Środa, 19 grudnia 2018 r.   Imieniny: Gabrieli, Dariusza, Eleonory
Polskie Radio PiK » Rozmowa Dnia

Rozmowa dnia

Piotr Kujawa

Piotr Kujawa. Fot. Archiwum
Piotr Kujawa. Fot. Archiwum
PR PiK - Rozmowa Dnia - Piotr Kujawa
Coraz więcej policjantów przedstawia zaświadczenia lekarskie i nie przychodzi do pracy. Taka sytuacja ma miejsce w całym kraju i nabiera tempa. Policyjni związkowcy domagają się m.in. podwyżek płac. O policyjnym proteście z Piotrem Kujawą, przewodniczącym Zarządu Wojewódzkiego NSZZ Policjantów rozmawia Marcin Kupczyk.

Marcin Kupczyk: Panie podinspektorze, jaka jest w tej chwili sytuacja jeśli chodzi o masowe odejścia na zwolnienia lekarskie w naszym województwie?

Piotr Kujawa: - Z informacji, które posiadamy, w garnizonie kujawsko-pomorskim, 1500-1700 policjantów przebywa na zwolnieniach lekarskich.

Jaki to jest odsetek?

Trudno powiedzieć. Etatów jest około 4 tysiące, więc wychodzi ponad 20% nieobecności.

Czy to się powiększa?

Nie mamy takich danych, czy się zmniejsza, czy powiększa. Z tego, co widać to liczba zachorowań rośnie.

Proszę powiedzieć na co tak masowo chorują policjanci? Mamy takich chorowitych stróżów prawa? Co się dzieje?

Nie. Myślę, że złożyło się na to wiele czynników. Trudno mówić o kimś, że może zaplanować chorobę, bo to jest mało prawdopodobne. Wydaje mi się, że stres, przemęczenie, różne sytuacje, rok nie był łatwy dla policji. Dużo imprez, dużo stresujących sytuacji. To wszystko się skumulowało pod koniec roku i przypuszczam, że to jest taki efekt.

Proszę powiedzieć jakie postulaty wysuwa wasz związek?

650 złotych podwyżki dla każdego policjanta, 30 dni płatnego zwolnienia lekarskiego, 100% płatnego. Art. 15a, czyli to, co kiedyś już wspominałem w audycji, wyrównanie statusu policjantów przyjętych po 1999 roku z policjantami przyjętymi przed tym rokiem. Następnie płatne nadgodziny, rozliczane w systemie 3-miesięcznym, waloryzacja płac oraz wiek emerytalny. Jeśli chodzi o wiek emerytalny, jesteśmy zbieżni z propozycją pana ministra (Joachima Brudzińskiego – przyp.red.). Bylibyśmy zadowoleni, gdyby ta druga granica, czyli 55 lat została zniesiona (…).

Wyjaśnijmy słuchaczom. Zacznę od propozycji MSWiA. Podwyżka w kwocie 562 zł dla funkcjonariuszy w 2019 roku. Dwie transze ponad 300 zł i 250 zł. Pierwsza transza od stycznia, druga od lipca przyszłego roku. Płatne w 100% L4 za pierwsze 30 dni zwolnienia lekarskiego. Na to idzie minister spraw wewnętrznych. Trzecia rzecz, zniesienie progu 55 lat życia do nabycia praw emerytalnych. Pozostaje wyłącznie warunek 25 lat służby. Na to państwo idą? Tu byłaby zgoda?

Tak, oczywiście. Jeżeli byłoby zniesione 55, zostałoby 25, jest to krok w przód.

I rzecz, jak mówi sam minister, bez precedensu, czyli płatne nadgodziny.

Tutaj diabeł tkwi w szczegółach. Propozycja ministerstwa to rozliczanie tego w systemie półrocznym, zaś propozycja związku to rozliczanie w systemie 3-miesięcznym, tak jak w przepisach, obecnie rozliczanie nadgodzin jest w cyklu 3-miesięcznym.

Dlaczego to takie ważne?

Środowisko policyjne zgłaszało nam, że przy dłuższym rozliczaniu, może być trochę fikcji, że tych nadgodzin nie będzie, bo to będzie zbyt długi czasu. Policjanci odczuwają, że jeżeli przepisy mówią, że jesteśmy w 3-miesięcznym rozliczaniu to należy przy tym zostać.

Panie podinspektorze, jeżeli społeczeństwo słyszy, że jakaś grupa zawodowa ma od stycznia dostać, od razu ponad 300 złotych, a w lipcu kolejne 250 to mogą sobie pomyśleć „nie mają źle te kobiety i faceci”. 25 lat pracy i już jestem emerytem to w wieku 45 lat można być emerytem?

Weźmy pod uwagę zmęczenie materiału, czyli intensywność wykonywania zadań przez 25 lat. Tak jak kiedyś wspominałem na spotkaniu, czy to będzie policjant pionu kryminalnego, prewencji, logistycznego, zakres zadań, różnych sytuacji, zgromadzeń, zabezpieczeń, przyjazdów głów obcych państw powiększa się z roku na rok. To zużycie, poświęcenie, stres wpływa na kondycję psychofizyczną. Uważam, że to nie jest jakieś wygórowane żądanie. Jeżeli mówimy tutaj o tych pieniądzach to policjanci usłyszeli w mediach przekaz, że żołnierze dostali 650 złotych. Nie odbywały się żadne negocjacje. Nie było rozmów z żołnierzami. Otrzymali tę kwotę, odczucie policjantów było takie, że żołnierze mogą dostać taką kwotę, więc policjanci oczekiwali, że ta kwota też dojdzie do 650 zł. Oczywiście my wspominaliśmy o tym, że rozumiemy, iż może to nie być od razu. Uważam, że to jest właśnie kwestia negocjacji, dogadania się w tym zakresie.

Czy wchodząc do tego zawodu, adept nie wie, że czeka go ciężka praca. Przecież wie, że to jest ciężka praca, odpowiedzialna, że zarobki nie są jakoś wyjątkowo wysokie. Przecież wiedzą o tym idąc do zawodu.

Na pewno mają taką wiedzę. Być może wynika to z tego, że ta potoczna wiedza o pracy policji jest czerpana z serialów paradokumentalnych. Może to w jakiś sposób powoduje, że rzeczywistość nie wygląda tak różowo jak w takim przekonaniu, że jednak ta praca jest wymagająca. Tak jak wspominałem, jeżeli zostałyby zarządzone jakieś poszukiwania osoby, czy doszłoby do katastrofy żywiołowej, zakres obowiązków policjanta natychmiast się zwiększa. Muszą wspomagać straż pożarną, wykonywać czynności bez względu na warunki atmosferyczne i porę dnia. Ta świadomość być może dopiero wzrasta z upływem miesięcy, biegu lat policjanta. W tym momencie nagle sobie uświadamiamy, że ktoś kto w innej pracy może zarobić większą kwotę za mniejszą odpowiedzialność to myślimy „podjąłem tę decyzję, ale czy jest jakaś szansa na poprawę tych warunków”.

Brakuje w policji rąk do pracy?

Ostatnie lata pokazały, że liczba kandydatów zmniejsza się (…). Nasza idea była taka, żeby przez uprawnienia, które są inne w stosunku do innych zawodów, uatrakcyjnić służbę. Praca jest wymagająca, dużo poświęceń, ale są uprawnienia, które będą zachęcać młodych ludzi do wstępowania do policji.

Ile jest na „dzień dobry” w policji?

Myślę, że około 2200-2300 złotych to taka średnia, którą może otrzymać policjant na początek. Mówimy o okresie służby przygotowawczej, przez pierwsze 3 lata.

To chyba nie tak źle?

Gdy rozmawia się z ludźmi, mówią, że to nie jest tak źle, ale oczekiwania środowiska są większe (…).

Panie przewodniczący, według szefa zarządu głównego związku zawodowego Rafała Jankowskiego, przebywanie funkcjonariuszy na zwolnieniach nie jest elementem ogólnej akcji protestacyjnej i związek nie wzywał do takiej formy protestu.

Nie, nie apelowaliśmy do tego typu akcji. Mieliśmy zaplanowane oddawanie krwi na 9-10 listopada. Na te dni przysługiwałoby wolne. Jesteśmy w trakcie wycofywania sprzętu prywatnego z użytkowania służbowego, bo zdarzają się sytuacje, że policjanci użytkują taki sprzęt, najczęściej komórkę. W tej sytuacji jednak, każdy policjant indywidualnie poczuł się chory, poszedł do lekarza. To nie jest element naszego protestu. Jest to indywidualna decyzja każdego policjanta.

Mam przed sobą list Komendanta Głównego Policji do policjantek i policjantów. Powiem szczerze, że jestem dosyć zaniepokojony. „Nie dopuśćmy do tego, żeby na ulicach zaczęli rządzić bandyci” pisze Komendant Główny. To znaczy, że takie myśli przechodzą mu już przez głowę a przed nami 11 listopada, gdzie może dojść, delikatnie mówiąc, do sytuacji takich, w których będziecie na pewno potrzebni społeczeństwu.

Myślę, że na pewno będzie to duży wysiłek dla policjantów będących w służbie. Sytuacje mogą być dynamiczne, dużo będzie się od nas wymagać. Powiem, że liczę, że do 11 listopada zostanie podpisane porozumienie, które będzie satysfakcjonowało wszystkie strony (…).

Kiedy rozmowy?

Jedna i druga strona deklaruje, że mogą się odbyć natychmiast, o każdej porze. Deklaracje padają z dwóch stron, więc liczymy, że dojdzie do nich jak najszybciej i uda się wypracować kompromis, który będzie do zaakceptowania przez wszystkie strony.

Patryk Mikołajewski

Patryk Mikołajewski. Fot. Lidia Mikołajewska, Studio Fotograficzne "Rozalia"
Patryk Mikołajewski. Fot. Lidia Mikołajewska, Studio Fotograficzne "Rozalia"
Gościem "Rozmowy dnia" w Polskim Radiu PiK był Patryk Mikołajewski, burmistrz elekt Koronowa. Michał Jędryka pytał zwycięzcę koronowskich wyborów o przyszłość miasta i jego najistotniejsze problemy.

Michał Jędryka: Co pana zdaniem zdecydowało o pańskim zwycięstwie w drugiej turze?

Patryk Mikołajewski: - Nie chcę się chełpić, ale wydaje mi się, że mieliśmy bardzo fajny program wyborczy – my jako komitet i ja jako burmistrz. Przede wszystkim dojrzałość mieszkańców do zmian. Myślę, że to zadecydowało. W gminie Koronowo była bardzo wysoka frekwencja. Wielu ludzi poszło zagłosować za zmianami, bo przekaz mieszkańców był prosty: zmiany, zmiany i jeszcze raz zmiany.

Co ma się zmienić?
- Ma się zmienić zarządzanie gminą, cała jej wizja. Przede wszystkim uważam, że mieszkańcy zasłużyli na to i oczekują tego, żeby była jakaś wizja rozwoju gminy a nie kopanie studni, gdy pali się dom.

Jak ta wizja, w największym skrócie ma wyglądać?
- Rozwój gospodarczy. Gdy rozwiniemy gospodarkę, będzie nam starczyło pieniędzy na wszystko. Gmina Koronowo strefą przemysłową. Nie tworzymy małych stref przemysłowych, jak to ma miejsce do tej pory w gminie Koronowo, tylko wjeżdżając do gminy Koronowo, wjeżdżamy do strefy przemysłowej.

To trochę powrót do przeszłości, bo były przecież fabryki w Koronowie.
- Oczywiście, że tak. Trzeba powrócić do pewnego myślenia perspektywicznego. Przywrócić przedsiębiorcom podmiotowość, a nie przedmiotowość, która niestety była dotychczas (…).

W tym programie zmian mówiło się też o tym, że planuje pan wymianę kadr w urzędzie gminy. Czy to prawda?

- Absolutnie nie. W moim programie nic takiego nie było zapisane. Dementuję te pogłoski, które krążą po urzędzie i spółce ZGKiM, jakoby miałbym kogokolwiek zwalniać. Nie mam zamiaru nikogo zwalniać.

Czy są możliwe zmiany bez zmiany kadr?
- Jeśli chodzi o zarząd, kadrę trzeba przede wszystkim odpolitycznić. Mówię tutaj o zastępcach burmistrza, pani sekretarz. Oczywiście wszędzie przeprowadzimy konkursy. Ja nie mam tak, że w szafie posiadam sztab ludzi, który tylko czeka aż pan Mikołajewski będzie zaprzysiężony. Absolutnie nie. Pracownicy naprawdę nie mają się czego obawiać. Tak jak powtarzam i dementuję, nie mam zamiaru nikogo zwalniać.

Już po wybraniu na burmistrza, w jednym z wywiadów stwierdził pan, że jedną z pierwszych decyzji będzie sprawa szkół i zlikwidowanie łączonych klas. Czy to jest proste do zrobienia? Nie wymaga nakładów finansowych?
- Wymaga nakładów finansowych. Według stanu mojej wiedzy, na dzień dzisiejszy około 400 tysięcy złotych. Zjeździłem gminę wzdłuż i wszerz. Odbyłem ponad 40 spotkań z mieszkańcami. Na 80% tych spotkań podnoszona była kwestia klas łączonych. Mówiono, że dzieci z gminy Koronowo, przez łączone klasy, odstają od dzieci z gmin ościennych, idąc np. do szkół średnich w Bydgoszczy.

Skąd budżet gminy weźmie pieniądze na tę zmianę?
- Przede wszystkim zrobimy audyt wewnętrzny. Zobaczymy gdzie są wydawane pieniądze. Moim zdaniem, zupełnie bezprzedmiotowo wydawane są pieniądze np. na promocję naszej gminy. Uważam, że wyjazdy na targi, rozdawanie długopisów i ulotek to kompletnie niepotrzebne wydatki, które my, jako podatnicy ponosimy. One niczego nam nie przynoszą, bo jeżeli turysta chce przyjechać do gminy Koronowo to nie przyjedzie, dlatego że dostanie ładny długopis.

Jak wygląda infrastruktura drogowa Koronowa? Przed przyjściem do studia, czytałem gdzieś o drodze w miejscowości Łąsko Małe. Droga ta w czasie wiosennym staje się błotnistym bagnem.
- Generalnie, jeśli chodzi o tak dużą i obszerną gminę jak gmina Koronowo, gdzie mamy bardzo dużą sieć dróg, jest to pewna niedogodność. Nie jest to problem, ale wyzwanie. Przede wszystkim drogi trzeba zinwentaryzować. Po inwentaryzacji wszystkich dróg gminnych zrobimy plan naprawczy. Łatwiej jest naprawić drogę, niż budować od podstaw, ale w porozumieniu z sołectwami, bo mówimy o terenach wiejskich, chociaż w mieście też zdarzają się takie drogi, które wyglądają jak krajobraz po bitwie. Po inwentaryzacji zrobimy kategoryzację tych dróg w oparciu o konsultacje z sołectwami. Każdy będzie mógł być spokojny, że jego droga będzie zrobiona. Chcemy przede wszystkim ustalić główne arterie w sołectwach, które są najbardziej uciążliwe dla mieszkańców.

Dotąd prowadził pan zakład rzemieślniczy. Jest pan również przedsiębiorcą. Co pan zaproponuje swojemu dotychczasowemu środowisku – rzemieślnikom?
- Bodajże od 2011 nie prowadzę już produkcji. Wtedy produkowałem miecze, jeździłem z nimi na targi w całej Europie. Odkąd Chińczycy weszli na rynek, właściwie stało się to kompletnie nieopłacalne. Moja firma zajmowała się robieniem dużych wydarzeń, pokazów, bitew, inscenizacji. Myślę, że mam bardzo prężnie działającą konkurencję, która na pewno przejmie ten ciężar i odpowiedzialność za tworzenie tych bitew. Zapraszam ich również do Koronowa.

Tak, ale bardziej interesowało mnie, jakie warunki będzie pan stwarzał przedsiębiorcom?
- Sam jestem przedsiębiorcą i wiem, jaki to jest ciężar, gdy musi, mówiąc kolokwialnie, użerać się. Podczas mojego tournée wyborczego po gminie, poznałem co najmniej trzech przedsiębiorców, którzy na dzień dzisiejszy przenoszą swoje interesy z gminy Koronowo. Jeden chce budować bardzo duże domy na szkielecie stalowym. Cała Europa Zachodnia szaleje na tym punkcie, zwłaszcza Skandynawia. Taki domek można postawić np. na urwisku, można zrobić z niego jakiś lokal, bar. Chciał wybudować taką fabrykę, dostał już opinię z Biura Analiz Sejmowych, a mimo to nasza gmina stwarzała mu takie przeszkody, że nie będzie mógł tej firmy otworzyć i zrezygnował. Druga firma handlująca stalą, również się przeniosła. Ja nie mam zamiaru niczego obiecać przedsiębiorcom, poza tym, że będą płacili mniejsze podatki. Wiem, że jest to jedyna zachęta, która może przyciągnąć przedsiębiorców (…). Nie chcę absolutnie wymyślać tutaj niczego nowego. Mam zamiar wzorować się na gminach, w których to działa np. Nowa Sól, Biały Bór. Chcę działać na takiej zasadzie, żeby wzorować się na tych, którym się udało. Wiem, że gmina Koronowo jest wspaniałą gminą, ale mam nadzieję, że wzorując się na innych gminach, Koronowo stanie się najlepszą gminą i rajem podatkowym dla przedsiębiorców.

Przed panem 5-letnia kadencja. Dłuższa, niż dotychczasowe kadencje. Jeżeli za 5 lat przyjadę do Koronowa, co będzie takiego, co rzuci mi się w oczy, że zdecydowanie różni się od obecnego stanu?
- Uważam, że wjeżdżając do Koronowa za 5 lat będzie pan przekonany, że jest pan w rycerskiej gminie Koronowo, gminie z tradycjami, która szanuje mieszkańców i jest dla mieszkańców. Przyjedzie pan nad zalew. Będą zadbane nabrzeża, będzie pomost z prawdziwego zdarzenia, będzie pan mógł z czystym sumieniem wypić piwo na rynku. Będzie pan mógł przyjechać rowerem, rower zostawić nad zalewem i wrócić sobie samochodem lub autobusem.
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Patryk Mikołajewski

Jakub Wawrzyniak

Jakub Wawrzyniak. Fot. archiwum PR PiK
Jakub Wawrzyniak. Fot. archiwum PR PiK
O możliwych i rzeczywistych sytuacjach nadzwyczajnych w regionie. Rozmowa Dnia z dyrektorem Wydziału Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego w Urzędzie Wojewódzkim w Bydgoszczy.




Michał Jędryka: Jaka sytuacja kryzysowa byłaby taką, której najbardziej obawiają się służby jak pańska?

Jakub Wawrzyniak: Jest wiele płaszczyzn, które wywołują kryzysy i podlegają zainteresowaniu służb kryzysowych czy to szczebla powiatowego czy wojewódzkiego w sytuacji poważniejszych zdarzeń. Na pewno zdarzenia o charakterze terrorystycznym, wszelkiego rodzaju działania sił przyrody, ale już o takich znamionach, które na terenie wieloobszarowym, dotyczącym większej liczby ludzi powodują sytuację, w której żywioł - wichura czy powódź, powoduje sytuację alarmową i trzeba po prostu wdrożyć pewne procedury pomocy dla obywateli i koordynacji pracy służb przy danym problemie. Poza tym wszelkiego rodzaju zdarzenia związane z sytuacją epidemiologiczną. (...) Można by te sytuacje rzeczywiście mnożyć, wszystko zależy od stopnia i skali występującego zjawiska.

Co się składa na system bezpieczeństwa, którym pan zarządza?

System zarządzania kryzysowego jest elementem systemu bezpieczeństwa państwa. Minister właściwy do spraw administracji jest odpowiedzialny za stan bezpieczeństwa w kraju - stan bezpieczeństwa wewnętrznego. Wojewoda w każdym z województw jest personalnie odpowiedzialny za stan bezpieczeństwa w województwie. Realizujemy to przez działanie Wojewódzkiego Centrum Zarządzania Kryzysowego. To jest bieżący monitoring pracy i koordynacji działań wszystkich służb, inspekcji, które są wpięte w ten system - straży pożarnej i policji, wszelkiego rodzaju inspekcji administracji zespolonej, czyli transportu drogowego, weterynarii, sanepidu itd. Wszystkie te podmioty funkcjonują w układzie, gdzie wojewoda to koordynuje dlatego, aby przeciwdziałać wystąpieniu jakiejkolwiek sytuacji kryzysowej, a jeżeli ona już wystąpi wdrożyć tak skuteczne procedury, żeby jak najszybciej sobie z tym kryzysem poradzić. Jest też jeden twór - Wojewódzki Zespół Zarządzania Kryzysowego, którym zarządza wojewoda i to jest zespół zależności od występującego problemu składający się z takich podmiotów, które mają zadanie wypracować pewne działania, aby rzeczywiście sytuacja kryzysowa została zminimalizowana. Dla przykładu - w środę zwołujemy taki zespół dla oceny aktualnego stopnia przygotowania w województwie do zimy, czyli akcja "Zima". Będą wszystkie podmioty raportowały stan przygotowań do tegorocznej zimy.

A element, z którym właściwie każdy może się zetknąć, czyli numer alarmowy 112. To również jest system, który podlega właśnie pana służbom.

Tak oprócz samego systemu zarządzania kryzysowego wojewoda jest szefem obrony cywilnej województwa, odpowiada za system powiadamiania ratunkowego,a więc funkcjonowanie linii alarmowej 112. Takich centrum związanych z funkcjonowaniem linii alarmowych w Polsce jest 16, przy każdym wojewodzie. Bydgoskie centrum zatrudnia 70 operatorów, nadzoruję funkcjonowanie tego centrum. W samej Bydgoszczy z naszego województwa przyjmujemy około 1,6 mln połączeń rocznie. To pokazuje też skalę zwracania się poprzez tę linię obywateli o pomoc, o działanie służb w sytuacji pokrzywdzenia czy przestępstwem czy sytuacji związanej z utratą zdrowia. 1,6 mln to jest bardzo duży wpływ tych połączeń. Wojewoda odpowiada też za kwestię ratownictwa medycznego. Przez ostatnie 2 lata zwiększyliśmy liczbę funkcjonujących na terenie województwa karetek. Mamy ich 93, utworzyliśmy nowe zespoły w Ciechocinku i drugi zespół w Koronowie. To też daje około do tysiąca wyjazdów tych karetek dziennie, a więc mogę powiedzieć, że w tym obszarze też się dzieje.

Z tego 1,6 mln telefonów ile nich jest niezasadnych?

Gdy 3 lata temu obejmowałem stanowisko dyrektora wydziału, który odpowiada też za funkcjonowanie tej linii niezasadność połączeń była na poziomie 80 proc. Są to połączenia głuche, żartobliwe, blokujące linię. Liczba tych połączeń zatrważa. Po 2 latach prowadzenia kampanii działań profilaktycznych, tłumaczenia ludziom do czego jest ta linia spadło to na terenie kraju i w naszym województwie do poziomu 70 proc., ale te 10 proc. naprawdę nie daje satysfakcji. (...) Dalej 7 na 10 połączeń jest kwalifikowanych jako niezasadne.

Kiedy już dochodzi do wyjazdu karetki czy policji czy zdarza się też taki wyjazd był niezasadny?

Tak, ale zadaniem operatora numeru alarmowego jest zgodnie z pewną przyjętą w kraju wystandaryzowaną procedurą jest wyfiltrować to połączenie. W momencie jeżeli operator uzna, że zgłoszenie jest zasadne, w ułamku sekundy przekierowuje je do właściwej służby i to zarówno na rodzaj zdarzenia - policja, straż albo pogotowie, często też uruchamia dwie albo trzy służby. Weźmy przykład wypadku drogowego. Wówczas to samo zgłoszenie idzie do pogotowia, czyli do dyspozytora medycznego, który uruchamia karetkę, do straży pożarnej właściwej miejscowo dla zdarzenia i dla policji - na komisariat czy komendę. W momencie kiedy operator u mnie zakwalifikuje dane zdarzenie, wówczas ten procent, gdzie służby przyjeżdżają na miejsce i okazuje się, że może to być fałszywe zgłoszenie naprawdę jest niewielki. Mówię o problemie osób dzwoniących jeszcze przed tym jak operator z nimi rozmawia.

A spośród zagrożeń takich wielkoskalowych, które dotyczą masowo wszystkich... Kiedyś na rozmaitych szkoleniach uczono nas, że jedno z najpoważniejszych to zakłady Zachem. Dzisiaj właściwie już zakładów Zachem nie ma. Co dzisiaj nam może grozić?

Problem Zachemu jest jednym z poważniejszych w województwie jeżeli chodzi o zagrożenia skażenia środowiska. Wojewoda powołał specjalny zespół osób, które mają wiedzę merytoryczną i możliwości pewnego działania. Kiedy zakład funkcjonował to był zupełnie inny rodzaj zagrożeń. Dzisiaj mamy sytuację z terenem pozachemowskim, który wymagał opracowania bardzo kierunkowego planu remediacji tego terenu. To nie jest sprawa do załatwienia w miesiąc, dwa, trzy z uwagi na obszar i rodzaj tych zagrożeń. Natomiast pracuje nad tym zespół i on ma wypracować pewne rozwiązania, które doprowadzą w przyszłości do poradzenia sobie z tym zagrożeniem, które ten teren niesie.

A pożary, kiedy Centrum Zarządzania Kryzysowego zajmuje się pożarami? Kiedy je analizuje w sposób bardziej szczególny?

Monitorujemy każde zdarzenie, do centrum wchodzą informacje od dyżurnych komend. Wiadomo, że nie jesteśmy w stanie reagować, właściwie nie mamy nawet obowiązku przy drobnych zdarzeniach, w których sobie radzą służby na danym terenie, natomiast w naszym zainteresowaniu pozostają zdarzenia tzw wieloobszarowe, mnogie, dotyczące zagrożenia dla większej liczby osób. Chociażby przed wejściem do studia rozmawialiśmy o kwestii pożarów składowisk. To jest akurat ta część z pożarów, które podlegają szczególnemu naszemu zainteresowaniu. Razem z prokuraturą, z policją jest każdorazowo badana sytuacja czy ten pożar jest wywołany przez czynniki naturalne czy być może umyślnie? Jeżeli umyślnie to po co? Natomiast podpalanie umyślne tego typu obszarów niesie też bardzo duże zagrożenie dla środowiska, szczególnie dla mieszkańców, którzy mieszkają w okolicy. Jest problem, ale działamy w tym kierunku. Przykład miejscowości Wszedzień, to jest pożar z maja dość dużego składowiska chemikaliów. Mamy pewien sukces tutaj. Myślę, że mieszkańcy są wdzięczni, bo kilkanaście dni temu po przeprowadzonych procedurach przetargowych wspólne środki starostwa, gminy, WFOŚiGW i wojewody pozwoliły na wstępną remediację tego terenu i skuteczne wywiezienie 180 ton spalonych chemikaliów. Kończymy rok w tej miejscowości z dobrą informacją, że te chemikalia, które mogły dalej zagrażać chociażby przez powietrze czy wpływać na środowisko - badania były dość korzystne, ale podjęliśmy decyzję, że będziemy to wywozić i mieszkańcy już tego na swoim terenie nie mają.

Na koniec zapytam o pożar, który wczoraj wybuchł w Łabiszynie. Czy też jest w obszarze waszego zainteresowania?

Tak, nawet w nocy był w obszarze mojego zainteresowania, bo meldunki spływają nie tylko do 15:00 czy 16:00, jak się funkcjonuje w urzędzie, ale to jest swojego rodzaju służba. Moje poprzednie doświadczenie w policji, ja to traktuję jako służbę nie pracę, także już w nocy pracowaliśmy na tą sprawą. Aktualnie czynności podejmuje tam prokuratura z policją. Wchodzi proces mający na celu ustalenie przyczyn tego pożaru w Łabiszynie.

I ewentualnego zagrożenia skażenia środowiska również?

Tak, bo za każdym razem uruchamiamy bądź też działa z urzędu, według swoich procedur Wojewódzka Inspekcja Ochrony Środowiska bądź też Inspekcja Sanitarna. Badamy jakość powietrza przy użyciu specjalistycznego urządzeń. Jeżeli to jest też w okolicach cieków wodnych badamy jakość wody. To są dla nas informacje czy jest bezpiecznie czy nie jest, a jeżeli nie jest to mamy obowiązek wdrożyć procedury dające obywatelom poczucie, że ktoś akurat udziela im w tym momencie pomocy.
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Jakub Wawrzyniak

ks. Krzysztof Buchholz

Fot. Archiwum
Fot. Archiwum
2 listopada to Dzień Zaduszny, zwany także Zaduszkami. Czy to święto? Oficjalna kościelna nazwa to Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych. Czy zatem powinniśmy właśnie tego dnia odwiedzać swoich bliskich na cmentarzach? Czy ten dzień jest ściśle powiązany z 1 listopada? M.in. o tym w Rozmowie dnia z ks. Krzysztofem Buchholzem z Fundacji Wiatrak. Gość Polskiego Radia PiK zaprosił też na wydarzenia organizowane przez bydgoski Wiatrak przed 11 listopada w ramach obchodów 100. rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości.



Magda Jasińska: 2 listopada to taki dzień, który nie do końca wszyscy odróżniają od 1 listopada. Nazywamy go Zaduszkami, ale nazywa się Wspomnieniem Wszystkich Wiernych Zmarłych.

Ks. Krzysztof Buchholz: I ten dzień niewątpliwie "przykrywa" pierwszy dzień listopada, dlatego że Dzień Wszystkich Świętych - dzień niezmiernie radosny, uroczysty, świąteczny, kiedy nie jednego dnia mamy swojego świętego patrona i mamy dzień swoich imienin, ale to jest dzień, kiedy w niebie wszyscy święci balują i jesteśmy jakoś zaproszeni, żeby w tym dniu wszyscy swoiście balować. I coś w tym jest dlatego, żeby jakby nie patrzeć na cmentarzach spotykamy się w gronie rodzinnym. Często po cmentarzu to spotkanie rodzinne przenosi się do domów, mieszkań i raz w roku się nieraz dosłownie widzimy. Także coś z tego świętowania jest.

I to wcale nie jest smutne święto.

Bo nie może być. To jest Dzień Wszystkich Świętych - dzień tych, którzy zarówno jako ci oficjalni, którzy zostali przez kościół wyniesieni na ołtarze - śmiem twierdzić że tam, w tym niebie świętych nieoficjalnych jest o wiele wiele więcej... Oczywiście z nadzieją, że do nich dołączymy. No bo to tak jest - jesteśmy zaproszeni przez Chrystusa, żeby tą drogą świętości iść, czyli nic nadzwyczajnego tak naprawdę - życia w miłości, bo o to chodzi. Niebo jest dla świętych, a nam o niebo chodzi.

Czyli nie robimy niczego niestosownego idąc 1 listopada na groby niekoniecznie Wszystkich Świętych.

Tak, to jest chyba w nas takie głębokie przekonanie, że zbawienie jest nam wszystkim ofiarowane i dlatego jesteś my na grobach wszystkich i ich życie, ich czas, ich los i to, co się potem po tym ziemskim czasie z nimi dalej dzieje powierzamy - wierząc, że tak jak tu na ziemi w miłości, daj Boże miłosierny, jesteśmy dla siebie darem to, gdy już ich czas na ziemi się kończy z wiarą, że oni żyją i cały czas możemy być dla nich darem i ich pomocą. Dlatego ten drugi dzień listopada jest jakoś szczególnie i zapraszający do tego, żeby po pierwszolistopadowym wpatrywaniu się w niebo, spojrzeć na grób, chociaż pozwoliłem sobie coś takiego wypowiedzieć właśnie 1 listopada, w czasie homilii, że - bo tak do mnie to dotarło - że grób nad którym stoję to takie okno do nieba i warto przez to swoiste okno tam zajrzeć i zobaczyć jak tam jest świetnie, kto tam jest, jak niesamowite drogi były tych którzy tam doszli, a współcześnie żyjącym ze świętymi, których dzisiaj jako świętych czcimy nie zawsze wydawało się, że kto jak kto, ale oni będą mogli być świętymi, no bo zaczynamy z różnego punktu. Mamy nieraz tak różne drogi... No ale święci dotarli do tego celu, czyli do nieba, do Królestwa Niebieskiego, a Chrystus wyraźnie to określił, że to Królestwo Niebieskie jest wśród nas. Na tyle na ile to jego zaproszenie żeby tę drogę świętości podjąć podejmujemy. Chodzi tylko o miłości o nic więcej, o życie w miłości i wtedy świętość się dokonuje, realizuje. To jest droga, to jest czas. Świętym się nikt nie rodzi, świętym się człowiek staje. Warto o tym pamiętać.

Zastanawiam się też dlaczego jednak sporo mniej nas jest 2 listopada na grobach.

No bo to już dzień pracy, normalnych obowiązków. 1 listopada mamy dzień wolny od pracy, więc mamy taką możliwość, żeby spokojnie w gronie rodzinnym czy jakkolwiek udać się na cmentarz i spotkać się (...) tak, aby ten pamięć - wspomnienie, troskę wyrazić. Zresztą w ogóle chyba my Polacy jesteśmy pod względem niesamowici, wyjątkowi. Nasza troska o siebie, gdy wydaje się że za życia tak sobie nieraz ostro dowalamy i jest tyle trudu, to jednak mamy w sobie tradycję i ona chyba ma szansę się utrzymać widząc jak na cmentarzach są maluchy, kolejne pokolenia, które nie przez rodziców, dziadków uczeni przez to przeprowadzanie ich na cmentarz i mówienie, tłumaczenie: a to twój dziadek, to pradziadek, to babcia, to ktoś jeszcze i że to robimy to co robimy i jest szansa, że to się jeszcze przez długi długi długi czas u nas utrzyma, ale to wyraża naszą wielką kulturę, która z wiary płynie oczywiście. To nauczanie Jana Pawła II się kapitalnie objawia, jak spójna, jak współzależna jest wiara z kulturą i my ją mamy i możemy z niej być bardzo dumnymi, bo to gdzieś w nas wyrabia jednak szacunek do człowieka jako takiego, jako do osoby, gdzie nie tylko ciało, ale i dusza. Gdzie nie tylko dusza, ale i ciało. Ta chrześcijańska cześć dla człowieka, dla osoby, u nas w tym wymiarze styku doczesności z wiecznością kapitalnie na cmentarzu się objawia...
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - ks. Krzysztof Buchholz

Ks. prof. Piotr Roszak

Ks. prof. Piotr Roszak. Fot. Niedziela
Ks. prof. Piotr Roszak. Fot. Niedziela
Gościem Rozmowy Dnia w Dniu Wszystkich Świętych był ks. prof. Piotr Roszak z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, organizator konferencji "Świętość - wysiłek czy łaska", która odbyła się w ubiegłym tygodniu na Wydziale Teologicznym tego uniwersytetu. Rozmawialiśmy o znaczeniu świętości dla życia indywidualnego, społecznego i politycznego.

Michał Jędryka: Dziś w Kościele Katolickim obchodzi się uroczystość Wszystkich Świętych czyli wspomina się ludzi, którzy zostali świętymi. Kto w XXI wieku na uniwersytecie zajmuje się świętością i dlaczego?

Ks. prof. Piotr Roszak: Zajmujemy się na wiele różnych sposobów, wysiłkiem człowieka ku doskonałości, staramy się pokazać jakie są konieczne warunki, aby człowiek w pełni rozwinął się i doprowadził do pełni, a temu służy życie moralne, które nie jest jakimś sztywnym gorsetem w którym jest nam niewygodnie, który nam blokuje działanie, ale jest pewnym rozwojem człowieka i w języku teologicznym rzeczywiście nazywamy to terminem "świętość", przy czym nie rozumiemy jej jako prostej doskonałości, ale jako pewne otwarcie na Boga, który człowieka zmienia. Czy to jest słowo z dawnego słownika, które trąci dawnymi czasami, ja myślę, że trzeba je odzyskać i co ciekawe w bardzo interesujący i zachęcający sposób czyni to papież Franciszek.

Świętymi byli tacy ludzie jak Jan Paweł II, teraz ogłoszono świętość papieża Pawła VI, świętym był Maksymilian Kolbe, ojciec Pio, Pius X, co tych ludzi łączy?

Myślę, że pewne oddanie. To, że w pewnych aspektach życia, w pewnych działaniach byli heroiczni, byli ponad miarę, ale jednocześnie byli ludźmi zawierzenia, oddania i gdyby szukać takiego wspólnego mianownika dla tych postaci to bez wątpienia jest nim miłość, która objawiała się na wiele sposobów, ta "Miłość" może wielką literą, ale także te codzienne postawy, w których obawia się to co człowiek ma w sobie, we wnętrzu, co jest jego wielką tajemnicą. Umiejętność dawanie siebie drugiemu i pewna dalekosiężność. Jak przeglądamy biografie świętych to nas zastanawia, że oni zawsze trochę idą ponad głównym nurtem, trochę wybijają się, nie są łatwi do skatalogowania, ale w swojej wyjątkowości pokazują drogę i myślą dalekosiężnie.

Feliks Koneczny napisał taką książkę "Święci w dziejach narodu polskiego". Jak ma się świętość do historii, do polityki?

To jest przede wszystkim pewne zadanie postrzegania naszej aktualnej sytuacji w trochę szerszym kontekście. Nam się często zdarza, że w obliczu różnych sytuacji, zamykamy swoje spojrzenie, ograniczamy do następnego kroku, a święci to ludzie, którzy widzą dokąd idziemy. Nie tylko wiedzą jak iść, ale również w którą stronę, jakich dokonywać wyborów, z myślą o jakich wartościach, wiedzą kogo wybrać za przewodnika tej drogi. Doświadczeniem każdego z nas jest to, że korzystamy z gps i bardzo często jak nie znamy dokładnego adresu to urządzenie prosi nas, aby wbić współrzędne, właśnie w kontekście dokumentu papieskiego, który analizowaliśmy podczas konferencji, wskazaliśmy na pewne aspekty świętości, które są jak te namiary w gps, one nas są w stanie poprowadzić po nieznanej drodze, której się nie da opisać w książkach teologicznych z pełną precyzją, bo każde życie człowieka jest inne, cechuje się zupełnie innym kontekstem społecznym, kulturowym, są różne czasy, różne historie, ale we wszystkich tych epokach ci ludzie byli jakimś światłem, też sobie współczesnym, że potrafili ten wzrok podnosić, kiedy był utkwiony w ziemi i nie widział dalszego ciągu, budowali taką kulturę, która zawsze szuka czegoś więcej, która nie zadowala się tylko tym co osiągnięte, to świętym zawdzięczają wszystkie epoki i warto mieć świętych, a w kontekście tych spotkań, które wielu naszych rodaków miało, z świętym Janem Pawłem II, Pawłem VI, ta świętość się nam przybliżyła dzięki temu, nie jest jakimś wspomnieniem z odległych średniowiecznych czasów, z żywotów świętych, złotej legendy, która budowała wyobraźnię i świadomość chrześcijan w wiekach poprzedzających, ale to jest coś bardzo realnego. (...).
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - ks. Piotr Roszak

Bogna Derkowska-Kostkowska

fot. Polskie Radio PiK
fot. Polskie Radio PiK
Gościem Rozmowy Dnia jest dziś Bogna Derkowska-Kostkowska - autorka książki „Bydgoszczanin i budowniczy. O Józefie Święcickim, architekturze i Bydgoszczy 1859-1913”. W związku z przypadającą w najbliższy piątek 105. rocznicą śmierci wielkiego budowniczego XIX-wiecznej Bydgoszczy oraz w związku z wtorkowym odsłonięciem muralu jemu poświęconego, rozmawialiśmy o architekturze, którą pozostawił miastu.

Michał Jędryka: Wczoraj odsłonięto mural poświęcony pamięci Józefa Święcickiego, w piątek przypada 105. rocznica jego śmierci. Kim był Józef Święcicki?

Bogna Derkowska-Kostkowska: Przede wszystkim był budowniczym - odnosząc się do tej dawnej nomenklatury jeżeli chodzi o jego przygotowanie zawodowe. Był też przedsiębiorcą, bowiem posiadał firmę sztukatorską. Był literatem, szachistą, ale przede wszystkim był bydgoszczaninem, bardzo związanym z miastem, swoim miejscem urodzenia, rodziną i swoją całą działalnością zawodową i społeczną.

Tych kamienic czy rożnych budynków, które pozostawił po sobie jest 60?

Kamienic tych które zaprojektował jest ponad 60, są też poza Bydgoszczą, np. w Inowrocławiu czy Solcu Kujawskim. Myślę, że jeszcze może się okazać, że gdzieś są kolejne jego realizacje na terenie naszego województwa, albo i dalej.

Najbardziej znany jest chyba Hotel pod Orłem?

Oczywiście, to dzieło, które zaczęło powstawać 1892 roku i jest bardzo ważne dla Bydgoszczy, bowiem jest to wspaniały przykład architektury neobarokowej, a neobarok pojawił się w krajobrazie Bydgoszczy właśnie za sprawą Józefa Święcickiego, który upodobał sobie te formy stylistyczne jako pierwszy z bydgoskich projektantów i zaczął je stosować w kamienicach.

Józef Święcicki chętnie sięgał do historycznych form architektonicznych, nie tylko do barokowych, powstał modny chyba w tym czasie eklektyzm.

Dziś już terminu eklektyzm bardzo rzadko używamy, generalnie mówimy o historyzmie, bo to jest ten czas nawiązywania do stylów historycznych, ale jest to twórcze nawiązywanie, to nie jest tylko i wyłącznie kopiowanie. Twórcy historyzmu wnoszą też bardzo wiele elementów odmieniających, właśnie przez te połączenia, nawiązania do baroku, do renesansu, to było kompilowanie i twórcze przetwarzanie.
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Bogna Derkowska-Kostkowska

Mieczysław Franaszek

Mieczysław Franaszek
Mieczysław Franaszek
Gościem Rozmowy Dnia był znany i lubiany aktor Teatru Polskiego w Bydgoszczy, odznaczony przed kilkoma dniami Srebrnym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.



Michał Jędryka: Z jakimi uczuciami przyjmował pan odznaczenie Srebrnym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”?

Mieczysław Franaszek: Troszkę mnie to zaskoczyło. To przypadek często decyduje o przyznawaniu takich splendorów. Mam kolegów, którzy mają większe osiągnięcia, ale z różnych powodów, czy to formalnych, czy innych tego nie mają (…). Jest to bardzo wzruszające i znaczące w środowisku wyróżnienie. Cieszę się, że zdążyłem, bo teraz słyszałem historię z teatru w Jeleniej Górze, kiedy kilka lat wstecz czołowy aktor tego teatru dostał wyróżnienie już w kaplicy cmentarnej, bo nie doczekał. Mi udało się doczekać.

Jest pan nie tylko aktorem, ale też podróżnikiem, fotografem, wykładowcą Akademii Muzycznej. Która z tych ról jest pana ulubioną?

Wykładowcą już jestem prawie "jednym palcem", bo już nie mam zajęć na Wydziale Wokalno-Aktorskim, które bardzo lubiłem, tylko na Jazzowo-Rozrywkowym, raz w tygodniu, zegarowe 1,5 godziny. Lubię to bardzo, bo jest taka więź z młodzieżą, uczymy się nawzajem. Oni ode mnie może czegoś się nauczą, a ja od nich też. To jest taka wymiana doświadczeń, bardzo to lubię.

A podróże, fotografia?

To się może wiąże z moim zodiakalnym znakiem, bo jestem spod znaku Bliźniąt i to od dawna mnie interesowało. Były trudności, wiadomo za tamtego systemu nie było pieniędzy, czasem możliwości paszportowych, żeby jeździć. Kiedy się to już otworzyło to niestety wiek już nie zawsze pozwala na jakieś dalekie wyprawy. Jest to fascynujący sprawdzian człowieka, czy jeszcze się da kondycyjnie to wytrzymać, poza tym fantastyczne rzeczy do obejrzenia, takie, o których zawsze marzyłem.

Który kraj, która kultura najbardziej pana zafascynowała?

Ameryka Południowa, gdzie byłem w Peru i Boliwii. Myślę, że te kraje, uważane za tzw. niebezpieczne, wcale nie są niebezpiecznymi. Na przykład cudownie czułem się w Iranie. Fantastyczny kraj, fantastyczni ludzie. Na szczęście byłem przed wojną syryjską i też fantastyczne wrażenia.

To pewnie temat na osobną rozmowę, ale wróćmy do teatru. Osobiście ze sztuk z pana udziałem najbardziej zapamiętałem scenę w przedstawieniu „Ja, Feuerbach”, kiedy zakłada pan marynarkę na lewą stronę. To było trudne przedstawienie?

Myślę, że dawało radość w pracy. Teraz teatr zmienił swoje oblicze. Próby nie dają już tyle frajdy ile kiedyś (…). W Szkole Teatralnej miałem słynną profesorkę, specjalistkę od dykcji, wdowę po wielkim reformatorze teatru Iwo Gallu. Pani Halina Gallowa mówiła takimi śmiesznymi, wysokimi tonami i gdy ktoś zapytał o jakiś spektakl, czy rolę, która jej się niezbyt podobała to zawsze mówiła „No tak, ale człowieka w tym nie ma”. Właśnie, teraz na scenie widać coraz mniej człowieka. Są jakieś reportaże, jakieś relacje narracyjne, które są dla teatru obrzeżem, a właściwego sedna teatru, czyli szukania człowieka, psychiki, jego blasku nie ma. Zmieniło się oblicze teatru. W „Feuerbachu” udało się to jeszcze uratować i cieszę się, że to zagrałem.

No właśnie, mówi pan o teatrze i jego współczesnej kondycji. Coraz bardziej wchodzi on chyba w taki teatr zaangażowany społecznie, w przekraczanie pewnych granic. Czy myśli pan, że to jest jakiś stan przejściowy, że kiedyś wrócimy do klasycznego teatru, czy nie ma na to szans?

Cały czas mam nadzieję, że się to stanie. Teatr wywodzi się od obszaru religijnego (…). Zawsze było to pokazywanie sacrum i profanum, a teraz ciągle pokazujemy profanum, które znamy z telewizji, z różnych dokumentów (…). Tego sacrum jest coraz mniej i ubolewam nad tym.

Pana ulubiona rola, ulubione przedstawienie, które najbardziej pan zapamiętał?


Widziałem takie rzeczy na festiwalach studenckich, kiedy jeździliśmy z Teatrem STU, były fascynujące. Były różne przedstawienia z całego świata. Dla mnie to historyczne przedstawienie z Teatru na Tagance „Mistrz i Małgorzata”. Widziałem to już oczywiście po wznowieniu. Był to spektakl zakazany, został zdjęty z afisza za komuny w Rosji (…). Widziałem próbę generalną, to było coś fantastycznego.

Zagrał pan też w kilku filmach, ale głównie zapamiętałem pana z „Bohatera roku”. Grał tam pan Zbigniewa Tataja, z całą plejadą gwiazd, bo wystąpili Jerzy Stuhr, Marian Opania, Aleksander Machalica. Jak pan zapamiętał tę rolę?

To była dla mnie jednorazowa przygoda, bo nie liczę jakichś małych epizodzików. Przyjemność pracy polegała na tym, że był znakomity reżyser Feliks Falk, świetni ludzie z obsady aktorskiej, autor muzyki, mój dawny kolega jeszcze z lat krakowskich Jan Kanty Pawluśkiewicz. Spowodowało to, że przyjemnie się pracowało, ale gdybym miał do wyboru np. telewizję, radio, czy film, absolutnie filmu bym nie wybrał. Ten cały bałagan i technika jest rzeczą, która przytłacza. Nie ma takiej możliwości skupienia. Wtedy były to jeszcze sprawy techniczne, że jeżeli na planie w czasie ujęcia, które dobrze szło poszła lampa to później już nie było taśmy na dubla, bo takie były czasy (…).

A słuchowisko radiowe? Taki gatunek już zanika.

O tak, kochałem! W Bydgoszczy odbyło się parę realizacji słuchowisk. W Krakowie sporo robiłem słuchowisk, w Opolu, w Szczecinie. Miałem kolegę, który oprócz tego, że był aktorem, miał uprawnienia realizatora słuchowisk radiowych. Atmosfera radia jest wspaniała, tajemnicza, niezwykła. Bardzo to lubiłem. Mój ulubiony gatunek.

Co jeszcze chciałby pan zagrać?

Moje ulubione role już uciekły. Nie jakieś tam Hamlety, bo znałem swoje możliwości psychofizyczne, ale marzenia o Poloniuszu, którego bardzo chciałem zagrać, czy o Jagonie, bo sztuka „Otello” powinna nazywać się „Jagon”, to już niestety tylko marzenia.
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Mieczysław Franaszek

Leszek Walczak

Leszek Walczak. Fot. Archiwum PR PiK
Leszek Walczak. Fot. Archiwum PR PiK
W ubiegłym tygodniu odbył się Krajowy Zjazd NSZZ "Solidarność". Delegaci przyjęli priorytety działania związku na kolejne cztery lata. Szef związku, Piotr Duda zapowiedział promowanie układów zbiorowych pracy w zakładach. Do sprawy odniósł się w "Rozmowie dnia" na antenie Polskiego Radia PiK, Leszek Walczak - przewodniczący zarządu regionu bydgoskiego "Solidarności". Gość Marcina Kupczyka przekonuje, że zawieranie układów zbiorowych jest korzystne dla pracowników i pracodawców oraz, że daje więcej niż kodeks pracy.

Marcin Kupczyk: Są państwo po zjeździe. Kolejny zjazd "Solidarności", wybór nowych władz. Piotr Duda po raz trzeci został szefem "Solidarności". Wydaje się, że najważniejsza rzecz, jaka stała się podczas państwa zjazdu to uchwała programowa. Przypomnę, że jej głównym celem jest "promowanie układów zbiorowych pracy na każdym szczeblu: zakładowym, ponadzakładowym, branżowym a nawet ponadnarodowym, bo w Polsce ich brakuje". Tak mówił Piotr Duda. Chciałbym zapytać, co to oznacza? Proszę wyjaśnić, dlaczego to jest tak ważne, aby promować układy zbiorowe pracy.

Leszek Walczak:
Jest to przede wszystkim podstawowe prawo, które daje przywilej negocjowania między związkami zawodowymi, a pracodawcą wszelkich regulaminów - wynagradzania, regulaminów pracy, czy Funduszu Świadczeń Socjalnych - zawieranych na podstawie układów zbiorowych i jest ich bardzo mało, to jest niewielka ilość. Problem polega na tym, że pracodawcy, np. w krajach Unii Europejskiej, nie mają możliwości zrzeszania się i reprezentowania swojej branży na szczeblu krajowym. Można powiedzieć, że są to tylko i wyłącznie układy zbiorowe zakładowe, międzyzakładowe, dotyczące samorządów i w małej ilości przedsiębiorstw Skarbu Państwa.

W Polsce brakuje układów zbiorowych. Proszę wyjaśnić co daje każdemu pracownikowi taki układ zbiorowy jeśli w jego firmie funkcjonuje.

- W każdym układzie zbiorowym można zapisać większe uprawnienia, niż wynikają z kodeksu pracy, natomiast nie mniejsze. Jeżeli mówimy o ilości urlopu, o wyższym wynagrodzeniu, niż praca minimalna, o lepszym wykorzystaniu Funduszu Świadczeń Socjalnych, większych odpisach, niż mówi wyjątkowo ustawa. Tych uprawnień jest znacznie więcej i można je wpisywać w układzie zbiorowym, konstruując go tak, żeby zarówno pracodawca, jak i pracownicy na tym zyskali a nie, żeby to był czysty kodeks pracy. Bardzo często są one negatywnie lub źle interpretowane przez pracodawców, na niekorzyść pracownika. Tam można to wszystko uregulować. To jest taka mała konstytucja w przedsiębiorstwie, która jest wewnętrznym aktem prawnym, dającym duże szanse.

Pracownicy muszą się dogadać z szefostwem.
- Tak. Powiem szczerze, że tam gdzie są te układy zbiorowe, rzeczywiście jest zdecydowanie lepiej, poprawniej, jest mniej konfliktów i większy efekt zarówno dla pracowników, jak i dla pracodawców.

Zwrócili państwo uwagę w uchwale programowej na to, że ustawa o rozwiązywaniu sporów zbiorowych w obecnym kształcie rodzi wiele problemów i utrudnia prowadzenie legalnej działalności związkowej.
- Te ustawy od dawna nie były nowelizowane. Można powiedzieć, że nie dają one tzw. egzekucji, czyli nie ma żadnej konsekwencji w momencie, kiedy organizacja związkowa zgłosi spór zbiorowy. Jest zapisane, że w trybie pilnym pracodawca powinien podjąć negocjacje w przypadku, kiedy w oznaczonym terminie nie zrealizuje postulatów. Co dalej? Nic. A co się dzieje, jeżeli nie przystąpi do rokowań? Co się dzieje, jeżeli złamie prawo? Nie ma żadnych konsekwencji. W związku z powyższym, to ustawa, jak również dalszy tryb procedowania jest niewystarczająca i właściwie niewiele wnosi. My chcemy, żeby każdy spór był rozwiązywany najpierw na drodze dialogu, czyli merytorycznej dyskusji zmuszającej pracodawcę do podejmowania decyzji i negocjacji a nie, że zgłaszamy spór zbiorowy, mijają 2-3 miesiące i okazuje się, że np. pracodawca w wielu przypadkach mówi, że on nie podejmie negocjacji, bo dla niego to nie jest spór zbiorowy i nie wynika to z ustawy o związkach zawodowych i ustawy o rozwiązywaniu sporów. Co można mu zrobić?

Piotr Duda mówi tak: "Dla nas będzie ważna walka o drugą część emerytur. Mam na myśli stażowe i emerytury dla kobiet i mężczyzn". O co tu chodzi?
- Przede wszystkim, jeśli chodzi o staż, to zawsze mówiliśmy - tak jak to było podpisane z kandydatem na prezydenta panem Andrzejem Dudą, dziś już prezydentem - że chodzi o 40 lat dla mężczyzn i 35 lat dla kobiet, żeby to ewidentnie stało się prawem. Dziś niestety tak nie jest. Mamy obniżony wiek emerytalny, ale tylko i wyłącznie wiek emerytalny, bez względu na staż pracy. My chcemy, żeby to wróciło. I ważną rzeczą dlatego, żeby te emerytury były wyższe i płaca minimalna była wyższa. Jest postulat pani minister Rafalskiej, żeby wyłączyć z pracy minimalnej wliczenie stażu pracy. Dziś jest tak, że do płacy minimalnej wlicza się staż pracy, co w ewidentny sposób umniejsza tą płacę minimalną, bo staż pracy, w zależności od tego jaki staż pracownik ma, 20% dodatku i to się wlicza. Na tej podstawie wylicza się płacę minimalną. Jak ktoś młody zaczyna to na tym korzysta, bo ma zerowy dodatek stażowy, więc ta płaca jest zdecydowanie wyższa. To jest ta nierówność, dlatego jest to jeden z głównych postulatów, który mam nadzieję, że w tej kadencji się zrealizuje.

Panie przewodniczący, proszę powiedzieć jakie problemy występują w naszym regionie.
- W naszym regionie jest jeszcze sporo tych problemów, zwłaszcza jeśli chodzi o całą sferę budżetową. Nierówne traktowanie pracowników Inspekcji Sanitarno-Epidemiologicznej, jak państwo wiecie, był to duży protest. Tylko dwa województwa, w których nie zrealizowano ustawy i nie wypłacono pracownikom równowartości wynagrodzeń, czyli ci, którzy mają specjalizację i ci, którzy mają studia podyplomowe zostali zróżnicowani. To jest jeden z głównych postulatów. W dalszym ciągu walczymy o podwyżki wynagrodzeń za całość sfery budżetowej, również wśród cywilnych pracowników policji. Brakuje środków na realizację podstawowych działań, ale również w zakładach pracy tak, gdzie niestety, ale pracodawcy w dużej części nie realizują ustawy dotyczącej kodeksu pracy, nierówne traktowanie pracowników, jeśli chodzi o dyskryminację płacową, warunków pracy. Sporo jest tych problemów.

Panie przewodniczący, pojawił się w przestrzeni publicznej zarzut, że Solidarność nie pomogła pracownikom LOT-u. Obradowaliście sobie w Częstochowie a tam 67 osób dyscyplinarnie zwolnionych. Nie stanęliście w ich obronie.
- To nie jest spór pomiędzy "Solidarnością" a zarządem LOT-u (…). To w ogóle "Solidarności" nie dotyczy. "Solidarność" podpisała porozumienie i w tym przypadku my nie jesteśmy stroną, więc podkręcanie tego i mówienie, że mamy być wszędzie, jest trochę absurdalne. To tak, jakby miało się pretensje do jednej z partii politycznych, która nie bierze udziału w negocjacjach, a dlaczego nie bierze? Nie bierze, bo tam nie ma członków (…).

Ale "Solidarność" jest w LOT.
- "Solidarność" jest, ale ona podpisała porozumienie z zarządem i nie ma tam sporu, bo nie możemy uczestniczyć w organizacji strajku, jeżeli akurat nie jesteśmy w sporze zbiorowym.

Na jednej ze stron internetowych można było przeczytać - zjazd "Solidarności" w Częstochowie bez Lecha Wałęsy i bez demokracji.
- Bez demokracji to nie wiem. Demokratyczne były wybory przewodniczącego. Konkurentów jest tylu, ilu jest chętnych. Jeżeli nie ma drugiego chętnego, zawsze na zjeździe jakaś konkurencja była, w tym przypadku był jeden kandydat (…). To są właśnie racje demokracji, że każdy wybiera. Jeżeli jest jeden kandydat, to wybiera się z jednego. Mógł nie otrzymać większości, tak jak to było wśród wójtów i burmistrzów, gdzie jak startowali był jeden kandydat i nie otrzymał większości.

Bez Lecha Wałęsy. Dlaczego go nie było?
- Pan Lech Wałęsa sam się wykluczył. Pamiętacie państwo, jak kazał pałować związkowców, kiedy walczyliśmy o obniżenie wieku emerytalnego, kiedy walczyliśmy o podwyżki wynagrodzeń, kiedy walczyliśmy o godną pracę. Jeżeli te słowa i działania Lecha Wałęsy są antyzwiązkowe i antysolidarnościowe, same go dyskredytują. On wielokrotnie był zapraszany na "uroczystości Sierpnia", nigdy nie skorzystał. Nawet nie powiedział dlaczego, nie przychodził. W związku z powyższym jest to jego wybór. Na tym polega demokracja właśnie.
Polskie Radio PiK - Rozmowa dnia - Leszek Walczak

Konstanty Dombrowicz

fot. Archiwum
fot. Archiwum
Gościem Rozmowy Dnia był Konstanty Dombrowicz - były prezydent Bydgoszczy, który powrócił do polityki jako radny sejmiku, wybrany w niedzielnych wyborach. Do sejmiku wszedł z listy Prawa i Sprawiedliwości, które to ugrupowanie - jak już wiadomo - będzie w kujawsko-pomorskim sejmiku opozycją. Jak w tej sytuacji możliwa jest obrona interesów Bydgoszczy? Kto powinien być marszałkiem województwa? Pyta Michał Jędryka.

Michał Jędryka: To powrót do polityki?

Konstanty Dombrowicz: - Jeśli pan pozwoli, to w pierwszych słowach podziękuję wszystkim tym, którzy postawili przy moim nazwisku krzyżyk i pozdrowić tych, którym ręka zadrżała w tej czynności. W pewnym sensie powrót. Ja nie czuję się, że tak powiem odsunięty od polityki. Cały czas bacznie obserwowałem bydgoski rynek działania Rady Miasta, prezydenta przez 4 lata od 2014 roku. Ja od tego nie odszedłem, bo to jest bardzo interesujący i żywotny temat, także dla mnie jako mieszkańca Bydgoszczy.

M.J.: Jakie ma pan refleksje z tych obserwacji?

- Jeśli chodzi o ocenę działania, przynajmniej w ciągu ostatnich 4 lat, kiedy pan Bruski już nie realizował projektów mojej ekipy, to są obserwacje niezbyt przyjemne. Efektem tych 4 lat jest jedna szkoła w Fordonie i lodowisko z widownią na 200-300 miejsc, na którym nie można pokazać ani rewii lodowej, ani zrobić porządnych zawodów. To jest tylko ślizgawka. Chyba trochę szkoda tych pieniędzy.

M.J.: Prezydent pokazywał i wymieniał w kampanii wyborczej wiele innych inwestycji, które udało się zrealizować np. rozpoczęta przebudowa ulicy Grunwaldzkiej.

- Właśnie jechałem ulicą Grunwaldzką dość długo. Zresztą codziennie wracam z miasta ulicą Grunwaldzką. Jest to, że tak powiem, pewne nieporozumienie jeśli chodzi o organizację pracy. Oczywiście przebudowa i te wszystkie prace były konieczne, natomiast logistyka tych prac jest dla mnie zupełnie absurdalna. To jest zakorkowanie miasta zwykle na dobrych kilka godzin, ale ludzie stoją cierpliwie, widocznie są zadowoleni. Taki wynik wyborów świadczy o tym, że Bydgoszcz jest miastem szczęśliwych mieszkańców.

M.J.: Został pan wybrany do sejmiku województwa. Przejdźmy może do tych spraw sejmikowych. W sejmiku mamy taką sytuację, że Prawo i Sprawiedliwość, z którego listy został pan wybrany będzie w opozycji. Jakie widzi pan szanse na uzyskanie tam jakichkolwiek wyników?

- Ja do końca dzisiaj nie wiem czy będzie w opozycji, czy nie, bo to jest jakby w dalszym ciągu sprawa w zawieszeniu mimo jakichś tam ogólnopolskich deklaracji. Nie wiem. Jakie szanse? Myślę, że trzeba wykorzystać każdą szansę, żeby walczyć o interesy i Bydgoszczy i o rozwój całego regionu, bo to się z tym wiąże. Do dyspozycji sejmiku są spore pieniądze. Nie tylko te, co marszałek ma na bezpośrednie wydawanie z budżetu województwa, ale są także pieniądze unijne, które są zupełnie spore i trzeba je sprawiedliwie podzielić. To jest bardzo istotna sprawa. Cały czas w Bydgoszczy podnosi się argument, że marszałek nas tutaj cały czas oszukiwał, że na głowę mieszkańca w Bydgoszczy przypada mniej pieniędzy niż na głowę mieszkańca Torunia. To oczywiście prawda. Bydgoszcz jest na 36 miejscu w Polsce jeśli chodzi o wykorzystanie unijnych pieniędzy między rokiem 2014 a 2017. To nie jest mój pomysł, są to twarde dane z Gazety Prawnej. To nie jest zaszczytna pozycja. Wynika ona moim zdaniem przede wszystkim z tego, że Bydgoszcz nie miała w tym czasie żadnych projektów, do których marszałek mógłby się dołożyć. Ja tu nie bronię marszałka, tylko patrzę na to racjonalnie. Ja za swojej kadencji nie pamiętam, żeby marszałek Achramowicz, czy potem marszałek Całbecki odmówili projektowi, który byłby dobry i dawał rozwój miastu. Jak jest coś dobrego, sensownego to dlaczego odmawiać? Tu nie było takich projektów.

M.J.: Czyli marszałek Piotr Całbecki jest dobrym marszałkiem?

Nie mi to oceniać czy jest dobrym marszałkiem, czy nie. Moim zdaniem można by nieco inaczej skierować środki, jeśli chodzi o ten bezpośredni budżet województwa. Tutaj podział z całą pewnością jest dyskusyjny. Oczywiście bardzo dobry wynik pana marszałka. Przy okazji gratuluję. Uzyskanie 68000 głosów to jest rzeczywiście coś godnego nawet zazdrości. To świadczy, że marszałek w pewnych kręgach był oceniany przez wyborców bardzo dobrze, bo zrobił dla nich coś sensownego. Przekazał pieniądze na inwestycje, które szczególnie w okręgu toruńskim zostały zrealizowane.

M.J.: A jeśli zostanie przedstawiona kandydatura Piotra Całbeckiego, a najprawdopodobniej zostanie, na marszałka województwa to będzie pan głosował za czy przeciw?

Ja w tej chwili nie odpowiem na takie pytanie. Przede wszystkim tak oficjalnie, oprócz wyników, które zostały opublikowane przez Państwową Komisję Wyborczą, radnym jestem tylko z tego komunikatu. Żadnych oficjalnych nominacji, czy też przekazania informacji przez sędziego, który zawiaduje tą kampanią jeszcze nie było.

M.J.: Zapytałem o to również dlatego, że wczoraj w Rozmowie dnia był pan radny Roman Jasiakiewicz i powiedział, że te decyzje zapadają wyżej, gdzieś tam w kierownictwach partyjnych. Myśli pan, że to dobrze, czy źle?

- Partie z całą pewnością mają w wyborach do sejmiku coś tam do powiedzenia. Czy to jest dobrze, że akurat te wybory samorządowe wszystkich szczebli zostały tak bardzo upolitycznione? Tu już mam wątpliwości, bo tu powinni decydować mieszkańcy głosując na osoby a nie na partie. Tak się niestety nie stało i nad tym ubolewam. Rzeczywiście decyzje dotyczące wyborów zapadają raczej nie na szczeblu radnych, tylko na szczeblu wyższym. Ja z kolei bardzo sobie cenię zaufanie, którym mnie mieszkańcy Bydgoszczy obdarzyli i będę oczywiście głosował tak jak mi podpowiada sumienie. Jak to będzie? Na dzień dzisiejszy nie wiem.

M.J.: Skoro już wspomniałem tutaj radnego Romana Jasiakiewicza, kiedyś byli panowie konkurentami do fotela prezydenta Bydgoszczy. Pan wygrał tę konkurencję. Dzisiaj spotykacie się w sejmiku. Będziecie ze sobą współpracować?

- Ja myślę, że tak. Jeśli chodzi o sprawy bydgoskie to z całą pewnością. Nie mi oceniać pana Jasiakiewicza i jego zmiany frontu. Od SLD, poprzez Samoobronę [Roman Jasiakiewicz nie był w Samoobronie - przyp. red. na wniosek zainteresowanego], Platformę i tak dalej. To jest jego wybór. Teraz jest w Platformie, mimo, że przez 4 lata był najbardziej zagorzałym przeciwnikiem pana marszałka Całbeckiego. Teraz będą współpracowali razem, więc jeśli oni mogą współpracować to wydaje mi się, że współpraca dla Bydgoszczy jest zawsze możliwa.

M.J.: Wróćmy do pozycji Bydgoszczy. Mówił pan o 36 pozycji w ogólnopolskim rankingu. Jak pan ocenia pozycję Bydgoszczy w województwie, bo to właśnie w sejmiku wojewódzkim ma pan teraz wykonywać swój mandat.

- Myślę, że nad tym trzeba bardzo pracować i bardzo tę pozycję podnieść. Nie jest dobrze, że Bydgoszcz jest często na drugim planie, bo są inne jakieś ważniejsze sprawy. To jest największe miasto regionu. Największy ośrodek naukowy, jeśli chodzi o ilość studentów. Największy ośrodek kulturalny. To są atuty, które trzeba nieustająco podnosić i przypominać, że tu jest w co inwestować i jest co robić. Nie tylko dlatego, że my, bydgoszczanie mamy takie ambicje, że musimy być najlepsi. To oczywiście też, ale z powodów naturalnych i logistycznych. Największy ośrodek regionu powinien promieniować tymi wszystkimi sprawami. Jeśli to buduje region to tutaj powinny trafić też odpowiednie środki, ale muszą być projekty.

M.J.: Tak, ale mówiąc o tej pozycji wewnątrz województwa, nie wymienił pan ani razu słowa Toruń. W odbiorze społecznym jest tutaj pewna kontrowersja, różnica i konkurencja między Bydgoszczą a Toruniem.

- Konkurencja między Bydgoszczą a Toruniem była od wieków. Za moich czasów z prezydentem Zaleskim zakopaliśmy topory wojenne. Trochę symbolicznie. To się niestety potem jakby odkopało, ta cała nieustająca wojna i przepychanka. Szansą Bydgoszczy i Torunia byłaby współpraca i pozyskiwanie zewnętrznych pieniędzy, zewnętrznych inwestycji. Czy do tego dojdzie? Nie wiem. Toruń jest znacznie mniejszym miastem niż Bydgoszcz. Ci mniejsi zawsze próbują się dowartościować. Przykład międzynarodowy: Polska-Litwa. Też mały kraj, a też nie może z nami się tak do końca porozumieć. Nie wymieniłem Torunia, bo Toruń jest przeze mnie miastem lubianym. Tak jak wielu bydgoszczan lubi do Torunia pojechać, bo jest to ładne miasto, jest tam, że tak powiem co robić. W Bydgoszczy niestety, szczególnie latem, jest plaża, ale nie w tym dobrym słowa znaczeniu, że można się opalać, ale jest plaża polegająca na braku inicjatywy, żeby to miasto znaczyło coś w Polsce. Wszystkie duże imprezy kulturalne z Bydgoszczy odpłynęły, albo odpływają. Nie ma żadnych znaczących koncertów. Nie zaprasza się ludzi z tej najwyższej półki, ale wydaje mi się, że mimo wszystko bydgoszczanie są z życia w tym naszym mieście zadowoleni.

M.J.: Na zakończenie zapytam o jedną najważniejszą pana zdaniem rzecz, jaką chciałby pan w sejmiku województwa osiągnąć.

- Myślę, że nie ma takiej jednej rzeczy, którą trzeba by załatwiać, osiągać. Na pewno doprowadzenie do szczęśliwego finału sprawy rozbudowy Filharmonii. To jest bardzo istotne dla kultury całego regionu, nie tylko Bydgoszczy. Na pewno przy tym bardzo chciałbym pomóc, jeśli będę miał takie możliwości. Wydaje mi się, że porządne dofinansowanie instytucji kultury - Filharmonii i Opery powinno nastąpić. To, że są to niemałe kwoty, bo w przypadku Opery to 16 milionów na działalność a w przypadku Filharmonii 8 milionów, ale to jest za mało, żeby ściągać tutaj prawdziwych, wielkich artystów. Myślę, że to jest do poprawienia.
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Konstanty Dombrowicz

Roman Jasiakiewicz

Roman Jasiakiewicz. Fot. Archiwum PR PiK
Roman Jasiakiewicz. Fot. Archiwum PR PiK
Jaki będzie sejmik województwa w nowej kadencji? Na ile powinien zmienić się sam samorząd województwa? Czym powinni się zająć radni w pierwszej kolejności? Czy powinna to być polityka kontynuacji czy zmiany? M.in. o tym w Rozmowie dnia z Romanem Jasiakiewiczem, obecnym radnym niezależnym, a niebawem radnym Koalicji Obywatelskiej, który w wyborach 21 października zdobył drugi wynik w regionie - ponad 26 tys. głosów.



Magda Jasińska: Czy Bydgoszcz będzie się biła o stanowisko marszałka województwa?

Roman Jasiakiewicz: Odwróciłbym to pytanie, bo ono jest chyba istotą i niepokoju i bydgoskiego niezadowolenia z wielu rzeczy. Stwierdzenie jest następujące: należy jak najszybciej dla dobra województwa kujawsko-pomorskiego wyjść poza popieranie partykularnych interesów na rzecz spraw ogółu - całego województwa i jeżeli potrafimy co do tej formuły znaleźć wspólne zdanie, to dalsze działania będą dobrymi, powiedziałbym pochodnymi, takiego publicznego przyrzeczenia przez wszystkich.

(...)

Czy to oznacza, że pan krytykuje poprzednie rządy zarządu województwa, że nie walczył o dobro ogółu?

Ja wielokrotnie o tym mówiłem i z tego się nie wycofuję. Również w tej kadencji będę głośno i mocno piętnował zachowania, w których nie ma dbałości o całość, a jest większa dbałość tylko o niektóre ośrodki. To nie jest tak, że samorząd województwa ma finansować w innych zaprzyjaźnionych poza Bydgoszczą miastach określone imprezy, spotkania, inwestycje zapominając o tym, że te działania, te inwestycje i te wspólnie przecież wykreowane pieniądze, a w Bydgoszczy zarobione najwięcej, powinny służyć rozwiązywaniu spraw całego województwa i to jest ta istota, na którą także będę mocno zwracał uwagę.

Czyli należałoby dokonać zmian w zarządzie województwa?

Nie, należałoby spojrzeć od nowa na to, co należy do województwa, co powinniśmy robić i nie wchodzić w paradę samorządom miejskim, gminnym w zakresie ich kompetencji i ich budżetów. Samorząd województwa nie musi wyręczać w wielu sprawach innych samorządów. Powinien realizować własną - jasną i czytelną politykę. Do tej polityki mam zresztą także wiele zastrzeżeń, ponieważ potrzebna jest pewna wizja. Potrzebna jest wizja i nie może być ona od ściany do ściany. Ona nie wynika już ze strategii przyjętej przez poprzedników. Jest niewystarczająca, bo jeżeli chociażby mówimy o tym, co może być przyszłością województwa - na przykład bazie przeładunkowej w Emilianowie, to ona w ogóle do strategii nie jest wpisana. To są te konieczne uzupełnienia i konieczne nowe spojrzenie, także na sposób wydatkowania pieniędzy.

Czyli nie będzie brał pan udziału w boju o marszałka z Bydgoszczy?

Patrzmy na pewne sprawy realnie. Nie jestem członkiem Platformy Obywatelskiej, od tego zacznijmy.

Ale będzie pan w klubie Koalicji Obywatelskiej.

Jestem w klubie koalicyjnym i chciałbym takiego wyboru, także dla Bydgoszczy, który będzie najkorzystniejszy.

Co to znaczy?


Takiego, gdzie równość traktowania wszystkich podmiotów samorządowych województwa będzie miała taki sam wymierne charakter finansowy.

Czy to, pana zdaniem, wiąże się ze zmianami personalnymi?

Niewątpliwie jest to tak ważna funkcja i tak znacząca pozycja, bo przecież nie ma co ukrywać wybory sejmikowe to wybory stricte polityczne, że deliberacje na ten temat prowadzą niewątpliwie osoby o kilka szczebli wyżej - szefowie partii, ustalenia czynią posłowie. To są osoby, które niewątpliwie przekażą radnym projekty tych ustaleń, które na bieżąco są czynione.

Czyli pana zdaniem wybór samego marszałka i zarządu województwa odbywa się znacznie wyżej.

Zdecydowanie wyżej i to nie tylko w naszym województwie. Ba, żeby być eleganckim, bo tej elegancji niestety w wieczór wyborczy mi zabrakło. Przecież trzeba jednoznacznie powiedzieć - każdy wybrany radny nosi buławę w plecaku. Dla jednych jest to buława cięższa, dla drugich lżejsza, niektórzy gubią ją po drodze, ale przecież taki jest urok demokracji. Przesądzanie na samym starcie i o kandydacie i o formule wskazywania kandydata przyjmuję jako dalece nieeleganckie.

A widzi to pan i słyszy...

Dostrzegam i widzę i myślę, że wyprzedzanie dosyć brutalne momentami nikomu nie służy.

A czuje pan poparcie swoich tez pośród przyszłych radnych z okręgu bydgoskiego i innych okręgów?


Powiedzmy inaczej. Wczoraj i dzisiaj rano przeglądałem swoje wszystkie pocztowe wiadomości. Mieszkańcy tak się wielu wypadkach przyzwyczaili, a chcę wrócić tutaj do sławetnej linii kolejowej nr 356 Bydgoszcz - Szubin - Kcynia, że przysyłają mi zdjęcia z zarośniętymi torami i nieczynnym szlakiem z pytaniem: I co pan z tym zrobi?

A co może zrobić z tym jeden radny?


Ten radny to w ogóle nie jest z tego okręgu. Jest to trasa szalenie istotna dla Bydgoszczy. ale przecież są radni, ich jest także jak z okręgu bydgoskiego pięcioro z części południowej województwa, gdzie ten szlak przebiega, ale rozumiem tych, którzy do mnie piszą. Ponieważ poza radnymi z Bydgoszczy radni z tamtych okręgów przez 4 lata słowem nie pisnęli. I to jest pewien symptom i także odpowiedź na pani pytania - a co z wyborami w sejmiku.

Zadowoli się pan stanowiskiem przewodniczącego sejmiku?


Jakakolwiek odpowiedź, która padłyby z mojej strony, byłaby nieelegancka wobec pań i panów radnych wybranych w tej kadencji. (...) Wyborcom dziękuję za zaufanie. Jestem Państwa dłużnikiem na następną kadencję.
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Roman Jasiakiewicz
1234567