* ZDROWIA, SZCZĘŚCIA I SPEŁNIEŃ SZCZĘŚLIWYCH W 2026 ROKU *
Wojciech Zieliński
2026-01-22
To będzie jazzowy wieczór z wyjątkowymi nagraniami. W pierwszej części kompozytor i aranżer Wojciech Zieliński opowie o płycie pt. „Wstęp wzbroniony”, nagranej przez Orkiestrę STUDIA S-1, Andrzeja Trzaskowskiego i Tomasza Stańko na przełomie lat 70.i 80. To prawdziwe klejnoty muzycznego archiwum – album z nigdy wcześniej niepublikowanymi nagraniami Andrzeja Trzaskowskiego na czele orkiestry STUDIO S-1 z charyzmatycznym Tomaszem Stańko jako solistą. Następnie dziennikarze Polskiego Radia opowiedzą o muzyce Tomasza Stańko z płyt „Polish Radio Sessions 1970-91”. To fonograficzne wydarzenie dekady! Blisko 40 nigdy niepublikowanych nagrań mistrza jazzowej trąbki z archiwum Polskiego Radia w 6-płytowym albumie „Tomasz Stańko – Polish Radio Sessions 1970-1991”. Najsłynniejszy polski jazzman przez wiele lat regularnie gościł w studiach nagraniowych Polskiego Radia w Warszawie.
„...kiedy zacząłem, miałem ledwo 20 skończone. Pierwszy kontakt z orkiestrą miałem, kiedy miałem zaledwie 19 lat, czyli w siedemdziesiątym czwartym roku. Byłem jeszcze w liceum muzycznym, warszawskim i wtedy udałem się z wizytą, bo dowiedziałem się, jak to się mówi na mieście, że się zakłada orkiestra, to znaczy Andrzej Trzaskowski buduje orkiestrę radiową (...) ja w liceum szalałem z fletami prostymi również, grając dość poważne rzeczy z kolegami. W związku z czym powędrowałem z fletami do studia już na zamówienie. Tu się dyrektor ucieszył, choć się trochę zdziwił, że gram również na flecie. Nagrałem wtedy z orkiestrą te swoje partie i już mnie nie wyrzucono ze studia, tym razem się udało...”
Niedziela, 25 grudnia 2026 o godz. 20:05
- Nie, bo to jest nagranie z 1979 roku. Miałem przyjemność wtedy współpracować z Orkiestrą Studio S-1, pod dyrekcją Andrzeja Trzaskowskiego. To jest jedno z wielu nagrań, które wtedy dokonaliśmy.
Ono się gdzieś pojawiło, było wydane na jakiejś płycie?
- Nie, na płycie nie, ale znajduje się w archiwum Polskiego Radia i co jakiś czas, ktoś tam znajdywał te stare rzeczy i puszczał na antenie.
Tylko to nie były płyty?
- Nie, nie było.
Czyli jednak mimo wszystko nagrania z albumu „Wstęp wzbroniony” dopiero teraz ujrzały światło dzienne?
- Tak, naprawdę cieszę się, bo moja kompozycja została wybrana, żeby promować tę superpłytę składającą się z sześciu utworów. Są na niej dwa moje utwory i cztery innych twórców.
A proszę mi powiedzieć, był Pan przy tych nagraniach?
- Jak najbardziej.
Pamięta Pan ten moment, proszę trochę opowiedzieć, podzielić się wspomnieniami.
- Przede wszystkim po raz kolejny łezka mi się w oku zakręciła, jak wchodziłem do budynku Polskiego Radia, przy Alei Niepodległości, gdyż w tym budynku, na wprost głównego wejścia było wejście do studia S1, gdzie miałem przyjemność spotykać się z dyrektorem Andrzejem Trzaskowskim i przebywać z innymi muzykami. Tutaj nagrywałem wiele lat. Moja współpraca z Polskim Radiem rozpoczęła się w 1975 roku. Utwór, który teraz pojawił się na singlu, był nagrany w 1979 roku. Ponieważ jest to utwór instrumentalny, to tak jest, że mamy do czynienia z orkiestrą, ale co nie mniej ważne i istotne mamy do czynienia z solistą, który nagrywał ten utwór wspólnie z orkiestrą i tym solistą był nieżyjący już Tomek Stańko, nasz przezacny trębacz jazzowy.
Kiedy pisał Pan tę kompozycję, to wiedział Pan, że on będzie solistą?
- Tak, to znaczy nie wierzyłem swojemu szczęściu. Tak się troszeczkę krygowałem, że ojej co ja tam mam napisać i jak ja mam to napisać? Ja po uzgodnieniach z Andrzejem Trzaskowskim miałem jakąś wizję tego, że jeśli się uda Tomka dołączyć do nagrania, jeśli nic jemu nie wypadnie, to zaszczyci studio i nagra. Tak też się stało. Także miałem jakieś , załóżmy, nie wiem 90% zapewnienia, w związku z czym przymierzałem się do tego, że to jednak Tomek będzie nagrywał?
Jak wtedy wyglądały nagrania orkiestry, big-bandu i do tego solisty? Ile z tego nagrano „na setkę”?- Ciężko tu mówić dokładnie o setce, dlatego, że już w tym czasie, pojawiły się maszyny, magnetofony wielośladowe analogowe. Ja się bardzo cieszę, że pracowałem w analogu, chociaż nie potępiam cyfry, ją też bardzo lubię, bo mogę mieć własne studio, ministudio nagraniowe w domu. Natomiast wracając do samego nagrania, jak to wyglądało? Otóż, przychodziło się na dziesiątą do studia. Przychodziła cała orkiestra, bez solisty i odbywała się próba. Bo najpierw cała orkiestra grała, żeby każdy mógł usłyszeć co tam kolega gra, jak to brzmi w całości, cała orkiestra robiła próbę. A później, mniej więcej po godzinie, w zależności od utworu, czy to wszystko jakoś gładko szło, Andrzej Trzaskowski wypraszał instrumenty dęte ze studia, zostawała sekcja rytmiczna i nagrywała ten utwór, który był zaplanowany. Nagrywali sami, czyli pierwsza warstwa to była sekcja rytmiczna, no i było to swego rodzaju nagranie na setkę. Niemniej jednak oczywiście z powtórkami, bo to nie było tak, że 100% i do widzenia, tylko nagrywało się kolejne setki, bo coś tam komuś się przydarzyło, był jakiś bród, czasami coś tam z taśmą się zadziało. Potem wracały instrumenty dęte i dogrywały do istniejącej sekcji, po czym jak nagranie było kupione, jak to się mówiło, to był czas na saksofony, czasami było to rozłożone w czasie. Jak ta realizacja wyszła fajnie, pomyślnie i wszystko było gotowe, to przychodził czas zgrania, czyli miksu całości materiału. Wtedy już oczywiście muzyków nie było. Opowiadam tak ogólnie o metodach, natomiast szczegółowo niestety nie pomnę jak to było realizowane? Niemniej jednak ja byłem zawsze na wszystkich, cząstkowych nagraniach swoich kompozycji , czy również aranżacji, których mnóstwo też zrealizowałem z orkiestrą Andrzeja Trzaskowskiego. I teraz jak wyglądał miks: To zwykle było tak, że ja, przepraszam, że od siebie zaczynam. Chyba byłem najwyższy w tym towarzystwie.
Więc ma Pan prawo od siebie zaczynać.
- Oczywiście dyrektor Trzaskowski też był i nadworny realizator pan Andrzej Malczewski. Było fajnie, dużo też kłótni, ale takich miłych, twórczych, twórczych kłótni, takich wspominkowych troszkę. Czasami się śmieję z tego , bo ja jednak byłem, co tu by nie mówić, szczawikiem w tym towarzystwie.
… bo Pan miał ledwie, jak dobrze liczę 24 lata, przy okazji nagrania tego utworu.
- a kiedy zacząłem, miałem ledwo 20 skończone. Pierwszy kontakt z orkiestrą miałem, kiedy miałem zaledwie 19 lat, czyli w siedemdziesiątym czwartym roku. Byłem jeszcze w liceum muzycznym, warszawskim i wtedy udałem się z wizytą, bo dowiedziałem się, jak to się mówi na mieście, że się zakłada orkiestra, to znaczy Andrzej Trzaskowski buduje orkiestrę radiową.
I co licealista chciał zdziałać?
- Licealista był podjudzony przez jednego z pedagogów, bo licealista grał na basówce wtedy też. Tenże, wspomniany pedagog, niestety już tak dalece nie sięgam pamięcią, żeby wypowiedź jego nazwisko, ale on jakoś mnie sobie ulubił. W liceum śledził moją młodzieńczą karierę i powiedział: Wojtek, słuchaj zakłada się orkiestra. Pan Andrzej Trzaskowski zakłada orkiestrę radiową i są ogłoszone przesłuchania instrumentalistów, więc może byś poszedł? No to poszedłem z tym basem. Jak wszedłem do przedsionka piekieł, znaczy przedsionka studia S1 , witałem się z dyrektorem. Mój kolega dziś Paweł Perliński, który już wtedy był zatrudniony zagrał ze mną. Po 30 sekundach się wyłożyłem jak długi. Dyrektor powiedział: no dobra, to poćwicz jeszcze i kiedyś pewnie się spotkamy. I żeśmy się spotkali. Spotkaliśmy się w zasadzie chyba w 75 roku. Znowu doszły do mnie słuchy, że potrzebują flecisty, który gra na flecie prostym, czy wręcz na fletach, bo tam tych fletów jest rodzina niemała. Akurat tak się szczęśliwie składa, że ja w liceum szalałem z fletami prostymi również, grając dość poważne rzeczy z kolegami. W związku z czym powędrowałem z fletami do studia już na zamówienie. Tu się dyrektor ucieszył, choć się trochę zdziwił, że gram również na flecie. Nagrałem wtedy z orkiestrą te swoje partie i już mnie nie wyrzucono ze studia, tym razem się udało. Natomiast kurczę, tak zacnych ludzi poznałem, bo to była orkiestra gwiazd, po prostu miłość od pierwszego wejrzenia. Szczególne to byłem pod wrażeniem mojego guru na owe czasy i w ogóle takiego życiowego, Wojtka Karolaka. A poznałem go w ten oto sposób, że on też tam nagrywał z całą orkiestrą na organach Hammonda, bo przecież do rewelacyjnych „hammondzistów” należał. I tak się zaczęło.
„Zwierzenia przy muzyce”
zaprasza Magda Jasińska