znaczy, że nie będziemy jej realizować. Nadarzyła się okazja, że możemy sfinansować prace dokumentacyjne, związane z renowacją tej linii. (...) Ta możliwość pojawiła się ze względu na pewne regulacje sejmiku i rządu z Komisją Europejską. Przygotowana dokumentacja będzie służyć do realizacji tej inwestycji w przyszłej perspektywie unijnej, czyli po roku 2020. Opracowanie dokumentacji to krok niezbędny. Trudno nawet sobie wyobrazić, by dokumentacja o wartości przynajmniej 100 mln zł została potem odstawiona na półkę. Nikt nie zakłada takiego stanu rzeczy.

Na liście podstawowej znajduje się kilka inwestycji kolejowych w naszym województwie, m.in. odcinek linii kolejowej między Toruniem a Chełmżą, między Jabłonowem Pomorskim a Grudziądzem i tak dalej. Okazuje się, że te założenia musimy skorygować, dlatego że ilość dziś dostępnych środków w Regionalnym Programie Operacyjnym na wszystkie te cele jest zbyt mała, ponieważ w ostatnich latach drastycznie wzrosły ceny wykonania tych inwestycji. Musimy dokonać pewnej korekty planów, za to zostaje pewien margines środków, które dzięki temu chcemy przeznaczyć na wykonanie dokumentacji technicznych po to, aby kiedy będziemy negocjować kolejną perspektywę unijnych środków dla naszego regionu, mając argument w postaci gotowych dokumentacji technicznych budowy - przebudowy linii kolejowych, nie zabrakło już pieniędzy w nowej perspektywie. A to jest raczej pewne - jak popatrzymy na wszystkie dokumenty strategiczne polityki spójności po roku 2020, okazuje się, że linie kolejowe, połączenia kolejowe, transport publiczny znów będą absolutnym priorytetem.

Panie marszałku, gdyby nie dwóch radnych to pana wynagrodzenie nie zostałoby obniżone. Platforma się wstrzymała, podobnie Prawo i Sprawiedliwość i jedynie dwóch radnych zagłosowało za obniżką.

Myślę, że przyjęli na siebie ogromną odpowiedzialność. Bardzo im za to dziękuję. Mamy takie prawo w Polsce, które wymaga wręcz heroicznych zachowań. Nie będę oceniał ustawodawstwa w tym zakresie, bo dotyczy ono bezpośrednią mojej osoby, mojego wynagrodzenia. Myślę jednak, że jest to nie fair, kiedy zasady zmienia się w trakcie gry. Dziękuję tym radnym, którzy tak naprawdę uchronili Urząd Marszałkowski od trudnych decyzji, no bo ostatecznie ktoś musi wykonać te uchwały, a są to takie osoby jak skarbnik jak sekretarz. Serce dyktowało radnym coś innego, ale dobrze, że ta uchwała została podjęta. Pierwsza chyba w historii, że 2 radnych na 33 decyduje o takiej kwestii.

Jak będzie wyglądała lista Platformy Obywatelskiej w wyborach do sejmiku województwa?

Trudno mi dzisiaj jeszcze powiedzieć. Z całą pewnością będziemy starali się poprosić ponownie o mandat zaufania. Sądzę, że radni, którzy dotąd reprezentują mieszkańców w sejmiku wypełniają bardzo dobrze swoją rolę i będziemy na pewno proponować tych, którzy już się sprawdzili, mają duże zaufanie. Do wyborów idziemy razem z Nowoczesną.

Na koniec chciałabym spytać panie marszałku jak się czuje pan jako darczyńca prezentu niechcianego... Mówię o muralu, o którym tak głośno w Bydgoszczy [mural przy ul. Nakielskiej - dop. red.]. Nastąpiło chyba "niedogadanie" między pana służbami a plastykiem miejskim. Nie wiadomo po czyjej stronie leży wina.

Sprawa jest nagłaśniana przez kilka redakcji i mają do tego prawo. Zresztą w ocenie dzieł artystycznych możemy i nawet powinniśmy się różnić. Dla siebie wykonałem koszulkę z tym razem muralem. Bardzo mi się podoba i nie mam problemów, żeby ją nosić, kiedy jest ku temu odpowiednia okazja. Sądzę, że cała sytuacja to niezrozumienie tego, co chcieliśmy przez ten mural powiedzieć. Każdy ma prawo do subiektywnej oceny dzieła artystycznego. To wizja bydgoskiego artysty, który w ten sposób wyraził swoją wizję, swoją pamięć i emocje w stosunku do świętego Jana Pawła II - patrona naszego województwa. Utożsamiam się z tym dziełem, ponieważ uważam, że młodzi ludzie też mają prawo wyrazić swoje emocje - tak widzą Jana Pawła II, dlaczego mielibyśmy zmieniać ten punkt widzenia? (...) Mural upamiętnia Jana Pawła II, to jedno z wielu wydarzeń artystycznych towarzyszących świętu naszego województwa. Nie rozumiem całej wrzawy wokół niego.
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Piotr Całbecki

Jan Krzysztof Ardanowski

Jan Krzysztof Ardanowski
Jan Krzysztof Ardanowski
- Dopłaty obszarowe, ulgi w kredytach i inne formy pomocy dla rolników - zapowiedział minister rolnictwa Jan Krzysztof Ardanowski. Gość Rozmowy Dnia mówił też o potrzebie powołania rolniczego holdingu, który ustabilizuje rynek i o planach wytwarzania w Polsce żywności najwyższej jakości.

Marcin Kupczyk: Około 2 mln upraw w Polsce dotknęła susza. Gospodarstw, które ucierpiały być może jest 100 tys. w skali całego kraju. Na jaką pomoc mogą liczyć?
Jan Krzysztof Ardanowski: To klęska dla rolników, natomiast szczęśliwie dla konsumentów deszcze, które padają od kilku tygodni uratowały rośliny zbioru późnego, czyli ziemniaki, buraki, warzywa, kukurydzę. Nie będzie więc dramatu na rynku żywności i wzrostu cen ze względu na sytuację w rolnictwie.
Niemniej rolnikom trzeba pomóc. Po oszacowaniu, pomoc będzie zaoferowana w dość szerokim zakresie. Wielu rolników najbardziej ekscytuje, czy będzie dopłata do hektarów. Tym odpowiadam - tak, przy największych stratach będzie.
Równocześnie wiem też, że są rolnicy, którydopłata szczególnie nie interesuje. Dla tych, których czeka w tym roku spłata kredytów preferencyjnych, również na pokrycie szkód po poprzednich klęskach, ważna jest prolongata, przesunięcie na kolejne lata. Z kolei ci, którzy mają stada bydła, potrzebują pieniędzy na zakup paszy. Ich także nie interesuje dopłata do hektarów. Mówią: „my chcemy dużych kredytów, bardzo nisko oprocentowanych”. Ostatecznie będą one na wysokości pół procenta, czyli to już naprawdę wysoka pomoc państwa, bo resztę płaci właśnie państwo.
Ci, którzy dzierżawią od skarbu państwa grunty, chcieliby zrezygnowania z czynszu dzierżawnego, bo nie mają z czego zapłacić. Niektórzy chcieliby, by przesunąć ratę wykupu gruntu. Część rolników mówi wprost: „ważniejszą pomocą byłoby to, by gmina umorzyła podatek rolny – jedną czy dwie raty”.

Uzbierało się tych rodzajów pomocy. Wszystkie będą realizowane?
- To, co państwo może zrobić, będzie udostępnione ze strony rządu. Umorzenie podatków to jednak działanie wójta czy burmistrza. Czasem słyszę takie słowa: „niech im minister finansów zrekompensuje”, ale przecież samorząd jest fragmentem państwa, ma dochody pochodzące z ustaw, podatków i w trudnej sytuacji mieszkańców, powinien się podzielić również ze swoich dochodów (…).

Decyzja o wielkości środków przeznaczonych na pomoc będzie już we wtorek.
- Był przygotowany projekt rozporządzenia już na poprzednią Radę Ministrów, ale jeszcze nie wszystkie gminy podjęły szacowanie. Trzeba było tydzień dołożyć.

Nasz region jest szczególnie dotknięty klęskami, bo występują tu od kilku lat. Nikt z rolników poszkodowanych nie zostanie bez pomocy – to pańskie słowa.
- To jest deklaracja rządu, premiera Morawieckiego. Rolnictwo ma się stać stabilnym sektorem gospodarki, dającym dochody rolnikom i budżetowi państwa. Rolnictwo może być siłą napędową znacznej części gospodarki, nie tak jak do tej pory jest przedstawiane jako problem, kłopot, zmartwienie.
Nie mamy aż tak wielu innych szans na rozwój gospodarki, a polska żywność, dobrej jakości, bezpieczniejsza i smaczniejsza niż z wielu innych krajów, może być naszą wizytówką i lokomotywą. Dlatego program, który przygotowałem również zasadza się na tym, że mamy stać się europejskim, a może i światowym liderem w produkcji żywności wysokiej jakości. Nie jesteśmy wielkim krajem rolniczym, więc żeby uzyskać dochody, musimy szukać jakiejś polskiej specjalności. Żywność wysokiej jakości, ta droższa, również ekologiczna, może być naszą szansą (…).
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Jan Krzysztof Ardanowski

Bogumiła Nowakowska

Bogumiła Nowakowska
Bogumiła Nowakowska
- Picie alkoholu, przecenianie własnych możliwości, brawura i pływanie w niebezpiecznych miejscach - to najczęstsze przyczyny utonięć. Ratowniczka i instruktorka pływania Bogumiła Nowakowska w Rozmowie Dnia radziła, jak kąpać się bezpiecznie.

W ciągu ostatniego tygodnia utonęli aż czterej młodzi mieszkańcy naszego wojewodztwa. W czwartek strażacy wydobyli z jeziora w Wąsoszu ciała dwóch nastolatków.

Marcin Kupczyk: Dlaczego dochodzi do takich tragedii?
Bogumiła Nowakowska: Jest wiele przyczyn utonięć. Zarówno w komunikacji, jak i w wodzie, najczęstszą jest nietrzeźwość. Wystarczy jedno piwo, by mieć ograniczone możliwości kontroli tego, co robimy, naszej sprawności fizycznej i psychicznej. Myślimy, że nad wodą jedno piwo nie przeszkodzi w dobrej zabawie, niestety to błąd, który powoduje wiele tragedii.
Drugą przyczyną utonięć jest niedocenianie wody. Pływamy w rzekach, gdzie są prądy i nie mamy fizycznej możliwości dotarcia z powrotem do brzegu. Nie wiemy też, jak zachować się, gdy wciągnie nas wir rzeczny - wtedy zaczyna się panika, utrata kontroli nad ciałem. Jest możliwość wybrnięcia z tego, ale musimy wiedzieć, jak to zrobić.
Przeceniamy również swoje możliwości - wypływamy za daleko, później mamy problem z dotarciem do brzegu. Pływamy w miejscach niedozwolonych - nie chodzi nawet o takie, gdzie nie ma ratowników, ale miejsca zaznaczone, gdzie kąpiel jest zakazana. Nie pływajmy tam! Z jakiegoś powodu znaki tam stoją. Czasem są to miejsca bardzo wypłycone, gdzie są zarośla, w których możemy się plątać. To bardzo niebezpieczne.
Również pływanie w wyrobiskach czy na szlakach wodnych stwarza duże zagrożenie. Przepływają statki, żaglówki i mogą nas nie zauważyć.

Pogoda ma znaczenie dla naszego bezpieczeństwa?
- Nie wolno pływać podczas burzy. Nie pływajmy też podczas mgły, gdy nie widzimy brzegu i nie wiemy, jak daleko odpłynęliśmy. Nie wchodźmy do wody podczas mocnych wiatrów, które mogą nas znosić.

Co sami możemy zrobić dla naszego bezpieczeństwa?
- Pływajmy tylko na kąpieliskach strzeżonych tam, gdzie jest ratownik. Ratownicy mają wyznaczone godziny pracy - przeważnie w godz. 10.00-18.00. Wywieszona jest wtedy biała flaga i ratownik odpowiada za nasze bezpieczeństwo (...).
Druga ważna rzecz, nie należy pływać w zbyt zimnej wodzie. Często ludzie wchodzą do wody już w kwietniu, gdy ma 14 stopni, albo mniej i nie jest nagrzana. Optymalna temperatura wody to 22-25 stopni.

Modne są obecnie materace i inne zabawki dmuchane na wodzie. Są bezpieczne?
- Bardzo niebezpieczne jest wypływanie na materacach, słynnych łabędziach i innych zwierzakach, bo możemy odpłynąć i nie będziemy mieli siły wrócić. Ponadto, gdy płyniemy, słońce nas nagrzewa i gdy się przewrócimy, następuje wstrząs termiczny, a to bardzo groźne.
Nie są bezpieczne także kółka do pływania dla dzieci. Były przypadki, gdy maluchy chciały pomachać do rodziców, kółko było za duże i dziecko wpadało pod wodę. Jeśli rodzic był daleko, nie zdążył do dziecka dopłynąć. Poza tym w kółku maluch może obrócić się do góry nogami. Najbezpieczniejsze dla dzieci są rękawki, które nie spadną. (...)
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Bogumiła Nowakowska
3456789