Poniedziałek, 20 stycznia 2020 r.   Imieniny: Fabiana, Sebastiana
Polskie Radio PiK » Rozmowa dnia

Rozmowa dnia

prof. Janusz Kutta

Janusz Kutta. Fot. kpsw.edu.pl
Janusz Kutta. Fot. kpsw.edu.pl
Gościem Rozmowy dnia będzie w poniedziałek historyk, prof. Janusz Kutta. Rozmawiać będziemy o bydgoskim jubileuszu stulecia powrotu do wolnej Polski.

Michał Zaleski [wideo]

Michał Zaleski, prezydent Torunia./fot. archiwum
Michał Zaleski, prezydent Torunia./fot. archiwum
PR PiK - Rozmowa dnia - Michał Zaleski
Gościem Rozmowy Dnia był w piątek prezydent Torunia Michał Zaleski. Rozmawialiśmy o setnej rocznicy przyłączenia Torunia do Wolnej Polski i o obchodach z tym związanych.

Michał Jędryka: To jest szczególny czas i szczególne dni. Już jutro – 18 stycznia, czyli setna rocznica powrotu Torunia do wolnej Polski. Obchodzimy w tych dniach powrót do wolnej Polski poszczególnych miejscowości Kujaw i Pomorza. Toruń przytacza na swojej stronie internetowej wspomnienie: „Nagle rozkołysały się tłumy. Są, są na Podgórzu, na Dworcu Głównym! Ułani, ułani krechowieccy polscy ułani!" – tak w 1920 roku Toruń odzyskiwał wolność. Te wspomnienia powrócą jutro?
Michał Zaleski: One już wracają, ponieważ już od kilku dni mówimy o tym. W czwartek odbyła się uroczysta sesja Rady Miasta Torunia i było również wiele wspomnień, związanych z tym co się działo w Toruniu 100 lat temu. Wspominaliśmy moment, kiedy w naszym mieście pojawiło się Wojsko Polskie, kiedy Błękitna Armia wkroczyła do Torunia i szczególny moment pokojowego przekazania władzy Polakom w Ratuszu Staromiejskim przez pruskich zarządców. Otton Stenborn to był pierwszy komisaryczny polski burmistrz – tak wówczas określano stanowisko tego, który odpowiadał za miasto. I jeszcze taki drobny przykład – kiedy nastąpiło przekazanie władzy z wszystkich czterech wieżyczek naszego ratusza nagle wyfrunęły w niebo biało-czerwone flagi.
Wszystko było przygotowane. Kiedy Wojsko Polskie wkraczało od strony dworca Toruń Miasto, bo przecież pociąg, który przyjechał z Wojskiem Polskim podróżował od strony Gniewkowa, to wówczas na terenie Torunia były przygotowane 32 piękne, ozdobne bramy, a żołnierzy witały na ulicach tłumy mieszkańców Torunia. W jedną noc – z 18 na 19 stycznia 1920 roku – wszystkie naraz tabliczki na narożnikach ulic toruńskich zmieniły nazwy z niemieckich na polskie.

I nikt wtedy nie zwracał uwagi na koszty.
– Najważniejsza była moc oczekiwania na Polskę. Przecież tuż, tuż – za nieodległą wówczas jeszcze ciągle granicą – była już Polska od listopada 1918 roku. W Toruniu to pragnienie Polski było bardzo silne.

Teraz wszystko jest przygotowane do obchodów rocznicowych – między innymi w piątek w południe rozpocznie się w ratuszu sesja naukowa, a po południu zaplanowano wernisaż wystawy „Toruń niepodległy". Co na niej zobaczymy?
– Pokazujemy to, co udało się zgromadzić z okresu sprzed 100 lat. Będą oczywiście prezentowane zachowane zdjęcia, fragmenty zachowanych elementów zdobniczych – to wszystko, co mogło znaleźć się jeszcze w archiwach muzealnych czy w archiwach prywatnych.
Zarówno konferencja, jak i wystawa odbywają się w Ratuszu Staromiejskim. Przypomnę raz jeszcze –to było to miejsce symboliczne 100 lat temu, gdzie nastąpiło przejęcie władzy przez polskich cywilów, oczywiście pod patronatem Wojska Polskiego.
Bardzo ciekawie zapowiada się sobota, to będzie kulminacja – 18 stycznia 2020 roku to dokładnie setna rocznica powrotu Torunia do wolnej Polski. (...)



Kosma Złotowski

Europoseł PiS Kosma Złotowski. Źródło: Facebook
Europoseł PiS Kosma Złotowski. Źródło: Facebook
PR PiK - Rozmowa dnia - Kosma Złotowski
Gościem "Rozmowy dnia" był w czwartek europoseł Kosma Złotowski, który obecnie przebywa w Strasburgu i z którym rozmawialiśmy m.in. o debacie w Parlamencie Europejskim, dotyczącej Polski.

Michał Jędryka: W środę w Parlamencie Europejskim odbyła się debata poświęcona Polsce, podczas której występujący europosłowie, zwłaszcza frakcji socjaldemokratycznej, grozili Polsce uruchomieniem procedury z tzw. artykułu 7. Co by to znaczyło?
Kosma Złotowski: Debaty o Polsce i o Węgrzech odbywają się w Parlamencie Europejskim regularnie. To taki rytuał sporu między lewicą a prawicą. Lewica oczywiście uważa, że w Polsce i na Węgrzech dzieją się rzeczy straszne, że nadchodzi dyktatura, podczas gdy siły demokratyczne, przeciwko którym te debaty się odbywają, po raz kolejny wygrywają wybory zarówno na Węgrzech, jak i w Polsce.
Ten rytuał doprowadzi pewnie do tego, że kiedyś dojdzie do wyciągnięcia konsekwencji. Myślę, że najbliższe konsekwencje to będzie zmniejszenie się Europejskiej Partii Ludowej o węgierską partię Fidesz dlatego, że Europejska Partia Ludowa już na dobre przesunęła się na lewicę i reprezentuje dzisiaj pozycje takie, jakie jeszcze 5 lat temu reprezentowała Socjaldemokracja.

Podczas tej debaty słyszałem Juana Fernandeza Lopeza – eurodeputowanego frakcji socjaldemokratycznej, który chce przygotować raport na temat Polski. Mówił, że będzie dążył do tego, by uzależnić wypłatę środków europejskich od przestrzegania podstawowych wartości europejskich. Czy to jest możliwe?
– Tutaj wszystko jest możliwe, to nie jest nowy pomysł. Jak widzimy – debaty na temat sytuacji w Polsce czy na Węgrzech odbywają się bez absolutnie najmniejszego rozeznania w sytuacji, bez spotkania z węgierskim czy polskimi władzami, a jedynie na podstawie tego, co mówi opozycja węgierska czy polska, która ma swoich przedstawicieli w lewicowych ugrupowaniach.

Gdyby doszło do procedury z tzw. artykułu 7 Traktatu Europejskiego to musiałaby być wysłuchana Polska, ale czy w ogóle – Pana zdaniem – może do tego dojść?
– Taka szansa niestety jest. Polska musiałaby być wysłuchana, ale co z tego, skoro ci ludzie nie chcą słuchać argumentów. Mają już wyrobione zdanie na podstawie tego, co mówią koledzy z ich ugrupowań – niezależnie, czy są to posłowie Platformy Obywatelskiej w Europejskiej Partii Ludowej, czy socjalistyczni węgierscy posłowie w grupie S&D. Im już koledzy powiedzieli i wytłumaczyli, i tylko im wierzą. Fakty nie mają tutaj żadnego znaczenia.

Co z tego wynika dla Prawa i Sprawiedliwości, dla rządzących Polską? Jak się zachować wobec takiego postępowania?
– PiS czy Fidesz ma dwa wyjścia. Pierwszy jest taki, żeby się upodobnić do naszych kolegów z tych ugrupowań, ale to by znaczyło zaniechanie reform w Polsce i na Węgrzech. Drugie wyjście jest takie, by po prostu robić swoje. My – Prawo i Sprawiedliwość – jesteśmy wybrani przez obywateli polskich i przed Polakami odpowiadamy przede wszystkim za nasze działania w Polsce, ale także w Parlamencie Europejskim. I niezależnie od tego, jak jest trudno rozmawiać z naszymi kolegami z EPP, group socjalistycznych, to my to cierpliwie robimy i cierpliwie powtarzamy. (...)

Krzysztof Gawkowski

Krzysztof Gawkowski
Krzysztof Gawkowski
Rozmowa Dnia - Krzysztof Gawkowski
Gościem Rozmowy dnia był poseł Krzysztof Gawkowski, przewodniczący klubu parlamentarnego Lewicy. Rozmawialiśmy o: wyborze Roberta Biedronia na kandydata w wyborach prezydenckich, działalności marszałka Senatu oraz uroczystości rocznicowej w Izraelu bez prezydenta Polski.

Marcin Kupczyk: Lider Wiosny Robert Biedroń otrzymał w sobotę od rady krajowej swojej partii oficjalną rekomendacje w wyborach prezydenckich, więc tym samym ma już poparcie wszystkich trzech partii lewicowych, ale ostateczną rekomendację ma otrzymać 19 stycznia podczas konwencji SLD, Wiosny i Lewicy Razem. Pytanie dlaczego właśnie Robert Biedroń?

Bo jest najlepszym kandydatem. Rozmawialiśmy i z Adrianem Zandbergiem i z kilkoma kandydatkami, po to, żeby przedyskutować, jaki profil kandydata ma szansę w tych wyborach wygrać. Lewica nie chcę być tylko uczestnikiem tych wyborów, to znaczy sięgnąć po kilka, kilkanaście procent i na tym zakończyć swój udział, tylko chce zawalczyć o drugą turę wyborów prezydenckich. Karty nie zostały jeszcze rozdane. Oczywiście, największe szanse ma prezydent Andrzej Duda, ale w drugiej turze może być zarówno pani Małgorzata Kidawa-Błońska, jaki i pan Robert Biedroń. Tutaj nikt nie może powiedzieć, że wszystko jest już rozdane. Przypominam wyniki sprzed pięciu lat, gdy poparcie dla Bronisława Komorowskiego drastycznie spadało między innymi przez Pawła Kukiza, który był czarnym koniem tych wyborów. Zatem, gdy ktoś mówi, że Biedroń nie może, to ja mówię, że Biedroń nie tylko może, ale i chce, ponieważ ma charyzmę i zaangażowanie do tego, by powalczyć o drugą turę.

My patrzymy też na te wybory bardzo statycznie. Robert Biedroń ma dzisiaj za sobą cały klub parlamentarny: 49 posłanek i posłów, dwójkę senatorów, doświadczenia z kampanii i tej Wiosennej, i z kampanii do parlamentu polskiego, gdzie był szefem sztabu wyborczego, ale również ma pewną wizję, którą zaprezentuje właśnie na konwencji 19 stycznia. Chciałbym naprawdę, żeby do tych wyborów jeszcze dzisiaj podchodzić na chłodno. Dlaczego? Pani marszałek Sejmu nie ogłosiła jeszcze kampanii wyborczej. Wszystko wskazuje oczywiście na to, że wybory będą 10 maja, druga tura będzie 24 maja, ale nie ma nawet ogłoszenia, a my już jesteśmy na podium. Robert Biedroń ma w sondażach 10 - 12 procent. Od czegoś zaczęliśmy. Ja pamiętam panie redaktorze, przepraszam, że się uśmiecham, ale trzy tygodnie przed świętami Bożego Narodzenia sondaże, w których Biedroń miał 2 - 3 procent, w w rzeczywistości wyszło aż 10-12 procent...(...)

Robert Biedroń, jak zapowiadał, spokojnie przedstawi swoją wizję prezydentury. Rusza w Polskę, będzie otoczony sztabem współpracowników - bardzo doświadczonych. Liczymy bardzo na poparcie pana prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, więc jak ktoś mówi, że dziś jesteśmy na straconej pozycji, to radziłbym naprawdę spokojnie pozwolić Lewicy rozkręcić się z kampanią, bo kampania Lewicy będzie energetyczna, ciepła, otwarta i dochodząca do ludzi. My nie będziemy mówili z okienka telewizyjnego, jak pani marszałek, nie będziemy z prompterem opowiadali, że jest fajnie (...)

A ten tunel, o którym się mówi, tunel pod hasłem "lewica kulturowa" nie sprawi, że z tego tunelu potem będzie bardzo trudno wyjść?

Chciałbym przypomnieć naszym Słuchaczom, bo może gdzieś tam to umyka, jaki był pierwszy projekt ustawy, który Lewica złożyła, pierwszy, czyli taki fundamentalny, pokazujący, o czym będziemy mówili - dotyczył emerytury obywatelskiej w wysokości 1600 zł. To był pierwszy, ale kolejne czego dotyczyły: płacy minimalnej, większych nakładów na służbę zdrowia, czyli myślenia o państwie opiekuńczym, to znaczy o państwie, w którym jeszcze wiele trzeba załatwić (...)

Jarosław Wenderlich [wideo]

Jarosław Wenderlich./fot. PR PiK
Jarosław Wenderlich./fot. PR PiK
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Jarosław Wenderlich
Gościem Rozmowy Dnia był Jarosław Wenderlich, podsekretarz stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Rozmowa między innymi o bydgoskim lotnisku, a także o reformie sądów.


Michał Jędryka: Naszym gościem jest minister Jarosław Wenderlich - podsekretarz stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Przede wszystkim gratulacje z okazji objęcia tego stanowiska... Co jest pana zadaniem w kancelarii?

Jarosław Wenderlich: Do moich obowiązków będzie należało zastępowanie pana ministra Łukasza Schreibera. Pan minister Schreiber jest sekretarzem Rady Ministrów, czyli zapewnia obsługę posiedzeń Rady Ministrów, sporządza protokoły z jej posiedzeń. Jest także przewodniczącym Komitetu Stałego Rady Ministrów, czyli zespołu, który zajmuje się uzgodnieniami, inicjowaniem różnych zagadnień i to są główne główne zagadnienia, którymi będę się zajmował, bo w tym zakresie będę zastępował pana ministra. Będę także zastępcą przewodniczącego Komitetu Stałego Rady Ministrów. Będę uczestniczył w zespole programowania prac rządu. Na co dzień będę współpracował z trzema departamentami w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów - z departamentem koordynacji procesu legislacyjnego, do spraw parlamentarnych, a także z departamentem programowania prac rządu. I to będą moje główne zadania, czyli w bardzo dużym zakresie współpraca z panem ministrem Łukaszem Schreiberem.


Można powiedzieć, że wraz z panem ministrem Łukaszem Schreiberem są panowie jakby w samym centrum zarządzania państwem i prac rządu.

Można tak oczywiście powiedzieć, bo tak jest. Jesteśmy w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów - to jest główny urząd administracji państwowej Rzeczypospolitej. Jestem tam już ponad 7 dni. Jest to duże wyzwanie, bardzo duża odpowiedzialność, szereg zadań, ogrom dokumentów, z którymi należy się zapoznać, także wdrażanie w pewne sprawy, bo przeszedłem płynnie z mojego wcześniejszego miejsca pracy do kancelarii pana premiera. Powiem tak - widać wręcz tytaniczną pracę pana premiera, pana ministra Łukasza Schreibera. Współpracowałem z wieloma osobami, ale praca w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów to jest wielkie wyzwanie, wielka odpowiedzialność i wielkie poświęcenie. Minister Schreiber pracuje od świtu do zmierzchu. Rano pojawia się w kancelarii pana premiera, wychodzi nocą. Jedyne nad czym możemy ubolewać to to, że doba ma tylko 24 godziny, bo pracy i zdań jest ogrom.

A jakie pierwsze problemy, jakie pierwsze wrażenia zastał pan na stanowisku, które objął pan tydzień temu?

To jest olbrzymi urząd, zapewniający pracę i funkcjonowanie Rady Ministrów, Prezesa Rady Ministrów - wiele tematów i zagadnień związanych z całym procesem legislacyjnym, bo przygotowywanie wykazu prac programowych Rady Ministrów, wykazu prac legislacyjnych to jest szerokie spektrum współpracy także z Centrum Analiz Rządowych. Jest tego bardzo dużo. Myślę, że pracy na pewno będzie co niemiara.

A bydgoskimi sprawami nadal będzie się pan zajmował? Będzie pan na przykład przyjeżdżał na posiedzenie Rady Miasta?

Jesteśmy w siedzibie Polskiego Radia PiK, jestem w Bydgoszczy i oczywiście radnym cały czas będę. Rozmawiałem także w tym zakresie z panem premierem, z ministrem Łukaszem Schreiberem. Nie widzą przeciwwskazań bym był przewodniczącym klubu radnych Prawa i Sprawiedliwości w Radzie Miasta Bydgoszczy. Oczywiście czas pokaże i ilość obowiązków, których - nie ukrywam - na pewno mało nie będzie, ale jestem teraz na etapie organizacji. Tę funkcję sprawuję dopiero kilka dni i myślę że z czasem ustalimy jak będzie funkcjonowało moje działanie w Bydgoszczy. Cały czas jestem dostępny przecież także za pośrednictwem mediów społecznościowych, telefonu komórkowego. Dostaję szereg sygnałów, wręcz apeli od grupy osób, bym cały czas był przewodniczącym klubu radnych Prawa i Sprawiedliwości. Myślę, że to są początki i z czasem ustalimy dokładnie zakres mojego działania, współpracy, bo oczywiście zostałem wybrany przez wybrany przez mieszkańców i cały czas chciałbym służyć także mieszkańcom Bydgoszczy.

Panie ministrze, ale są takie sprawy, które są jakby na pograniczu tego, co pan robi w Warszawie i tego, co robi pan w Bydgoszczy. Na przykład minister Łukasz Schreiber poinformował niedawno o sukcesie - jest pozytywna opinia Ministerstwa Infrastruktury w sprawie przekazania działek dla Portu Lotniczego w Bydgoszczy. Wyjaśnijmy może jakie to ma znaczenie dla rozwoju bydgoskiego lotniska?

Bez wątpienia ma to znaczenie dla rozwoju portu lotniczego, gdyż jeżeli port chce inwestować musi mieć na własność działki i określone nieruchomości. Trudno, żeby dokonywać inwestycji nie na swoim stanie posiadania. Z tego co wiem Zarząd Województwa wystąpił do Ministra Infrastruktury, minister Schreiber poinformował po spotkaniu z panem ministrem Horałą, że jest pozytywna opinia Ministerstwa Infrastruktury. Ta sprawa oczywiście będzie w dalszym ciągu procedowana, bo do podjęcia ostatecznej decyzji, do przekazania darowizny na rzecz województwa kujawsko-pomorskiego określonych działek to jest dłuższa droga, ale to jest bardzo dobry sygnał, że są osoby w Warszawie, są tacy nasi dobrzy ambasadorowie Bydgoszczy. Pan minister Schreiber tych tematów pilnuje. Kilka dni temu także mieliśmy do czynienia z wizytą pana ministra w szpitalu MSWiA, gdzie przekazano 4 mln zł dla tej bydgoskiej placówki. Trzeba się tylko cieszyć się z tego, iż dochodzi do takich sytuacji. Każde środki, każda możliwość rozwoju miasta powinny być pozytywnie odbierane...

A sprawa kampusu Akademii Muzycznej w Bydgoszczy. W tej sprawie wciąż podnoszone są jakieś obiekcje - podnosi je przede wszystkim poseł Paweł Olszewski czy rzeczywiście będzie ta inwestycja czy będą na nią pieniądze? Teraz jest promesa, jakie znaczenie prawne ma taka promesa?

Promesa to jest przyrzeczenie, że te środki będą i jestem święcie przekonany, że jeżeli Prawo i Sprawiedliwość obiecało tę inwestycję, to zrealizowało to, bo minister Piotr Gliński pan premier podpisał tę promesę w piątek. Minister Schreiber o tym poinformował. Niestety opozycja próbowała temat rozgrywać medialnie. A mam takie nieodparte wrażenie, iż opozycja - tutaj na poziomie lokalnym - Platforma Obywatelska próbuje włożyć swego rodzaju kij w szprychy roweru, którym jest miasto Bydgoszcz. My chcielibyśmy jechać do przodu, chcielibyśmy rozwoju Bydgoszczy, a Platforma każdy temat próbuje w jakiś sposób obrywać medialnie. Tutaj także z tematem Akademii Muzycznej, gdzie były obietnice - parlamentarzystów Prawa i Sprawiedliwości, pana ministra Schreibera, jest teraz podpisana promesa. Inwestycja będzie zrealizowana, trzeba to mówić bydgoszczanom, no a na cały czas pojawiają się jakieś głosy wątpliwości. Ja też jestem w niektórych tematach „niewiernym Tomaszem” - dopóki nie dotknę, nie zobaczę - nie uwierzę, ale tutaj ta inwestycja będzie zrealizowana, o czym możemy zadeklarować ze stuprocentową pewnością...

Jan Krzysztof Ardanowski

Jan Krzysztof Ardanowski. Fot. Archiwum
Jan Krzysztof Ardanowski. Fot. Archiwum
PR PiK - Rozmowa dnia - Jan Krzysztof Ardanowski
Naszym gościem był minister rolnictwa Jan Krzysztof Ardanowski. Rozmawialiśmy między innymi o programach wsparcia rolnictwa, o szkolnictwie rolniczym i roli tradycji w życiu wsi.

Michał Jędryka: Rozmawiamy w kuluarach Filharmonii Pomorskiej, w czasie uroczystości "Rolnik roku". Powiedział Pan w przemówieniu do rolników słowa dość zaskakujące dla człowieka z miasta, że "dusimy się żywnością", że nie tylko w Polsce, ale i na świecie jest jej zbyt wiele. Starsze pokolenie jeszcze pamięta, kiedy o żywność było bardzo trudno. Co się stało przez te 30 lat?
Jan Krzysztof Ardanowski: To może dziwne dla konsumentów, którzy nie znają sytuacji rolnictwa, ale faktycznie w krajach bogatych – a my do takich należymy, mówi się o bogatej północy – żywności jest pod dostatkiem. Bardzo wiele jej się także marnuje – około 30 proc. zarówno na etapie zbiorów u rolników, jak również przetwarzania. Bardzo dużo marnujemy żywności także w domach – wyrzucamy do śmieci. Jest mania zakupów, brak logiki, brak ustalenia tego, czego w domu brakuje, a jednocześnie różnego rodzaju promocje, dźwięki, zapachy, które są w sklepach. Ludzie kupują za dużo i potem żywność wyrzucają, myśląc również w demagogiczny sposób o tzw. terminie ważności. Taki termin oznacza datę, do której producent bierze za to odpowiedzialność, natomiast nie to, że następnego dnia produkt jest nic nie warty, że jest zepsuty, a często jest wyrzucany.
Rzeczywiście świat bogaty dusi się od nadmiaru żywności, a świat biedny – szacuje się, że około 820 milionów ludzi – przymiera głodem, jest na granicy śmierci głodowej. 2,5 miliarda ludzi jest niedożywiona, nie dojada. Posiłek w Afryce często jest jeden na 2 dni. To niemoralność tego świata, że żywność się marnuje, nie trafia do potrzebujących.
My w Polsce nie jesteśmy w stanie tego zmienić, ale naszym zadaniem – jako polskich rolników – jest produkować żywność zdrową, bezpieczną. To może być znak rozpoznawczy polskiej żywności – wysoka jakość, nie ilość. Ilością nie będziemy w stanie konkurować, ani również niskimi kosztami. Środki do produkcji kupujemy po cenach światowych, u wielkich producentów, jak: Ukraina, Rosja, Brazylia, Argentyna, Stany Zjednoczone, Kanada, Nowa Zelandia... Nie wiadomo, jaki skutek będą miały pożary w Australii dla rynku globalnego.
Z tymi wielkimi krajami nie jesteśmy w stanie konkurować, musimy się czymś wyróżnić i naszym naszą specjalnością, naszą szansą, znakiem rozpoznawczym powinna być żywność wysokiej jakości.

Jeden z rolników występujących na uroczystości wspomniał, że dziś – składając życzenia świąteczne – lepiej nie mówić "pogodnych świąt", ale "deszczowych świąt". To jedna z tych rzeczy, na które też nie mamy wpływu.
– To wyzwanie czasów współczesnych. Gołym okiem widać, że klimat się zmienia. Jest oczywiście globalna dyskusja, czy wpływają na to czynniki antropogeniczne, czyli pochodzące od człowieka, czy też są to cykliczne zmiany klimatu, na które człowiek wielkiego wpływu nie ma. Ale niewątpliwie obserwujemy gwałtowne zjawiska przyrodnicze – jednym z nich jest okres suszy, nawet nie tyle braku deszczu. Są długie okresy bez deszczu, a potem przechodzące deszcze są gwałtowne i niszczą przy okazji glebę, powodując masywne spływy również nawozów itd.
Problem gospodarki wodą jest jednym z najważniejszych, który stoi przed polskim, ale i europejskim rolnictwem, w szczególności w tych częściach Europy, gdzie klimat bardzo się zmienia. Może inaczej jest w Skandynawii, inaczej w pobliżu mórz, gdzie klimat morski powoduje, że ilość opadów jest wystarczająca.

Wspominał Pan, że będzie drugi nabór na dotacje do retencji wody. Ten pierwszy przyniósł zadowalające wyniki?
– Niestety nie. Uruchomiłem program we wrześniu – program wartości 100 milionów euro, czyli prawie pół miliarda zł – na dofinansowania w gospodarstwach inwestycji w budowie zbiorników retencyjnych, ewentualnie studni głębinowych i systemów nawodnieniowych. Zgłosiło się niecałe 700 rolników, to nie jest dużo. Nawet się zastanawiam – rolnicy mówią, że są problemy z suszą, ale jakoś zbyt wielu chętnych nie było. (...)

dr Sławomir Sadowski [wideo]

dr Sławomir Sadowski. Fot. Archiwum
dr Sławomir Sadowski. Fot. Archiwum
Rozmowa Dnia - dr Sławomir Sadowski
Bieżąca sytuacja w polityce krajowej i międzynarodowej, zwłaszcza w kontekście wydarzeń na Środkowym Wschodzie - o tym w Rozmowie Dnia mówiliśmy z politologiem dr. Sławomirem Sadowskim.

Michał Jędryka: Pewne jest, że na Bliskim Wschodzie rośnie napięcie. Niektórzy twierdzą, że istnieje koincydencja ataku na generała Kasama Sulejmaniego z odkryciem nowych, ogromnych złóż ropy w Iranie. Panie doktorze, co może się wydarzyć w najbliższym czasie w tamtym regionie?

Sławomir Sadowski: W najbliższym czasie może się wydarzyć w zasadzie wszystko. Chociaż ja jedną rzecz bym wykluczał - to znaczy wojnę na wielką skalę. Wojna nie jest potrzebna nikomu, ani Stanom Zjednoczonym, ani oczywiście Iranowi, ani innym rozlicznymi uczestnikom tego konfliktu od mocarstw światowych, taki jak Rosja, Chiny, po ekstremistyczne organizacje terrorystyczne takie jak Hezbollah, czy Irańscy Strażnicy Rewolucji i szereg innych grup, które trudno nawet wymienić. Stany Zjednoczone będą prowadziły politykę troszeczkę zmuszającą Iran do powrotu do stołu rokowań na temat irańskiego programu jądrowego. A Iran będzie robił pod względem dyplomatycznym wszystko, aby tego nie uczynić, ponieważ nie jest to z jego punktu widzenia kompletnie zasadne. Iran chcąc zbudować swój potencjał jądrowy, raczej buduje go jako potencjał odstraszania, co zresztą w wielu obszarach świata się sprawdziło. Natomiast może się pojawić cały szereg przypadkowych konfliktów, które wynikają z faktu, że różnego rodzaju organizacje, także te o charakterze terrorystycznym, teoretycznie podlegają takim czy innym siłom politycznym czy państwom, ale praktycznie mają ogromną autonomię i czasami działają w sposób nie do końca racjonalny.

Jeden z ryzykownych scenariuszy mógłby wyglądać tak, że Iran mógłby próbować wykorzystać swoją kartę przetargową i zablokować cieśninę Ormuz, z której wywożona jest ropa naftowa z Emiratów Arabskich, z Arabii Saudyjskiej, ale to oznaczałoby pewnie konflikt zbrojny już na skalę trochę większą.

Myślę, że Iran tego nie uczyni z jednego względu. Państwo, z którym Iran ma bardzo przyzwoite stosunki, czyli Chiny nie dopuszczą do tego. Dla Chińczyków cieśnina Ormuz jest cieśniną, która dostarcza na rynek chiński bodajże 30 procent ich zapotrzebowania na ropę naftową. Jest to zbyt wielkie ryzyko, żeby z jednej strony brać się za bary z takim gigantem jak Stany Zjednoczone, a z drugiej strony zepsuć sobie jeszcze stosunki z Chinami. Jedynym państwem, które być może wcale nie byłoby nieszczęśliwe z powodu zablokowania tej cieśniny, jest Rosja, ponieważ skutkowałoby to zapewne gigantycznym wzrostem cen ropy naftowej, a dla Rosji to byłaby sytuacja bardzo korzystna. Zresztą poziom dzisiejszych cen także dla Rosji jest korzystny, więc to państwo nie jest wcale nieszczęśliwe z powodu buzowania kotła bliskowschodniego. No i te interesy są na tyle sprzeczne, że chyba nikt nie zareaguje w sposób prowadzący do wojny na wielką skalę. Natomiast jeszcze raz powrócę do wcześniejszego wątku: te organizacje, nad którymi nikt tak naprawdę do końca nie panuje, od czasu do czasu być może będą chciały się zemścić na „wielkim i małym szatanie", czyli możemy spodziewać jakiś dalszych ataków terrorystycznych na instalacje amerykańskie, czy być może zaryzykują atak w Izraelu, chociaż Izrael ma bardzo skuteczny system osłony przed tego typu działaniami.

Przejdźmy może do spraw europejskich i krajowych. Przedstawiciele Komisji Weneckiej przybyli w środę do Polski, żeby rozmawiać o ustawie dyscyplinującej sędziów. Zaprosił ich marszałek Senatu Tomasz Grodzki, co ma swoje konsekwencje, bo szef MSZ mówi, że skoro Komisja Wenecka reaguje na zaproszenia i na pytania państw, a rząd polski nie zwracał się o opinię, to rząd nie ma o czym rozmawiać i powstała pewna sytuacja patowa...

No jest to dosyć skomplikowana rzecz. Zapraszanie jakichkolwiek ekspertów mądrych czy głupich, wszystko jedno jakich, nie ma dzisiaj sensu dopóty spór o sądy w Polsce ma charakter polityczny. Spór polityczny możemy rozwiązać wyłącznie instrumentami politycznymi, a nie prawnymi. I tak będziemy budować różne konstrukcje prawne, których i jedna strona nie będzie respektować, i druga również. Dopóki ten spór nie będzie miał rozstrzygnięcia politycznego, na drodze prawnej, według mnie, pozostanie kompletnie nierozstrzygnięty. Oczywiście służy on obu skonfliktowanym partiom czy grupom partii w Polsce do utrzymywania określonego napięcia i budowania swojego wizerunku wobec, przede wszystkim, własnych obywateli. Mam wrażenie, że obie strony nieco zapomniały, po co myśmy ich jako obywatele wybrali, że nie chodzi o ich spory, tylko o to, żeby w końcu politycy zaczęli rozwiązywać bardzo mocno nabrzmiałe problemy społeczne - to jest oczywiście problem sądownictwa, bardzo istotny, problem służby zdrowia, i tak dalej, i tak dalej. Zatem ten spór polityczny, który rzekomo jest sporem prawnym, niczemu dobremu nie służy. (...)

Piotr Całbecki [wideo]

Piotr Całbecki./fot. PR PiK
Piotr Całbecki./fot. PR PiK
Rozmowa Dnia - Piotr Całbecki
Jak będą wyglądały regionalne obchody 100 - lecia powrotu Pomorza i Kujaw do Macierzy? Jakie znaczenie dla budowania jedności regionu mają te wydarzenia? Czy rzeczywiście łączą czy raczej dzielą i dlaczego - o tym w Rozmowie Dnia, której gościem Radia PiK był marszałek województwa Piotr Całbecki.

Panie marszałku, jutro uroczysta inauguracja obchodów stulecia powrotu do Macierzy, no właśnie czego: Pomorza, Pomorza i Kujaw czy Kujaw i Pomorza? Jaka jest oficjalna nazwa tych wydarzeń?

Aby wyjaśnić, jak przebiegała akcesja naszych ziem do Rzeczpospolitej powołaliśmy aż 30 - osobowy sztab nie kryzysowy, ale historyków, ludzi, którzy wytłumaczą nam wszystkim, jak ten proces przyłączania naszych ziem Kujaw Zachodnich przebiegał w przeszłości. Od jutra rozpoczynamy cykl pięknych wydarzeń związanych z setną rocznicę powrotu Pomorza oraz Kujaw Zachodnich do Macierzy.

Kiedy spotykaliśmy się w studio miesiąc temu mówiliśmy o Pomorzu. Coś się zmieniło?

Tak, ponieważ rzeczywiście fakt historyczny, jakim jest powrót Pomorza do Macierzy jest bardzo znany, ze względu chociażby na rangę tego wydarzenia dla Rzeczypospolitej, to znaczy otwarcia Rzeczypospolitej na Bałtyk, na morze i przywrócenie Polski na ziemiach mocno zgermanizowanych przez prawie 150 - letnią niewolę. Inną historię mają rzeczywiście wypadki związane z Powstaniem Wielkopolskim i włączeniem do Wielkopolski, czy do województwa wówczas tworzącego się Poznańskiego, Bydgoszczy i ziem Kujaw Zachodnich powyżej mniej więcej Gniewkowa. Rzeczywiście mówiliśmy pierwotnie o Pomorzu, za to dziś mówimy o całych tych zdarzeniach, które widzimy jakby z dwóch stron, czyli od Powstania Wielkopolskiego, związanego z wojskami Dowbor-Muśnickiego, z drugiej strony z Hallerem, czyli świętujemy w jednym akcie, wspólnie jeszcze, żeby było bardziej może skomplikowane to świętowanie, z województwem pomorskim, dla którego też przecież część tylko ziem właśnie wtedy została wyzwolona. Dzisiejsze granice administracyjne obydwóch województw przebiegają zupełnie inaczej, niż 100 lat temu.

Czy nie mogło być tak od początku?

Pewnie tak. To naukowcy zwrócili uwagę na ten fakt. Właśnie po to mamy naukowców, radę, którą powołałem, aby zwracała uwagę na takie sprawy, i bardzo dobrze, że tak się stało.

Czyli mamy oficjalną nazwę uroczystości: „Stulecie powrotu Pomorza i Kujaw Zachodnich do Macierzy". Mamy też plakat i tutaj znowu pojawiają się kontrowersje. Plakat zachęcający do uczestnictwa w tych wydarzeń i postaci: marszałek Józef Piłsudski i generał Józef Haller i Stefan Łaszewski, czyli pierwszy wojewoda pomorski. Nie ma nikogo znowu z Bydgoszczy. Brakuje generała Dowbor - Muśnickiego...

Biedny autor tego plakatu, wspaniałego plakatu, jeżeli ktoś dostrzega piękno i zna się na sztuce, zauważy na pewno, że ten plakat zwraca uwagę. Jest kolorowy, ma ciepłe barwy, inne od tych, do których jesteśmy zwykle przyzwyczajeni. Jest to wizja artystyczna Bogdana Ziółkowskiego, fantastycznego człowieka, który jest artystą, a jednocześnie był dyrektorem szkoły w Łążynie, a co najciekawsze, jest spadkobiercą tradycji budowania polskości na naszych ziemiach przez jego dziadka, który zakładał Towarzystwo Ludowe jeszcze na początku XX wieku, w latach 1910 - 1915 i wcześniej. To jest między innymi powód, dla którego to on jest autorem tego plakatu. A artysta miał taką właśnie wizję, aby uwiecznić bardzo rozpoznawalne postaci, z tak zwanych pierwszych szeregów, czyli Piłsudskiego, Hallera, którzy dowodzili przecież tym całym procesem wyzwalania, przeprowadzania Polski na naszych ziemiach. (...)


Stefan Pastuszewski

Stefan Pastuszewski. Fot. Archiwum
Stefan Pastuszewski. Fot. Archiwum
PR PiK - Rozmowa dnia - Stefan Pastuszewski
Gościem Rozmowy dnia był dr Stefan Pastuszewski - były wieloletni bydgoski radny, działacz i literat. Pytaliśmy go m.in. o wizję Starego Rynku i śródmieścia, o to czy należy odbudować zachodnią pierzeję i czy Bydgoszcz może być miastem kreatywnym.


Marcin Kupczyk: Niespełna miesiąc temu odbyła się debata oksfordzka zatytułowana "Czy Bydgoszcz jest miastem kreatywnym?". Rozmawiały różne osoby, związane z miastem. Na koniec odbyło się głosowanie, w którym większość odpowiedziała, że Bydgoszcz nie jest miastem kreatywnym. Pan również był w tej debacie zwolennikiem takiego poglądu. Dlaczego?
Stefan Pastuszewski: Okazało się, że król jest nagi, bo pomimo działalności propagandowej, "lukrowaniu" wielu rzeczy okazuje się, że nasze miasto nie ma inicjatyw, które przekraczają schematy. To, co się dzieje w mieście jest reproduktywne, czyli jest to powtarzanie, naśladowanie czegoś – brakuje tendencji do działań wyjątkowych i pobudzających innych.
Miasto kreatywne to też takie, w którym jest atmosfera pozytywna dla twórców i to nie tylko tych tradycyjnych dziedzin kultury, jak literatura, muzyka, plastyka, teatr, które są jądrem kreatywności. W tej debacie pracowaliśmy na definicji miasta kreatywnego Unesco - zgodnie z nią oprócz jądra kreatywności, jest tzw. otoczenie kreatywności, jest klasa kreatywna. Pytanie: kto należy do klasy kreatywnej? Należą do niej oczywiście twórcy, ale też np. ci, którzy zajmują się designem czy zielenią miejską w sposób twórczy. Ale też to, co w Bydgoszczy jest niezauważalne, choć być może istnieje – są to konstruktorzy, bo oceniamy też przemysł. Konstruktor i menadżer, który coś nowego buduje jest człowiekiem kreatywnym, należy do klasy kreatywnej.
Po stronie pozytywnej podczas debaty był m.in. przedstawiciel Parku Technologiczno-Przemysłowego, który zaczął się chwalić produktywnością tego parku.

140 firm, 4 tys. zatrudnionych tam osób - to nie świadczy pozytywnie?
– Należy zadać pytanie, czy to są montownie, czy zakłady wytwórcze? Nawet jeśli one współpracują, są kooperantami innych firm, to pytanie, czy tam powstaje coś nowego? Kreatywność to innowacyjność, przekraczanie tego, co jest.

Bydgoszcz jest miastem coraz bardziej kreatywnym i rozwija się. 10 lat temu mało osób spędzało czas w śródmieściu, teraz jest to salon miasta – tak argumentował Łukasz Krupa – przedstawiciel ratusza i zwolennik tezy podczas debaty, że Bydgoszcz jest miastem kreatywnym.
– Na pewno jest to objaw tzw. kreatywności społecznej. Jest to duża zasługa ratusza i organizacji społecznych, kulturalnych, że udało się zbudować aktywność rekreacyjną w centrum. Bo kreatywność to jest też uruchamianie pewnych zachowań społeczności, wspólnoty samorządowej. To jest pozytywne zjawisko, ale to wszystko za mało. Tego typu zjawisk jest w innych miastach dużo więcej - trzeba zadać sobie pytanie, czym różnimy się od innych miast?

Czy zachodnia pierzeja Starego Rynku powinna być odbudowana? Czy powinny się na to znaleźć pieniądze, bo natychmiast pewnie pojawią się głosy, że są pilniejsze potrzeby – ulice, żłobki, przedszkola.
– Tego typu pogląd jest poglądem niekreatywnym, bo ulice, żłobki, przedszkola zawsze będą, natomiast zachodnia pierzeja jest wyjątkowa. Sam fakt powrotu do przeszłości i zamknięcia rynku, który ma tylko trzy ściany, a jak każdy pokój powinien mieć cztery, to jest pewne zjawiskowo kreatywne. (...)

Iwona Hartwich

Iwona Hartwich. Fot. Katarzyna Prętkowska
Iwona Hartwich. Fot. Katarzyna Prętkowska
PR PiK - Rozmowa dnia - Iwona Hartwich
Jeszcze aktywna działaczka na rzecz środowiska osób niepełnosprawnych czy już polityk? Jak odnajduje się w Sejmie i nad jakimi projektami pracuje? Gościem „Rozmowy Dnia” we wtorek była posłanka Koalicji Obywatelskiej.

Katarzyna Prętkowska: Kim po tych kilku miesiącach zasiadania w ławach sejmowych jest Iwona Hartwich?
Iwona Hartwich: Często ludzie zadają mi to pytanie i zawsze odpowiadam, że czuję się jakbym była w dalszym ciągu na proteście. Mam w sobie zakorzenionego społecznika, więc do dziś trudno mi się przyzwyczaić do słów „pani poseł”.

Przy wypełnianiu mandatu poselskiego przydaje się doświadczenie z ulicy – z demonstracji, czy wręcz przeciwnie?
– Bardzo! To, co jest za mną – wieloletnia walka, bo o prawa osób z niepełnosprawnościami walczę od 2008 roku – absolutnie się przydaje.

3 stycznia otworzyła Pani biuro w Toruniu. Kiedy usłyszymy o projektach czy inicjatywach poseł Iwony Hartwich i jakie one będą?
– Myślę, że już niedługo. Mam nadzieję, że niebawem z naszego klubu Koalicji Obywatelskiej wyjdzie projekt ustawy, na którą czeka całe nasze środowisko. Chodzi o ustawę, która znosi kryterium do 500 zł dla osoby z niepełnosprawnością. Dzisiaj – jak wszyscy wiemy – osoby po 18. roku życia muszą stawiać się na komisje i po raz kolejny potwierdzać jeszcze raz swoją niepełnosprawność w stopniu znacznym. Pieniądze są objęte kryterium i na to nie ma zgody naszego środowiska. Osoby najsłabsze, które są niezdolne do samodzielnej egzystencji i otrzymują drobną rentę socjalną w wysokości 935 zł, powinny te 500 zł dostawać bez żadnego kryterium. Mało tego – będziemy się starać, ja – osobiście, żeby renta socjalna wynosiła przynajmniej najniższą krajową i żeby co roku była waloryzowana. Nie może być tak, że niepełnosprawni dostają pieniądze na podstawie kryterium i cały czas się boją, czy będą dostawały je na stałe czy też zostaną im zabrane. Na pewno będą bardzo o to dbała.

Na jakim etapie jest praca nad tym projektem?
– Już 8 stycznia rozpoczyna się trzecie posiedzenie Sejmu i myślę, że właśnie wtedy dowiem się, na jakim etapie jest ta ustawa. (...)
1234567