Poniedziałek, 22 października 2018 r.   Imieniny: Halki, Filipa, Salomei
Frekwencja w wyborach samorządowych wyniosła 51,3 proc. , w województwie kujawsko-pomorskim - 50,6 proc. - sondaż Ipsos. (PAP)
W wyborach do sejmiku woj. kujawsko-pomorskiego: Koalicja Obywatelska, Prawo i Sprawiedliwość, Polskie Stronnictwo Ludowe - sondaż Ipsos.
Frekwencja w wyborach samorządowych wyniosła 51,3 proc. , w województwie kujawsko-pomorskim - 50,6 proc. - sondaż Ipsos. (PAP)
W wyborach do sejmiku woj. kujawsko-pomorskiego: Koalicja Obywatelska, Prawo i Sprawiedliwość, Polskie Stronnictwo Ludowe - sondaż Ipsos.
Frekwencja w wyborach samorządowych wyniosła 51,3 proc. , w województwie kujawsko-pomorskim - 50,6 proc. - sondaż Ipsos. (PAP)
W wyborach do sejmiku woj. kujawsko-pomorskiego: Koalicja Obywatelska, Prawo i Sprawiedliwość, Polskie Stronnictwo Ludowe - sondaż Ipsos.
Polskie Radio PiK » Rozmowa Dnia

Rozmowa dnia

Maciej Hajost

Maciej Hajost
Maciej Hajost
Bakteria zwana New Delhi zbiera śmiertelne żniwo. Jest o tyle niebezpieczna, że nie ma na nią lekarstwa. W Kujawsko-Pomorskiem doszło do kilkudziesięciu zakażeń i kilku zgonów. Czym jest ta bakteria? Jak jej uniknąć? Jak zadbać, by nas nie zaatakowała? Na te pytania odpowiedział Maciej Hajost z Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Bydgoszczy, gość Marcina Kupczyka w porannej "Rozmowie dnia" w Polskim Radiu PiK.

Marcin Kupczyk: New Delhi, co to za bakteria?

Maciej Hajost: Pierwszym pacjentem zakażonym tą bakterią był Szwed, który przebywał w Indiach, był leczony w Indiach stąd ta nazwa. Rok później zakażenia pojawiły się w Europie, w tym w Polsce i naszym regionie.

Przyczyny to przeludnienie, nadużywanie antybiotyków?

Tak, antybiotyków rzeczywiście używamy dużo, nie tylko do leczenia ludzi, ale także zwierząt, stąd przy takiej dużej ilości antybiotyków bakterie mają możliwość wypracowania mechanizmów oporności.

Czym jest bakteria New Delhi?

Klebsiella pneumoniae New Delhi jest bakterią, która głównie bytuje w przewodzie pokarmowym i dla zdrowego człowieka z prawidłową odpornością nie stanowi zagrożenia. Zagrożenie pojawia się w momencie osłabionej odporności kiedy dochodzi do zakażeń inwazyjnych. Bakteria ma w sobie gen oporności na wszystkie znane nam antybiotyki, w związku z tym w przypadku wystąpienia zakażenia stajemy się bezradni, jakby wracamy do czasów sprzed wynalezienia antybiotyków, nawet tzw. antybiotyki ostatniej szansy są nieskuteczne. (...).

Jak to się stało, że ta bakteria wytworzyła taką oporność?

Potocznie można powiedzieć, że bakterie "uczą" się odporności i właśnie ta bakteria wytworzyła ten mechanizm oporności.

Dla kogo ta bakteria może być niebezpieczna?

Są to przede wszystkim pacjenci długohospitalizowani u których wykonywane były inwazyjne procedury medyczne czyli np. cewnikowanie, pacjenci z chorobami nowotworowymi u których jest założony tzw. port centralny, pacjenci którzy mieli zakładane wenflony po zabiegach operacyjnych, pacjenci z obniżoną odpornością.

Wenflony są zakładane wielu osobom, wszyscy powinni się bać?

Wszyscy nie. Głównie osoby z obniżoną mocno odpornością, którzy, jak mówiłem, poddawani są długotrwałym i inwazyjnym procedurom medycznym. (...).

Jak dochodzi do zakażenia?

Bakteria przenosi się przez ręce, czy to personelu w środowisku szpitalnym, czy między pacjentami, którzy nie zachowują podstawowej higieny, nie myją rąk, np. po wyjściu z toalety. (...). Częste mycie rąk, zachowanie higieny jest podstawową metodą zapobiegania zakażeniu.
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Maciej Hajost

Barbara Nawrocka

Barbara Nawrocka
Barbara Nawrocka
Czy rezygnacje pacjentów z wizyt u specjalistów pogarszają dostęp do usług medycznych? Co jest tego przyczyną? Jak zapobiec temu zjawisku? O tym w Rozmowie Dnia z Barbarą Nawrocką z NFZ rozmawiał Michał Jędryka.

Michał Jędryka: Pacjenci nie przychodzą na umówione wizyty do specjalistów. Czy to nowy problem?

Barbara Nawrocka: Nie jest to nowy problem, to problem do którego media powróciły, po sygnałach od placówek medycznych, my jako płatnik już zajmowaliśmy się tym problemem kilka lat temu. W 2016 roku przeprowadziliśmy taką analizę, zwracaliśmy się do świadczeniodawców, do placówek medycznych, z którymi mamy podpisane umowy, o to aby przekazali informacje na temat tego ilu pacjentów nie zgłosiło się na umówioną wizytę i nie uprzedziło o tym, już wówczas te dane były zatrważające, bo to było w skali roku kilka tysięcy osób, myślę o dużych poradniach, szpitalach, gdzie pacjenci się nie pojawili i nie poinformowali o tym. Był też przykład, który utkwił mi w pamięci, to mały gabinet okulistyczny, w ciągu roku nie zgłosiło się na wizytę i nie odwołało jej 80 pacjentów - w takim małym jednoosobowym gabinecie! Gdyby tych 80 pacjentów poinformowało panią doktor, że się nie zgłoszą, 80 osób z kolejki mogłoby skorzystać z wizyty. To stały problem.

Gdyby pacjenci informowali odpowiednio wcześniej, że nie przyjdą na umówioną wizytę, mogłoby się to przyczynić do skrócenia kolejek. Co wpływa na długość takiej kolejki?

Gdy pacjent nie informuje, że nie może przyjść - to jest jeden z elementów powstawania kolejek, ważny bo skala problemu jest dość duża. Na długość kolejek - nie uciekniemy od tego - wpływa również wielkość środków finansowych, które przeznaczane są na świadczenia zdrowotne. Wielkość budżetu, którym dysponujemy zależy oczywiście od ściągalności składek zdrowotnych. Kolejny powód to brak lekarzy. Tylko w naszym województwie brakuje ponad dwóch tysięcy lekarzy różnych specjalności, w tym lekarzy rodzinnych, chirurgów, stomatologów, psychiatrów, logopedów, można by tutaj mnożyć te specjalności, których brakuje, przez to jest też mniejsza dostępność, bo mniej jest lekarzy w systemie. (...).

Na ile nie opuszczanie wizyt mogłoby wpłynąć na skrócenie kolejek? Jaka jest skala tego zjawiska?

Chce jeszcze zwrócić uwagę, że zgodnie z obowiązującym prawem, pacjent, który z jakiegoś powodu nie może stawić się na wizytę, jest zobowiązany powiadomić placówkę medyczną...

Ale nie ma za to sankcji.

Nie ma za to sankcji, jest obowiązek, ale nie ma kar. Pacjent może to zgłosić różnymi drogami: osobiście, telefonicznie, wiele placówek daje możliwość zawiadomienia sms, jest też rejestracja elektroniczna, tak również można odwołać wizytę. Z informacji, które posiada NFZ, wynika, a mówię o naszym oddziale, że tylko w ciągu 7 miesięcy tego roku, czyli od stycznia do lipca, w kilku wybranych rodzajach świadczeń, nie zgłosiło się na wizyty 6 i pół tysiąca osób czyli 13 procent. Gdyby te 6 i pół tysiąca pacjentów wcześniej poinformowało placówki to kolejne 6 i pół tysiąca osób, które oczekują w kolejkach mogłoby z tej wizyty skorzystać szybciej. My musimy wziąć pod uwagę różne losowe sytuacje, ale w miarę możliwości prosimy informować, o tym, że nie przyjdziemy na wizytę.
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Barbara Nawrocka

Tomasz Latos

Tomasz Latos. Fot. archiwum PR PiK
Tomasz Latos. Fot. archiwum PR PiK
Platforma Obywatelska rozpoczęła kampanię wyborczą od wywieszenia billboardów z wizerunkiem Jarosława Kaczyńskiego i hasłem "PiS wziął miliony". Jaka będzie odpowiedź Prawa i Sprawiedliwości? Jak będą wyglądały listy PiS do sejmiku? Czy w Bydgoszczy powstanie hala lekkoatletyczna? M.in. o tym w "Rozmowie dnia" Polskiego Radia PiK. Gościem Magdy Jasińskiej był poseł Tomasz Latos, szef regionalnych struktur PiS i kandydat na prezydenta Bydgoszczy.

Magda Jasińska: Oficjalnie już możemy mówić o wyborach i myślę, że już czas najwyższy, by odkryć wszystkie karty dotyczące chociażby wyborów samorządowych. Znamy już te lokomotywy, które pociągną listy?



Tomasz Latos: Może wszystkich kart odkrywać nie będziemy, bo to są też tematy, które będą po kolei sprzedawane w kampanii, więc listy, nazwiska, poparcia, oczywiście program jak najbardziej także. Tak, już jesteśmy na na finiszu jeżeli chodzi o kwestie dopięcia poszczególnych list. Wspominałem już wcześniej, że tymi "jedynkami" do sejmiku będą najprawdopodobniej Michał Krzemkowski z Bydgoszczy, z północy Marek Witkowski, a z południa Jerzy Gawęda albo Anna Maćkowska. To jeszcze się rozstrzygnie. Co do reszty osób na liście, to będziemy jeszcze o tym rozmawiać. Jeżeli chodzi o sejmik wojewódzki, tak jak osobno będziemy też przedstawiać listę do Rady Miasta. Oczywiście na nich też będą pewne niespodzianki. Będziemy też proponować start z naszych list osobom, które są związane z różnymi środowiskami i nie mają legitymacji partyjnej.

Czy dobrze się stało, że nie mogą startować szefowie spółek, prezesi spółek Skarbu Państwa?

Jest to oczywiście dla nich duże wyzwanie - pogodzić się z tego typu decyzją. Tomasz Rega, Mirosław Jamroży, Andrzej Walkowiak do sejmiku rzeczywiście startować nie będą. Nie ukrywam, że jest to trudna decyzja dla każdego z nich. Jednocześnie rozumieją oni, że takie są decyzje, taki jest wymóg w tej sytuacji. Osoby, które zdecydowały się pójść do zarządów spółek czy być dyrektorami - jak w przypadku Tomasza Regi - jednak startować nie powinny. Inna jest sytuacja przy wyborach parlamentarnych, gdzie wybór automatycznie oznacza, że trzeba zrezygnować z zasiadania w spółce. Tutaj takiego wymogu nie ma, stąd podjęto decyzję aby to było wszystko jasne i transparentne dla wyborców. Nie, takie osoby nie startują i "koniec-kropka"!

No i rozpoczęła się już kampania. Mamy "kampanię billboardową" Platformy Obywatelskiej z takim hasłem głównym "PiS wziął miliony" i potem są dopisywane różne inne hasła. Jaka będzie odpowiedź Prawa i Sprawiedliwości?

To jest w ogóle przykre, że zaczyna się od kampanii negatywnej, cały proces wejścia w kampanię samorządową. Dodatkowo podkreślmy, że jedno z drugim ma nic wspólnego. Już abstrahując, że kłamliwe są te bilbordy i robią to ludzie, którzy przez wiele lat rządzili na szczeblu kraju, którym można naprawdę zarzucać bardzo wiele. Nie umiem powiedzieć czy będzie taka odpowiedź czy inna. Podsumowujemy i pokazujemy miliardy, które tak naprawdę Polska straciła przez 8 lat przez rządy Platformy Obywatelskiej. Podkreślmy jedno - w samorządach - patrzmy nawet przez pryzmat naszego województwa, ale nie tylko - od 8 czy też od 12 lat to właśnie Platforma Obywatelska w różnych koalicjach, najczęściej z PSL rządzi! W naszym województwie PO rządzi zarówno w sejmiku PO, rządzi również w Bydgoszczy - myślę o Rafale Bruskim, rządzi we Włocławku... Tak to wygląda w skali całej Polski - jeżeli chodzi o sejmiki, to na 16 województw w 15 rządzi Platforma Obywatelska. Ja w ogóle nie rozumiem o odsuwaniu od władzy kogo oni mówią. Jeżeli mówią odsuwania od władzy, to w takim razie mówią o usuwaniu samych siebie. Próbują wmówić obywatelom, że to PiS rządzi w samorządach. Nie, PiS nie rządzi w samorządach. PiS od niespełna 3 lat rządzi w Polsce, w samorządach rządzi Platforma Obywatelska, najczęściej z PSL tworząc różnego rodzaju takie czy inne układy, które trzeba przerwać czy trzeba z nimi skończyć. Ja m.in. o to będę walczył i o to też apeluję do obywateli - Dajmy szansę innym, dajmy szansę na nową wizję, nowy pomysł, na nowe rozdanie. I co najważniejsze - Nie dzielmy! Bo ta kampania billboardowa dzieli obywateli.

Jeszcze przed ogłoszeniem przez pana premiera daty wyborów samorządowych napisał Pan w internecie - "Rafała Bruskiego trudno zrozumieć. Najpierw kręcił nosem z niezadowolenia za pieniądze na Astorię i halę lekkoatletyczną" i ta hala lekkoatletyczna rozzłościła prezydenta Bruskiego, bo nic mu nie wiadomo, że mają być pieniądze na halę lekkoatletyczną.

Jak zaobserwowałem, wszystko złości Rafała Bruskiego, na wszystko grymasi i z wszystkiego jest niezadowolony. Trudno się w tym wszystkim rzeczywiście połapać. Jeżeli udaję się pozyskać pieniądze na dofinansowanie i jest to największe w danym projekcie dofinansowanie w skali Polski, inne inwestycje są na mniejsze kwoty, a Rafał Bruski kręci nosem, grymasi (...) Wraz z posłem Schreiberem udało się po listach, po spotkaniach przekonać pana ministra, że oprócz pieniędzy na Astorię, oprócz pieniędzy na różne inne zadania, które były i są realizowane w naszym mieście warto jeszcze dołożyć pieniądze również i na halę lekkoatletyczną i pan minister dopisał halę do inwestycji kluczowych. Jeszcze nie mamy konkretnej kwoty, natomiast wiemy, że to dofinansowanie będzie.
Polskie Radio PiK - Rozmowa dnia - Tomasz Latos

Maciej Bakalarczyk

Maciej Bakalarczyk. Fot. Polskie Radio PiK
Maciej Bakalarczyk. Fot. Polskie Radio PiK
Przez najbliższe pięć miesięcy najważniejsze sprawy dotyczące centrum Bydgoszczy prezydent Rafał Bruski będzie zlecał Menedżerowi Starego Miasta i Śródmieścia. Został nim Maciej Bakalarczyk. Jakie zadania stawia przed sobą menedżer? Co chce zrobić dla miasta? Te i inne pytania padły podczas "Rozmowy Dnia" w Polskim Radiu PiK. Gościem Marcina Kupczyka był Maciej Bakalarczyk.

Marcin Kupczyk: Stymulowanie wzrostu konkurencyjności biznesu i pobudzenie gospodarczego obszaru Starego Miasta i Śródmieścia - to jedno z pańskich zadań. Jak ma pan zamiar to zadanie wypełnić?

Maciej Bakalarczyk: To jest jedno z najtrudniejszych zadań, bardzo szerokie. Na to zadanie (...) nie ma jednego złotego środka, ja to nazywam zestawem puzzli, jeżeli weźmiemy jeden fragment układanki np. "estetyczna przestrzeń" to ona nie wpłynie na tyle korzystnie, żeby efekt był zauważalny. Jednak jeśli do tej przestrzeni dostawimy wspólną promocję, łatwość dojazdu, bezpieczeństwo, oświetlenie, wydarzenia kulturalne, to stworzy to już fragment układanki, która wpływa korzystnie na biznesy znajdujące się na tym obszarze. Wielość działań, kumulacja efektów, małych drobnych kroków.

Organizacja przestrzeni - na to chce pan położyć nacisk?


Tak, to jest temat bardzo mi bliski, z racji działania w Radzie ds. Estetyki, a także współpracy z różnymi stowarzyszeniami społeczników. Myślę, że przestrzeń jest kluczowym elementem przyciągającym ludzi do centrum i można obserwować wiele przykładów z innych miast i wzorować się na najlepszych rozwiązaniach, takim namacalnym przykładem jest nawierzchnia, jeżeli jest równa i przyjemna, nie tylko dla pieszych, ale i dla wózków, rowerów, jeżeli jest równa - przyciąga ludzi, jeżeli nie jest równa - to ludzie omijają tego typu ulice. Wystarczy spojrzeć jak wygląda to w Bydgoszczy, mamy ulice o najprzyjemniejszej nawierzchni - Mostowa czy Magdzińskiego - to są ulice zapełnione ludźmi.

Najprostsza rzecz - gdzie dobrze się chodzi?


Oczywiście, ale to, jest tylko jeden fragment układanki.

Kolejne zadanie: integracja i aktywizacja mieszkańców.

Fantastyczny punkt, to ma największy potencjał, jest spora grupa aktywnych ludzi w Bydgoszczy, z którymi też miałem okazję się spotykać, z wieloma mam stały kontakt, no ale cały czas pozostaje większość ludzi, którzy jeszcze nie do końca są przywiązani, tak jak powinni być przywiązani, a w nich tak naprawdę jest siła. Te wszystkie moje zadania tak naprawdę nie powinny być wykonywane tylko przeze mnie, ale - pośrednio - przez wszystkich mieszkańców miasta. Bardzo mi zależy na młodych ludziach, to jest coś z czym musimy się uporać - chodzi o drenaż młodego pokolenia, duża część młodych ludzi wyjeżdża. Chciałbym ich zatrzymać, angażując w pracę na rzecz miasta, organizować spotkania w szkołach, tworzyć grupy zadaniowe, wsłuchać się w ich pomysły, chciałbym wiedzieć jakie oni miasto by widzieli. (...).
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Maciej Bakalarczyk

Adrian Zandberg

Adrian Zandberg/fot. Bartek Kuzia, Wikipedia
Adrian Zandberg/fot. Bartek Kuzia, Wikipedia
- Chcemy by samorządy przestały zachowywać się - jeśli chodzi o zatrudnianie - jak nieuczciwy przedsiębiorca - mówił lider Partii Razem Adrian Zandberg, który był gościem Rozmowy Dnia Polskiego Radia PiK.

Michał Jędryka: Dlaczego jest Pan dziś w Bydgoszczy?
Adrian Zandberg: Dziś jestem w Bydgoszczy, a za kilka godzin również w Toruniu, bo przedstawiamy naszych kandydatów do sejmiku wojewódzkiego. Partia Razem startuje do sejmików wojewódzkich z programem solidarnego, a zarazem światopoglądowo neutralnego, świeckiego samorządu. Chcemy samorządu, który wspiera w opiece młode rodziny z małymi dziećmi, także osoby z niepełnosprawnościami czy osoby starsze. Samorządu, który dba w większym stopniu niż dotąd o transport publiczny i który spowoduje, że warunki życia w Polsce będą bliższe tym w zachodniej Europie.

Wasz program można nazwać lewicowym?
- Rozwiązania, o których mówimy są w dużym stopniu wzorowane na krajach skandynawskich, zachodnioeuropejskich. Mówimy o państwie, , które jest świeckie, neutralne światopoglądowo. Z jednej strony bierze odpowiedzialność za jakość usług publicznych, bezpieczeństwo i dobre warunki pracy, a z drugiej - nie wpycha się ludziom do łóżka, ich głów czy tego w co wierzą albo nie wierzą.

Uniknął Pan odpowiedzi na pytanie. Nie lubi Pan słowa "lewica"?
- Mamy w Polsce pewien galimatias pojęciowy. Pod słowem "lewica" funkcjonowała przez lata partia, która z jednej strony ekonomicznie działała raczej w interesie najbogatszych, a nie najbiedniejszych, a z drugiej - wyjątkowo chętnie klękała przed biskupami. Moje podejście do tych słów jest zdystansowane. Tak, program Partii Razem to jest tradycyjny, zachodnioeuropejski program lewicowy, to oczywiste. Natomiast chcemy się bić o sprawy najważniejsze, w mniejszym stopniu etykiety (...).

Czy podzieliłby Pan taki pogląd (papieża Leona XIII): "jeśli pracownik zmuszony jakąś koniecznością albo pod wpływem strachu przed większym nieszczęściem przyjmuje warunki pod przymusem, narzucone przez właściciela warsztatu czy innego pracodawcę, wtedy wykonuje się gwałt przeciwko któremu głos podnosi sprawiedliwość"?
- Dla mnie kluczowe jest to, że nie ma na rynku pracy równości między tym, który zatrudnia, a tym który jest zatrudniany, bo ten drugi ma na sprzedaż tylko swoją pracę. Pozycja negocjacyjna tego, który zatrudnia jest więc silniejsza. Nie jestem fanem ubierania tego w dramatyczne słowa, bo tu chodzi po prostu o relację siły. Jeśli jedna z tych stron jest w oczywisty sposób słabsza, to odpowiedzialnością samorządu jest zadbać o to, żeby tę nierówność wyrównać. Dlatego w naszym programie przykładamy bardzo dużą rolę do wzmocnienia pracowników. Chodzi nam o to, by samorządy przestały zachowywać się - jeżeli chodzi o zatrudnianie - jak najbardziej nieuczciwy przedsiębiorca.

Czyli jak?
- To jest przypadłość wielu samorządów: wypychają pracowników na śmieciówki, zmuszają ich do samozatrudnienia czy idą na układy outsourcingowe z firmami i zamiast zatrudniać na godnych warunkach panie sprzątające, zatrudniają zewnętrzną firmę, zachowującą się wobec tych pań bardzo nieuczciwie. Właśnie z tym chcielibyśmy w polskich samorządach skończyć poprzez wprowadzenie zasady, że zatrudniają na normalne umowy o pracę i że nie wyprowadzają usług na zewnątrz do firm, które łamią prawo pracy.
I wreszcie trzecia bardzo ważna sprawa - chcemy zasady godnej płacy. To pomysł naszych przyjaciół z Partii Pracy w Wielkiej Brytanii. Tam, gdzie przejmują władzę w samorządach, tam też wprowadzają zasadę, że samorząd nie może płacić mniej, niż potrzeba, żeby w danym miejscu normalnie funkcjonować (...).

Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Adrian Zandberg

Robert Rejniak

Robert Rejniak/fot. Magda Jasińska
Robert Rejniak/fot. Magda Jasińska
Na początku sierpnia prezydent Andrzej Duda podpisał nowelizację ustawy, ograniczającą wytwarzanie i wprowadzanie do obrotu środków zastępczych i nowych substancji psychoaktywnych, tzw. dopalaczy. Zakłada ona, że dopalacze mają być traktowane na równi z narkotykami. Czy to silny oręż w ręku tych, którzy od lat walczą z tymi substancjami? Czy dopalacze to najgroźniejsze narkotyki? Czy problem dotyczy w przeważającej części ludzi młodych? M.in. o tym w Rozmowie Dnia Polskiego Radia PiK. Jej gościem był Robert Rejniak - specjalista psychoterapii uzależnień z bydgoskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Zapobiegania Narkomanii.


Magda Jasińska: Czy dopalacze są obecnie najgroźniejszymi narkotykami?


Robert Rejniak: Z punktu widzenia terapeutów uzależnień dopalacze zawsze były narkotykami. To jest tylko nazewnictwo, przecież jeśli chodzi o uzależnienia to nie ma różnicy czy substancja jest legalna czy nie legalna, zwłaszcza jeśli chodzi o osoby niepełnoletnie. Każde użycie środka w celu odurzenia się jest przejawem demoralizacji. Od strony wychowawczej coś jest tego powodem, że dziecko szuka ucieczki w świat używek. Do tej pory walka z nowymi substancjami psychoaktywnymi - bo to nie jest tylko polski problem, to jest także w całej Unii Europejskiej, że pojawiły się takie zamienniki nielegalnych substancji, no i przez kilka lat mieliśmy tzw. walkę z wiatrakami - polegała na tym, że jedne substancje znikały z rynku, ponieważ wchodziły na listę produktów zakazanych, a dzień później, było już kilkadziesiąt zastępników, w dużym uproszczeniu możemy powiedzieć, że to były jakieś substytuty substancji stymulujących czyli amfetaminopodobnych, były to substytuty marihuany czyli tych środków, które się pali, trzecia grupa to były zastępniki psychodelików, czyli tych, które działają zaburzająco na ośrodkowy układ nerwowy.


Nie ma zatem różnicy między narkotykami a dopalaczami?


Dopalacze to też narkotyki, ale chodzi o to że to są różne substancje chemiczne, które mają nieprzewidywalne działanie niezależnie od zaawansowania używania, bo czasem jednorazowy kontakt z tym dopalaczem kończył się tragicznie dla młodego człowieka, i jak się okazuje nie tylko młodego człowieka, bo najwięcej zatruć dopalaczami w Polsce to ludzie dorośli między 19 a 40 rokiem życia.


Mówi pan o fali zgonów sprzed kilku tygodni? To były osoby dorosłe.


Tak, użycie tych dopalaczy przez dorosłych było też połączone z alkoholem, stąd te interakcje i nieprzewidywalne skutki. Można się zastanawiać, gdy 13-latek sięga po jakąś substancję: że był nieświadomy, nie miał wiedzy itd., o tyle osoba, która ma 27 lat, słyszała już o dopalaczach wiele, bo mówi się o nich od kilku lat, mimo tego podejmuje takie działanie - też musi za tym coś stać.


Czy w ostatnich latach jest więcej ofiar dopalaczy i narkotyków?

Jeśli chodzi o zatrucia to więcej jest związanych z samym alkoholem, one nie są zgłaszane, bo dopalacze są bardziej medialne, szpitale są zobowiązane zgłaszać każdy przypadek użycia toksycznego środka, stąd mamy taką wiedzę, natomiast wystarczy porozmawiać z kimś ze szpitala i wiadomo, że zatruć alkoholem jest najwięcej. Jest jednak coś w tym, że w roku 2010 państwo zabrało się za dopalacze, było takie radykalne ucięcie, jeśli chodzi o dostęp do dopalaczy, potem podobnie w 2015 roku, była akcja zamykania wszystkich sklepów, a one znów się odradzały, pojawił się dostęp przez Internet, tak naprawdę trzeba zrobić coś takiego by ukrócić wprowadzanie do obrotu takich środków. Można powiedzieć, że 25 - 30 lat temu też ludzie zażywali czy korzystali z legalnych rzeczy jak kleje czy rozpuszczalniki, detergenty, nikt tego nie nazywał dopalaczami, to dziś wpada się na takie pomysły by to przepakować, ładnie "ubrać", nazwać produktem kolekcjonerskim nie do spożycia, a wszyscy i tak czytają w Internecie, jak należy zapalić, wziąć, wciągnąć, żeby poczuć efekt. Żyjemy w takich czasach, że to co pociąga ludzi to nieprzewidywalność skutków, żyjemy szybciej, te bodźce muszą być coraz silniejsze, ryzyko musi być spotęgowane, niewiedza jak się zachowa mój organizm, moja głowa, moja psychika, po użyciu jakiejś substancji, jest na takim poziomie, że mnóstwo ludzi podejmuje takie ryzyko. (...).
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Robert Rejniak

Tomasz Dziki

Tomasz Dziki
Tomasz Dziki
Dziś przypada 98. rocznica zwycięstwa Polaków nad Armią Czerwoną. - Bitwa Warszawska z 1920 roku, zwana także "cudem nad Wisłą" uchroniła Europę przed zalewem komunizmu – mówił gość Rozmowy Dnia Polskiego Radia PiK, historyk dr Tomasz Dziki.

Marcin Kupczyk: Mija 98.rocznica Bitwy Warszawskiej, w której Polacy odnieśli zwycięstwo nad Armią Czerwoną. Dlaczego wciąż uroczyście wspominamy wydarzenia sprzed niemal 100 lat?
Tomasz Dziki: Bitwa Warszawska miała niebagatelne znaczenie nie tylko dla państwa polskiego, ale również dla całej Europy. Przypomnijmy - w listopadzie 1918 r. Polska odzyskuje niepodległość, ale jest to data trochę symboliczna, bo nowe państwo nie ma jeszcze ustalonych granic. Właśnie Bitwa Warszawska i w ogóle wojna polsko-bolszewicka 1919-21 była jednym z najistotniejszych elementów w kształtowaniu granic państwa polskiego. To właśnie po zwycięstwie w Bitwie Warszawskiej Armia Czerwona została wyparta z ziemi polskich i później po Traktacie ryskim zostały ukształtowane granice wschodnie nowego państwa polskiego.

I tak było niemal 20 lat, gdy bitwa ta zapewniła naszemu krajowi niepodległość i uchroniła Europę Zachodnią przed komunistyczną rewolucją.
- Zgadza się. Wojsko polskie wygrywając Bitwę Warszawską zahamowało przesuwanie się rewolucji bolszewickiej na zachód Europy. Trocki, Lenin i wszyscy inni działacze mieli w planach eksport swojej rewolucji do Europy Zachodniej, a wiadomo było, że przez Polskę można było tam dotrzeć najszybciej. Dlatego też Polacy – Józef Piłsudski ze swoim dowództwem – zatrzymali postęp bolszewizmu i uratowali przed nim na prawie 20 lat Europę.

Ambasador brytyjski w przedwojennej Polsce Lord Edgar Vincent D'Abernon nazwał Bitwę Warszawską już w tytule swojej książki 18. decydującą bitwą w dziejach świata.
- Ta i inne opinie osób niezależnych i niezwiązanych bezpośrednio z Polską potwierdzają, że Bitwa Warszawska była arcyważnym wydarzeniem nie tylko w historii Polski, ale całej Europy i świata (…).








PR PiK - Rozmowa Dnia - Tomasz Dziki

Jan Szopiński

Jan Szopiński/fot. Archiwum
Jan Szopiński/fot. Archiwum
- O zgodę na przeniesienie pomnika Kazimierza Wielkiego należałoby zapytać jego twórców, a także Społeczny Komitet Budowy - mówił w dzisiejszej Rozmowie Dnia Polskiego Radia PiK Jan Szopiński, wiceprzewodniczący Rady Miasta Bydgoszczy. Uważa też, że celowe byłoby zapytanie o zdanie wszystkich bydgoszczan.

Michał Jędryka: 11 lipca na zakończenie sesji Rady Miasta prezydent Bydgoszczy przedstawił pomysł przeniesienia pomnika Kazimierza Wielkiego na Stary Rynek. Pan wtedy powiedział, że"oczekiwałby na przygotowanie pisemnej koncepcji, bo zajmowanie się nią ad hoc jest nieuzasadnione". Odczuwa Pan satysfakcję? Dyskusja publiczna na ten temat jest gorąca.
Jan Szopiński: Satysfakcji może nie, sprawdziło się jednak to, co wtedy mówiłem. Prezydent ostatecznie przedstawił radnym opis pomysłu, jak i wizualizację pomnika króla Kazimierza Wielkiego na Starym Rynku. Wiedziałem, że wywoła to ogromną dyskusję w mieście, bo ludzie mają bardzo rozbieżne opinie. Zachowałem i mam przy sobie około 20 artykułów, które ukazały się w prasie w 2006 r., gdy bydgoszczanie dyskutowali, gdzie ten pomnik ma stanąć.

Pana zdaniem pomysł jest dobry czy zły?
- Pomnik stojący na skrzyżowaniu ulic Wały Jagiellońskie/Trybunalska przyjął się. Tłem dla niego jest imitacja murów miejskich. Bydgoszczanie przyzwyczaili się do monumentu właśnie w tym miejscu. Jeśli przeniesiemy go na Stary Rynek, trzeba zadać pytanie: co stanie w jego miejscu? Ludzie też to pytanie zadają.

Pewna koncepcja została przez Pana prezydenta przedstawiona.
- Tylko w sferze dotyczącej przenosin pomnika. Koncepcji tego, co ma się znajdować w jego miejscu radni nie otrzymali. Dostaliśmy wizualizację i opis przeniesionego monumentu. Uważam zresztą, że potrzebne są jeszcze przynajmniej dwa dokumenty: opinia rzeźbiarza prof. Mariusza Białeckiego i architekta Wojciecha Świtały, którzy powinni wyrazić zgodę z perspektywy prawa autorskiego na przenosiny. Wypadałoby też zapytać Społeczny Komitet Budowy Pomnika Kazimierza Wielkiego, czy nie mają nic przeciwko. W efekcie dochodzimy do pytania: czy w sprawie przenosin nie przeprowadzić w Bydgoszczy konsultacji społecznych.

Nie wiadomo jednak czy taka dyskusja miałaby sens? "Gazeta Wyborcza" napisała w sobotę, że prezydent przysłał do radnych z klubów PO i SLD list, w którym daje do zrozumienia, że jest gotów ten pomysł wycofać. Potwierdza Pan istnienie takiego listu?
- Może nie tyle wycofać, co przełożyć debatę na czas po odbyciu konsultacji społecznych z mieszkańcami, także przełożyć ewentualne decyzje na rok 2019 (...).
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Jan Szopiński

Sławomir Sadowski

Sławomir Sadowski
Sławomir Sadowski
Minęły trzy lata od chwili gdy Andrzej Duda sprawuje urząd prezydenta. Czy jest "notariuszem rządu" jak twierdzą jego przeciwnicy, czy samodzielnym politykiem, który jako jedyny potrafi działać ponad sporem politycznym - jak mówią jego zwolennicy? Trzylecie Andrzeja Dudy jako Głowy Państwa było tematem Rozmowy Dnia Radia PiK, a jej gościem politolog, dr Sławomir Sadowski.

Marcin Kupczyk: Jak pan ocenia trzylecie prezydenta Andrzeja Dudy?


Sławomir Sadowski: Tę prezydenturę trzeba oceniać w pewnym kontekście, w kontekście konstytucyjnym czyli inaczej mówiąc uprawnień, które przypisane są prezydentowi czy w ogóle pozycji prezydenta w systemie politycznym jako najwyższego przedstawiciela Rzeczypospolitej, strażnika konstytucji, niepodległości, suwerenności, nienaruszalności terytorialnej państwa. Drugi kontekst to jest spór polityczny, który Polską wstrząsa od kilkunastu już lat, a który mocno zaostrzył się po 2010 roku i w zasadzie oba główne podmioty sporu są na tyle ostro do siebie ustosunkowane, że w zasadzie kwestionują prawo do swojego istnienia. Hasło: "odsunąć PiS od władzy", a z drugiej strony "armia przestępców i złodziei" czyli Platforma Obywatelska. Trzeci kontekst to jest pozycja Andrzeja Dudy w momencie wyznaczenia go na kandydata na prezydenta. On w istocie rzeczy był mało znanym politykiem, który w swojej kampanii wyborczej był w pełni zależny od swojego środowiska politycznego, bez poparcia PiS, jak sądzę, Andrzej Duda nigdy by nie został prezydentem. To są trzy elementy, które spowodowały, że polityka tego człowieka, naszego prezydenta, była taka jaka była, z jednej strony musiał brać pod uwagę uwarunkowania konstytucyjne, z drugiej strony, swoje poparcie polityczne, a trzeci element, to jest próba wybicia się na niezależność.


Jeśli chodzi o to wybijanie się, to już wiemy, że referendum konstytucyjnego nie będzie, a jedno z pytań dotyczyło właśnie czy chcą państwo systemu kanclerskiego czy systemu prezydenckiego.


Referendum konstytucyjne to porażka prezydenta, który niewątpliwie usiłował, ze zmiany konstytucji zrobić jakiś element swojej odmienności politycznej, a okazało się, że nie ma tu większego wsparcia, ani w społeczeństwie, ani wśród sił politycznych, jak niektórzy twierdzą, był to taki prztyczek dany prezydentowi w nos, jeśli w ogóle można użyć tego sformułowania mówiąc o najwyższych organach pastwa.


Niektórzy komentatorzy twierdzą, że społeczeństwo nie wymaga zbyt wiele od prezydenta, a to czego oczekuje jest spełniane. Dobrze się prezentuje, spotyka się z ważnymi politykami na świecie, kładzie nacisk na tzw. rolę godnościową, nacisk na patriotyzm, historię...


No niewątpliwie pod tym względem, jeżeli byśmy przyjęli, że prezydent to jest tylko postać reprezentacyjna, to nie można się tu przyczepić. Jednak jak ktoś chce to może, np. wycieczka do Australii, choć nie można chyba tego w tych kategoriach traktować. Natomiast cieniem się kładzie na tej prezydenturze kilkakrotne naruszenia konstytucji, w tym wypadku to uniemożliwia prezydentowi budowanie swojego własnego zaplecza politycznego. Trudno sobie wyobrazić, żeby jakakolwiek część tego co nazywamy dziś opozycją, totalną czy nietotalną, poparła Andrzeja Dudę, który ma delikty konstytucyjne, więc to go wpycha w ręce PiS, nie sądzę, żeby prezydent się jakoś bardzo opierał, bo to jest jego matecznik. (...).
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Sławomir Sadowski

Sebastian Gawronek

Sebastian Gawronek. Fot. Archiwum
Sebastian Gawronek. Fot. Archiwum
Wiceszef zarządu regionu bydgoskiego "Solidarności" jest optymistą po spotkaniu z premierem na temat podwyżek płac. Sebastian Gawronek przypomniał, że związek domaga się wzrostu płacy minimalnej w sferze budżetowej do 2.278 zł. - Podwyżek nie było od lat - argumentuje gość Rozmowy Dnia Polskiego Radia PiK.

Marcin Kupczyk: 58 zł podwyżki - o tyle walczycie, jeśli chodzi o płacę minimalną. Warto o to się bić?
Sebastian Gawronek: "Solidarność" dąży do tego, żeby minimalne wynagrodzenie było na poziomie 50 proc. przeciętnego wynagrodzenia. Stąd też te wyliczenia i kwota, którą proponujemy. Myślę, że jesteśmy w stanie z rządem o niej rozmawiać i ją wywalczyć.

Rząd mówi, że planuje wzrost funduszu płac na rok 2019 o 2,3 proc. To za mało?
- Cały czas mamy dwa postulaty dotyczące wynagrodzeń. Pierwszy to wzrost płac w sferze budżetowej, w której już od 10 lat nie było podwyżek. Kwota bazowa ustalona rozporządzeniem wcale sie nie zmienia. W niektórych przypadkach to jest drastyczne wynagrodzenie - poniżej minimalnego, wyrównywane różnymi dodatkami. Drugi postulat to właśnie płaca minimalna na wysokości 50 proc. przeciętnego wynagrodzenia.

Płace w sferze budżetowej są zamrożone od roku 2010. Co się działo przez te wszystkie lata? Czy państwo domagali się wcześniej podwyżek?
- Tak, oczywiście. Z poprzednim rządem jednak dialogu nie było, więc trudno mówić, że mogliśmy w jakiś sposób prowadzić rozmowy.

Dlaczego nie było dialogu?
- Poprzedni rząd nie przyjmował żadnych argumentów, mimo że trwały protesty. Nie słuchano nas, choć argumenty były naprawdę bardzo rzeczowe. Ci pracownicy - wbrew temu, jaka jest opinia publiczna - to są fachowcy, którzy bardzo ciężko pracują i chcą mieć godne wynagrodzenie za to, co robią (...).

Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Sebastian Gawronek
2345678