Czwartek, 21 marca 2019 r.   Imieniny: Lubomira, Benedykta
Polskie Radio PiK » Rozmowa dnia

Rozmowa dnia

Katarzyna Wojciechowska

Katarzyna Wojciechowska. Fot. A. Andrzejewska
Katarzyna Wojciechowska. Fot. A. Andrzejewska
PR PiK - Rozmowa Dnia - Katarzyna Wojciechowska
Dzisiaj przypada Dzień Bez Opakowań Foliowych. Z tej okazji rozmawiamy o niebezpieczeństwie, jakie niesie ze sobą masowa produkcja i używanie foliowych woreczków. Czy zasypiemy planetę takimi opakowaniami? Czy istnieje alternatywa? Odpowiedzi szukamy wraz z Katarzyną Wojciechowską z Fundacji Alternatywnej w Toruniu.

Marcin Kupczyk: 23 stycznia to Dzień Bez Opakowań Foliowych. Z tej okazji rozmawiamy o niebezpieczeństwie, jakie niesie ze sobą masowa produkcja i używanie foliowych woreczków. Czy zasypiemy naszą planetę takimi opakowaniami, czy też istnieje alternatywa?

Katarzyna Wojciechowska: - Dzień Bez Opakowań Foliowych to inicjatywa, która zrodziła się kilka lat temu ze względów proekologicznych. Foliowe opakowania, zwłaszcza reklamówki na zakupy, kończą zwykle jako odpady, a są one najczęściej występującymi śmieciami tam, gdzie żyją ludzie. Co roku jako śmieci kończy ponad 500 miliardów opakowań foliowych. Każdy mieszkaniec Europy generuje w ciągu roku 31 kg śmieci - tylko z plastiku. A zaledwie 30% z nich podlega recyklingowi. Na całym świecie, w ciągu roku, ponad 8 mln ton plastiku ląduje w morzach i oceanach. Według różnych danych statystycznych Polak w ciągu roku przynosi ze sklepu do domu od 300 do 500 foliowych torebek. Ich żywot na drodze sklep - dom trwa od 20 do 15 minut, a potem staje się śmieciem na kilkaset lat. Nie będzie nas, a woreczki foliowe pozostaną.

M.K.: Pani Katarzyno, czy to rzeczywiście jest tak wielki problem?

K.W.: - Jest to wielki problem, ponieważ plastikową reklamówkę produkuje się w 1 sekundę, używa się jej od 12 do 20 minut, a potem się ją wyrzuca, ona rozkłada się około 500 lat i to jest olbrzymi problem. Zarzucamy się śmieciami. Sam plastik w sobie nie jest zły, tylko my ludzie, konsumenci, stworzyliśmy kulturę marnotrawstwa, opierającą się na przedmiotach jednorazowego użytku. Pozbędziemy się plastiku, gdy wspólnym głosem zaczniemy się domagać ambitnych posunięć od wielkich korporacji, wymagać tego od reprezentujących nas polityków, a przede wszystkim od nas samych.

M.K.: Pojawiły się rzeczywiście pewne jaskółki. Niektóre sieci supermarketów na świecie zrezygnowały z foliowych torebek na zakupy, inne wprowadzają reklamówki z materiałów biodegradowalnych, które rozkładają się w kilka miesięcy, a nie w kilkaset lat. Kwestia opakowań foliowych stała się na tyle poważna, że zajmują się nią rządy, instytucje państwowe, które wprowadziły kolejne regulacje, mające na celu ograniczenie liczby tych właśnie foliówek. Około 40 państw do tej pory wprowadziło jakieś przepisy ograniczające. Nawet kary się gdzieniegdzie pojawiły...

K.W.: - Tak.Wiemy,że przeciętny Polak zużywa od 100 do 500 torebek, tak jak Pan powiedział, ale dla porównania przeciętny Europejczyk używa ich 200 w ciągu roku, ale już Niemiec - 60, a Duńczyk - tylko 4. Więc można. Tylko trzeba zauważyć problem i zacząć działać. Jesteśmy w takim miejscu, gdzie zaczynamy zauważać ten problem. To jest troszeczkę tak jak było z tytoniem i z papierosami. Kiedyś palenie było modne, produkowano papierosy na masową skalę, wszyscy palili. Było takie ogólne przyzwolenie na palenie wszędzie i prawie wszystkiego. I nagle ludzie zaczęli zauważać, że coś z tymi papierosami jest nie tak. Że pojawiają się choroby u osób palących. Zaczęto się przyglądać, badać i stwierdzono wiele negatywnych rzeczy, szkodliwych dla życia i zdrowia. I my znajdujemy się właśnie w takim miejscu, gdzie zauważamy problem i im szybciej tym lepiej. Na szczęście już widzimy, że to jest zło i że trzeba nad tym koniecznie zapanować, bo jest to zagrożenie nie tylko dla nas ludzi, ale dla całej planety i dla zwierząt, dla istot żywych. Przecież woreczki, które pływają w oceanach, w ogóle plastik, są szkodliwe dla zwierząt. One mylą je z pokarmami. Żółw, kiedy widzi taką pływającą plastikową torebkę, myśli, że to meduza i ją zjada. Plastik jest wszechobecny i naprawdę jest olbrzymim zagrożeniem dla nas. Opakowania plastikowe, w których jest żywność, też są dużym zagrożeniem. Dobrze by było, gdybyśmy zapoznali się z oznaczeniami plastikowymi. Przy okazji wspomnę, że każde plastikowe opakowanie ma znaczek informujący nas o tym, z jakiego plastiku jest zrobiony. To jest taki trójkącik z zawracających strzałeczek i on ma w środku cyfrę. To są cyfry od 1 do 7 i każda oznacza co innego. Bezpiecznym plastikiem jest plastik, który ma numer 2 i 5. To są plastiki bezpieczne, wielokrotnego użytku, przeznaczone do żywności. Jeżeli widzimy tam jedynkę, nie używajmy opakowania ponownie. Jedynką oznaczone są wszystkie butelki pet, wszystkie butelki, w których sprzedawane są napoje i woda. Nie można ich przechowywać w temperaturze wyższej niż 15 stopni Celsjusza, bo wydzielają się wtedy substancje niezdrowe dla naszego organizmu, zbliżone do żeńskich hormonów. Takich butelek nie wystawiamy na działanie promieni słonecznych. Przechowujemy je tylko w lodówce poniżej 15 stopni Celcjusza i nie używamy ponownie. Wiele matek, nieświadomych, po zakupie butelki półlitrowej i wypiciu z niej wody, wlewa ponownie napój dziecku. Nie robimy tego. Butelka z numerem jeden w trójkącie, po użyciu powinna być natychmiast wyrzucana.

M.K.: Czy zakupy bez torebek foliowych są w ogóle możliwe? Słyszę, że Duńczyk zużywa 4 foliówki rocznie. Niewyobrażalne!

K.W.: Niewyobrażalne, ale jednak możliwe. Kiedyś nie było plastikowych woreczków i jakoś żyliśmy. Musimy zmienić nawyki. My zatraciliśmy się w używaniu plastiku, bo nie mamy alternatywy, ale kiedy ta alternatywa jest możemy działać. Dziś możemy przede wszystkim działać na trzech podstawowych poziomach. Przede wszystkim właśnie zmienić nawyki konsumpcyjne. Po drugie odpowiednio segregować odpady, po trzecie swoimi zachowaniami wpływać na zachowania innych, czyli dawać przykład, informować, dzielić się przy kawce, przy ciastku, co można zrobić. Nawyki konsumenckie to tak: po zakupy idziemy z listą, ponieważ bez listy kupujemy 70% zakupów, które niekoniecznie są potrzebne, a im więcej kupujemy tym więcej wyrzucamy. Rozważajmy, w jakich opakowaniach kupujemy. Jeżeli jest do wyboru szkło i jest plastik, to kupujmy plastik oznaczony numerem 2 lub 5, który jest wielokrotnego użytku. Chodzi o to, żeby produkować jak najmniej śmieci, żeby nie zarzucać planety tym plastikiem.

M.K. Z naszymi przyzwyczajeniami jest różnie, ale być może jest szansa, że to nowe pokolenie, dorastające będzie żyło w sposób bardziej ekologiczny?

K.W.: Tak proszę państwa. Kiedy idziemy do sklepu i kupujemy warzywa, nie stosujmy tych tak zwanych zrywek. Jeżeli kupujemy jedną cytrynę i jednego banana, nie musimy ich wkładać do tego woreczka. Możemy je wziąć luzem w rękę i położyć do zważenia, bo i tak je przecież umyjemy w domu. Alternatywnie możemy nosić przy sobie woreczki lniane. My na przykład w Fundacji Alternatywnej szyjemy i chętnie rozdajemy woreczki uszyte z używanych i wypranych firan. Można zmienić niewiele w codziennym życiu, a będzie to skuteczne, bo jeżeli zaczniemy od siebie, to dzieci, obserwując nas, przejmą nasze nawyki i zaczną je stosować. Musimy dać dobry przykład, bo w dzieciach jest nadzieja. Starych drzew się nie przesadza, nawyki jest trudno zmieniać, ale jeżeli będziemy uczyć młodzież, to oni z tym wyrosną i jest nadzieja, że zrobią coś w przyszłości, bo inaczej zamieszkamy na śmieciach.

Michał Bukowiński

Michał Bukowiński. Fot. Tomasz Kaźmierski
Michał Bukowiński. Fot. Tomasz Kaźmierski
Czy polskie prawo dostatecznie chroni wolność słowa? Na ile wyraźnie wyznacza granice? Gdzie należy szukać przyczyn nadużyć w tym względzie? Jeśli są konieczne zmiany, to w jakim kierunku powinny zmierzać? O tym w porannej Rozmowie Dnia w Polskim Radiu PiK, której gościem był adwokat Michał Bukowiński - znany też, części bydgoszczan, z wieców w obronie Konstytucji. Na rozmowę zaprasza Robert Erdmann.

Robert Erdmann: Czy zabójca Pawła Adamowicza może uniknąć kary?

Michał Bukowiński: Może, w sytuacji gdyby w toku postępowania karnego opinia sądowo-psychiatryczna biegłych wskazywała, że w chwili popełnienia czynu sprawca miał zniesioną poczytalność, to znaczy, że nie rozumiał znaczenia swoich czynów, nie był w stanie pokierować swoim postępowaniem. W sytuacji gdyby sprawca został uznany za niepoczytalnego, wówczas nie będzie mu wymierzona kara, sąd natomiast będzie mógł zastosować wobec takiego sprawcy środki zabezpieczające, to znaczy zarządzić umieszczenie w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym.

Kto może mieć problemy karne? Wiadomo, że szef ochrony usłyszał zarzuty, jest wniosek o areszt, kto jeszcze? WOŚP? Jerzy Owsiak?

Niewykluczone, natomiast, tutaj opieram się wyłącznie na doniesieniach medialnych, pragnę zwrócić uwagę, że ten właściciel firmy ochroniarskiej ma postawione zarzuty w związku z przestępstwem składania fałszywych zeznań, natomiast nie z samym faktem organizacji. Nikomu jeszcze w związku z samą organizacją uroczystości zarzutów nie postawiono, czy tak będzie dalej, trudno powiedzieć. Jeżeli chodzi o odpowiedzialność samego Jerzego Owsiaka to na chwilę obecną, nie widzę podstaw do stawiania mu zarzutów natury karnej.

Centrum Informacyjne Telewizji Polskiej poinformowało, że przeciwko osobom, które wskazywały na związek przyczynowy pomiędzy treściami publikowanymi na antenach TVP a śmiercią Pawła Adamowicza zostanie skierowany pozew lub akt oskarżenia w trybie kodeksu karnego. Na czym taki proces będzie polegał? Co strony muszą udowodnić?

Jeżeli Telewizja Polska zdecydowałaby się na postępowanie karne to zakładam, domyślam się, że będzie to prywatny akt oskarżenia w którym autorom tych zostanie postawiony zarzut pomówienia, czy zniesławienia czyli wskazania na takie właściwości czy na takie zachowanie Telewizji Polskiej, które może naruszać dobre imię, narażać na utratę zaufania niezbędnego do pełnienia pewnych funkcji społecznych. Wówczas oskarżyciel, czyli Telewizja Publiczna musiałaby udowodnić, po pierwsze, nieprawdziwość tych twierdzeń, po drugie, wpływ tych wypowiedzi na utratę zaufania. mam olbrzymia wątpliwość co do tego czy taki akt oskarżenia miałby szanse powodzenia, a to dlatego, że taką wypowiedź krytyczna pod adresem Telewizji Polskiej odczytuję jako wyrażenia swojej opinii, która nie podlega weryfikacji na zasadzie prawda - fałsz. Każdy może mieć opinię bardzo subiektywną na temat tego co wpłynęło, co wywołało agresywne zachowanie. Moim zdaniem nie uda się tego zweryfikować na zasadzie prawda - fałsz. (...).
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Michał Bukowiński

Prof. Radosław Sojak

Prof. Radosław Sojak. Fot. Monika kaczyńska
Prof. Radosław Sojak. Fot. Monika kaczyńska
Po pogrzebie zamordowanego prezydenta Gdańska pojawiło się wiele apeli o zmianę jakości życia publicznego. Premier mówił w niedzielę: "Uczyńmy nasze życie publiczne lepszym, a debatę publiczną uczyńmy spokojniejszą, mądrzejszą i pełną należytego szacunku do siebie nawzajem". Donald Tusk, przewodniczący Rady Europejskiej, zaapelował, aby wspólnie odbudowywać ducha Gdańska, który ucierpiał po śmierci prezydenta. Były prezydent Bronisław Komorowski wyznał, że nie bardzo wierzy w przełom. Jak będzie wyglądała polska polityka po tym morderstwie? O tym na antenie Polskiego Radia PiK mówił prof. Radosław Sojak, socjolog z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu i gość Michała Jędryki w porannej "Rozmowie dnia".

Michał Jędryka: W sobotę pochowano Pawła Adamowicza, prezydenta Gdańska. Pogrzeb, a przede wszystkim wcześniejsza tragiczna śmierć wyzwoliły ogromne emocje społeczne. Tak się przynajmniej wydaje na podstawie relacji mass mediów. Co jest u podłoża tych emocji? Czy to, że został zabity polityk? Czy to, że stało się to na scenie na oczach publiczności, w świetle reflektorów i przy kamerach? Czy też to, że przypisuje się temu jakieś konteksty polityczne?

Radosław Sojak: - Myślę, że do pewnego stopnia wszystkie te czynniki. Fakt, że ofiarą jest osoba publiczna, rozpoznawalna, z którą przynajmniej część osób identyfikuje się bezpośrednio ze względu na jej działania w regionie - to jest jeden czynnik, który na pewno na tym zaważył. Drugim jest fakt, że ataku na prezydenta dokonano publicznie, ale też w trakcie imprezy, która wyzwala sporo emocji sama z siebie już od wielu lat, czyli w czasie finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. I ten kontekst z polityczny nie jest to też nie jest to też bez znaczenia, bo jakkolwiek wydaje się, że sam ten atak podłoża politycznego nie miał, to wiadomo chyba z perspektywy wszystkich sił na scenie politycznej w tej chwili, że on może mieć konsekwencje polityczne.

Konsekwencje - tak, ale czy słusznie przypisuje się te konteksty? Bo była mowa o tym, że zabiła nienawiść - wielu polityków w ten sposób mówi - ale każde morderstwo ma za podłoże jakąś nienawiść. Tutaj była to chyba nienawiść kryminalisty, który chciał się zemścić w ogóle na społeczeństwie, na jakimkolwiek polityku, a politycy chętnie mówią teraz o mowie nienawiści, która to spowodowała - czy to jest rzeczywiście taka zależność?

- Myślę, że mamy tutaj do czynienia z sytuacją, w której Platforma Obywatelska próbuje dosyć intensywnie zdyskontować politycznie tę tragedię i mam taką intuicję, że jest wiele powodów, dla których te działania mogą mieć efekt dokładnie odwrotny. Myślę, że ci, którzy dwa dni po po śmierci Pawła Adamowicza mówią, że mamy do czynienia z mordem politycznym muszą sobie zdawać sprawę z tego - bo to są najczęściej bardzo inteligentni ludzie - że to ma mniej więcej taką samą moc perswazyjną i takie same uzasadnienie merytoryczne jak mówienie dwa dni po katastrofie w Smoleńsku, że to był zamach. Wydaje mi się więc, że tutaj mamy z jednej strony tę płaszczyznę próby wykorzystania pewnej dynamiki emocjonalnej i przesterowania jej na stronę pewnych efektów politycznych - to jest jak gdyby jeden element. Drugi element jest taki - my nie wiemy jeszcze wszystkiego w tej sprawie, ale wiele wskazuje na to, że to nie był atak o podłożu politycznym. Jeżeli mówimy o mordach politycznych, to one muszą być dokonywane albo z politycznych pobudek albo dla osiągnięcia pewnych politycznych celów. I tu mamy problem dlatego, że na razie wszystko wskazuje na to, że ten mord dokonany został z pobudek związanych z indywidualną zemstą człowieka, co do którego stanu psychicznego też są pewne uzasadnione wątpliwości. Jeżeli to miał być mord dokonany dla osiągnięcia pewnego celu politycznego, to powiedzmy sobie jasno, że korzystają na nim nie ci, którzy są o ten mord oskarżeni. W związku z tym myślę, że stwierdzenie iż mamy tutaj do czynienia z zabójstwem politycznym, to jest naprawdę stąpanie po bardzo cienkim lodzie.

A sama sprawa tzw. mowy nienawiści czy łączenia tej rzeczywiście chyba nienawiści, która jest w życiu politycznym, z tym mordem, z tym przestępstwem... Czy ona również nie jest stąpaniem po cienkim lodzie?

- W ogóle zagadnienie mowy nienawiści jest zagadnieniem bardzo delikatnym i myślę, że byłoby bardzo dobrze, gdyby udało się je od polityki, zwłaszcza bieżącej polityki oddzielić. Po pierwsze - myślę, że trzeba sobie jasno powiedzieć, że mowa nienawiści istnieje. To nie jest wymysł ot tak po prostu ideologiczny. Na swój użytek zakładam, że są dwa wyznaczniki podstawowe mowy nienawiści, pierwszy to jest nawoływanie do przemocy fizycznej wobec kogoś - to jest moim zdaniem sposób zupełnie niepodlegający interpretacji mowa nienawiści. Drugim istotnym składnikiem mowy nienawiści, który wydaje mi się też niespecjalnie podlega interpretacji, to jest dehumanizacja, tzn. przedstawianie przeciwnika w kategoriach mówiąc już wprost zupełnie zwierzęcych. czy odzwierzęcych, używanie metafor, słów, których zazwyczaj się wykorzystuje w kontekście zwierząt. Zresztą wiele studiów dotyczących propagandy totalitarnej pokazywało, że to jest jeden z takich podstawowych elementów, który bardzo często potem prowadzi właśnie do przemocy fizycznej wobec całych grup. Problem polega na tym, że w takim codziennym dyskursie politycznym jako przykłady mowy nienawiści podaje się często ostre, czasami pogardliwe, czasami prześmiewcze wypowiedzi, które zupełnie znamion tej minimalistycznej definicji nie wyczerpują. I wtedy grożą nam dwie rzeczy, tzn. po pierwsze grozi nam to, że zjawisko, które rzeczywiście powinno podlegać jakiejś kontroli, stanie się elementem takiej bezpośredniej walki politycznej i w gruncie rzeczy da to tylko asumpt do tego, żeby z jednej bądź drugiej strony podały coraz ostrzejsze i coraz mocniejsze słowa. Wracając do sprawy prezydenta Adamowicza, wydaje się, że to też jest dosyć naturalny kontekst interpretacyjny tej sprawy. My jesteśmy w tej chwili politycznie społeczeństwem dosyć mocno podzielonym. Czy jesteśmy społeczeństwem podzielonym bardziej niż np. są w tej chwili Brytyjczycy czy Francuzi, to nie wiem. Wydaje mi się, że nie ale być może jesteśmy podzieleni bardziej niż byliśmy do tego dotąd przyzwyczajeni i ten kontekst interpretacyjny zdaje się być tutaj naturalnym. Wydaje mi się, że wyciąganie wniosku iż agresja w przestrzeni publicznej miała bezpośrednie przełożenie na motywację zabójcy, w tym przypadku jest mocno naciągane i łatwo rysowanie takiej prostej linii przyczynowo-skutkowej podejrzewać o dosyć niskie pobudki polityczne.
Polskie Radio PiK - Rozmowa dnia - Radosław Sojak

Leszek Walczak

Leszek Walczak Fot. Archiwum
Leszek Walczak Fot. Archiwum
Sekcja Oświaty i Wychowania NSZZ "Solidarność” powołała komitet protestacyjno-strajkowy i podtrzymała swój postulat podwyżki wynagrodzeń pracowników oświaty o 15 procent od stycznia tego roku oraz zmiany systemu wynagradzania, który miałby być powiązany ze średnią w gospodarce narodowej. Strategia dalszych działań zostanie podjęta 21 stycznia, a więc dzień przed kolejnym spotkaniem z minister edukacji.

Czy szkołom grozi strajk? Na ile związkowcy są w stanie zrezygnować ze swoich postulatów? Na pytania Magdy Jasińskiej odpowiada Leszek Walczak - przewodniczący bydgoskiej Solidarności i gość "Rozmowy dnia" w Polskim Radiu PiK.

Magda Jasińska: Postulaty "Solidarności" oświatowej są trochę odmienne od postulatów dwóch innych związków, czyli ZNP i Forum Związków Zawodowych.

Leszek Walczak - Postulaty "Solidarności", które były zgłaszane już prawie półtora roku temu są cały czas niezmienne. My nie będziemy się licytować kto da więcej i kto będzie wyższą podwyżkę proponował. Najpierw trzeba zrealizować to co wcześniej było deklarowane przez stronę rządową i przez panią minister, czyli wzrost wynagrodzenia o te 15 procent. Tylko, że że pani minister rozłożyła to na kilka lat. My chcemy, żeby to było już od 1 stycznia 2019 roku i konsekwentnie o tym mówimy, konsekwentnie do tego będziemy dążyć. To jest wzrost wynagrodzenia płacy minimalnej dla wszystkich pracowników.

15 procent a 1000 złotych, to jest jednak różnica.
- No jest różnica. My akurat wyliczyliśmy, jakie są możliwości, żeby oczywiście myśleć również o innych pracownikach sfery budżetowej. Rozpoczęliśmy proces protestów w lutym 2018 roku i od tego czasu udało się doprowadzić do rozmów z rządem i deklaracji przez premiera Mateusza Morawieckiego a później panią minister Rafalską, że będzie to wzrost wynagrodzenia dla wszystkich pracowników sfery budżetowej. Udało się odmrozić kwotę bazową i również dla pozostałych pracowników sfery budżetowej wynegocjować dosyć realne podwyżki, zwłaszcza dla tych grup zawodowych i tych urzędów, w których te wynagrodzenia były najniższe. I okazało się, że po tym czasie zaczyna się jakby eskalacja tych wszystkich żądań, postulatów dla poszczególnych innych grup i tutaj rząd popełnił błąd, bo nie rozmawia ze stronami w ramach Dialogu Społecznego, tylko z poszczególnymi reprezentacjami związków zawodowych w branżach, podpisując różnego rodzaju dziwne porozumienia o podwyżkach wynagrodzeń i potem trudno mówić, żeby cały budżet się zbilansował, jeżeli się nie rozmawia z partnerami, którzy reprezentują te środowiska w ramach tego Dialogu Społecznego. 25 stycznia będzie taka poważna debata nad przyszłością naszego dialogu, bo on zaczyna być poważnie nadszarpnięty.

Mówi pan o Radzie Dialogu Społecznego w Warszawie. Czy powołanie Komitetu Potestacyjno-Strajkowego oznacza już wszczynanie sporów zbiorowych w szkołach?
- 21 stycznia będzie jakby przygotowana strategia. Mamy jeszcze ze strony ministerstwa deklaracje nad propozycjami rozwiązań, które zostały złożone przez "Solidarność", bo oprócz tego, że mówimy o tym 15-procentowym wzroście wynagrodzeń, mówimy również o rozwiązaniach systemowych, czyli żeby płaca była uzależniona od średniej krajowej w gospodarce narodowej.

Od średniej, nie od najniższej.
- Tak, od średniej. Wiadomo, że jak średnia rośnie to rosną również i płace. Jestem gorącym zwolennikiem, żeby właściwie od średniej płacy w gospodarce krajowej uzależnić wszystkie wynagrodzenia, zwłaszcza teraz kiedy mamy tę debate na temat wynagrodzeń w bankach, wynagrodzeń w spółkach skarbu państwa, prezydenta, premiera. To niech prezydent Rzeczypospolitej ma np. dziesięciokrotność średniej krajowej, premier nich ma dziewięciokrotność i.t.d. I schodzimy aż do wójta, żeby praktycznie każdemu zależało, żeby ta średnia krajowa była wyższa, to ich wynagrodzenia będą również wyższe. Czyli każdy będzie się starał, ministrowie i wiceministrowie, będzie to uczciwe i sprawiedliwe dlatego, że głowa państwa będzie miała zarobek, jeżeli mówimy o sferze publicznej (...) no ale niestety w polityce jest tak, że mają inną, swoją własną filozofie. Natomiast jeśli chodzi o wynagrodzenia pracowników sfery budżetowej, które mogłyby być uzależnione, to jak np. Komisja Krajowa "Solidarność" mówi o płacy minimalnej, która ma być połową średniej krajowej w gospodarce narodowej, więc również uzależnić takie wynagrodzenia dla pracowników.
Polskie Radio PiK - Rozmowa dnia - Leszek Walczak

Krzysztof Osiński

Krzysztof Osiński Fot. Archiwum
Krzysztof Osiński Fot. Archiwum
PR PiK - Rozmowa Dnia - Krzysztof Osiński
Zakończył się rok jubileuszu odzyskania niepodległości przez Polskę. Bydgoszcz i region wróciły do odrodzonej ojczyzny wiele miesięcy później. Zbliża się 99. rocznica tych wydarzeń. O ich historycznym i politycznym znaczeniu rozmawialiśmy z dr Krzysztofem Osińskim z Instytutu Pamięci Narodowej.


Michał Jędryka: Nie tak dawno - po świętach Bożego Narodzenia - obchodziliśmy 100. rocznicę wybuchu Powstania Wielkopolskiego. Wybuchło najpierw w Poznaniu, na ziemiach wielkopolskich, do Bydgoszczy jednak nie dotarło. Dlaczego?
Dr Krzysztof Osiński: Walki powstańcze do samej Bydgoszczy nie dotarły ze względu na to, że była silnym garnizonem niemieckim. Tu stacjonowały niemieckie wojska, więc obawiano się, że powstanie może tu zostać stłumione i mogą rozpocząć się represje, które będą bardzo krwawe dla Polaków. Kierowano się rozsądkiem i realną oceną możliwości, na jakie powstańcy mogli sobie pozwolić. Przygotowywano się do walk powstańczych, ale jeśli miałoby nadejść wsparcie z terenu odrodzonego państwa polskiego, to powstanie w Bydgoszczy planowano na maj. Ostatecznie jednak do tego nie doszło, bo wcześniej zawarto rozejm.
Powstanie zakończyło się sukcesem, bo dzięki walkom powstańczym, toczącym się na terenie Wielkopolski, Polakom udało się wydatnie wpłynąć na późniejszy Traktat Wersalski, który kształtował zachodnią granicę odrodzonego państwa polskiego. Dzięki temu państwo polskie miało granice zgodne ze swoimi postulatami, chociaż oczywiście nie do końca satysfakcjonujące, bo chociażby kwestia Gdańska, który był dużym, ważnym portem i oknem na świat odrodzonego państwa polskiego, nie została rozstrzygnięta po naszej myśli. Gdańsk został wolnym miastem, a my musieliśmy budować od podstaw alternatywę w postaci Gdyni.

Traktat Wersalski z czerwca 1919 roku nakazał Niemcom zwrot Pomorza Polsce. Bydgoszcz wraca do Polski pół roku później - w styczniu 1920 roku. Właśnie zbliżamy się do 99. rocznicy tych wydarzeń. Dlaczego to tak długo trwało?
- Ponieważ w międzyczasie prowadzono negocjacje, na jakich zasadach ma się odbywać przekazanie tych terenów z rąk niemieckich w ręce polskie. Negocjacje były trudne, bo było wiele spraw do uregulowania - gospodarcze, kulturalne, administracyjne, polityczne. Musimy pamiętać, że dotyczyło to również ludzi - mieszkańców, Niemców, którzy musieli zadeklarować, czy chcą pozostać na ziemiach Wielkopolski i Pomorza, a więc w obrębie państwa polskiego, zmieniając się ze społeczności dominującej w podległą - na mniejszość narodową. Czy też chcą pozostawić cały dorobek życia i przenieść się na teren państwa niemieckiego. Tego typu kwestie były bardzo trudne do wynegocjowania, więc trwało to wiele miesięcy.
Ostatecznie Traktat Wersalski został ratyfikowany 10 stycznia 1920 r. i zgodnie z zapisami tydzień później Polacy mogli zacząć przejmowanie miast i terenów w swoje ręce. Ten proces rzeczywiście się rozpoczął. 18 stycznia wojska polskie wkraczają do miast pomorskich, 20 stycznia do Bydgoszczy i w kolejnych dniach do następnych. Do początku lutego cały teren symbolicznie i dosłownie zostaje przejęty w polskie ręce. Zostaje powołana polska administracja, oddziały Wojska Polskiego, które mają strzec porządku i Polacy mogą cieszyć się z nowej rzeczywistości. Mogą odrzucić dziedzictwo 148 lat zaboru pruskiego, utraty niepodległości i zniewolenia w postaci zaborów.

Niemcy pogodzili się z nową sytuacją?
- Wielu Niemców było przekonanych, że te rozwiązania są tymczasowe, że w niedługim czasie Niemcy odzyskają Pomorze. Ta retoryka była prowadzona przez cały okres międzywojenny, a zintesyfikowana została w okresie rządów Hitlera, który wręcz na sztandary wyniósł korekty granic państwa niemieckiego i powrót do wielkości Rzeszy Niemieckiej. Dla Polaków groźne były hasła o korytarzu pomorskim, czyli kpienie z granic państwa polskiego i twierdzenie, że Pomorze i Wielkopolska należą się Niemcom, bo rozdzielają tymczasowo państwo niemieckie na dwie części - Prusy i Niemcy właściwe. To nie rokowało dobrze stosunkom polsko-niemieckim w okresie międzywojennym i rzeczywiście było jednym z powodów wybuchu II wojny światowej - konfliktu, który rozlał się później na cały świat (...)

Daria Frach i Iwona Pozorska

Od lewej: Daria Frach i Iwona Pozorska. Fot. Piotr Walczak
Od lewej: Daria Frach i Iwona Pozorska. Fot. Piotr Walczak
PR PiK - Rozmowa Dnia - Daria Frach i Iwona Pozorska
W Panamie rozpoczynają się Światowe Dni Młodzieży. O przygotowaniach do spotkania z papieżem, a także o tym jak młodzież reprezentować będzie nasz region przed rówieśnikami z całego świata, opowiadały Iwona Pozorska i Daria Frach - uczestniczki Światowych Dni Młodzieży, goście Marcina Kupczyka w "Rozmowie dnia" na antenie Polskiego Radia PiK.

Marcin Kupczyk: Tę rozmowę nagrywamy w niedzielę. W środę będą już Panie daleko, daleko stąd - w Panamie, na Światowych Dniach Młodzieży. Co to za wydarzenie?
Iwona Pozorska: To spotkanie papieża z młodymi z całego świata. ŚDM zapoczątkował nasz rodak - papież Jan Paweł II w 1985 roku. W Rzymie spotkał się z młodymi na placu św. Piotra i tam zrodził się pomysł, by organizować takie spotkania co roku. My lecimy już na 34.

Ale młodzież nie spotyka się z papieżem co roku?

IP: Taka jest specyfika tych spotkań. Odbywają się co roku w miejscach lokalnych, wśród mieszkańców danej diecezji, danego miasta - są świętowane przez młodzież wraz z ich kapłanami. Z kolei co kilka lat odbywają się w miejscu, do którego zaprasza nas papież. Z papieżem spotykamy się co 2-3 lata. ŚDM odbywały się już m.in. w Rzymie, Kolonii, Sidney, Rio de Janeiro, a trzy lata temu w Krakowie. To wtedy właśnie na koniec spotkania w Polsce papież Franciszek powiedział, że zaprasza nas w 2019 r. do Panamy. I że ma nadzieję, że tam się wszyscy spotkamy, stąd też nasz wyjazd.

Co jest celem ŚDM?
Daria Frach: Zbliżenie się do Pana Boga, odkrycie własnego powołania i swojej drogi, a jednocześnie poznanie wiary w innych krajach, zobaczenie, jak inni ludzie ją przeżywają. To okazja, by się poznać, znaleźć wspólny język i jednoczyć się w wierze.

Jest okazja, by się tam spotykać i poznawać?

DF: Jest na to miejsce i czas, by młodzi ludzie mogli razem przebywać, coś zorganizować i poznać nie tylko siebie, ale też kulturę tych krajów, historię. To niesamowity czas.

IP: To jest też moment na wymianę swoich doświadczeń. Każdy z nas żyje inną codziennością - mamy inny klimat, roślinność, zajęcia, styl nauki, pracy, odpoczynku... Jesteśmy zupełnie różni. Tam jednak mamy czas, żeby zobaczyć, jak żyjemy i działamy, i czasami nawet coś od nich "wypożyczyć" tak na zawsze, a potem wykorzystać w swojej codzienności. To są cenne wskazówki, a czasami przyjaźnie na całe lata.

Polskie Linie Lotnicze LOT czarterują kilka samolotów. Jak będzie wyglądała podróż?
DF: LOT czarteruje trzy samoloty. Jesteśmy w tej dobrej sytuacji, że nie musimy się przesiadać. Lecimy tam bezpośrednio z polską obsługą. To dla nas duże ułatwienie. Nie musimy organizować kolejnych dojazdów, przejazdów. Jesteśmy z tego bardzo zadowoleni.

Ten wyjazd to pewnie było duże logistyczne przedsięwzięcie?
IP: Przygotowania trwały od kilku miesięcy. Zaskoczeniem też będzie dla nas na pewno pora roku, bo tam jest lato i jest bardzo ciepło.
Warto też zwrócić uwagę, że papież przyleci do nas dopiero 23 stycznia, by z nami być przez kilka dni. Każdy jego dzień jest zaplanowany, a nasz dopasowany do jego planu, żebyśmy mogli każdego dnia spotkać się z nim choć przez chwilę. Po to, by posłuchać jego mądrości, ale też w drugą stronę - Papież Franciszek chce także słuchać tego, co my mamy mu do powiedzenia. Będziemy mogli podzielić się z nim tym, czym żyjemy. Takie spotkania papieża z przedstawicielami poszczególnych kontynentów też się odbędą. (...)

Radosław Sajna

Radosław Sajna. Fot. archiwum PR PiK
Radosław Sajna. Fot. archiwum PR PiK
Co należy zrobić w przestrzeni publicznej, aby nie dochodziło do aktów przemocy, takich jak zabójstwo prezydenta Gdańska? Czy ta śmierć może przynieść jakąś zmianę w życiu społecznym? Rozmowa Dnia z dr. hab. Radosławem Sajną - kierownikiem Katedry Dziennikarstwa, Nowych Mediów i Komunikacji Społecznych Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy.



Marcin Kupczyk: W niedzielę podczas "Światełka do nieba", czyli finału akcji, jakim jest co roku Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy został zaatakowany prezydent Gdańska Paweł Adamowicz. W poniedziałek zmarł w szpitalu, lekarzom nie udało się go uratować. Od momentu tego ataku sprawa jest dyskutowana na wszelkie sposoby... Pozwoli pan, że zacznę od cytatu. Politolog prof. Antoni Dudek powiedział: "Mówienie dziś, że ten zamachowiec jest ofiarą języka nienawiści wydaje się być daleko idącą opinią. Sam bałbym się takiej interpretacji". Dlaczego to cytuję? Ponieważ wszyscy mówimy właśnie o wszech otaczającym nas języku nienawiści.

Radosław Sajna: Język nienawiści się pojawia, dzisiaj zwłaszcza jest łatwiej siać te nienawiść poprzez nowe media, poprzez internet, gdzie prawie każdy ma dostęp. Natomiast prof. Dudek ma rację, bo nie ma naukowych dowodów na to, czy jest za wcześnie, żeby powiedzieć, że przypadek tego morderstwa był efektem języka debaty publicznej. Nie ma po prostu takiego bezpośredniego przełożenia i trudno byłoby to naukowo udowodnić w tym momencie.

Inni komentatorzy mówią, że winna jest także nasza, nas wszystkich, nieczułość w wymiarze publicznym na groźne w swoim wydźwięku zachowania antagonistów politycznych, jakby spychając winę, czy część winy, na głównych aktorów sceny politycznej - na ich język, który przenosi emocje na nas wszystkich.

Oczywiście są takie przypadki w historii świata, że język był rzeczywiście przyczyną mordów na szeroką skalę. Chociażby w Rwandzie w latach 90., kiedy słynne "Radio Tysiąca Wzgórz" nazywało oponentów politycznych poprzez jakieś dehumanizujące określenia, co przyczyniło się jeszcze do wzmocnienia agresji i mordów politycznych. Natomiast w przypadku zabójstwa prezydenta Adamowicza mamy do czynienia z jednostką ewidentnie psychopatologiczną i czy tu akurat język debaty na niego zadziałał czy inne czynniki? Wydaje się, że inne czynniki właśnie, że to gdzieś się tliło u niego wcześniej. Okazuje się, że już wcześniej nie tylko był kryminalistą, ale i osobą, która interesowała się sztukami walki i kulturystyką, chociaż to akurat nie jest nic złego, ale jeżeli to idzie w parze z jakimś psychicznym problemem, a okazuje się, że nawet w więzieniu zachowywał się tak, że musieli go izolować, więc to jest jakiś przypadek psychopatologiczny. Można jedynie zadać pytanie: Gdzie była ochrona?

Czy ofiara mogła być równie dobrze przypadkowa?

Oczywiście, że mogła być inna, choć wygląda na to, że było to zaplanowane i być może akurat zmarły prezydent wzbudzał u niego jakąś patologiczną nienawiść, że osoba prezydenta Adamowicza, którą może oglądał gdzieś w telewizji i może gdzieś dostrzegł tam jakiś impuls, który spowodował u niego jakąś szczególną nienawiść... Ale to jest przypadek psychopatologiczny i niekoniecznie język debaty musi na to wpływać. Przypomnę przypadek Breivika w Norwegii, gdzie przecież w tamtym kraju nieszczególnie jest jakiś ostry język debaty publicznej, a doszło do morderstwa na szeroką skalę, bo przecież wymordował kilkadziesiąt osób - młodzież, dzieci z przyczyn ideologicznych. To też psychopatologiczny przypadek.

Czy ta śmierć może przynieść jakąś zmiany w życiu publicznym?

Na parę dni tak. Będzie ta atmosfera wynikająca z emocji, wspólnoty związanej z tragedią, natomiast już się pewnie zaczynają i będą się umacniać różne wypowiedzi obwiniające nawzajem. Strony polityczne będą się obwiniać za tworzenie tej atmosfery nienawiści. Tak jak było po Smoleńsku na przykład, gdzie rzeczywiście przez parę dni była taka wspólnota tragedii, a potem zaczęło się obwinianie i trwa do dzisiaj.

Czyli politycy nie dadzą rady powstrzymać się?

Dadzą radę lub nie w kwestii przerzucania winy. Oczywiście niektórzy politycy będą się hamować, to zależy od pewnego poziomu i kultury poszczególnych osób, ale niektórzy z obydwu stron będą właśnie wykorzystywać to do ataków na przeciwników. Zobaczymy, którzy politycy zachowają poziom, a którzy nie...
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - dr hab. Radosław Sajna

Kosma Złotowski

Kosma Złotowski. Fot. Archiwum
Kosma Złotowski. Fot. Archiwum
PR PiK - Rozmowa Dnia - Kosma Złotowski
- Wygraliśmy bitwę, ale nie wojnę - mówią przedstawiciele polskich firm transportowych o decyzji Komisji Transportu Parlamentu Europejskiego, która odrzuciła część zapisów pakietu mobilności. Czy oznacza to czas spokoju dla polskich przewoźników w krajach unijnych? Pytanie zadaliśmy europosłowi PiS Kosmie Złotowskiemu.

Robert Erdmann: Kilka dni temu Komisja Transportu odrzuciła dwa z trzech sprawozdań wchodzących w skład tzw. pakietu mobilności. Depesze informowały, że udało się odrzucić "regulacje uderzające w polskie firmy transportowe". Co udało się odrzucić, a co nie?
Kosma Złotowski: No właśnie, to nie jest jest jasne. Jeśli chodzi o projekt - to tak, ale czy w związku z tym upada całość jako pakiet, czy też nie - tego nie wiadomo. Nie udało się odrzucić raportu socjalistycznego posła z Niemiec - pana Izmaiła Ertuga - ten raport dotyczył watunków kabotażu. Praktycznie mówił, by kabotażu w Unii Europejskiej nie było.

Co to jest kabotaż?
- To usługa transportowa, wykonywana przez firmę na terenie kraju, w którym nie ma ona swojej siedziby, czyli polskie ciężarówki wożą towary w Niemczech czy w Holandii.
Jeśli chodzi o dwie pozostałe propozycje - jedna dotyczy wyłączenia spod dyrektywy o delegowaniu pracowników, tych z sektora transportu, przede wszystkim chodzi tu o kierowców. I wreszcie trzecia, związana z warunkami pracy kierowców - projekt zupełnie nierealny, pozbawiony przyczepności do ziemi i do realiów, ale jednocześnie sprawiający, że koszty transportu bardzo by wzrosły, również koszty naszych polskich firm.
Tak się złożyło w ostatnich latach, że Polska, ale także inne kraje Europy Wschodniej - Litwa, Łotwa, Estonia, ale również Węgry, Bułgaria czy Rumunia wykorzystały okres bytności w Unii Europejskiej i wszystkie deklaracje o jedności rynku...

... i konkurencyjności.
- Zainwestowaliśmy ogromne pieniądze w rozwój sektora transportu i to właśnie z tych krajów pochodzi większość ciężarówek jezdżących po Europie. Z samej Polski to 200 tys. ciężarówek.

Wróćmy jeszcze do trzeciego sprawozdania. Maciej Wroński - prezes Transport Logistyka Polska mówi o nim: "Cofamy się o 20 lat i likwidujemy wspólny rynek usług. Przyjęte poprawki zakładają, że firmy transportowe muszą większość swojej działalności prowadzić na terenie kraju, w którym są zarejestrowane. Jeśli pracownik większość swojego czasu spędza w innym kraju, stosuje się wobec niego Rozporządzenie Rzym I, czyli umowa ma być zawarta zgodnie z prawem np. przykład niemieckim czy francuskim. Nie ma mowy o delegowaniu pracowników" - tłumaczy Wroński. Czyli - jeśli ktoś codziennie z Polski wiezie coś do Lipska, po czym wraca - ma zostać zatrudniony według niemieckich czy francuskich przepisów. Jeśli ten przepis przejdzie, to kończy się era dominacji polskich firm transportowych na rynku europejskim.
- Jeśli to przejdzie, to kończy się era dominacji polskich firm transportowych na rynku kabotażu, to znaczy usług, wykonywanych poza krajem swojej własnej siedziby. Mamy więc teraz pytanie - są trzy projekty i wszystkie funkcjonowały nie oddzielnie, ale w ramach pakietu. Czy w związku z tym, że dwa absolutnie przepadły, ten jeden miałby wejść w życie? Chyba nie. Dziś popołudniu koordynatorzy polityczni, czyli przedstawiciele grup politycznych w Komisji Transportu będą się zastanawiać , co dalej. (...)

Sławomir Wittkowicz

Sławomir Wittkowicz
Sławomir Wittkowicz
Rozmowy minister edukacji narodowej z przedstawicielami związków zawodowych w sprawie rozporządzenia płacowego dla nauczycieli zakończyły się bez porozumienia. Minister Anna Zalewska twierdzi, że MEN złożyło związkom propozycje wzrostu płac nauczycieli, niezależnie od negocjowanego rozporządzenia. Tymczasem przewodniczący ZNP Sławomir Broniarz stwierdził, że ze strony MEN brakowało propozycji.

Związek Nauczycielstwa Polskiego chce wzrostu kwoty bazowej wynagrodzenia o tysiąc złotych od stycznia, a Forum Związków Zawodowych domaga się zwiększenia o tysiąc złotych wynagrodzenia zasadniczego nauczycieli na wszystkich stopniach awansu zawodowego. Gościem porannej Rozmowy Dnia był uczestniczący we wczorajszym spotkaniu Sławomir Wittkowicz z Forum Związków Zawodowych. Czy brak porozumienia oznacza zaostrzenie protestu? Czy wszystkie związki zawodowe mówią jednym głosem? O tym w Rozmowie Dnia.

Magda Jasińska: Wczoraj w Centrum Partnerstwa Społecznego "Dialog" w Warszawie odbyły się rozmowy minister edukacji narodowej Anny Zalewskiej z przedstawicielami oświatowych związków zawodowych. Uczestniczył pan w tych rozmowach. A po rozmowach bez rezultatu?

Sławomir Wittkowicz: Tak. One zakończyły się fiaskiem i to wszystkie strony stwierdziły jednoznacznie. Nie przyniosły żadnych oczekiwanych przez nas rezultatów. Przypomnę tylko, że to spotkanie czwartkowe było z inicjatywy pani minister Anny Zalewskiej, która po spotkaniu poniedziałkowym, kiedy dostała pisemnie zgłoszone stanowiska poszczególnych central związkowych, powiedziała, że na czwartek przygotuje, czyli na wczoraj, swoje propozycje.

No i były propozycje.

Ale nie dotyczące przedmiotu naszego spotkania. My rozmawialiśmy o tzw. rozporządzeniu płacowym, które reguluje m. in. minimalne stawki wynagrodzeń zasadniczych nauczycieli w Polsce oraz różne dodatki, które są związane z tym wynagrodzeniem i na ten temat pani minister wczoraj nie miała nic do powiedzenia.

Były propozycje dotyczące stażystów, propozycja dotycząca godzin pokarcianych, które podobno ministerstwo chce rozwiązać i trzecia propozycja wynika też z postulatów związków: aby każdy nauczyciel, który będzie miał ocenę wyróżniającą, otrzymywał co miesiąc dodatkowe środki, jak pani minister powiedziała: "znaczne środki".

O kwotach nie było w ogóle mowy, tylko przy programie związanym z likwidacją tych tzw. godzin pokarcianych czyli bardziej z pulą godzin do dyspozycji dyrektora na poszczególnych cyklach nauczania, na różnorodne zajęcia pozalekcyjne, to jest punkt, który można by było w jakiś sposób powiązać z tematyką i tu padła kwota, że to mogłoby kosztować około 2 mld złotych, ale już nie uszczegółowiono czy to rocznie czy do 2020 roku, ponieważ tych danych jeszcze nie było. Do tych trzech propozycji, które na stole się pojawiły, a nie są bezpośrednio związane z rozporządzeniem płacowym, będziemy odnosili się do przyszłej środy, tak się zobowiązaliśmy.

Wczoraj usłyszeliśmy, że w budżecie państwa znalazły się dodatkowe środki na sfinansowanie podwyżek wynagrodzeń nauczycieli i w sumie ma to być 6 i pół mld złotych w latach 2018-2020.

To jest realizacja tego programu, który pani minister Anna Zaleska ogłosiła razem z panią premier Szydło 1 września 2017 roku, na inauguracji roku szkolnego. Zwrócę tylko uwagę, że ten program 3x5, bo on wtedy tak się nazywał (...) to nie był z nikim uzgodniony, bo nie było jakichkolwiek uzgodnień w radzie dialogu społecznego, po prostu pani minister z panią premier miały taki gest. (...).
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Sławomir Wittkowicz

Marek Grugel

Fot. Elżbieta Rupniewska
Fot. Elżbieta Rupniewska
Gościem Rozmowy Dnia był Marek Grugel - łowczy Okręgowy Polskiego Związku Łowieckiego w Bydgoszczy. A jej tematem sprawa masowego odstrzału dzików, związanego z walką z wirusem ASF w Polsce.

Marcin Kupczyk: Od najbliższego weekendu rozpoczną się masowe polowania na dziki, ich celem jest zapobieżenie rozprzestrzeniania się choroby ASF. Czym jest ASF?

Marek Grugel: ASF czyli Afrykanki Pomór Świń, jest to choroba świń, trzody chlewnej, świniodzików i dzików. W Polsce pojawiła się w 2014 roku, przy granicy z Białorusią, wtedy znajdowano padłe dziki, stwierdzono występowanie u nich ASF. Pomysłów było wiele. Czy zacząć od tego by te dziki masowo wybijać? Bo wiemy, że dzik jest rezerwuarem tego wirusa i może powodować przenoszenie go na inne części kraju.

Na czym polega zagrożenie?

Zagrożone są dziki i trzoda hodowlana. Wiadomo, że wieprzowinę jemy na bieżąco, jeżeli coś zagrozi hodowli to ceny wieprzowiny wzrosną. To nie będzie tak, że wszystkie chlewnie nagle zostaną dotknięte ASF, ale jeśli ASF pojawi się na terenie całej Polski, to produkcja trzody chlewnej na pewno spadnie, no a jeżeli spadnie, to ceny wzrosną i to będzie widać na półkach sklepowych. (...).

Nie było innego sposobu na zapobieżenie chorobie ASF?

Jeżeli rezerwuarem wirusa jest dzik to, ktoś wymyślił, że możemy to pozostawić samemu sobie i dziki w przyrodzie same padną i wirus odejdzie. Tak nie jest. To się będzie rozprzestrzeniało coraz dalej. Zwierzęta drapieżne też roznoszą wirusa, bo padlinożerca, który ma kontakt z dzikiem, z wirusem, roznosi go dalej. Jeśli będzie mniej dzików, to wirus będzie się mniej rozprzestrzeniać. Tak naprawdę do chlewni wirusa wnoszą ludzie, to są drobnoustroje, mogą też je przenieść kleszcze, a zatem także koty czy psy.

Dlatego trzeba w tym przypadku pamiętać o bioasekuracji.

Tak, kiedyś, jak rolnik wychodził z chlewni, to kąpał się, przebierał i wchodził do domu. Teraz jest odwrotnie. Zanim rolnik wejdzie do chlewni musi się odpowiednio do tego przygotować. Wykąpać się, przebrać w odpowiedni strój, odkazić i w tym momencie dopiero może wchodzić do własnej chlewni, zatem sytuacja się odwróciła. (...). Jeżeli chcemy by nasza hodowla przetrwała musimy dostosować się do zasad bioasekuracji.

Jak będą wyglądać te masowe polowania?

W każdym rejonie kraju będzie to wyglądało inaczej. Polowania na dziki w zasadzie trwają cały czas. Od października co weekend są polowania, również skierowane na walkę z ASF. Teraz jest taki czas, zaczynający się w połowie stycznia, tworzenia się u dzików nowego pokolenia. Do tej pory polowania zbiorowe kończyły się do 15 stycznia, żeby lochy mogły spokojnie się wyprosić i wyprowadzić młode pokolenie dzików. Teraz jest taka sytuacja, a nie inna. ASF zbliża się dużymi krokami do naszego województwa, granicą jest teraz autostrada A1 i minister prosząc nas - łowczych okręgowych - ale też nakazując wykonywanie tych polowań, tzw. wielkoobszarowych czyli w tym samym czasie na terenie całego kraju, więc jest to zły czas na takie polowanie, bo gonić będziemy za ciężarnymi lochami lub lochami z warchlakami, ale jest potrzeba depopulacji dzika, patrząc też z punktu rolniczego, rolnictwo to ważna dziedzina w naszym kraju i musimy je wspierać. (...).
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Marek Grugel
2345678