Sobota, 22 września 2018 r.   Imieniny: Tomasza, Maurycego, Joachima
Polskie Radio PiK » Rozmowa Dnia

Rozmowa dnia

Ewelina Tutak i Marcin Kowalkowski

Ewelina Tutak i Marcin Kowalkowski. Fot. E.Rupniewska
Ewelina Tutak i Marcin Kowalkowski. Fot. E.Rupniewska
PR PiK - Rozmowa Dnia - Ewelina Tutak i Marcin Kowalkowski
Pracownicy Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Bydgoszczy czują się pokrzywdzeni z powodu zastosowania wobec nich wskaźnika płac niższego, niż obowiązujący w całym kraju. Nie rozumieją tego i próbują dobić się do różnych instytucji w tej sprawie. Pojawiają się już zapowiedzi zorganizowania akcji protestacyjnych. Na ten temat Marcin Kupczyk rozmawia z Eweliną Tutak i Marcinem Kowalkowskim.

M. Kowalkowski: Pokrótce tylko powiem czym się zajmujemy - sprawujemy nadzór nad higieną środowiska, higieną pracy, warunkami pracy i higieną komunalną. Wszystkie usługi dla ludności, badania wody, badania żywności, higiena w szkołach i placówkach oświatowych, sprawujemy nadzór nad żywnością i żywieniem, staramy się zapobiegać i zwalczać choroby zakaźne, choroby zawodowe.

Marcin Kupczyk: To wystarczy, żeby zorientować się jak ważna jest państwa praca. Wyjaśnijmy zatem na czym polega Państwa problem i czego się domagacie?

Ewelina Tutak: Czujemy się potraktowani niesprawiedliwie dlatego, że zastosowano wobec nas niższy wskaźnik płacy, to jest 0,73 zamiast 1,05 - tak jest w pozostałych 14 województwach w Polsce - dla pracowników na stanowiskach asystenta i starszego asystenta, posiadających studia podyplomowe a nie posiadających specjalizacji.Czujemy się pokrzywdzeni. W takiej sytuacji jest nasze województwo i Podlaskie. Nie rozumiemy, dlaczego tak się dzieje, bo wykonujemy te same obowiązki jak reszta Polski.

Marcin Kowalkowski: Do tej pory usłyszeliśmy, że sytuacja taka ma miejsce, ponieważ pracownicy, którzy nie mają specjalizacji nie mogą być traktowani tak samo jak pracownicy, którzy te specjalizacje mają zrobione.Tylko, że przez wiele lat, naście lat, nie było szans na zrobienie specjalizacji. Pewnie byśmy je zrobili, bo za własne pieniądze robiliśmy studia podyplomowe - jedne, drugie, różne konferencje, szkolenia. I teraz czujemy się pokrzywdzeni dlatego, że w pozostałych województwach uznano, że te studia podyplomowe należy traktować tak samo jak specjalizacje, więc tam pracownicy dostali wyższy współczynnik płacy, dostali wyższe zarobki, natomiast nas potraktowano jako być może gorzej pracujących i uznano, że nam się te wyższe współczynniki nie należą. Dodam, że te podwyżki są przewidziane do 2021 roku, więc one są rozłożone na raty.

E.T.: Czyli w 2021 roku będzie różnicaw wysokości wynagrodzenia. Osoby, które będą miały ten przelicznik 1,05 dostaną 4095 zł brutto, natomiast dla nas - jeżeli nie wywalczymy tego wyższego współczynnika - to będzie 2841 złotych brutto, choć zakres obowiązków jest taki sam w całym kraju.

MK. Czyli obok siebie mogą siedzieć dwie osoby - jedna ze specjalizacją, a druga ze studiami podyplomowymi. Jedna z nich może za dwa lata zarabiać 4 tysiące złotych, a ta druga, obok siedząca, niecałe 3 tysiące.

M. Kowalkowski: Rozmawialiśmy z naszymi pracodawcami, rozmawialiśmy z Wojewódzkim Inspektorem, z panem wojewodą, wysłaliśmy pismo do Ministra Zdrowia. Wszędzie słyszeliśmy taką samą odpowiedź, że wszystko się dzieje zgodnie z prawem, bo tak przewidziała ustawa. Ale na przykład z pisma z Ministerstwa Zdrowia wynika, że owszem należy potraktować tę pracę którą wykonujemy taką samą o tej samej wartości jak osoby ze specjalizacją na równi. Tak też przewiduje też Kodeks Pracy, że praca która ma tą samą wartość, te same zadania powinny być jednakowe traktowanie.

M.Kupczyk: Gdzie zatem tkwi błąd? W samej ustawie?

M. Kowalkowski: - Na pewno tak. Na pewno ustawodawca nie wziął pod uwagę pracowników inspekcji. To jest ustawa dla służby zdrowia, natomiast na Inspekcja Sanitarna jest jakby wyjątkową instytucją. W tej ustawie brakuje słowa "lub". Tam jest napisane tylko, że "osoby, które mają specjalizację". Wydaje nam się, że wystarczyłoby dopisać "lub studia podyplomowe".

M.K. Wtedy traktowani bylibyście na równi z innymi pracownikami służby zdrowia. Postulaty znamy. Co będzie dalej? Co się może stać, jeśli one nie zostaną spełnione?

M.Kowalkowski: Na razie przewidujemy akcje protestacyjne, pikiety. Chcemy się spotkać pod Urzędem Wojewódzkim i tam przeprowadzić pikiety. Co będzie dalej, to też zależy od tego, jaka będzie odpowiedź pana wojewoda, który musi wydać zarządzenie o naszych zarobkach, bo to teraz on zdecyduje, jakie współczynniki będą określone w tym roku. Z tego, co zdążyliśmy się dowiedzieć, to zarządzenie już zostało wydane, jest jakieś świeże pismo od wojewody, bardzo ogólnikowe i znów nie przesądza o niczym, zostawia furtkę dyrektorowi.

M.K. Czy dają państwo jeszcze decydentom jakiś czas na decyzję?

M.Kowalkowski: Ta akcja protestacyjna, pikieta dopiero w październiku. Nie chcemy podejmować pochopnych decyzji, jednak są różne możliwości dochodzenia swoich praw zgodnie z Kodeksem Pracy.

Zbigniew Ostrowski

Zbigniew Ostrowski. Fot. Adam Droździk
Zbigniew Ostrowski. Fot. Adam Droździk
Czy region kujawsko-pomorski jest w ogonie w wykorzystywaniu unijnych pieniędzy - jak mówią przedstawiciele rządu - czy w czołówce, jak twierdzi marszałek województwa? Czy województwo będzie walczyć, razem z innymi regionami, o budowę drogi S-10 i wspólny bilet kolejowy na wszystkich polskich trasach? Czy Opera Nova w Bydgoszczy doczeka się czwartego kręgu, a Filharmonia Pomorska - gruntownej rewitalizacji? Odpowiedzi na te w "Rozmowie dnia" w Polskim Radiu PiK. Gościem Marcina Kupczyka był wicemarszałek województwa, Zbigniewa Ostrowskiego.

Marcin Kupczyk: Panie marszałku, dobiega końca obecna kadencja samorządu, czas biegnie bardzo szybko. Chciałbym zapytać, może dość przewrotnie, jak pan widzi koniec tej kadencji, która przed nami? Jak będzie za 5 lat wyglądać nasze województwo?

Zbigniew Ostrowski: - Za 5 lat będziemy funkcjonowali w zupełnie innych warunkach, bo jeżeli do 2018 roku dodamy 5 lat, to będzie 2023 rok. Wtedy musimy rozliczyć drugą perspektywę unijną, a zatem jesteśmy przekonani, że te wszystkie wielkie projekty, które w tej chwili rozpoczęliśmy, zostaną doprowadzone do końca przynajmniej z takim rezultatem, jak pierwsza perspektywa unijna Powstanie wiele nowych inwestycji, chociażby te, o których się głośno mówi np. rozbudowa naszych instytucji kulturalnych, ale przede wszystkim w tym czasie będziemy koncentrowali się na człowieku i na ogromnych programach społecznych. Myślę, że jest to potrzeba chwili.

Będzie piękniejszy ten region za 5 lat?
- Będzie piękniejszy. Gdybyśmy zobaczyli, jak on piękniał przez ostatnie kilkanaście lat, kiedy rozpoczęła się namacalna pomoc Europy. Jeśli chodzi o środki, to będzie cały czas trwało. Będziemy musieli bardzo poważnie myśleć o tym, że kolejna perspektywa Unii będzie zupełnie inna i w tej chwili przygotowujemy mechanizmy i instrumenty finansowe, żeby - bez lub w ramach innego wsparcia Europy - móc interweniować na polach, które będą tej interwencji wymagały.

To wsparcie będzie już wówczas mniejsze.
- Będzie mniejsze, natomiast niewątpliwym sukcesem tej kończącej się kadencji jest to, że udało nam się powołać Kujawsko–Pomorski Fundusz Rozwoju, który - mamy nadzieję, że w najbliższym czasie - zmieni się w Bank Inwestycyjny (…). Mamy zgromadzone około miliarda złotych, żeby wspierać potrzebne inwestycje, pomagać przedsiębiorcom, pomagać samorządom.

W skali całego kraju, jeśli chodzi o wykorzystywanie unijnych funduszy, zagrożonych jest 400 milionów euro, a w województwie kujawsko-pomorskim 64 miliony euro. Tyle może stracić nasz region. Tak uważa minister inwestycji i rozwoju pan minister Kwieciński. Powtarzał to w maju br., kiedy był gościem Polskiego Radia PiK. Mówił o tym w sierpniu i mówił o tym aż dwukrotnie we wrześniu. "Nie mam wpływu na to, co się stanie z tymi pieniędzmi, bo nimi zarządzają marszałkowie. Jeśli tych pieniędzy nie wydadzą, to one bezpowrotnie przepadają i to województwo kujawsko-pomorskie obok małopolskiego ma największą w skali kraju zagrożoną kwotę". Nasze województwo, zdaniem ministra Kwiecińskiego - co powtarzał kilkakrotnie w ciągu tego roku - jest na szarym końcu.

- Gołym okiem i gołym uchem widać i słychać, że rząd wyruszył w samorządową kampanię wyborczą po kraju. Premier Morawiecki ze swoimi ministrami odwiedza różne regiony i lobbuje na rzecz swojej opcji politycznej. Również minister Kwieciński, którego bardzo cenię, odwiedza nasz region i używa instrumentów propagandy. Takim instrumentem propagandy jest strach. Oparcie propagandy na strachu i mówienie ludziom, że coś nam przepadnie, że coś nam ktoś zabierze. Otóż chcę powiedzieć dobitnie i jednoznacznie: wszystkie wskaźniki, na które czeka Europa w tzw. mechanizmie "n+3", które groziłyby ewentualnie odebraniem nam środków, zostaną osiągnięte jeszcze we wrześniu tego roku. Dokładnie za kilkanaście dni wykonamy to, na co czeka Europa w mechanizmie "n+3". Wypowiedział tę kwestię wczoraj marszałek Całbecki na konferencji prasowej, a o 15:05 z Regio Poland dostaliśmy taką oto wiadomość: „Potwierdzamy wypowiedź Piotra Całbeckiego. Na podstawie prognoz certyfikacji przesłanych do Komisji Europejskiej, Komisja Europejska nie dostrzega zagrożenia utraty środków przez żaden z Programów Regionalnych, w tym również przez region kujawsko–pomorski. Przy okazji, ponieważ cały czas rząd troszczy się o powodzenie naszych Programów Operacyjnych, warto dodać jakie nastąpiły opóźnienia w ich realizacji na początku perspektywy. Przede wszystkim, jeżeli chodzi o opóźnienia, które niestety były za sprawą rządu, warto powiedzieć, że zbyt późno wprowadzono zmiany do ustawy "prawo zamówień publicznych". Opóźniło to o pół roku aktualizację Krajowego Programu Oczyszczania Ścieków Komunalnych, na której oparta była cała interwencja w oczyszczalnie ścieków. Z kilkumiesięcznym opóźnieniem weszła dopiero w kwietniu 2016 roku. Późne uchwalenie ustawy o rewitalizacji w październiku 2016 roku, brak aktualizacji planów gospodarki wodami w dorzeczach, brak i opóźnienie w opracowaniu map potrzeb zdrowotnych, które wstrzymały nam inwestycje zdrowotne. To są fakty. Jeśli mówimy o naszym miejscu w Polsce, jeżeli chodzi o poziom certyfikacji na koniec sierpnia, to jesteśmy obecnie na przedostatnim miejscu. Gdyby jednak wziąć pod uwagę nie wskaźniki procentowe, tylko kwoty, które są certyfikowane, czyli rozliczone z Europą, to za nami są jeszcze województwa lubuskie, opolskie, podlaskie, świętokrzyskie i warmińsko–mazurskie. Różnice między tymi województwami poza czołówką, to jest różnica kilkudziesięciu milionów. Kilkudziesięciu milionów w tej perspektywie, która daje nam do dyspozycji 9 miliardów złotych.

Oczywiście o tym przekonamy się gdy zakończy się odpowiedni okres na rozliczanie tych pieniędzy, kiedy rzeczywiście będziemy wiedzieć.
- Warto dodać, że to wszystko dzieje się w kontekście pochwał ze strony Ministerstwa Rozwoju i Inwestycji, które bardzo chwaliło nas za wykorzystanie Funduszy Europejskich w pierwszej perspektywie. Zostaliśmy wyróżnieni przez Komisję Europejską jako województwo, które najlepiej te środki wykorzystało. W ramach 100% środków europejskich osiągnęliśmy 140% efektu.

76 milionów złotych wsparcia na budowę czwartego kręgu bydgoskiej Opery Nova, 150 milionów na gruntowną rewitalizację Filharmonii Pomorskiej. Takie informacje trafiły już do przestrzeni publicznej. Dało się je słyszeć nawet w eterze. Czy to fakty?
- Tak. My żyjemy z tymi liczbami od kilku miesięcy, ponieważ ludzie oczekują nie deklaracji, tylko faktów. Teraz mówię o faktach. Kilkanaście dni temu na sesji Rady Miasta w Bydgoszczy przedstawiłem plan związany z czwartym kręgiem. On jest w tej chwili realizowany. W najbliższy poniedziałek (24.09) na sesji sejmiku zostanie podjęta uchwała w sprawie zmian w budżecie, gdzie zostaną do budżetu wprowadzone pieniądze, które dostaniemy z miasta na uruchomienie pierwszego etapu rozbudowy czwartego kręgu i do połowy października obiecałem, że uruchomiony zostanie przetarg na dokumentację rozbudowy czwartego kręgu Opery Nova, czyli rozpoczniemy tak naprawdę budowę. Jeżeli chodzi o Filharmonię Pomorską, to oczywiście potwierdzam te kwoty, o których pan mówi, ale tam ten proces przyspieszy samą budowę w momencie, kiedy będziemy mieli decyzje Rady Miasta Bydgoszczy w sprawie zmian w planie zagospodarowania przestrzennego. Pieniądze w związku z modernizacją i rozbudową Filharmonii Pomorskiej już wydajemy. Kilkanaście milionów z Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko przeznaczyliśmy na zakup znakomitych instrumentów muzycznych.

11 regionów chce wspólnego biletu kolejowego. Po stronie Ministerstwa Infrastruktury i PKP jest gotowość do wprowadzenia wspólnego biletu już od grudnia 2017, czyli od nowego rozkładu jazdy. Dziś potrzebna jest tylko zgoda organizatorów przewozów, czyli marszałków. Prezes PKP mówi: "Jeśli marszałkowie nie dołączą do wspólnego biletu, to pasażerowie z tych regionów nie skorzystają z tańszych biletów". Mogłem jeszcze kilka dni temu przeczytać, że wśród tych 11 regionów nie ma naszego.
- Jesteśmy. Dokładnie przedwczoraj podpisałem pismo do Ministra Infrastruktury i prezesa Przewozów Regionalnych, że jesteśmy zwolennikami wprowadzenia wspólnego biletu. Wchodzimy w tę inicjatywę. Uważamy, że to jest naprawdę wielkie udogodnienie dla pasażerów. Wysłaliśmy także pismo, które wyraża naszą troskę, by realizacja wspólnego biletu uwzględniała także ulgi dla osób uprzywilejowanych. Szczególnie jeżeli chodzi o niepełnosprawne dzieci, inwalidów wojennych, bo to rozwiązanie, które nam przedstawiono, tego nie uwzględniało. Rozumiem, że to jest powód bardziej techniczny niż intencjonalny.

Pozwoli pan, że zacytuję Wojciecha Jaranowskiego, wieloletniego radnego województwa. - "Stawiamy na zrównoważony rozwój. Nie może być tak, że Bydgoszcz i Toruń rozwijają się kosztem mniejszych ośrodków, gdzie brakuje na remonty i przebudowę dróg" - Zgadza się pan z tą opinią?
- Powiem tak: jeżeli chodzi o Bydgoszcz i przebudowy dróg, Bydgoszcz - podobnie jak Toruń - ma w tej chwili program przebudowy dróg. Te modernizacje oparte są na środkach krajowych z Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko. Jeśli chodzi o moją aktywność jako członka zarządu w mijającej perspektywie, to udało mi się załatwić pieniądze na rozbudowę, a właściwie dokończenie rozbudowy Trasy Uniwersyteckiej, która w tej chwili napotyka na pewne problemy. Te 30 milionów na dokończenie tej inwestycji jednak trafiło z kasy europejskiej. Natomiast z drogami mamy pewien problem. Polega on na tym, że nie brakuje nam ani chęci ani pieniędzy, żeby to robić. Nie brakuje nam pomysłów na to, jak zdobywać te pieniądze, tylko być może ta opinia Wojtka Jaranowskiego wynika z tego, że na tych budowach przeżywamy pewne trudności, jak wszyscy, którzy w tej chwili inwestują np. w drogi. Otóż swego czasu rząd, także ustami ministra Kwiecińskiego, bardzo wszystkich dopingował do zwiększenia kontraktacji pieniędzy europejskich, czyli podpisywania umów.

Wtedy nastąpiła akumulacja wszystkich budów...
- Dokładnie. To rozjechało rynek inwestora.

Ostatnia rzecz panie marszałku. Na jednym z portali znalazłem taki tekst: "Koalicja Obywatelska PO i .Nowoczesnej zatwierdziła listy do sejmiku. Liderem listy z Bydgoszczy ma być wicemarszałek Zbigniew Ostrowski, którego przez lata bydgoskie struktury Platformy Obywatelskiej nie uznawały za przedstawiciela Bydgoszczy". Sugerowano nawet podejrzliwość bydgoskich działaczy Platformy Obywatelskiej z powodu związków z Toruniem i marszałkiem Całbeckim. Jest pan bydgoskim, toruńskim czy wojewódzkim samorządowcem?
- Drodzy państwo, od 20 lat jestem mieszkańcem Bydgoszczy. Odrobiliśmy ogromną lekcję zaufania, zrozumienia i współpracy. Chcę powiedzieć, że na tej liście znalazłem się także z woli struktur Platformy Obywatelskiej w Bydgoszczy. Była to kandydatura poza wszelką kontrowersją, sporem itd. To nie jest mój sukces. To jest sukces nas wszystkich, że w tej chwili współpraca Bydgoszczy z Samorządem Województwa wygląda naprawdę bardzo dobrze. Nieskromnie powiem, że jest w tym trochę mojej zasługi.
Polskie Radio PiK - Rozmowa dnia - Zbigniew Ostrowski

Bartosz Kownacki

Bartosz Kownacki
Bartosz Kownacki
Czy z dotychczasowych posiedzeń komisji śledczej w sprawie Amber Gold wyłania się już jakiś całościowy obraz tej afery? Czy dojdzie do przesłuchania byłego premiera Donalda Tuska? Kiedy poznamy raport końcowy komisji? O to w "Rozmowie dnia" na antenie Polskiego Radia PiK, Michał Jędryka pytał posła Bartosza Kownackiego, członka sejmowej komisji śledczej.

Michał Jędryka: Jest pan chyba najmłodszy stażem członkiem komisji śledczej w sprawie Amber Gold?

Bartosz Kownacki: Stażem zdecydowanie tak, wiekiem niestety nie, ale rzeczywiście jestem tam od trzech miesięcy. To wynikało oczywiście z sytuacji związanej z panem posłem Piętą, który musiał opuścić skład komisji, stracił naszą rekomendację, opuścił klub Prawa i Sprawiedliwości. Poproszono mnie jako prawnika czyli osobę, która ma trochę doświadczenia. Z resztą pani przewodnicząca Wassermann jest również adwokatem, świetnie się sprawdza w roli przewodniczącego dzięki temu doświadczeniu. Z tego powodu i ja trafiłem, ponieważ adwokatowi będzie łatwiej zapoznać się z tak ogromną ilością materiału, który tam jest.

Mamy okazję śledzić telewizyjne transmisje z posiedzeń tych komisji i są one często emocjonujące. Czy wyłania się z tego pana zdaniem jakiś obraz całości?
- Pewne elementy są bardzo ciekawe. Niestety nie wszystko co byśmy chcieli ustalić czy pokazać jest możliwe dlatego, że w tej sprawie jest coś takiego jak zmowa milczenia. Wielu tych, którzy mogliby być podsądnymi, którzy mogliby kiedyś trafić przed oblicze wymiaru sprawiedliwości woli nic nie mówić, myśląc, że w ten sposób unikną odpowiedzialności. Trzeba jednak pamiętać, że rola komisji śledczej jest nieco inna niż rola np. prokuratury. Prokuratura ma postawić komuś zarzuty, ma ustalić gdzie są pieniądze, które zostały skradzione etc. Rolą komisji śledczej jest pokazanie jak nie funkcjonowały instytucje państwa. To są dwa różne zadania. Ktoś łapie przestępców i szuka tego, co ukradli, co zostało schowane a rolą komisji jest pokazanie gdzie to państwo nie funkcjonowało, dlaczego źle funkcjonowało po to, żeby takich błędów na przyszłość uniknąć. Można powiedzieć, że rzeczywiście to państwo w wielu aspektach nie funkcjonowało. Zacznijmy od służb specjalnych, które na pewno mając wiedzę o tym co dzieje się w spółkach grupy Amber Gold, nie reagowały i nie sygnalizowały tym, którzy powinni zostać poinformowani czyli najważniejszym funkcjonariuszom państwowym. Dlatego doszło do rozwoju tej afery na taką skalę. Ukradziono 850 milionów złotych. Gdyby służby odpowiednio wcześnie zainterweniowały to pewnie ta afera tak bardzo by się nie rozwinęła. Trochę broniąc służb, jest to wina najwyższych czynników państwowych, czy to ówczesny premier Donald Tusk czy poszczególni ministrowie i to wynika z dokumentacji, mieli świadomość, że jest problem z wymianą informacji, że służby i instytucje finansowe takie jak Komisja Nadzoru Finansowego, Ministerstwo Finansów nie potrafią między sobą wymieniać informacji. Często są np. dublowane pewne czynności albo tak jak w przypadku Urzędu Skarbowego, nie są płacone podatki, nie są składane odpowiednie deklaracje, a z drugiej strony tej informacji inne instytucje państwa kompletnie nie widzą. Gdyby był system, który pozwala tym instytucjom nawzajem wymieniać się wiedzą, to łatwiej byłoby uniknąć takich nieprawidłowości. Załóżmy, że służby wiedziałyby, że coś jest na rzeczy, że to są osoby podejrzane. Instytucje takie jak prokuratura wiedziałyby, że to są osoby skazane. Organy kontroli finansowej wiedziałyby, że teraz nie płacą podatków mimo, że obroty są duże. To można było złożyć całość, a tak państwo było trochę zatomizowane. Każda z instytucji coś wiedziała. Niestety premier ówczesnego rządu nie podjął żadnych działań przez 8 lat żeby te instytucje potrafiły razem współdziałać. To jest taki podstawowy zarzut do niego, chociaż tych zarzutów oczywiście może być więcej.

Dlatego komisja chce przesłuchać byłego premiera Donalda Tuska?
- To prawda, szczególnie, że po zeszłotygodniowym przesłuchaniu pana Arabskiego wyłonił się bardzo ciekawy obraz de facto drugiej osoby w państwie. Jeżeli chodzi o decyzje zarządcze to szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów jest jedną z najważniejszych osób w państwie. Okazuje się, że on na temat sprawy Amber Gold nic nie wiedział, już nie jest w stanie wskazać jakie czynności zostały podjęte przez premiera i podległe mu instytucje po wybuchu afery, żeby ją jak najszybciej ukrócić (…).

Państwo przez wiele miesięcy nie działało. Jedyną czynnością, którą zrobiono to było wystąpienie pana premiera Tuska i ministra finansów przed Sejmem na przełomie sierpnia i września 2012 roku, kiedy mówiono, że tę sprawę "dogłębnie wyjaśnimy a złoczyńców ukarzemy". Na nasze pytanie do pana Arabskiego o to, jakie czynności szły za tą deklaracją pana premiera Tuska z mównicy sejmowej, pan minister Arabski nie był w stanie wskazać i wymienić chociażby kilku takich działań, które zostały podjęte po deklaracjach sejmowych. To pokazuje, że niestety bardzo często politycy działają na poziomie pijaru i opowieści, które mają usatysfakcjonować w danej chwili opinię publiczną czy media. Tak naprawdę nie reagują nic w tej części fachowej działania i rzetelnego wyjaśnienia spraw. To dotyczyło sprawy Amber Gold, a także tego jak wyglądało całe państwo Platformy Obywatelskiej przez 8 lat. Było znakomicie zarządzane "PR-owo", znakomicie przedstawiano to opinii publicznej, pudrowano wszystkie problemy, które są, natomiast od wewnątrz to państwo gniło.

Oprócz tego, że wszyscy zasłaniają się niepamięcią, że nikt nie umie powiedzieć co się tak naprawdę działo, to jest chyba jakaś dokumentacja w tej sprawie?
- Tak i właśnie z tej dokumentacji wynika, że albo nie było przepływu informacji, albo nie podejmowano żadnych działań, albo były instytucje takie jak np. Urzędy Kontroli Skarbowej, które milczały (…). Tu mamy do czynienia z ogromnym przekrętem i służby skarbowe milczą. Nic nie robią. Przez wiele miesięcy nie wzywają do płacenia, później przez wiele miesięcy prowadzą kontrole a w tym czasie właściciele Amber Gold wyprowadzają pieniądze ze spółki. To jest kompromitujące i to rzeczywiście warto zbadać. Jest też oczywiście wiele smaczków, które wyszły. Chociażby sprawa LOT-u. Mam wrażenie, że jednym z elementów Amber Gold była próba przejęcia rynku lotniczego w Polsce, zniszczyć taką spółkę jak LOT, która dzisiaj przynosi kolejny rok z rzędu zyski. Amber Gold miało swoje linie lotnicze, w których sprzedawało bilety po zaniżonych cenach tak, że te linie były nierentowne ale dzięki temu zdobywało rynek. Finansowane to było z pieniędzy ludzi, którzy złożyli się na Amber Gold. Z pieniędzy Polaków miano przejąć rynek a później podejmowano działania, żeby ten rynek odsprzedać Niemcom. Patrząc z drugiej strony na to jak działają Polskie Linie Lotnicze, jakie miały problemy, jak duże trudności były z dofinansowaniem, kiedy ta strata była ogromna to można to sobie złożyć w całość. Jak jeszcze złożymy to z dyskusją, która dzisiaj przewija się przez opinię publiczną, że nie warto budować Centralnego Portu Komunikacyjnego, a mamy port komunikacyjny dla tej części Europy pod Berlinem to można powiedzieć, że być może komuś zależało na tym, żeby podporządkować ten transport lotniczy w Polsce Niemcom i ściągnąć cały ruch lotniczy do Berlina. To jest taka teza, która w świetle tej dokumentacji, która jest i tych faktów, które przedstawiłem może być uzasadniona. Mam nadzieję, że to też trafi do opinii publicznej, kiedy już niedługo będzie sporządzony raport końcowy. Prawdopodobnie po przesłuchaniu pana premiera Tuska będziemy już mogli ten raport końcowy sporządzić, żeby pokazać jak poszczególne instytucje nie funkcjonowały.
Przy okazji też powiązania poszczególnych polityków, czy też ich nadmiernego łączenia się ze światem biznesu (…). Oczywiście, że politycy i biznesmeni muszą współpracować, ale nie może być tak, że np. polityk uwiarygadnia de facto przestępcze działania firmy, która okrada Polaków.

Czego się pan spodziewa po przesłuchaniu byłego premiera Donalda Tuska?
- Wiem, co chciałbym uzyskać od pana premiera Tuska. Czego się spodziewam? Boję się odpowiedzi, tak jak to mówił pan Arabski "nie wiem, nie pamiętam, nie wiem co w tej sprawie się działo, to nie ja byłem za to odpowiedzialny".

A co by pan chciał uzyskać?
- Chciałbym uzyskać wiedzę od kiedy pan Tusk wiedział o tej aferze, o tym, że sprawa Amber Gold jest podejrzana. Wszystko wskazuje na to, że wiedział wiele wiele miesięcy wcześniej niż afera wybuchła. Jak to przekazał swojemu synowi (…) i co zrobił żeby ochronić obywateli. Co zrobił żeby instytucje państwa potrafiły współdziałać ze sobą a nie blokować siebie nawzajem. Co zrobił w sprawie Polskich Linii Lotniczych. Dlaczego Polskie Linie Lotnicze były w tak złej sytuacji finansowej za czasów Platformy Obywatelskiej (…). Chciałbym, żeby na to pan premier Tusk odpowiedział. Chciałbym, żeby odpowiedział jak to wyglądało, że jego syn trafił do spółek powiązanych z panem Marcinem P. Czy uważa takie działanie za zasadne oraz etyczne i czy ostrzegał swojego syna przed tym. Dlaczego nie ostrzegł pozostałych Polaków przed tym, że to jest "lipa".

Wspomniał pan, że po tym przesłuchaniu będzie można już właściwie zrobić raport końcowy komisji. Jaka to jest perspektywa czasowa?
- Boję się, że Donald Tusk będzie chciał urządzić taki spektakl jak zrobił to pan minister Rostowski bo to była taka osoba, która w ostatnim czasie naprawdę skompromitowała się przed komisją. Nie odpowiadał merytorycznie, robił różnego rodzaju wycieczki niedotyczące w ogóle sprawy Amber Gold, łącznie z konstytucją i zagrożeniem demokracji w Polsce. To było niepoważne. Jeżeli jednak zakładamy, że Donald Tusk zachowa się w tych kanonach, które były do tej pory, to liczę, że w przeciągu miesiąca, półtora od przesłuchania pana premiera Tuska, ten ogólny zarys raportu będzie i z końcem roku ten raport mógłby zostać opublikowany.
Polskie Radio PiK - Rozmowa dnia - Bartosz Kownacki

Tomasz Latos

Tomasz Latos Fot. Archiwum
Tomasz Latos Fot. Archiwum
Pierwszy zarejestrowany kandydat na prezydenta Bydgoszczy - poseł Tomasz Latos rozpoczął kampanię konwencją w amerykańskim stylu. Jednocześnie coraz częściej pojawia się hejt, ale konwencja przebiegała w łagodnej, pojednawczej atmosferze. Jaka to będzie kampania?

Michał Jędryka: Jest pan pierwszym zarejestrowanym kandydatem na prezydenta Bydgoszczy. Rozpoczął pan kampanię konwencją w stylu amerykańskim i to nie jest tylko moje subiektywne zdanie. To było zamierzone?

Tomasz Latos: Oczywiście, że zamierzone, aczkolwiek nie przypuszczałem, że wszystko aż tak wspaniale zagra. Chciałem niezwykle podziękować wszystkim osobom, które o mnie mówiły, za piękne słowa, za wspaniałe wystąpienia - niezwykle wzruszające, niezwykle dla mnie ważne. Zapadły mi w serce na całe życie - naprawdę, mówię to bez żadnej przesady. Jednocześnie dziękuję wszystkim wspaniałym ludziom, którzy przyszli na tę konwencję, którzy byli tak licznie obecni, tak cudownie reagowali, wspierali mnie. Dziękuję tłumom na Wyspie Młyńskiej, bo mógłbym puszczać balon, obciążony balastem związanym z obciążeniami, blokującymi rozwój naszego miasta, mógłby być tort, grochówka, ale to wszystko by się nie udało, gdyby nie było ludzi, a było ich bardzo dużo. Wreszcie dziękuję moim najbliższym, za niespodziankę w formie pięknej piosenki, która została przygotowana.

W tej piosence jest taki wers: "Miało być tak pięknie, a jest tak przeciętnie". Co jest w Bydgoszczy przeciętne, a ma być piękne?

Myślę, że brak jest wizji miasta - tego, w jaki sposób miasto mogłoby się funkcjonować i rozwijać. A takim przykładem są te nieszczęsne trybuny na 300 osób na Torbydzie. Wielkie 360-tysięczne miasto i trybuny na 300 osób, a więc nawet mniej niż jedna osoba na tysiąc. To nieporozumienie. Nie po to wydaje się miliony złotych, aby później nie było można urządzać dużych zawodów czy innych imprez na lodzie. Niestety obecna władza brnie dalej - wmurowano kamień węgielny, więc pewnie już nic z tym nie będę mógł zrobić - na Astorii, o ile się nie mylę, będzie około 450 miejsc, a więc żadnych wniosków co należy zmienić, jak należy działać. Ubolewam nad tym, ponieważ Bydgoszcz potrzebuje rozmachu, wizji, ludzi, którzy tę wizję będą potrafili wspólnie z bydgoszczanami realizować. Wreszcie Bydgoszcz potrzebuje prezydenta, który łączy a nie dzieli, bo potrzeba nam kogoś, kto umie rozmawiać, także z opozycją, wszystkimi mieszkańcami jest na nich otwarty.

W czasie konwencji ani razu nie padło nazwisko pana głównego konkurenta, zresztą innych konkurentów też.

Po pierwsze - nie będę ich reklamował, a po drugie - nie zajmuję się nimi. Nie chcę się zajmować tym, co robi albo czego nie robi obecny prezydent. Oczywiście to oceniam, ale staram się też widzieć pozytywy. Jeżeli zostały zaproponowane nowe połączenia tramwajowe, to ja się z tego cieszę. Jeżeli Bydgoszcz może zrobić coś dobrego, to niech to będzie realizowane. Tym niemniej nie będę oglądał się na obecną władzę w ratuszu. Chcę iść do przodu, chcę iść do przodu z tymi pracownikami ratuszowymi. Tam jest wielu, naprawdę bardzo wielu wspaniałych ludzi. Mówię do nich jednoznacznie: tak, chcę z wami współpracować, chcę wspólnie budować wielka Bydgoszcz.

"Wspólny cel - wielka Bydgoszcz" to pana hasło, ale jest tak ogólne, że właściwie wszyscy mogą się pod nim podpisać. Trudno tego nie poprzeć.

Chciałbym właśnie, żeby wszyscy się pod nim podpisali, bo to jest coś, co było dla nas dolegliwe w ostatnich latach, że niektórzy przyjeżdżający do Bydgoszczy uważali, że Bydgoszcz jest mniejsza od Torunia albo podobnej wielkości. Ubolewaliśmy, że czasem nie ma Bydgoszczy na mapie pogody. To jest coś, co jest symboliczne i co wymaga zmiany, a więc budujmy wielkość ósmego co do wielkości miasta w Polsce. Stwórzmy lokalną markę, która przecież jest, bo potencjał jest ogromny, związany chociażby z muzyką, ale także z naszymi pięknymi rzekami, bo mamy Brdę, Wisłę, wspaniałe kanały. To wszystko wymaga większego wykorzystania, właśnie nie na symboliczne już 300 czy 450 miejsc, tylko z prawdziwym rozmachem i na prawdziwą wielkość godnego, dumnego miasta. Miasta bez kompleksów jak mówił Andrzej Szwalbe.

Na konwencji, która rozpoczęła pańską kampanię wyborczą było sporo o pana osobie. Jest pan bydgoszczaninem znanym ze swojej działalności publicznej, ale pana działalność budzi też sporo tego, co się potocznie nazywa hejtem. Mówiła o tym na konwencji pana córka. Jak pan zamierza reagować na takie rzeczy w kampanii?

Rozważam różne sytuacje, łącznie z procesem w trybie wyborczym. Ostateczne decyzje będą podjęte w najbliższym czasie. Mogę powiedzieć tyle, już nawet nie będę apelował do drugiej strony, bo nie ma to sensu, oni się nie zmienią. Mogę powiedzieć o sobie i swoich współpracownikach - ja tego typu brudnej kampanii uprawiać nie będę, to jest poniżej godności - reagowanie w taki sposób, gdzie nie ma się nic do zaproponowania, a jedynie obrzuca się inwektywami drugą stronę. Tak to niestety w tej chwili jest. Mogę tylko domniemywać, że druga strona nie ma nic konstruktywnego do zaproponowania i być może boi się. Pytanie czego się tak boi, że w takim bezpardonowy sposób jestem atakowany. Wytrzymam to, tylko zastanawiam się po co to jest? Słyszę od bydgoszczan, że im też to się nie podoba, powiem więcej - nie podoba się to również przedstawicielom konkurencyjnej formacji politycznej, myślę chociażby o Platformie Obywatelskiej. Są ludzie, którzy mnie przepraszają za tego typu niegodne zachowania czy też inne, gdzie ktoś próbuje wykazać się pewnym sprytem, posługuje się kłamstwem, niedomówieniami, półprawdami, aby mnie dyskredytować. Nie tak powinno wyglądać polityka, a polityka samorządowa w szczególności powinna być wolna od różnego rodzaju naleciałości, które jak widać w umysłach niektórych przenoszą się do samorządu. Samorząd ma łączyć, a nie dzielić i w tym miejscu podkreślam - jeżeli radni opozycyjni będą zgłaszali dobre projekty, dobre pomysły jak będę popierał i realizował, bo taki powinieneś prezydent dużego, dumnego miasta.

Obserwując tę niedzielną konwencję miałem wrażenie, że większy nacisk położono na styl niż na na konkretne problemy. Czy rzeczywiście taki był cel?

Nie, oczywiście konwencja ma też swoją dynamikę. Przestawiłem na niej cały szereg różnego rodzaju pomysłów na Bydgoszcz. Generalnie mój program oparty jest na siedmiu filarach i w ramach tych siedmiu filarów jest jeszcze wiele elementów, które będę codziennie w czasie kampanii wyborczej przedstawiał i nie jest to zbiór zamknięty. Jestem otwarty na propozycje bydgoszczan. Zresztą przy okazji drugiej części konwencji na Wyspie Młyńskiej prosiłem o przestawianie celów, które powinny być realizowane w Bydgoszczy. Bydgoszczanie je pisali, a więc to, od czego zacząłem - spotkania z bydgoszczanami, otwarcie się na nich i w oparciu o te spotkania napisanie programu kontynuuję teraz. Program jest bardzo obszerny, ale jednocześnie jest programem otwartym, chcę go realizować wspólnie z mieszkańcami naszego miasta.
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Tomasz Latos

Irena Paczkowska

fot. Archiwum
fot. Archiwum
Gościem "Rozmowy dnia" w Polskim Radiu PiK była Irena Paczkowska - nauczyciel akademicki, mediator i kandydat Ruchu Kukiz'15 na prezydenta Torunia. Jaki program przedstawi kandydatka startując w wyborach? Jakie problemy miasta jej zdaniem są pilne i kluczowe? I czy da się wygrać z urzędującym prezydentem miasta?

Michał Jędryka: Przedstawia się pani jako społecznik. Poseł Paweł Szramka, kiedy przedstawiał panią jako kandydata na prezydenta Torunia mówił, że pomaga pani wielu ludziom. Na czym polega ta pomoc?

Irena Paczkowska: Jestem bardzo wrażliwą osobą na problemy ludzi. Zawsze coś robiłam dla słabszych - dla tych, którzy sobie nie radzą albo mniej radzą. W jaki sposób realizuję tę pomoc? Na przykład około 20 lat temu zostałam poproszona o wsparcie dla Fundacji imienia Brata Alberta, oddział w Otłoczynie. Chodziło o bezpieczeństwo podopiecznych, zorganizowanie ogrodzenia. Postanowiłam się tym zająć. Zaangażowałam do tego jeszcze kilku innych przedsiębiorców, którzy mieli bardzo otwarte serca oraz kieszenie i udało się. Zrobiliśmy to ogrodzenie, podopieczni czują się bezpieczni, do dziś korzystają z tego, co udało się im przeze mnie zorganizować. (...) Lubię bardzo koordynować - mam taką moc przekonywania i wciągania innych do współpracy. Organizowałam także zbiórkę pieniędzy dla wielu potrzebujących ludzi. Wykorzystywałam do tego na przykład produkty, które są wykonywane przez uczestników warsztatów terapii zajęciowych i sprzedawałam jako cegiełki - ile kto mógł, tyle dał. Potem te pieniądze były wykorzystywane na przykład dla dziewczynki, która była chora na nowotwór. Pomagam również przedsiębiorcom - tym, którym nie powodzi się za bardzo, którzy popełnili błędy na swojej ścieżce zarządzania, skutkujące tym, że musieli ogłosić upadłość.

Z sukcesem pomaga pani tym przedsiębiorcom?

Kiedy już ogłoszona jest upadłość, to właściciele tych firm nie mają się dokąd zwrócić, nie wiedzą co zrobić, są bardzo mocno załamani. Ich psychika nie jest w najlepszej kondycji, czują się niepotrzebni i wykluczeni, bo przecież popełnili błędy. Staram się ich podtrzymać na duchu i pomóc w ten sposób, że przywracam ich na rynek pracy.

Przejdźmy do spraw programowych. Nie przedstawiła pani jeszcze zbyt wielu propozycji, ale z dotychczasowych doniesień o pani kandydaturze można znaleźć hasło" "Bogactwo miasta i mieszkańców". Co ono oznacza?

Mamy przygotowaną strategię dla Torunia, które jest miastem z przyszłością i skupiamy się na trzech filarach: bogactwie, bezpieczeństwie i komforcie życia, a także społeczeństwie obywatelskim. Jeśli chodzi o bogactwo, to chcemy pracować bardzo mocno nad zrównoważonym budżetem Torunia. Chcielibyśmy doprowadzić do sytuacji, aby w Toruniu nie było deficytu. Zadłużenie miasta sięga około miliarda złotych.

Wszystkie miasta w tej chwili żyją na kredyt, to pewien standard.

Czy to jest standard? Toruń jest w niechlubnej pierwszej piątce najbardziej zadłużonych miast w Polsce. Myślę, że warto znaleźć się może na czwartym miejscu, ale w odwróconej sytuacji.

A jeśli chodzi o bezpieczeństwo?

Poziom bezpieczeństwa stanowi jedną z podstawowych potrzeb każdego z mieszkańców. Bezpieczeństwo jest rozumiane w naszej strategii wielowymiarowo. Chcemy zająć się bezpieczeństwem przestrzeni, czyli infrastrukturą drogową, miejscami wypoczynku, architekturą, oświetleniem. Bezpieczeństwo rozumiemy również jako bezpieczeństwo ekologiczne, związane z dostępem do podstawowych usług edukacyjnych, zdrowotnych, komunikacji miejskiej, dostępem do instytucji, do doświadczeń. Rozumiemy je także jako bogactwo mieszkańców Torunia. Jeśli chodzi o komunikację miejską, z badań przeprowadzonych przez studentów naszego uniwersytetu, związanych z przemieszczaniem się mieszkańców środkami komunikacji miejskiej wynika, że respondenci ocenili tę sferę bezpieczeństwa niezbyt przychylnie, zwłaszcza w kontekście potrzeb pasażerów - osób niepełnosprawnych, rodziców z dziećmi i osób starszych. Myślę, że warto nad tym popracować. A jeśli chodzi o bezpieczeństwo związane infrastrukturą drogową, warto popatrzeć na ten element z perspektywy, kiedy ruch samochodowy był zdecydowanie mniejszy - kiedy budowaliśmy ulice i przystanki. Dzisiejsze obciążenie ruchu powoduje, że te miejsca przestają być bezpieczne. Ważne jest, aby przebudowa ulic pod kątem bezpieczeństwa była bardzo mocno zauważana na tym etapie wyborów samorządowych. Chcielibyśmy zwiększyć to bezpieczeństwa poprzez zwężanie ulic i budowanie przeszkód, które wymuszają zmniejszanie prędkości. Chcielibyśmy też pracować nad programem budowy i modernizacji dróg nie tylko na osiedlach mieszkaniowych, o czym się już wiele mówi i robi. Chodzi nam również o modernizację czy też budowę dróg dojazdowych do toruńskich firm, bo przedsiębiorczość jest bardzo ważna.

Chciałbym jeszcze zapytać o to ostatnie hasło: "Społeczeństwo obywatelskie". Wszyscy właściwie szermują tym hasłem, wszyscy o tym mówią, ale co ono oznacza?

Chcielibyśmy wprowadzić realną partycypację społeczną mieszkańców, organizacji pozarządowych i przedsiębiorstw, stworzyć rzetelną współpracę sektora publicznego z sektorem prywatnym oraz społecznym i włączyć przede wszystkim mieszkańców w procesy decyzyjne w mieście. Uważam, że Toruń nie jest miastem przyjaznym mieszkańcom i chciałabym to zmienić, właśnie ze względu na to, że nawet jeśli są podejmowane konsultacje społeczne, one nie są wiążące. Chciałabym oddać miasto mieszkańcom, żeby to mieszkańcy współdecydowali o tym, jak w ich mieście będzie się żyło, pracowało, co będzie sprawiało, że ludziom będzie się chciało w tym mieście przebywać, żyć, rozwijać i pracować.

Pamięta pani wyniki wyborów na prezydenta Torunia z 2014 roku? Przypomnę - urzędujący prezydent Michał Zaleski otrzymał 70 proc. głosów, Joanna Scheuring-Wielgus 17 proc., Zbigniew Rasielewski 9 proc. i Jacek Kostrzewa 3 proc. Czy liczy pani na to, że jako zupełnie nowa kandydatka wygra pani wyboru?

Startuję po to, żeby wygrać, natomiast o tym, kto będzie prezydentem Torunia zdecydują mieszkańcy. Niezależnie od tego, jaka będzie ich wola, to ją uszanuję. Wszystko okaże się 21 października.
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Irena Paczkowska

Tadeusz Zwiefka

Tadeusz Zwiefka
Tadeusz Zwiefka
- Prawdziwymi przeciwnikami dyrektywy unijnej o prawach autorskich są potentaci sieci internetowej, tacy jak Google – mówi europoseł Tadeusz Zwiefka, gość Rozmowy Dnia Polskiego Radia PiK. - Ci wielcy gracze wprowadzają w błąd opinię publiczną twierdząc, że dyrektywa doprowadzi co ograniczenia wolności słowa w Internecie.

Michał Jędryka: W środę w Parlamencie Europejskim odbyło się głosowanie nad tzw. dyrektywą o prawach autorskich na jednolitym rynku cyfrowym. Zanim zapytam co to oznacza dla twórców, wydawców prasy i dla zwykłych internautów, proszę wyjaśnić słuchaczom co się właściwie wydarzyło, bo to jest dosyć skomplikowane. Czy ta dyrektywa została uchwalona?

Tadeusz Zwiefka: Dziękuję za to pytanie panie redaktorze, dlatego, że pojawiło się już mnóstwo dezinformacji. Po pierwsze - głosowanie, które odbyliśmy w środę nie dotyczyło przyjęcia aktu prawnego w postaci dyrektywy. To głosowanie było konsekwencją pierwszego, które miało miejsce przed wakacjami podczas sesji lipcowej. Wówczas Parlament odmówił udzielenia mandatu negocjacyjnego na podstawie sprawozdania, które zostało przyjęte w komisji prawnej. Posłowie uznali, że są pewne niejasności, że należy jeszcze uszczegółowić zapisy, które pojawiły się w sprawozdaniu Axela Vossa i dlatego otwarto możliwość składania poprawek i takie poprawki w ilości przekraczającej 180 zostały złożone.
W środę głosowaliśmy nad złożonymi poprawkami do tego sprawozdania. Część z nich została przyjęta, większość została odrzucona - generalnie jednak sprawozdanie, zostało poprawione w bardzo sensowny sposób.
Następnie głosowaliśmy nad przyznaniem mandatu negocjacyjnego czyli rozpoczęciu wspólnej pracy Parlamentu Europejskiego i Rady Europejskiej, z udziałem Komisji Europejskiej. Te prace się dopiero zaczną. O przyjęciu dyrektywy możemy mówić w perspektywie pół roku, a może nawet więcej.

O co właściwie chodzi w tych kontrowersyjnych artykułach tej dyrektywy? Dlaczego wzbudza ona takie emocje? Zwolennikami tej regulacji są twórcy np. kompozytorzy, ale zwykli internauci bardzo się tego obawiają.
- Zwykli internauci bardzo się tego obawiają, ponieważ są okłamywani, wprowadzani w błąd, podjudzani już od dłuższego czasu.

Ale przez kogo? Kto jest tym prawdziwym przeciwnikiem?
- Prawdziwym przeciwnikiem są wielcy gracze na rynku platform cyfrowych, którzy konsumują pracę twórców takich jak dziennikarze, piosenkarze, kompozytorzy, reżyserzy, aktorzy, literaci, pisarze - twórcy, którzy nie otrzymują od platform cyfrowych za swoje dzieła tam umieszczane ani grosza wynagrodzenia. Doskonale wiemy, że te platformy funkcjonują i zarabiają gigantyczne pieniądze głównie dzięki reklamom, które są tam zamieszczane. Reklamy zamieszcza się wtedy, kiedy jest dużo wejść internautów, a internauci wchodzą wtedy, kiedy jest bardzo fajny kontent. To wszystko ze sobą się łączy. Nikt nie chce tego zmieniać. Zmiana ma być jedna - administratorzy i właściciele platform cyfrowych swoimi krociowymi zyskami mają się po prostu dzielić się z twórcami, z właścicielami praw (…).

Zapytam jeszcze o protest Wikipedii.
- Czy pan słyszał, żeby Wikipedia protestowała w ostatnich dniach, kiedy pracowaliśmy nad skierowaniem projektu dyrektywy do negocjacji z Radą, bo ja nie widziałem ani jednego protestu.

Był około miesiąc temu. Było zaciemnienie stron, zniknęły treści.
- Zadajmy sobie pytanie. Dlaczego Wikipedia, która jest wyłączona całkowicie spod działania tej dyrektywy, podjęła taki strajk w wielu krajach? Odpowiedź jest prosta. Wikipedia jest związana z Google, a to Google boi się tej zmiany najbardziej (...).
Polskie Radio PiK - Rozmowa dnia - Tadeusz Zwiefka

Jacek Olech

Jacek Olech. Fot. Adam Droździk
Jacek Olech. Fot. Adam Droździk
Atakuje swoich kontrkandydatów i składa wniosek do prokuratury. O urząd prezydenta Inowrocławia walczy nie pierwszy raz. Jak chce zmienić miasto? Z kim będzie współpracować? Czy swoją kampanię opierać będzie na krytykowaniu kontrkandydatów? Gościem Magdy Jasińskiej w "Rozmowy dnia" w Polskim Radiu PiK był Jacek Olech - kandydat na prezydenta Inowrocławia.

Magda Jasińska : Reprezentuje pan swój komitet wyborczy, nie jest pan kandydatem Kukiz 15'?

Jacek Olech : Nie. Jestem kandydatem inowrocławian, z krwi i kości i z urodzenia. Moją partią są wszyscy mieszkańcy miasta Inowrocławia, mojego rodzinnego kochanego miasta.

Co łączy pana z Kukiz 15'?
- Z Kukiz 15' łączy mnie obecnie niezwykle miła i intensywna współpraca z posłem ziemi bydgoskiej i moim kolegą Pawłem Skuteckim, u którego jestem asystentem społecznym. W związku z tym trafia do mnie bardzo wiele spraw interwencyjnych. Nie tylko z Inowrocławia, ale z wielu innych miejsc. Na przykład w tej chwili pomagam rolnikom z Koronowa w sprawach dotyczących ich miejscowości (…).

Co w pierwszej kolejności należałoby pana zdaniem zmienić w Inowrocławiu?
- W pierwszej kolejności trzeba postawić na odpowiednią promocję miasta (…). Każda promocja powinna mieć swój określony cel, swojego adresata końcowego i efekt jaki chce wywołać.

Czyli w Inowrocławiu jest dobrze skoro należy to miasto tylko promować.
- Nie. Wcale nie jest dobrze. W tej chwili promocja Inowrocławia odbywa się wewnątrz miasta, do jego mieszkańców. W ten sposób kogo promujemy? Aktualną władzę (…). Chodzi o promocje w zupełnie innym sensie, bo w charakterze gospodarczym. Należy w sposób wręcz agresywny zabiegać o inwestorów, bo Inowrocławiowi potrzeba jest nowego, prywatnego kapitału zewnętrznego, który wejdzie do miasta i uruchomi nowe miejsca pracy (…). Trzeba prowadzić agresywną politykę gospodarczą, ale nie poprzez ustawienie billboardów w środku miasta, bo tego nikt nie zauważy i na tej podstawie nic tutaj nie przyjdzie. Musi być stworzony program pod określone gospodarcze grupy sektorowe i do nich należy docierać bezpośrednio. Jednakże do tego potrzeba fachowców.

Czyli promowanie Inowrocławia jako miejsca atrakcyjnego gospodarczo?
- Jako miejsca atrakcyjnego dla inwestorów.

Nie jako uzdrowiska?
- Oczywiście, że jako uzdrowiska również (...) ale, o ile z częścią uzdrowiskową radzą sobie bezpośrednio sami właściciele prywatni, to trzeba również współpracy na różnych targach, w których miasto powinno uczestniczyć po to, żeby ściągać do nas kuracjuszy. Baza jest wspaniała. Może gdzieś jeszcze wymaga poprawienia, ale wiem doskonale, że ci, którzy tym zarządzają, bardzo o to dbają. Natomiast część produkcyjna niestety "leży". Mamy w Inowrocławiu Ciech Sodę Polską w Mątwach, której zakład lokuje się w specjalnej strefie ekonomicznej. To się udało zrobić. Na terenie tego zakładu trzeba w tej chwili zabiegać o to, żeby to Ciech zechciał w tym miejscu zainwestować w nowe rozwiązania wykorzystując odpowiednie warunki gospodarcze i ekonomiczne. Żeby tam powstało kilkaset nowych miejsc pracy. Mam również na to plan.

Oprócz promocji Inowrocławia jako miejsca atrakcyjnego gospodarczo, co jeszcze?
- Co jeszcze jest do poprawienia? Musielibyśmy mieć kilka godzin, żeby to wymieniać, ale pozwolę sobie przypomnieć to o czym mówiłem wczoraj na konferencji prasowej. Mianowicie cała konferencja prasowa była poświęcona osobom niepełnosprawnym. Nasza konferencja prasowa została zorganizowana w miejscu, w którym osoba niepełnosprawna z głęboką dysfunkcją kończyn dolnych nie mogła się poruszać. Nie mogła wyjść z domu pomimo, że mieszkała na parterze. Dopiero długi okres działania, przy moim współudziale i zaangażowaniu własnych środków finansowych, za środki PFRON można było zbudować windę zewnętrzną i ta osoba "wyszła z więzienia". To było dla niej dosłownie domowe więzienie.

Pana pomysł na pomoc, to jest utworzenie fundacji...
- Tak. To jest właśnie utworzenie fundacji. Proszę zauważyć, że wszystkie programy PFRON zawsze zakładają jakiś udział własny. To jest skandaliczne. W tej sprawie wspólnie z panem posłem Pawłem Skuteckim z ruchu Kukiz 15' występujemy do pani minister Elżbiety Rafalskiej, żeby przyjrzeć się temu czy tak to dalej powinno wyglądać. Pytam publicznie: w jaki sposób osoby, które mają 1000 zł renty socjalnej, mają uzbierać pieniądze na kilka tysięcy wkładu własnego, żeby im można było zbudować windę pod oknem? Dla wielu z tych osób nie ma takiej możliwości. Stąd pomysł utworzenia fundacji w Inowrocławiu, która wypełniałaby tę lukę, której jeszcze Skarb Państwa nie zagospodarował i żeby można było tym osobom pomóc. Ta fundacja w ich imieniu realizowałaby w części lub całości dopłaty własne.
Polskie Radio PiK - Rozmowa dnia - Jacek Olech

Sławomir Mentzen

Sławomir Mentzen. Fot. wolnosc.pl
Sławomir Mentzen. Fot. wolnosc.pl
Aplikacja wskazująca wolne miejsca parkingowe, dokładny monitoring zanieczyszczeń powietrza czy otwarcie miasta na kryptowaluty - to propozycje Sławomira Mentzena, wiceprezesa partii Wolność i kandydata na prezydenta Torunia. Jakie jeszcze kandydat ma pomysły na przyszłość miasta? Gościa środowej "Rozmowy dnia" pyta o to Michał Jędryka.

Michał Jędryka: Wystartował pan z kampanią - przynajmniej w moim odbiorze - trochę taką technokratyczną. Celowo w ten sposób?

Sławomir Mentzen: - Oczywiście, że tak. Nie ma co ukrywać, świat się zmienia, technologia się rozwija w zastraszającym tempie. Na rynku obserwujemy, że firmy, które korzystają ze zmian technologicznych, wdrażają automatyzację produkcji, wdrażają informatyzację, wygrywają na rynku. Dokładnie to samo dzieje się z miastami. Jeżeli nie chcemy przegrać konkurencji o młodych mieszkańców, którzy wyjeżdżają stąd do innych miast, musimy wdrażać nowinki technologiczne, bo świat i tak się zmieni. Tylko pytanie jest takie, czy my zmienimy się razem ze światem, czy też zostaniemy opóźnieni technologicznie jako miasto.

MJ: No właśnie, młodych mieszkańców chce pan przyciągnąć, czyli pokolenie przywiązane do smartfonów?

SM: Tak. Uważam, że głównym problemem Torunia jest brak wizji tego, jak miasto ma wyglądać za 10 - 15 lat. Nie wyróżniamy się właściwie niczym poza starówką. Promujemy się jako miasto pełne zabytków, ale te zabytki nie kręcą młodych ludzi. Musimy zbudować markę miasta otwartego na nowoczesną technologię, miasta nowoczesnego, gdzie można znaleźć bardzo dobrze płatną pracę w nowoczesnych technologiach.

MJ: Mówi pan również o kryptowalutach. Znalazłem to w jednej z informacji o pana programie. Czy to nie jest jednak margines prawa? Czy kryptowaluty nie stanowią przypadkiem zagrożenia dla stabilności systemu finansowego?

SM: Absolutnie nie. Państwo Polskie też wreszcie się przekonuje do kryptowalut jako jedno z ostatnich na świecie. Nie dalej jak dwa tygodnie temu został opublikowany projekt zmian w podatku dochodowym przystosowujący polski podatek dochodowy do kryptowalut, więc Państwo Polskie też się zmienia. My jako miasto też musimy się zmieniać. Kryptowalutami interesują się młodzi, zamożni, bardzo kreatywni, przedsiębiorczy ludzie, których jesteśmy w stanie przyciągnąć do Torunia tym, że damy im tu szansę rozwoju, że damy im tu możliwość płacenia za usługi miejskie za pomocą kryptowalut. To miasta absolutnie nic nie kosztuje, bo i tak korzysta się z pośrednika, który kryptowaluty od razu wymienia na złotówki. Jest wiele osób, dla których takie rozwiązanie byłoby niezwykle ważne.

MJ: Ma pan program dla młodych. Nie obawia się pan, że takim programem zniechęci pan pokolenia pięćdziesięciolatków i starsze?

SM: Po pierwsze mój program nie składa się tylko z tych zmian, o których mówiłem przy okazji pierwszej konferencji prasowej sprzed dwóch tygodni. Kampania będzie trwała jeszcze ponad miesiąc, więc zaproponuję wiele pomysłów i rozwiązań również dla osób starszych. Z całym szacunkiem dla osób starszych, nie można bać się zmian technologicznych. One i tak przyjdą i lepiej dla wszystkich byłoby, gdyby miasto było na to przygotowane.

MJ: Napisał pan na Facebooku o Muzeum Piernika w Toruniu, pokazując przykład pewnego prywatnego biznesu, który promuje miasto, a któremu miasto robi w tym pewne trudności. Czy to jest typowy przykład i typowe zjawisko?

SM: Mam nadzieję, że nie, ale sprawa jest skandaliczna. Mamy w Toruniu od 12 lat Żywe Muzeum Piernika, które zdobywa wiele nagród. Rocznie odwiedza go 40 000 turystów. Właściwe prawie wszyscy są bardzo zadowoleni z tej wizyty. Po jakimś czasie miasto otwiera konkurencyjne Muzeum Piernika, które nie sprawdza się tak dobrze, a osoba zarządzająca tym muzeum, czyli pan Marek Rubnikowicz, namawia na posiedzeniu rady programowej do spraw strategii rozwoju turystyki pozostałych urzędników, żeby przestali promować prywatną inicjatywę, ponieważ szkodzi ona wizerunkowi Torunia. Chciałbym bardzo, żeby cały Toruń i wszyscy urzędnicy tak bardzo szkodzili wizerunkowi Torunia jak Żywe Muzeum Piernika. bo to jest jedna z najlepszych atrakcji turystycznych w całym mieście. Bodajże wczoraj pojawiło się żenujące oświadczenie Muzeum Okręgowego, w którym odmawiają Żywemu Muzeum Piernika prawa do nazywania się muzeum oraz potępiają placówkę jako nastawioną na zysk. Bardzo przepraszam, ale tak mogłyby być w latach 70 - 80, ale mamy rok 2018 i wszyscy powinni rozumieć, że biznes działa dla zysku. A jeżeli przy okazji miasto się promuje, turyści przyjeżdżają do Torunia i wszyscy na tym zarabiamy, to chyba o to powinno chodzić.

MJ: Pytam o to dlatego, bo reprezentuje pan Partię Wolność, której jest pan wiceprezesem, a partia ta ma bardzo pryncypialne podejście do własności prywatnej. Gdyby pan został prezydentem Torunia, czy pozostałyby jakieś miejskie spółki realizujące usługi publiczne, czy wszystko by pan sprywatyzował?

SM: Oczywiście, że bym wszystkiego nie sprywatyzował. Nie ma absolutnie takiej potrzeby. Samorząd znacznie różni się od państwa. Jest wiele usług, w których w skali miasta mamy monopolistę i to miasto powinno się tym zająć. Przecież nie będziemy kłaść drugiej równoległej rury z wodą po to, żeby ktoś inny mógł dostarczać wodę do bloków, więc absolutnie spółki miejskie muszą pozostać. Należy tylko zmienić zarządzanie nimi. Może zlecić niektóre rzeczy prywatnym operatorom. Podałem taki przykład, że MZK powinno wiedzieć, które linie autobusowe są rentowne, a które nie są rentowne, a następnie te nierentowne, na których MZK nie jest w stanie zarabiać - bo jeździ tam zbyt mało osób - poddzierżawić na podstawie przetargu prywatnym przewoźnikom. Być może będą oni w stanie te linie obsłużyć taniej i jeszcze na tym zarobią. MZK traci obecnie na tych liniach. Jesteśmy w stanie wprowadzić pewne elementy rynkowości do spółek miejskich, które sprawią, że koszty usług dla mieszkańców Torunia po prostu spadną.

MJ: Tylko taka filozofia była stosowana w skali państwa i skończyła się tym, że właściwie zlikwidowano w wielu miejscach w Polsce komunikację publiczną.

SM: Ja nie mówię o likwidacji komunikacji publicznej. Mówię, że te linie mają zostać, tylko żeby na konkretnych liniach zmienić operatora. MZK powinno zostać. Nie twierdzę, że miasto ma się wycofać z przewożenia mieszkańców, absolutnie nie.

MJ: Słuchałem też pana wywodów w Internecie na temat demografii. Stwierdził pan, że czeka nas katastrofa, i że nic się z tym nie da zrobić. Czyli nie ma sensu, by prezydent miasta - ktokolwiek nim będzie - podejmował jakiejkolwiek działania promujące na przykład wielodzietne rodziny. Tak możnaby to odczytać, prawda?

SM: Nie. Wolałbym, żeby to nie było w ten sposób odczytywane. To nie jest tak, że ja mówię, iż czeka nas katastrofa demograficzna. Wszyscy o tym mówią, na czele z Głównym Urzędem Statystycznym, który umieszcza prognozy demograficzne na następne dekady. Niestety prognozy są bardzo pesymistyczne. Liczba Polaków drastycznie spadnie, a ich średni wiek drastycznie wzrośnie. Powiedziałem też, że dzietności nie da się zwiększyć za pomocą bezpośrednich transferów pieniężnych do rodzin. To nigdzie nie działa. Było to już testowane na Zachodzie i nie kończy się wzrostem dzietności. Jeżeli można coś zrobić, jeżeli państwo jest w stanie choć trochę zmienić ten trend - bo odwrócić go absolutnie nie jest w stanie - ale jest w stanie trochę pomóc, to łatwiej finansować żłobki, przedszkola, pozwalać ułatwić rodzinom życie. To można robić. Przy tym nie uważam, żeby jakikolwiek prezydent, któregokolwiek miasta w Polsce, był w stanie odwrócić trend demograficzny, nawet w skali mikro, ale to co jest w stanie zrobić, to wygrać konkurencję z innymi miastami o to, żeby ludzie posiadający dzieci chcieli mieszkać w Toruniu a nie w Bydgoszczy albo w Gdańsku. To możemy zrobić. Możemy ułatwić życie rodzinom, sprowadzić tych ludzi albo zatrzymać ich w Toruniu. To jest do zrobienia, ale wielkiego trendu demograficznego, który sprawia, że Polska się wyludnia absolutnie nie jesteśmy w stanie powstrzymać w skali kraju.

MJ: Co konkretnie zrobiłby pan jako prezydent Torunia?

SM: To będzie temat jednej z moich przyszłych konferencji prasowych. Na pewno mam propozycje, które sprawią, że rodzinom w Toruniu będzie lepiej. Rodzinom będzie łatwiej wychowywać dzieci, łatwiej będzie znaleźć dla nich opiekę, łatwiej będzie spędzać z nimi czas. Teraz nie chcemy zdradzać szczegółów, jesteśmy dopiero na początku kampanii. Temu zagadnieniu będzie poświęcona cała konferencja prasowa.
Polskie Radio PiK - Rozmowa dnia - Sławomir Mentzen

Kosma Złotowski

Kosma Złotowski. Fot. Archiwum
Kosma Złotowski. Fot. Archiwum
Czy województwo powinno być wyłącznie samorządowe, czy też urząd wojewody jako przedstawiciela rządu w terenie ma uzasadnienie z punktu widzenia ładu społecznego? Dla Bydgoszczy i Torunia ten temat jest szczególnie ważny z punktu widzenia roli tych miast, uzgodnionej przy okazji reformy administracyjnej kraju w 1999 roku. Rozmowa Dnia z posłem do Parlamentu Europejskiego, Kosmą Złotowskim (PiS).

Michał Jędryka: Zacznijmy od słów, które wypowiedział pan wczoraj na konferencji prasowej: "Likwidacja urzędów wojewody prowadziłaby do federalizacji do landyzacji Polski. To jest stary, znany postulat Kongres Liberalno-Demokratycznego, ale jest to z całą pewnością postulat dla Polski bardzo zły". Rzeczywiście uważa pan, że sprawa jest aż tak poważna? To byłaby zasadnicza zmiana ustrojowa?

Kosma Złotowski: Tak. Dlatego że likwidacja wojewodów i urzędów wojewódzkich oznacza, że administracja rządowa nie miałaby nic do powiedzenia w terenie. Innymi słowy Polska stawałaby się federacją województw. To zmieniłoby również rozwój kraju, bo celem władzy każdego województwa byłoby, żeby ono właśnie rozwijało się najlepiej i najszybciej. Zahamowałoby to z całą pewnością zrównoważony rozwój kraju. Myślę, że to bardzo szkodliwy pomysł. Ponadto należałoby zauważyć, że Grzegorz Schetyna przedstawił to jako pomysł na wybory samorządowe, tymczasem choćby Platforma miała rządy we wszystkich sejmikach, to jednak konstytucji tymi sejmikami nie zmieni. To nie jest postulat na wybory samorządowe, to jest postulat na wybory do Sejmu i Senatu.

To prawda, pewnie lepiej by było porozmawiać o tym przy innej okazji, ale chciałbym jeszcze zapytać o Europejską Kartę Samorządu Terytorialnego, bo tam przeczytałem takie sformułowanie: "Samorząd regionalny oznacza prawo i zdolność największych terytorialnych jednostek władzy w obrębie każdego państwa, mających wybieralne organy administracyjne umieszczone między rządem centralnym a samorządem lokalnym, posiadających prerogatywy albo wynikające z samoorganizacji do zarządzania na własną odpowiedzialność i w interesie mieszkańców zasadniczą częścią spraw publicznych". Czyli ta europejska karta jakby promuje takie samorządowe regiony właśnie...

Dlatego, że Europa promuje generalnie samorządy i bardzo dobrze. Samorząd to nie jest nic złego, wręcz przeciwnie to jest coś bardzo dobrego, ale musimy przestrzegać kilku zasad. Na przykład zasady pomocniczości, a to, co pan redaktor teraz przeczytał mówi o tym, żeby tworzyć jednostki samorządu terytorialnego takie, żeby one potencjalnie mogły się same rządzić, to znaczy miały odpowiednie dochody, były odpowiednio duże, miały odpowiednią liczbę spraw wspólnych i z mocy prawa tworzy się taką wspólnotę samorządową. No i tak właśnie jest dzisiaj w Polsce, tak są zbudowane województwa, no niestety nie wszystkie gminy są "samowystarczalne" i nie wszystkie powiaty. To jest już inna rzecz.

Czyli tę równowagę, która została ustalona w 1999 roku pomiędzy administracją centralną a samorządową w Polsce uważa pan za dobrą, stabilną nienaruszalną.

Wie pan, wszystko można zmienić - świat się zmienia, ustrój też można zmienić i dostosować go do potrzeb, tylko że ja uważam, że federalizacja w polskim wypadku nie ma absolutnie żadnych podstaw, żadnych podstaw historycznych. W każdym razie w tych granicach państwa, w których dzisiaj jesteśmy i w tych warunkach etnicznych, w których dzisiaj żyjemy, i geopolitycznych również. W związku z tym ja taki postulat odrzucam, ale oczywiście debata na ten temat może trzymać, tyle tylko żeby trwała w odpowiednim czasie. To nie jest czas, żeby debatować na ten temat, dlatego że tymi wyborami nie jesteśmy w stanie tego zmienić. Tak jak powiedziałem to są wybory do Sejmu i Senatu.

Tak, ale na te wybory wpływa specyfika naszego regionu, która polega na dwustołeczności Bydgoszczy i Torunia, a to prowadzi do ciągłych prób sił. Wraca to w każdej kampanii wyborczej, na przykład teraz bydgoszczanie coraz głośniej mówią marszałek ma być z Bydgoszczy, Toruń wprawdzie nie mówi o tym głośno, ale działa skutecznie. Czy to służy rozwojowi całego regionu i czy jest nieuniknione?

Myślę, że w takim przypadku jak dwustołeczność to jest nieuniknione. Konkurencja tych dwóch miast zawsze będzie. Zresztą Bydgoszcz od lat konkurowała z pobliskim przecież Toruniem. Generalnie wydaje mi się, że konkurencja zawsze "robi dobrze", aczkolwiek potrzebna jest też pewna równowaga. Tej tutaj w ostatnich latach brakuje. Widzimy to po rozdziale środków unijnych, które jeśli przeliczymy na głowę mieszkańca są wydawane w Toruniu bardziej niż w Bydgoszczy (...)
Polskie Radio PiK - Rozmowa dnia - Kosma Złotowski

Zbigniew Rasielewski

Zbigniew Rasielewski. Fot. Archiwum
Zbigniew Rasielewski. Fot. Archiwum
- Urzędy Wojewódzkie są potrzebne, a postulat ich likwidacji nie powinien się pojawić w kampanii samorządowej - uważa Zbigniew Rasielewski, kandydat Zjednoczonej Prawicy na prezydenta Torunia, odnosząc się do pomysłu Platformy Obywatelskiej przypomnianego podczas sobotniej konwencji wyborczej.

Magda Jasińska: W swojej kampanii stawia Pan na szeroką współpracę, jak Pan mówił „nie tylko z radnymi wszystkich szczebli, ale także z prezydentami Grudziądza i Włocławka”. Dlaczego nie wymienił Pan Bydgoszczy i Inowrocławia? Czy to oznacza, że obecna współpraca jest niewystarczająca?
Zbigniew Rasielewski: Na zagadnienie współpracy trzeba spojrzeć zdecydowanie szerzej. Jeżeli mówimy o wykorzystaniu pieniędzy unijnych, to przede wszystkim w kontekście rozwoju komunikacji, dróg i co najważniejsze - dojazdu do terenów inwestycyjnych. Na to będę chciał położyć bardzo duży nacisk podczas tej kampanii wyborczej. Jeżeli chodzi o współpracę, nie wyobrażam sobie, żeby nie było jej z Bydgoszczą czy Inowrocławiem, ale naturalną drogą jest współpraca z Włocławkiem i Grudziądzem, a Toruń leży w jej centrum. Zresztą współpraca z Bydgoszczą układa się różnie - raz lepiej, raz gorzej, ale jest.

Natomiast nie ma Pana zdaniem współpracy z Włocławkiem i Grudziądzem?

- Jest zdecydowanie za mała - mówię to w kontekście nie tylko kampanii wyborczej, ale tego co się dzieje i działo na przełomie ostatnich lat oraz w kontekście działań Urzędu Marszałkowskiego. Widzimy jak prężnie rozwija się Toruń i Bydgoszcz, w przeciwieństwie do tych dwóch miast, które leżą gdzieś obok nas i wielokrotnie walczyły, by podział unijnych pieniędzy wyglądał trochę inaczej. Jestem przekonany, że jeżeli będziemy potrafili wspólnie usiąść z przyszłym prezydentem Grudziądza oraz Włocławka, i rozmawiać o przyszłości, to będzie zdecydowanie lepiej. Będzie to korzyść nie tylko dla tych trzech miast – m.in. dla Torunia, ale i dla regionu.

To taka moda, że kandydaci odkrywają swoje karty programowe etapami? Nie moglibyśmy się dowiedzieć, jaki jest Pana całkowity program w kampanii?

- Do wyborów mamy jeszcze 40 dni. To bardzo dużo czasu. (…) Sama kampania wyborcza to nie tylko i wyłącznie ten okres 40 dni przed wyborami, ale cała kadencja, która za chwilę będzie za nami. Chcemy wspólnie z kandydatami, ale też z obecnymi radnymi naszego miasta pokazać to, co wspólnie udało nam się zrobić. Zawsze kładłem nacisk na to, by współpracować bez względu na opcję, z jakiej dana osoba się wywodzi. Myślę, że to się bardzo dobrze w Toruniu udaje. Dlatego popieram odkrywanie programu etapami poprzez uczestnictwo, konferencje i briefingi na poszczególnych osiedlach. Należy z jednej strony pokazać, co zostało zrobione, a z drugiej - jaki jest nasz plan na Toruń na najbliższą kadencję, ale też na najbliższe lata po tej kadencji.

Jak zamierzałby Pan zmierzyć się z zadłużeniem miasta, które nie jest małe?
- To jest ciągle powtarzany mit, że Toruń jest mega zadłużony i nic nie można zrobić. Jeden z kandydatów powiedział nawet, że następna kadencja będzie kadencją zaciskania pasa. Ja się z tym nie zgadzam. Jeżeli mamy możliwość wykorzystywania środków zewnętrznych, to trzeba to robić (...).
Polskie Radio PiK - Rozmowa dnia - Zbigniew Rasielewski
1234567