duży kontrast mapa strony
Strona startowa » Zwierzenia przy muzyce

Gość programu

Artur Grudziński

Artur Grudziński. Fot. Magda Jasińska

Pianista, kompozytor, aranżer, od niedawna zastępuje Zbigniewa Nowaka w zespole Happy End.

"W życiu nie myślałem, że będę muzykiem. Jako dziecko miałem typowe chłopięce marzenia zawodowe. Chciałem zostać marynarzem, lotnikiem, taksówkarzem albo strażakiem. Jako młody człowiek chciałem szybko i dobrze zarobić. Próbowałem swoich sił na różnych estradach, a nawet na weselach. Potem pojawiła się propozycja wyjazdu zarobkowego - muzycznego do Norwegii. Kiedy wróciłem do Bydgoszczy zacząłem pracować jako korepetytor w Operze Bydgoskiej. To bardzo trudna i niezapłacona praca..."

W środę, 28 września 2016 – o godz.18.10

Pamiętasz jak to się stało, że zostałeś muzykiem?
- W życiu nie myślałem, że będę muzykiem. Jako małe dziecko miałem typowe chłopięce marzenia zawodowe. Chciałem zostać marynarzem, lotnikiem, taksówkarzem albo strażakiem. Ojciec za mnie zdecydował, że będę chodził do szkoły muzycznej, ale dziś tego nie żałuję. Żałuję jedynie, że nie posłuchałem bardziej ojca, ponieważ przez pierwsze sześć lat to była walka z przedmiotami muzycznymi. Mój ojciec to była bardzo silna osobowość, nie sprzeciwiałem się jemu, ale mój protest wewnętrzny był bardzo głęboki. Przez pierwsze sześć lat mój ojciec kojarzył mi się jako taki kat, który pilnuje abym tę porcję dzienną przećwiczył i zrobił to możliwie jak najlepiej. Niestety chęci przyszły dopiero w siódmej klasie. Moim zdaniem trochę szkoda, bo pierwsze lata są bardzo ważne dla wyćwiczenia warsztatu. Dopiero w liceum zaczęło mi się to podobać, nie tylko granie na instrumencie ale i wszystkie zjawiska muzyczne, bardziej złożona harmonia. Wtedy widziałem siebie jako dyrygenta. Chodziłem na koncerty i przedstawienia do filharmonii i opery i jak zaczarowany patrzyłem na dyrygenta, jego ruchy. Zastanawiałem się jak to jest, że jedna osoba panuje nad kilkudziesięcioma osobami. Dopiero kiedy poszedłem na studia dyrygentury zrozumiałem na czym polega zawód dyrygenta.

Artur Grudziński. Fot. Magda Jasińska

Artur Grudziński. Fot. Magda Jasińska
Kto był Twoim profesorem?
- Witold Krzemiński – wielka postać, kompozytor takich szlagierów jak "Karuzela", czy "Lato, Lato czeka" z filmu "Szatan z siódmej klasy". Był pierwszym dyrektorem powojennym WOSPR. Ja, tak naprawdę, chciałem się dostać do profesora Stefana Stuligrosza na dyrygenturę oratoryjną, ale na ten kierunek było tak wielu chętnych, że mi poradzono, żebym wybrał się na dyrygenturę symfoniczną. Profesor Krzemiński przypominał mi trochę mojego ojca, był bardzo wymagający. Miał jedną dobrą rzecz w swojej metodzie nauczania – nie wszystko tłumaczył – chciał wypracować w nas samych umiejętność nawiązywania kontaktu z wielkim aparatem wykonawczym jakim jest orkiestra.

Jednak nie zostałeś dyrygentem symfonicznym.
- Nie, jako młody człowiek chciałem szybko i dobrze zarobić. Próbowałem swoich sił na różnych estradach, a nawet na weselach. Tak rozpoczynaliśmy swoją działalność muzyczną. Potem pojawiła się propozycja wyjazdu zarobkowego - muzycznego do Norwegii. Ponieważ nie miałem instrumentu to chciałem na niego zarobić grając w norweskich cyrkach. Tam zacząłem pisać aranżacje na big-band. Kiedy wróciłem do Bydgoszczy zacząłem pracować jako korepetytor w Operze Bydgoskiej. To bardzo trudna i niezapłacona praca. Trzeba mieć wszystkie wyciągi orkiestrowe oper w małym palcu, co dla pianisty jest dość karkołomne. Wtedy już zaczęła mnie na dobre interesować muzyka rozrywkowa. Dostałem od Stanisława Fijałkowskiego – szefa Big Warsaw Bandu propozycję współpracy. To było rzucenie na głęboką wodę, bo tam grali m.in. Henryk Majewski na trąbce, na puzonie Roman Syrek, na saksofonach Henryk Miśkiewicz. Zaczynałem od drugiego keyboardu, ale po kilku miesiącach już grałem na fortepianie.

W pewnym momencie zdecydowałeś się mieszkać w Warszawie.
- Bezpośrednią przyczyną powrotu po latach mieszkania w Warszawie do Bydgoszczy było to, że moja mama podupadła na zdrowiu. Na to nałożyło się zakończenie przygody z programami telewizyjnymi. Współpracowałem z Telerankiem, z programem "Śpiewające Fortepiany" i "Songowanie na ekranie". Powoli kończyła się także moja praca w teatrze Rampa, więc wróciłem.

Mieszkanie w Warszawie daje większe możliwości, bo się jest u źródełka?
- O tak. To tylko Warszawa daje szansę pracowania w wielu projektach i spełniania się na różnych polach. Zauważyłem, że ten kto jest utalentowany, bardzo chce i potrafi współpracować z ludźmi da sobie radę. Bardzo sobie chwalę ten okres warszawski,

Artur Grudziński. Fot. Magda Jasińska

Artur Grudziński. Fot. Magda Jasińska
Co się takiego wydarzyło w Twoim życiu, że zacząłeś grać i śpiewać w zespole Happy End.
- To jest dość długa historia. Jak byłem młody to doceniałem piosenkę "Jak się masz kochanie" jako wielki hit. Nie rozgraniczałem wtedy czy to wielka sztuka, czy nie. Po latach spotkałem się ze Zbyszkiem Nowakiem, twórcą zespołu. On wówczas chciał ze mną przygotować nowy festiwal Polskiej Piosenki Przedwojennej we Włocławku. W ostatniej chwili projekt upadł. Te spotkania sprawiły, że się zaprzyjaźniliśmy. Ja miałem już wtedy wyrobiony pogląd na temat muzyki, którą wykonuje zespół Happy End. Sam grałem zupełnie inną muzykę, ale moja żona Miłka Małecka razem z Agnieszką Zawidzką zaczęły śpiewać z zespołem Happy End w chórkach. Potem padła propozycja abym grał w zespole na gitarze, ale ja się na to nie zgodziłem bo grałem wtedy razem z bydgoskimi muzykami inną muzykę. Po latach Zbyszek Nowak wycofał się z zespołu i szukał na swoje miejsce zastępstwa - wtedy się zgodziłem. Kiedy się pojawiłem na estradzie to młoda publiczność to przyjęła normalnie, natomiast starsza przyjęła mnie na zasadzie cichego protestu, albo nawet głośno krzyczała "Kim Ty jesteś?". Nigdy nie upodabniam się do Zbyszka, jestem sobą. Ja przyjąłem tę propozycję bo chciałem spełnić się wokalnie. Całe życie chciałem być wokalistą. Nie mam pięknej barwy głosu, ale umiem czysto śpiewać. Dziś rozumiem frajdę wokalistów. Bo to możliwość wyrzucenia z siebie nadmiaru energii i złych emocji. Więc po każdym takim występie ja się czuję lepiej.

Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W programie służącym do obsługi internetu można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Więcej informacji można znaleźć w naszej Polityce prywatności

Zamieszczone na stronach internetowych www.radiopik.pl materiały sygnowane skrótem „PAP” stanowią element Serwisów Informacyjnych PAP, będących bazą danych, których producentem i wydawcą jest Polska Agencja Prasowa S.A. z siedzibą w Warszawie. Chronione są one przepisami ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych oraz ustawy z dnia 27 lipca 2001 r. o ochronie baz danych. Powyższe materiały wykorzystywane są przez Polskie Radio Regionalną Rozgłośnię w Bydgoszczy „Polskie Radio Pomorza i Kujaw” S.A. na podstawie stosownej umowy licencyjnej. Jakiekolwiek wykorzystywanie przedmiotowych materiałów przez użytkowników Portalu, poza przewidzianymi przez przepisy prawa wyjątkami, w szczególności dozwolonym użytkiem osobistym, jest zabronione. PAP S.A. zastrzega, iż dalsze rozpowszechnianie materiałów, o których mowa w art. 25 ust. 1 pkt. b) ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych, jest zabronione.

Rozumiem i wchodzę na stronę