Wtorek, 19 lutego 2019 r.   Imieniny: Arnolda, Konrada, Marcelego
Polskie Radio PiK » Rozmowa Dnia

Rozmowa dnia

Tomasz Lenz

Tomasz Lenz. Fot. Archiwum
Tomasz Lenz. Fot. Archiwum
Jakie nazwiska pojawią się na liście kandydatów opozycji do Parlamentu Europejskiego? Czy prowadzone są w tej sprawie rozmowy z Januszem Zemke, Radosławem Sikorskim lub Eugeniuszem Kłopotkiem? Czy władze Izraela powinny przeprosić Polaków za słowa p.o. szefa izraelskiej dyplomacji? Rozmowa Dnia z posłem Koalicji Obywatelskiej, liderem Platformy Obywatelskiej w Kujawko-Pomorskiem.



Robert Erdmann: Panie pośle, wyssał pan antysemityzm z mlekiem matki?

Tomasz Lenz: Wiem do czego pan zmierza. Minister spraw zagranicznych Izraela wypowiedział się tak o nas wszystkich Polakach, jakobyśmy "wyssali antysemityzm z mlekiem matki". Jako absolwent historii na Wydziale Historii i Archiwistyki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu chcę podkreślić fakt, że historycznie rzecz biorąc Żydzi, którzy zostali w wielu krajach Europy Zachodniej wygnani, bo byli tam prześladowani, osiedlali się właśnie w Polsce. To na terenie Rzeczypospolitej Obojga Narodów Żydzi mieli swój własny parlament, byli doceniani przez polskich władców, mieli specjalne prawa, pełnili ważne funkcje w administracji Rzeczypospolitej, także w okresie zaborów i okresie późniejszym. Ich kultura, religia, prowadzenie działalności gospodarczej niczym nie było ograniczone, chyba że robili to zaborcy. To Polska była tym krajem, gdzie Żydzi przez wieki znajdowali pomoc, wsparcie i byliśmy krajem zawsze przyjaznym także innym narodowościom i innym religiom. Dlatego ta wypowiedź ministra spraw zagranicznych Izraela, wypowiedziana prawdopodobnie w wirze toczącej się w Izraelu kampanii wyborczej, jest skandaliczna, nie do przyjęcia. Nie dziwię się, że polskie władze, wszyscy parlamentarzyści, my wszyscy, czujemy się oburzeni tą wypowiedzią. Także w kontekście tego, że w okresie drugiej wojny światowej to my - Polacy, byliśmy narodem, który poniósł największe straty, którego miliony obywateli zostało wymordowanych bądź zginęło w działaniach wojennych; gdzie nasza gospodarka i nasz kraj zostały zrujnowane i mówienie dzisiaj, że my jesteśmy odpowiedzialni za to, co się stało w okresie II wojny światowej, bo taki jest kontekst tej wypowiedzi, że mamy antysemityzm w sobie, który wynika z naszych genów, to jest nie do przyjęcia, to naprawdę bardzo nas boli. Także w kontekście tego, że Polacy po II wojnie światowej zrobili wiele, aby upamiętnić miejsca zagłady Żydów. Przecież dbamy o miejsca, w których dokonano zagłady narodu żydowskiego. Tworzymy muzea, pielęgnujemy te miejsca. Mogą je odwiedzać ludzie z całego świata. To są jednocześnie muzea, a jednocześnie miejsca, które pokazują, że pochylamy głowę i pamiętamy o tych, którzy zginęli w wyniku tej zbrodni, dokonanej przez Niemców w czasie II wojny światowej, na polskim terenie, na narodzie żydowskim. Ta wypowiedź ważnego polityka izraelskiego bardzo nas boli. Mam nadzieję, że nastąpi w izraelskim rządzie zmiana tego sposobu oceny sytuacji historycznej w okresie II wojny światowej, jakieś przeprosiny. Oczekuje reakcji. Dla mnie, dla Polaka, parlamentarzysty to są słowa, których nie powinno być. Są krzywdzące i nieprawdziwe.

(...)

Będzie pan startował do Sejmu czy do Parlamentu Europejskiego? Decyzja już zapadła?

Już dawno temu zapowiedziałem, że nie wystartuję w wyborach do Europarlamentu. W związku z tym jest oczywiste, że jeżeli już zdecyduję się na kontynuowanie pracy poselskiej, to wystartuję w jesiennych wyborach do polskiego parlamentu, do Sejmu. Myślę, że Platforma Obywatelska i ugrupowania, które z nami współpracują będą tworzyły blok w oparciu o innych znakomitych kandydatów, którzy są popularni i znani w Kujawsko-Pomorskiem.

Co z Januszem Zemke, co z Jerzym Wenderlichem. Pytam o liderów lewicy.

To jest pytanie do przewodniczących Sojuszu Lewicy Demokratycznej, do samego przewodniczącego Platformy Obywatelskiej Grzegorza Schetyny. Statut Platformy Obywatelskiej jest bardzo demokratyczny, ale jasno mówi, że w wyborach lokalnych listy układają władze regionalne, czyli przewodniczący Tomasz Lenz z zarządem regionu i radą regionalną. Zarządowi krajowemu w tej sprawie nie przysługują praktycznie rzecz biorąc żadne możliwości oddziaływania na to, jak te listy wyglądają. Chyba, że ktoś się odwołuje i w wyniku tego zarząd może reagować. Natomiast listy do Europarlamentu, tak jak mówi statut, układa i przygotowuje zarząd krajowy i dlatego te kwestie dotyczące jakie nazwiska na tych listach się znajdą, jacy to będą politycy i na jakich miejscach, leży w gestii zarządu krajowego. Jestem członkiem zarządu krajowego i będę o tym rozmawiał, ale tak jak mówię pewnie propozycje kandydatów i miejsc przestawi sam Grzegorz Schetyna i zostanie to wcześniej wynegocjowane z tymi ugrupowaniami politycznymi, które do takiego projektu będą chciały się wpisać. Wiemy, że Sojusz Lewicy Demokratycznej już zgłosił chęć startu wraz z Platformą. Wiemy, że partia Zieloni zgłosiła się chęć startu to z Platformą. Mam nadzieję, że to będzie Nowoczesna mimo dyskusji, która w tej chwili ma miejsce. Wygląda na to, że to będzie koalicja składająca się z kilkunastu ugrupowań. Dlatego dzisiaj za wcześnie mówić kto, z jakiego miejsca będzie startował. Odpowiadając na pana pytanie - Nie wiem czy Janusz Zemke zdecyduje się na start wyborach do Europarlamentu na następną kadencję. Trzymam za to kciuki, bo znam go, szanuję, jest dobry eurodeputowanym. Był kiedyś znakomity ministrem obrony narodowej, jest znaną, rozpoznawalną postacią w województwie kujawsko-pomorskim, ale coś tam kiedyś mówił o przejściu na emeryturę. Zobaczymy czy będzie chciał dalej pracować dla nas, dla województwa czy też zdecyduje się jednak na odejście z polityki. Czekam na tę jego decyzję, a jak pan ma świadomość w blokach są inni politycy Sojuszu Lewicy Demokratycznej z województwa kujawsko-pomorskiego, którzy wtedy na pewno chcieliby mieć szansę startu, jeżeli eurodeputowany Janusz Zemke zdecydowałby się na to, że nie będzie kontynuował swojej pracy w Europarlamencie.

To jeszcze jedno nazwisko - Radosław Sikorski.

Nie jest żadną tajemnicą, że Radosław Sikorski przymierza się do startu w wyborach do Europarlamentu. Chyba wszyscy o tym wiedzą. Słyszeli także liczne jego wywiady, które świadczyłyby o tym, że nie wyklucza, że do Europarlamentu wystartuje. Któż nie zna w kraju i województwie kujawsko-pomorskim Radka Sikorskiego? Ministra spraw zagranicznych, marszałka Sejmu. Znają go wszyscy. Bardzo wysoka rozpoznawalność, osoba świetnie znający język angielski, posiadająca liczne kontakty na świecie, w dyplomacji. Może w wyniku zbudowania większości przez ugrupowania, które wygrają wybory do Europarlamentu Radek Sikorski może być także kimś, kto nie będzie tylko europosłem, a może pełnić jeszcze inne funkcje, dobrze reprezentując nasz kraj i dbając też o interesy kujawsko-pomorskiego. Radek Sikorski wydaje mi się naturalnym kandydatem i na tej liście się na pewno znajdzie.

A kiedy możemy spodziewać się rozstrzygnięć z listami?

Z zainteresowaniem oczekuję sobotniego spotkania Rady Naczelnej Polskiego Stronnictwa Ludowego. Stosunkowo niedawno miałem okazję rozmawiać z posłem Eugeniuszem Kłopotkiem na temat możliwości startu w wyborach do Europarlamentu także Polskiego Stronnictwa Ludowego z takiej szerokiej listy, szerokiego bloku politycznego. Wiem, że w Polskim Stronnictwie Ludowym rozważa się też taki projekt, w którym PSL jest częścią właśnie dużego bloku, gdzie jest Platforma, SLD, gdzie jest kilka innych ugrupowań, które też na scenie politycznej funkcjonują. W związku z tym uważam, że tak naprawdę koniec lutego, początek marca to będzie ten okres, w którym będziemy praktycznie wiedzieli jaka koalicja startuje z jednej listy w wyborach do Europarlamentu. Będzie to koalicja, która startuje w kontrze do Prawa i Sprawiedliwości, a na pewno po tym fakcie, kto to jest częścią tej koalicji będziemy wiedzieli kogo konkretnie na tych listach będą te ugrupowania chciały zaprezentować, kto ma być kandydatem. Myślę, że wtedy Eugeniusz Kłopotek na tej liście też by się znalazł. Myślę, że to jest bardzo prawdopodobne.
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Tomasz Lenz

Michał Kosman

Michał Kosman. Fot. Damian Klich
Michał Kosman. Fot. Damian Klich
Czy na Bliskim Wschodzie dojdzie do wojny z Iranem? Czy zakończoną konferencję w Warszawie można uznawać za sukces polskiej dyplomacji? Jakie znaczenie mają roszczenia premiera Izraela? O to zapytaliśmy eksperta od stosunków międzynarodowych, prof. Michała Kosmana z UKW w Bydgoszczy.

Michał Jędryka: W zeszłym tygodniu odbyła się Konferencja Bliskowschodnia zwołana przez Polskę, choć niektórzy uważają, że przez Stany Zjednoczone. Miał zostać przedstawiony plan pokojowy dla Bliskiego Wschodu, ale nikt nie zna szczegółów tego planu.

prof. Michał Kosman: Muszę podzielić się taką refleksją, że gdy dotarły do mnie pierwsze informacje o organizacji tego szczytu w Warszawie, to wyglądało to dość obiecująco, natomiast z czasem, gdy zaczęły wyciekać przeróżne szczegóły związane z tym, że będzie ten szczyt miał wydźwięk przede wszystkim antyirański to muszę powiedzieć, że mój entuzjazm dla tego wydarzenia trochę zmalał. Musimy postawić się w sytuacji polskiej dyplomacji, tak naprawdę trudno było nam odmówić Stanom Zjednoczonym, jest to nasz sojusznik, główny gwarant naszego bezpieczeństwa. Jak wiemy, wydarzenie wywołało spory rezonans w Iranie, protesty. Pamiętajmy, że Iran nie jest naszym partnerem strategicznym - a Stany Zjednoczone tak.

Iran jeśli nie jest naszym przyjacielem, to życzliwym sprzymierzeńcem. Przynajmniej do tej pory był.

Stosunki polsko-irańskie nie charakteryzują się wielką intensywnością, zatem wybierając między Iranem a Stanami Zjednoczonymi musimy postawić na Stany Zjednoczone. Dużo większą rolę odgrywał ten szczyt w odniesieniu do Unii Europejskiej. Reprezentanci państw europejskich to byli reprezentanci niższego szczebla, a reakcja państw głównego nurtu UE to umiarkowana dezaprobata.

Dlaczego Stany Zjednoczone niepokoi wzrost wpływów Iranu na Bliskim Wschodzie?

Przede wszystkim ten szczyt pokazuje jaka zmiana nastąpiła w polityce Stanów Zjednoczonych po objęciu prezydentury przez Donalda Trumpa. Wcześniej, w czasach Baracka Obamy, polityka bliskowschodnia Stanów Zjednoczonych była bardziej zrównoważona, poparcie dla Izraela nie było tak nieograniczone. Pamiętamy, że Izrael bardzo negatywnie przyjął podpisanie porozumienia nuklearnego z Iranem w 2015 roku. Widać wyraźnie, że od czasu objęcia prezydentury przez Donalda Trumpa to wahadło sympatii dość wyraźnie przechyliło się w stronę Izraela.

Ale państwa zachodnie, jak Wielka Brytania, Niemcy, Francja są zadowolone z tego porozumienia nuklearnego z Iranem.

Oczywiście, same negocjowały wraz ze Stanami Zjednoczonymi, to było 6 państw, 5 stałych członków Rady Bezpieczeństwa plus Niemcy. Państwa europejskie, które brały w tym udział uważają, że to porozumienie funkcjonuje, że jest ważne. Natomiast Izrael od początku był przeciwny temu porozumieniu, a teraz w okresie prezydentury Trumpa Stany Zjednoczone przyjęły punkt widzenia Izraela. Nic nie wskazuje na to, żeby Iran łamał warunki tego porozumienia. Przeciwnicy Iranu nie opublikowali, żadnych dowodów na to. Natomiast poważnym problemem, który dostrzegają Stany Zjednoczone i Europa, jest program rakietowy Iranu. Iran zamierza skonstruować pociski, które byłyby zdolne atakować Izrael i to jest problem. Druga kwestia to jest poparcie dla określonych ruchów terrorystycznych jak Hezbollah lub plemię Huti w Jemenie. (...).
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Michał Kosman

Hanna Nowak i Sylwia Kasprzyk

Hanna Nowak i Sylwia Kasprzyk. Fot. Monika Kaczyńska
Hanna Nowak i Sylwia Kasprzyk. Fot. Monika Kaczyńska
Rolnicy mogą starać się o finansową pomoc państwa w zakładaniu małego przetwórstwa oraz handlu detalicznego. Chodzi o to, by mogli sami produkować żywność z tego, co wytwarzają w swoich gospodarstwach i by mogli tymi produktami handlować. Rozmowa Dnia z Sylwią Kasprzyk i Hanną Nowak z Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa w Toruniu.



Marcin Kupczyk: "Weź dotację na małe przetwórstwo i rozkręć biznes na wsi" - Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa zachęca rolników do zakładania małego przetwórstwa oraz prowadzenia handlu.

Hanna Nowak: Jesteśmy w trakcie naboru, który rozpoczął się 31 stycznia i będzie trwał do 1 marca bieżącego roku. Chodzi o wsparcie inwestycji w przetwarzanie produktów rolnych, obrót nimi lub ich rozwój - małe przetwórstwo oraz rolniczy handel detaliczny. Kto może ubiegać się o pomoc? W tym działaniu są to rolnicy, domownicy bądź małżonkowie rolników, którzy podejmują prowadzenie działalności gospodarczej w zakresie przetwarzania produktów. Muszą rozpocząć działalność co najmniej z jednego rodzaju działalności, wymienionej w załączniku do rozporządzenia. Może to dotyczyć produkcji wyrobów na przykład z mięsa, produkcji soków z owoców i warzyw.

Wszystkie te działalności, kody według Polskiej Klasyfikacji Działalności, są określone na naszej stronie w rozporządzeniu. Mamy dużo poradników na ten temat, więc każdy będzie mógł znaleźć dla siebie informacje, ale to dopiero po podpisaniu umowy. Najpierw składamy wniosek, a potem, jak już będzie zobowiązanie Agencji, że dana inwestycja może być finansowana, wówczas rolnik, domownik czy małżonek rolnika decyduje o tym, kiedy realizuje inwestycję i jaką działalność otwiera według kodów z rozporządzenia. Beneficjent musi podlegać ubezpieczeniu społecznemu rolników w pełnym zakresie. To jest bardzo ważny punkt, to musi spełniać. Poza tym powinien posiadać numer identyfikacyjny nadany w trybie przepisów o krajowym systemie ewidencji producentów, ewidencji gospodarstw rolnych. To większość rolników posiada, więc nie będzie to dla nich stanowiło żadnego problemu.

Drugą grupą są rolnicy i małżonkowie rolników, którzy wykonują bądź podejmują wykonywanie działalności w zakresie przetwarzania i zbywania przetworzonych produktów, właśnie w ramach rolniczego handlu detalicznego.

A na jakie pieniądze można liczyć i czy trzeba mieć wkład własny?

Pierwsza grupa może otrzymać maksymalnie dofinansowanie 50 proc. kosztów kwalifikowanych, kosztów netto, maksymalnie 500 tys. zł, natomiast przy rolniczym handlu detalicznym jest 100 tys. Połowę dofinansuje Agencja, drugą połowę musi mieć rolnik.

A na co należy te pieniądze przeznaczyć?

Te koszty są również wymienione. Ogólnie można powiedzieć, że do kosztów, które kwalifikują się możemy zaliczyć: koszty zakupu wraz z instalacją maszyn i urządzeń, które będą potrzebne do przetwarzania produktów, do magazynowania czy przygotowania produktów rolnych do przetwarzania. Oczywiście mogą być to również inwestycje budowlane: rozbudowa, modernizacja danych budynków, w których będzie prowadzona działalność gospodarcza.

Agencja wprowadziła szereg ułatwień, jeśli chodzi o dokumenty. Nie trzeba ich wielu na etapie starania się o dotację.

Na samym początku rolnik składa formularze, które są na stronie internetowej Agencji, do których są instrukcje jak je wypełnić. Natomiast załączniki dotyczące pozwoleń projektów będą wymagane na późniejszym etapie, tak zwanym rozliczeniu inwestycji. Jak już rolnik inwestycję przeprowadzi, wtedy będzie składał wniosek o płatność wraz z pozwoleniami i decyzjami.

Druga propozycja jest nowością. To rolniczy handel detaliczny.

Sylwia Kasprzyk: Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa kontynuuje zapoczątkowane przez Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi wprowadzenie zmian mających pomoc rolnikom w uruchomieniu bądź kontynuowaniu prowadzenia sprzedaży produkowanej żywności w części bądź w całości z gospodarstwa, bezpośrednio konsumentowi lub do zakładów handlu detalicznego bezpośrednio zaopatrujących konsumenta. Działanie, o którym tutaj mówimy, czyli rolniczy handel detaliczny, rozszerza jakby krąg odbiorców poza osoby prowadzące czy zobowiązane do prowadzenia działalności gospodarczej. Mówiąc o rolniczym handlu detalicznym mamy na myśli obsługę lub przetwarzanie żywności, w tym chodzi tu o surowce pochodzenia zwierzęcego i niezwierzęcego, czyli na przykład zioła, pomidory, ogórki, ale także produkty zwierzęce i niezwierzęce, produkty mleczne, przetwory z owoców i warzyw, przetwory mięsne, np. szynki. Zbywanie żywności odbywa się tutaj w ramach określonych limitów, o czym należy pamiętać.

Ta sprzedaż jest limitowana, ale rejestracja działalności dla tych rolników odbywa się w sposób uproszczony - w inspekcji weterynaryjnej dla produktów pochodzenia zwierzęcego oraz w inspekcji sanitarnej dla produktów niezwierzęcych. Te jednostki prowadzą również nadzór nad sprzedażą. Rejestracja rolniczego handlu detalicznego jest jednocześnie rejestracją produkcji pierwotnej, dokonywanej przez rolników. Produkcja i magazynowanie żywności w ramach tego handlu może odbywać się zarówno przy wykorzystaniu pomieszczeń w domach mieszkalnych, co jest tutaj dosyć istotne, na przykład w kuchniach domowych, jak też w oparciu o wykorzystanie sprzętu i urządzeń gospodarstwa domowego. Oczywiście z zachowaniem wymogów higieny.

Ułatwieniem dla rolników jest to, że ocena zdolności danego wnioskodawcy do zrealizowania swoich pomysłów odbywa się wyłącznie na podstawie biznesplanu i nie ma obowiązku składania dosyć sporej ilości załączników, pozwoleń, zezwoleń i innych dokumentów. Istotną rzeczą jest to, że przychody ze sprzedaży w ramach rolniczego handlu detalicznego do kwoty 40 tys.zł są zwolnione z podatku dochodowego, a to, co jest ponad 40 tys. zł jest opodatkowane dosyć atrakcyjnie 2-procentowym ryczałtem. Należy pamiętać, że wyłączone ze wsparcia w ramach działania, które dofinansowuje Agencja, są niestety produkcja pieczywa i wyrobów cukierniczych, czy produkcja dań gotowych typu: knedle, pierogi, placki czy gotowe posiłki z mięsa.

Gdzie rolnicy mogą sprzedawać swoje produkty i komu?

Rolnicy mogą sprzedawać bezpośrednio z gospodarstw odbiorcom, nazywanym konsumentami końcowymi bądź mogą to sprzedawać do sklepów detalicznych, restauracji, stołówek. Bądź za pośrednictwem innych jednostek na targach, wystawach. Oczywiście należy też pamiętać, że mogą sprzedawać do tych placówek, które znajdują się na terenie województwa bądź powiatów sąsiadujących z miejscem zakładu przetwórczego.

Rolnik może również pojechać na targ i tam sprzedawać swoje produkty?


Oczywiście, że tak. Targowisko musi być tylko zlokalizowane na terenie województwa bądź powiatów ościennych.

Czy rolnicy dzwonią i pytają, bo przypomnijmy wnioski można składać do 1 marca.

Rolnicy dzwonią i przyjeżdżają osobiście do oddziału regionalnego Agencji w Toruniu, na ul. Dąbrowskiego 4. Zadają mnóstwo pytań, mają mnóstwo pomysłów. Te pomysły są w naszym odbiorze dosyć innowacyjne. Myślimy, że zainteresowanie będzie duże. Informacji można zasięgnąć również w ośrodkach doradztwa rolniczego.
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Hanna Nowak i Sylwia Kasprzyk

Mariola Wach

Mariola Wach. Fot. Tomasz Kaźmierski
Mariola Wach. Fot. Tomasz Kaźmierski
Od początku 2019 r. obowiązuje znowelizowana ustawa dotycząca bezpłatnej pomocy prawnej. Kto może z niej skorzystać i z jakimi problemami najczęściej przychodzą interesanci? Na te pytania odpowie adwokat, mec. Mariola Wach.

Michał Jędryka: Od początku tego roku w zasadzie każdy obywatel może skorzystać z systemu bezpłatnej porady prawnej. Pani mecenas jest jedną z osób udzielających takich porad. Co trzeba zrobić? Jakie warunki spełnić, żeby bezpłatną poradę uzyskać?

Mariola Wach: Już od początku 2016 roku na terenie całego kraju obowiązuje system darmowej pomocy prawnej wprowadzony ustawą z dnia 5.08.2015 roku. Następnie na podstawie tej wskazanej ustawy oraz ustawy zmieniającej, która obowiązuje od 1 stycznia 2019 roku, rozszerzono jednak katalog beneficjentów, którzy mogą skorzystać z takiej pomocy prawnej. Kiedyś były ograniczenia wieku, wykształcenia, teraz z takiej pomocy może skorzystać każda osoba, która złoży stosowne oświadczenie, że nie jest w stanie ponieść kosztów odpłatnej pomocy prawnej.

Gdzie można znaleźć takie punkty pomocy prawnej, gdzie ich szukać?

Na terenie Bydgoszczy działa dziesięć punktów oraz cztery punkty płatnego poradnictwa obywatelskiego, wykaz punktów z dokładnym wskazaniem adresów, godzin urzędowania, każdy zainteresowany może znaleźć na stronie Urzędu Miasta Bydgoszczy.

I ewentualnie innych miast województwa, bo w każdej gminie takie punkty muszą być.

Zgadza się, w urzędzie miasta lub gminy takie informacje powinny być.

Z jakimi problemami może obywatel, interesant przyjść, żeby taką bezpłatną poradę prawną uzyskać?

W każdej sprawie, czy to w postępowaniu przygotowawczym, czy administracyjnym, sądowym, sądowo-administracyjnym, są wyłączenia gdzie nie możemy pism procesowych typu pozew, wniosek w postępowaniu nieprocesowym, apelacji czy prywatnego aktu oskarżenia - to są wyłączenia, niemniej jednak, nasza pomoc prawna polega przede wszystkim na poinformowaniu takiej osoby o przysługujących jej uprawnieniach, spoczywających na niej obowiązkach, możemy wskazać sposób rozwiązania problemu prawnego, przede wszystkim jesteśmy uprawnieni do sporządzenia projektu pisma w sprawach o których wspomniałam. (...).
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Mariola Wach

Bartosz Kownacki

Bartosz Kownacki. Fot. Archiwum
Bartosz Kownacki. Fot. Archiwum
PR PiK - Rozmowa Dnia - Bartosz Kownacki
Dlaczego Rumunia za 18 wyrzutni Himers płaci 218 mln dolarów, a Polska za 20 wyrzutni aż 414 mln dolarów? Czy państwo polskie jest przygotowane na ewentualne wrogie ataki w sieci, związane z planowanymi w Polsce wyborami? Te pytania padły w Rozmowie Dnia na antenie Polskiego Radia PiK. Gościem Roberta Erdmanna był Bartosz Kownacki, poseł Prawa i Sprawiedliwości z sejmowej komisji obrony i były wiceminister obrony narodowej.

Robert Erdmann: Dziś Polska podpisze umowę z Amerykanami na kupno wyrzutni Himers. Mamy kupić 20 wyrzutni z osprzętem. Koszt to 414 mln dolarów. Rumunia kupiła tymczasem 18 wyrzutni za 218 mln USA. Skąd ta różnica w cenie?
Bartosz Kownacki: Nie znamy jeszcze dokładnych postanowień tej umowy, dopiero będą przedstawione - dziś albo w kolejnych dniach. Różnice w kwotach mogą wynikać z rodzaju i ilości sprzętu.
Gdyby porównać poszczególne punkty - np. koszt ciężarówki kupionej na potrzeby strony rumuńskiej oraz polskiej, to będzie mniej więcej taki sam. Podobnie w przypadku ceny pocisku. Można jednak kupić większą ilość pocisków. Rumunii kupili ich dużo mniej, więc z tego mogą między innymi wynikać różnice.
To może być też kwestia pewnego sprzętu uzupełniającego - na przykład potrzebnego do do serwisu danego pojazdu - to też może powodować różnice w cenie. Mogą one wynikać z niuansów, których jeszcze nie znamy, a które na pewno zostaną bardzo szybko wyjaśnione.

Co z transferem technologii? Choćby na produkcję amunicji do tych wyrzutni?
- Powiem ze swojego doświadczenia - nie mamy jedności w polskiej klasie politycznej odnośnie strategii realizowania zakupów. To jest pewna wypadkowa między tym, czy chcemy mieć sprzęt "szybko, już i na miejscu", bo takie było oczekiwanie części opinii publicznej i opozycji oraz części byłych generałów. Rzeczywiście wszystko można kupić dość szybko, negocjacje trwają wtedy kilka miesięcy - tak to robił pan minister Błaszczak.
Można jednak zdecydować się na inną formułę, która będzie powodowała, że zostanie przetransferowana technologia. Będzie ona dużo droższa - trzy, cztery, nawet pięciokrotnie, bo trzeba wybudować odpowiednie fabryki, wyszkolić ludzi, kupić licencje, maszyny, a to wszystko kosztuje. Będzie też dużo dłuższa w czasie, dlatego że same zgody i negocjacje trwają nie rok czy dwa, a kilka, nawet kilkanaście lat, żeby uzyskać jak największy transfer technologii, nie mówiąc już o przystosowaniu, wybudowaniu fabryk itd. Nie można więc było oczekiwać, że rząd Prawa i Sprawiedliwości w ciągu tak krótkiego czasu kupi sprzęt, jeszcze z transferem technologii. Coś trzeba było wybrać. (...)
Kupujemy na razie 20 zestawów, to tylko początek. Wiemy, że stronie polskiej potrzebne jest ich dużo więcej, takie są analizy. Polska armia jednak coś już zyskuje, żołnierze będą szkoleni i będą przygotowywali się do nowego rodzaju uzbrojenia, którego nie mieli wcześniej. To duża jakościowa zmiana w polskim bezpieczeństwie.
Jednocześnie można bardziej na spokojnie ocenić, w jakim zakresie kupować następne wyrzutnie, negocjować cenę, negocjować transfer technologii, przygotowywać polskie zakłady. Wydaje mi się, że jest to racjonalna i dobra decyzja.

Rosja gra nie tylko rakietami, ale także gazem, Internetem. Przed nami w tym roku podwójne wybory w Polsce. Czy państwo polskie jest przygotowane, żeby ustrzec nas przed ewentualną "bratnią" pomocą w tym zakresie - myślę o wpływie na wybory?
- Mówi pan o Internecie, a ja uważam że takich narzędzi jest jeszcze dużo, dużo więcej. Internet jest najłatwiejszym dziś narzędziem, bo powszechnie dostępnym, łatwym w odbiorze, ale także łatwym, jeśli chodzi o sterowanie, bo każdy może założyć stronę internetową, każdy może być na Facebooku i podać fake newsa, który rozchodzi się w bardzo szybkim tempie. Niestety trzeba to sobie powiedzieć jasno, że nikt w sposób pełny nie jest przygotowany. Nawet Stany Zjednoczone czy inne państwa europejskie nie potrafiły sobie z tym poradzić (...).

Leszek Walczak

Leszek Walczak/fot. Archiwum
Leszek Walczak/fot. Archiwum
PR PiK - Rozmowa Dnia - Leszek Walczak
Przedstawiciele "Solidarności" spotkali się w poniedziałek w Bydgoszczy z parlamentarzystami Prawa i Sprawiedliwości, aby przedstawić swoje postulaty i porozmawiać o sytuacji społeczno-gospodarczej w kraju. Związkowcy domagają się między innymi podwyżek oraz zmiany prawa podatkowego. Gościem Rozmowy Dnia był przewodniczący Zarządu Regionu Solidarności Leszek Walczak.

Michał Jędryka: Od pewnego czasu trwa konflikt między „Solidarnością” a rządem. W styczniu przewodniczący związku Piotr Duda mówił, że jeżeli rząd chce mieć wroga w „S”, to będzie go miał. Rzeczywiście jest tak źle?
Leszek Walczak: Sytuacja jest dość napięta z tego powodu, że w ubiegłym roku otrzymaliśmy zapewnienia dotyczące budżetu państwa, a zwłaszcza środków, które miały być przeznaczone na wzrost wynagrodzeń dla pracowników sfery budżetowej. Odbyło się w tej sprawie kilka spotkań.
Dla przypomnienia - to w Bydgoszczy w lutym 2018 r. powstał regionalny komitet protestacyjny pracowników sfery budżetowej. Potem protesty rozszerzyły się na cały kraj, dołączyły do nas inne organizacje związkowe, co spowodowało, że stał się to główny postulat płacowy Komisji Krajowej „Solidarności”, jeśli chodzi o wzrost wynagrodzenia, odmrożenia kwoty bazowej dla pracowników sfery budżetowej.

Wyjaśnijmy proszę - sfera budżetowa to nauczyciele, urzędnicy, lekarze. Kto jeszcze?
- Samorządowcy, pracownicy kultury, nauki, pomocy społecznej. To sfera finansów publicznych, czyli wszyscy, którzy korzystają ze środków budżetu państwa.

Mówi pan o kwocie bazowej. Czym ona jest?
- Kwota bazowa dotyczy korpusu służby cywilnej. Jest ustalana przez rząd i była zamrożona od 2010 roku, czyli 8 lat nie była ruszana. Stanowi podstawę do wyliczenia wynagrodzenia dla urzędników korpusu służby cywilnej. Zamrożenie tej kwoty powodowało, że ich wynagrodzenie zbliżało się do kwoty brutto płacy minimalnej.

O płace urzędników chodzi przede wszystkim?
- Tak. Chodzi o płace całej administracji rządowej i samorządowej. W budżecie na rok 2019 nie było wzrostu wskaźnika, jeśli chodzi o kwotę bazową, nie było wzrostu wynagrodzeń na poziomie, o który związek postulował, dlatego odbyło się szereg protestów i spotkań. Główne spotkanie Komisji Krajowej z premierem Mateuszem Morawieckim odbyło się w sierpniu w Gdańsku. Premier zadeklarował wtedy, że nasze postulaty będą spełnione. Kolejne spotkanie było we wrześniu z panią minister Rafalską. Niestety, pomimo uzgodnień i deklaracji, w budżecie państwa te środki trafiły do innych grup społecznych, niż uzgodniliśmy. To powód konfliktu, który się rozpoczął.

Rozmowy odbywały się na szczeblu centralnym, ale w poniedziałek odbyły się też w Bydgoszczy. Jaki jest sens takich rozmów lokalnych?

- Chcemy, by posłowie PiS i Zjednoczonej Prawicy wymusili na swoich przedstawicielach w klubie parlamentarnym, ale także i w rządzie realizację naszych postulatów, czyli wszystkich wcześniejszych uzgodnień. Chodziło też o to, żeby zapoznać ich z sytuacją ogólną w sferze budżetowej, ale też i z postulatami Komisji Krajowej (...)

Radosław Bogusławski

Radosław Bogusławski. Fot. Magda Jasińska
Radosław Bogusławski. Fot. Magda Jasińska
W poniedziałek 11 lutego obchodzimy Europejski Dzień Numeru 112. W jakich sprawach powinniśmy korzystać z tego numeru, na jaką pomoc możemy liczyć? Jaki jest odsetek zgłoszeń fałszywych i bezzasadnych? Czy osoby fałszywie informujące o wypadku mogą czuć się bezkarne? M.in. o tym w "Rozmowie dnia" na antenie Polskiego mówił Radosław Bogusławski, kierownik Wojewódzkiego Centrum Powiadamiania Ratunkowego w Bydgoszczy.

Magda Jasińska: Czy nr 112 zakorzenił się już w naszej świadomości?

Radosław Bogusławski: Oj, jeszcze nie. Myślę, że ciągle zmagamy się z ogromną liczbą fałszywych zgłoszeń, bo to jest największa bolączka centrów powiadamiania ratunkowego i ogólnie systemu. Walczymy z tym na co dzień, ale ten dzień europejski, jeden dzień, to jest trochę za mało, należy uświadamiać społeczeństwo częściej.

Gdy zobaczyłam dane z których wynika, że w roku jest 19 mln połączeń na 112 z czego połowa to fałszywe alarmy - to jest zatrważające.

Tak, w roku 2018 w Bydgoszczy mieliśmy 1 mln 480 tys. zgłoszeń z czego 76% to zgłoszenia niezasadne czyli fałszywe i anulowane.

Ci ludzie czują się bezkarni? Czy nie mają świadomości?

To są bardzo rożne przypadki. Największa liczba zgłoszeń fałszywych to połączenia przez przypadek z kieszeni, to są dzieci, które dostają telefon od rodziców, żeby się pobawiły, dużo jest też osób starszych, które nie wiedzą i dzwonią ze wszystkim.

Na przykład gdzie znajduje się dana przychodnia?

Tak, tego typu pytania. Są też telefony gdy ktoś narzeka, że mu uciekł autobus, to jest bardzo uciążliwe dla operatorów.

To jest największy problem, bolączka?

Sukcesywnie od kilku lat liczba fałszywych połączeń spada, więc jest to takie małe pocieszenie, ale jest to wciąż bardzo dużo. Najbardziej niebezpieczne przypadki to zgłoszenia fałszywe, gdzie ktoś twierdzi, że się pali lub że jest podłożona bomba, a wtedy trzeba zadysponować straż pożarną, karetkę i policję, a oni w tym czasie mogliby być potrzebni gdzie indziej, gdzie rzeczywiście coś się wydarzyło.

Czy operator jest w stanie wychwycić czy to jest zgłoszenie fałszywe czy prawdziwe?

Operator ma swoje procedury, musi potraktować to jako zgłoszenie prawdziwe. Ostatecznie zarządzający obiektem decydują czy ewakuacja jest potrzebna czy nie.

Co grozi takiej osobie, która zadzwoni pod 112 i zgłosi, że gdzieś się pali, albo, że gdzieś jest potrzebna karetka?

Może być obciążona kosztami całej akcji. Jest znowelizowany kodeks wykroczeń, artykuł 66, który mówi, że takiej osobie uporczywie blokującej linię alarmową grozi areszt lub 1500 zł. grzywny, ewentualnie nawiązka, więc też są takie przypadki, które ścigamy i jest tego coraz więcej i ściganie jest skuteczniejsze. (...).
Polskie Radio PiK - Rozmowa dnia - Radosław Bogusławski

Jan Rulewski

Jan Rulewski Fot. Archiwum
Jan Rulewski Fot. Archiwum
Mija 30 lat od rozpoczęcia obrad Okrągłego Stołu. Czy powinniśmy pamiętać tę datę jako dzień przełomu? Czy to był wielki sukces czy kompromis? Czy można było osiągnąć więcej? Spór trwa do dziś. Gościem piątkowej Rozmowy Dnia był Jan Rulewski - senator PO, dawny lider bydgoskiej Solidarności.



Marcin Kupczyk: 6 lutego 1989 roku rozpoczęły się obrady Okrągłego Stołu, trwały do 5 kwietnia. Przedstawiciele władzy komunistycznej i solidarnościowej opozycji zasiedli do rozmów, które miały doprowadzić do porozumienia i wspólnego rozwiązania konfliktów społecznych - w sytuacji strajków i protestów. Obrady zapoczątkowały przemiany polityczne, a w efekcie upadek komunizmu. Minęło 30 lat, działacze już różnią się w ocenie tego wydarzenia. Jan Lityński - uczestnik obrad: "Rozmów nie należało odkładać, a polski Okrągły Stół był modelowym sposobem zmiany ustroju. To jest wzór wychodzenia z systemu totalitarnego". Krzysztof Wyszkowski: "Ustalenia okrągłostołowe utrwalały radzieckie wpływy w całym regionie. Zmieniono środki, ale umieszczono na czele państwa agentów takich jak Jaruzelski". Wyszkowski mówi ostro, że było to zabezpieczenie interesów komunistów i pozostawienie ich wpływów na długie lata, aż do dziś. Inni mówią jeszcze ostrzej: spisek elit, część elit z tej i część z tej strony po prostu się dogadała. A co pan sądzi?

Jan Rulewski: Po pierwsze trzeba uzupełnić informacje, że Okrągły Stół był dlatego okrągły, że było więcej stron niż dwie, a na pewno były trzy. Trzecią stroną był Kościół. Wprawdzie jego status był inny niż pozostałych dwóch stron, ale jednak był bardzo istotny, by nie powiedzieć decydujący, o czym dowodzą, ukazują się co chwilę dokumenty i wywiady. Czy to był sukces czy to było umacnianie się elit czy spisek elit? Czy rozmowy agentów z agentami, jak to mówi teraz profesor, sąsiad z Torunia Andrzej Zybertowicz, doradca prezydenta. Ja, który nie byłem zaproszony ani nie partycypowałem, nie chciałem nawet tym uczestniczyć, stwierdzam na podstawie już teraz tej długiej historii, że to była korzyść dla Polski. Dwie strony, zwłaszcza rządowa i solidarnościowa, uważają, że to był sukces, ale to jest różnica semantyczna. Na pewno korzyść. Dlaczego korzyść? Byliśmy wówczas 10 lat prawie po wprowadzeniu stanu wojennego, którym komuniści niejako przyznali do klęski całego systemu. W 1986 r. Jurij Gorbaczow potwierdził, że system komunistyczny sypie się i konieczna jest w nim jawność i demokracja, czyli "pierestrojka". W Polsce ekipa Jaruzelskiego zbyt późno zrozumiała coś z tego, co mówił Gorbaczow, jeszcze bardziej co mówiła opinia zagraniczna i co mówiła Solidarność. (...) Cały system nie tylko zjadał swój ogon, ale postępował do tyłu.Tę świadomość miało wielu obywateli i nie można było już czekać.

Zwolennicy Okrągłego Stołu mówią, że nie było innego wyjścia jak kompromis, a przeciwnicy, że ustępstwa w stosunku do komunistów były zbyt daleko posunięte. Przyniosły brak rozliczeń, niechęć do lustracji i dekomunizacji, akceptację funkcjonowania w środowisk postkomunistycznych w gospodarce i w polityce. Krytycy mówią o zbyt drastycznych dla społeczeństwa w skutkach reform Leszka Balcerowicza, ale to później, wicepremiera i ministra finansów w rządzie Tadeusza Mazowieckiego. Inni mówią tak: To my zaczęliśmy przecież, to Polska, chcemy być z tego dumni. Dopiero po nas Mur Berliński, dopiero po nas Czechosłowacja, Węgry, inne demoludy, ale później przestaliśmy jakoś być liderem. Niektórzy przypominają, że inni poszli do przodu. Wolne wybory w Czechosłowacji i na Węgrzech odbyły się wcześniej niż w Polsce, po w marcu i czerwcu 1990 r., a u nas 1,5 roku później - rząd Jana Olszewskiego, grudzień 1991. Dlaczego? Dlatego, że dogadaliśmy się z komunistami przy Okrągłym Stole, a Czesi i Węgrzy tego nie zrobili.

Trzeba przyznać, że rzeczywiście pojawiły się bardzo znaczące i liczne głosy, że filozofia Okrągłego Stołu to jest kamień założycielski III Rzeczypospolitej i że jest to coś na zawsze i do końca niejako trwania naszej niepodległej ojczyzny. Polemizowałem z tym poglądem, wręcz się kłóciłem, być może do dzisiaj nie jestem w związku z tym tak akceptowany. Otóż uważam, że to była korzystna dla Polski umowa, ale jak każda umowa podlega renegocjacjom, w miarę zmieniających się, czasem niezależnych od umawiających się stron, okoliczności. Tą okolicznością, która podważyła konieczność trwania tej umowy między komunistami a ekipą solidarnościową przy udziale Kościoła był fakt, że wybory które odbyły się 4 czerwca, a więc 2 - 3 miesiące później, pokazały zupełny obraz społeczeństwa. Co więcej, okazało się że wcale komuniści nie są tacy silni i nie są w stanie już wyprowadzić sił zbrojnych do kolejnego zamachu stanu czy kolejnego stanu wojennego. Co więcej, a może najważniejsze, że już nie cieszą się poparciem Związku Radzieckiego, który sam ma własne problemy z utrzymaniem się na powierzchni. Gorbaczow, nie chcę tu chwalić, zachęcał do wymiany ekip. (...) Sukcesem Solidarności był fakt, że uruchomiła lawinę dzięki której społeczeństwo mogło pójść do urn i wypowiedzieć swoje warunki tej umowy, a te warunki były druzgocące i później spowodowały już naprawdę prawdziwe wybory prezydenta, a potem rządu...
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Jan Rulewski

Wojciech Polak

Prof. Wojciech Polak. Fot. archiwum PR PiK
Prof. Wojciech Polak. Fot. archiwum PR PiK
Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu przygotowuje nowy statut. Zgodnie z uchwaloną kilka miesięcy temu ustawą zwaną konstytucją dla nauki, uczelnie mają swobodę decydowania o tym, jakie jednostki organizacyjne będą na nich istniały. Mogą to być więc równie dobrze wydziały, instytuty, katedry, zakłady, centra czy kolegia. Nie wszyscy profesorowie są jednak entuzjastami nowych rozwiązań. Do ich krytyków należy historyk, prof. Wojciech Polak, który był gościem Michała Jędryki w "Rozmowie dnia" na antenie Polskiego Radia PiK.

Michał Jędryka: Dlaczego nowy statut budzi tyle emocji?

Wojciech Polak: Jestem, przede wszystkim, krytykiem nowej ustawy. Uważam, że ta ustawa znosi autonomię wewnętrzną wyższych uczelni i wprowadza bardzo wiele rozwiązań niekorzystnych dla funkcjonowania wyższych uczelni. Jednym z takich rozwiązań jest wszechwładza rektora, którą wprowadza ta ustawa.

Wprowadza również tzw. radę rektora.

Radę rektora, której kompetencje, mówiąc szczerze, nie są zbyt wielkie. Dodajmy, że rektor proponuje statut, który przyjmuje senat uczelni i statuty, które rektorzy proponują teraz w Polsce, bardzo często idą w kierunku jeszcze wzmocnienia władzy rektora, co sobie trudno wyobrazić, ale tak niestety jest, tak jest na UMK, gdzie statut jeszcze tę władzę rektora umacnia. Tymczasem niektóre uczelnie, jak np. Uniwersytet Pedagogiczny w Krakowie poszły w kierunku rozszerzenia autonomii, bo takie możliwości też istnieją, że rektor udziela różnym ciałom kolegialnym uczelni uprawnienia i uczelnia działa w sposób bardziej samorządny. Niestety u nas ten projekt statutu przewiduje właściwie wzmocnienie władzy rektora.

Oglądałem fragmenty spotkania, które jest dostępne w Internecie, pańscy koledzy z wydziału, prof. Backer czy prof. Sojak przekonywali, że właśnie jest przeciwnie, że wprowadza się demokrację na uczelni, argumentując to tym, że np. statut będzie przewidywał, że rektor powoła dziekana z pośród tych kandydatów, których przedstawią pracownicy.

Problem polega na tym, że, jak mówi przysłowie: diabeł tkwi w szczegółach. Do tej pory dziekana wybierali po prostu członkowie rady wydziału. Teraz proponowane jest rozwiązanie następujące: trzech kandydatów na dziekana zgłasza ogólne zgromadzenie pracowników danego wydziału, rektor może z tych trzech kandydatów mianować dziekana, ale nie musi. Jeżeli rektorowi ci trzej kandydaci się nie podobają, to rektor proponuje swoich dwóch kandydatów, mogą to być zupełnie nowe osoby, z nikim nie konsultowane i tych dwóch kandydatów przedstawia znów ogólnemu zgromadzeniu pracowników wydziału, którzy z tych dwóch mogą wybrać jednego. Czy to jest rozwiązanie demokratyczne? Ja bym z tym polemizował. Dodajmy, że ogromny opór budzą jeszcze inne rozwiązania dotyczące struktury uczelni.

Na przykład wielkość wydziałów...

Należy zacząć od tego, że wprowadzone są kolegia 4, które w gruncie rzeczy nie wiadomo po co istnieją, bo ich jedynym uprawnieniem realnym jest prowadzenie szkół doktorskich, więc to trochę za mało, żeby tworzyć wielkie, rozbudowane jednostki z administracją. Z drugiej strony autonomia Collegium Medicum, pierwsza wersja statutu sprowadzała CM do kolegium ze szkołą doktorską i koniec. Po protestach troszkę rozszerzono to, ale kto się wczyta w statut, to zauważy, że do tej autonomii, choćby obecnej, jest daleko. Kolejna kwestia to wydziały. Wprowadzenie limitu 70 pracowników naukowych dla wydziału powoduje likwidację 3 wydziałów, które są wydziałami dobrymi. Mój wydział politologii ma kategorię A i uchodzi za najlepszy uniwersytecki wydział politologii w Polsce, mamy 55 pracowników, a nie 70, ponieważ przez ostatnie lata, w ramach oszczędności nie dawano nam etatów, przyjmowaliśmy to ze zrozumieniem, jak oszczędzamy to oszczędzamy, teraz okazuje się, że wciela się nas do wydziału nauk historycznych z którym nie mamy wiele wspólnego. (...).
Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Wojciech Polak

Paweł Skutecki

Paweł Skutecki. Fot. Archiwum
Paweł Skutecki. Fot. Archiwum
Kukiz'15 pójdzie do wyborów europejskich samodzielnie - taką decyzję ogłosił we wtorek lider tego ugrupowania Paweł Kukiz. Nie tylko o wyborach, z posłem Pawłem Skuteckim, rozmawiał Michał Jędryka.



Michał Jędryka: Nie interesuje was współpraca z coraz liczniejszymi ruchami antysystemowymi, np. Ruchem Narodowym czy Korwinem, Grzegorzem Braunem albo Markiem Jurkiem, Markiem Jakubiakiem?

Paweł Skutecki: Chyba z wszystkimi wymienionymi podmiotami na jakimś etapie ruch Kukiz'15 współpracował z różnym skutkiem, pamięta to głównie nasz lider Paweł Kukiz, chodzi o zachowanie Janusza Korwin-Mikke w czasie kampanii do wyborów prezydenckich. Narodowcy poszli swoją drogą dość szybko, po tym jak weszli do Sejmu z naszych list, wydaje się, że to jest, na dziś, zamknięta droga. Ja bym sobie życzył takiej bardzo szerokiej koalicji, natomiast na dzisiaj wygląda na to, że to jest chyba niemożliwe, podejrzewam, że negocjacje byłyby dość trudne, bo to są partnerzy przekonani o swojej wyjątkowości i trochę nie ma się co dziwić, że Paweł Kukiz słabo sobie wyobraża sytuację w której to ogon macha psem i chyba w ten sposób to się rozeszło. Mam nadzieję, że kiedyś do parlamentu polskiego uda się taką koalicję zbudować.

Skoro samodzielny start to kto będzie startował w naszym regionie?


Nie ma jeszcze decyzji u nas. Fakt jest taki, że patrząc na dość pokraczną ordynację wyborczą do Parlamentu Europejskiego, w naszym województwie mamy szanse dość iluzoryczne, co nie znaczy, że nie będziemy walczyli.

Czy to co się dzieje na scenie politycznej w Polsce można nazwać wielkim przetasowaniem?

Zdecydowanie tak i to nie chodzi tylko o te ugrupowania, które dotychczas były postrzegane jako jakiś plankton polityczny, ale widać po kampanii pana Biedronia, że możliwa jest nowa jakość, widać po tym co robi pan Gwiazdowski, dziś, za dwie godziny w Warszawie będzie kilka tysięcy rolników, którzy są też niezagospodarowaną grupą, a Samoobrona pokazała, że to elektorat wart co najmniej kilka procent, jeśli nie więcej. Na pewno dojdzie do jeszcze większego przetasowania, w samej Zjednoczonej Prawicy też widać pewne rysy na tym monolicie, bo to są jednak trzy ugrupowania, w pewnym sensie, wobec siebie konkurencyjne.

Ostatni sondaż Millward Brown daje 7% dla Kukiz'15, a skrajnie lewicowej Wiośnie 14%. Polskie społeczeństwo skręciło tak bardzo w lewo? Jak pan to skomentuje?


Nie, to efekt świeżości. Porównywalnie wysokie notowania miała Nowoczesna i Ruch Palikota, jest zapotrzebowanie na takie lewicowe ugrupowanie na polskiej scenie, tym razem trafiło na pana Biedronia, ale też ja bym nie lekceważył gigantycznych pieniędzy włożonych w promocję tego ruchu. Ta konwencja, którą widzieliśmy kilka dni temu ona kosztowała duże pieniądze, a palny jakie są czyli objazd Polski to też kosztuje bardzo dużo. (...).




Polskie Radio PiK - Rozmowa Dnia - Paweł Skutecki
1234567