duży kontrast mapa strony
Strona startowa » Rozmowa dnia

Rozmowa dnia

Adrian Zandberg

Adrian Zandberg/fot. Bartek Kuzia, Wikipedia- Chcemy by samorządy przestały zachowywać się - jeśli chodzi o zatrudnianie - jak nieuczciwy przedsiębiorca - mówił lider Partii Razem Adrian Zandberg, który był gościem Rozmowy Dnia Polskiego Radia PiK.

Michał Jędryka: Dlaczego jest Pan dziś w Bydgoszczy?
Adrian Zandberg: Dziś jestem w Bydgoszczy, a za kilka godzin również w Toruniu, bo przedstawiamy naszych kandydatów do sejmiku wojewódzkiego. Partia Razem startuje do sejmików wojewódzkich z programem solidarnego, a zarazem światopoglądowo neutralnego, świeckiego samorządu. Chcemy samorządu, który wspiera w opiece młode rodziny z małymi dziećmi, także osoby z niepełnosprawnościami czy osoby starsze. Samorządu, który dba w większym stopniu niż dotąd o transport publiczny i który spowoduje, że warunki życia w Polsce będą bliższe tym w zachodniej Europie.

Wasz program można nazwać lewicowym?
- Rozwiązania, o których mówimy są w dużym stopniu wzorowane na krajach skandynawskich, zachodnioeuropejskich. Mówimy o państwie, , które jest świeckie, neutralne światopoglądowo. Z jednej strony bierze odpowiedzialność za jakość usług publicznych, bezpieczeństwo i dobre warunki pracy, a z drugiej - nie wpycha się ludziom do łóżka, ich głów czy tego w co wierzą albo nie wierzą.

Uniknął Pan odpowiedzi na pytanie. Nie lubi Pan słowa "lewica"?
- Mamy w Polsce pewien galimatias pojęciowy. Pod słowem "lewica" funkcjonowała przez lata partia, która z jednej strony ekonomicznie działała raczej w interesie najbogatszych, a nie najbiedniejszych, a z drugiej - wyjątkowo chętnie klękała przed biskupami. Moje podejście do tych słów jest zdystansowane. Tak, program Partii Razem to jest tradycyjny, zachodnioeuropejski program lewicowy, to oczywiste. Natomiast chcemy się bić o sprawy najważniejsze, w mniejszym stopniu etykiety (...).

Czy podzieliłby Pan taki pogląd (papieża Leona XIII): "jeśli pracownik zmuszony jakąś koniecznością albo pod wpływem strachu przed większym nieszczęściem przyjmuje warunki pod przymusem, narzucone przez właściciela warsztatu czy innego pracodawcę, wtedy wykonuje się gwałt przeciwko któremu głos podnosi sprawiedliwość"?
- Dla mnie kluczowe jest to, że nie ma na rynku pracy równości między tym, który zatrudnia, a tym który jest zatrudniany, bo ten drugi ma na sprzedaż tylko swoją pracę. Pozycja negocjacyjna tego, który zatrudnia jest więc silniejsza. Nie jestem fanem ubierania tego w dramatyczne słowa, bo tu chodzi po prostu o relację siły. Jeśli jedna z tych stron jest w oczywisty sposób słabsza, to odpowiedzialnością samorządu jest zadbać o to, żeby tę nierówność wyrównać. Dlatego w naszym programie przykładamy bardzo dużą rolę do wzmocnienia pracowników. Chodzi nam o to, by samorządy przestały zachowywać się - jeżeli chodzi o zatrudnianie - jak najbardziej nieuczciwy przedsiębiorca.

Czyli jak?
- To jest przypadłość wielu samorządów: wypychają pracowników na śmieciówki, zmuszają ich do samozatrudnienia czy idą na układy outsourcingowe z firmami i zamiast zatrudniać na godnych warunkach panie sprzątające, zatrudniają zewnętrzną firmę, zachowującą się wobec tych pań bardzo nieuczciwie. Właśnie z tym chcielibyśmy w polskich samorządach skończyć poprzez wprowadzenie zasady, że zatrudniają na normalne umowy o pracę i że nie wyprowadzają usług na zewnątrz do firm, które łamią prawo pracy.
I wreszcie trzecia bardzo ważna sprawa - chcemy zasady godnej płacy. To pomysł naszych przyjaciół z Partii Pracy w Wielkiej Brytanii. Tam, gdzie przejmują władzę w samorządach, tam też wprowadzają zasadę, że samorząd nie może płacić mniej, niż potrzeba, żeby w danym miejscu normalnie funkcjonować (...).

Robert Rejniak

Robert Rejniak/fot. Magda JasińskaNa początku sierpnia prezydent Andrzej Duda podpisał nowelizację ustawy, ograniczającą wytwarzanie i wprowadzanie do obrotu środków zastępczych i nowych substancji psychoaktywnych, tzw. dopalaczy. Zakłada ona, że dopalacze mają być traktowane na równi z narkotykami. Czy to silny oręż w ręku tych, którzy od lat walczą z tymi substancjami? Czy dopalacze to najgroźniejsze narkotyki? Czy problem dotyczy w przeważającej części ludzi młodych? M.in. o tym w Rozmowie Dnia Polskiego Radia PiK. Jej gościem był Robert Rejniak - specjalista psychoterapii uzależnień z bydgoskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Zapobiegania Narkomanii.


Magda Jasińska: Czy dopalacze są obecnie najgroźniejszymi narkotykami?


Robert Rejniak: Z punktu widzenia terapeutów uzależnień dopalacze zawsze były narkotykami. To jest tylko nazewnictwo, przecież jeśli chodzi o uzależnienia to nie ma różnicy czy substancja jest legalna czy nie legalna, zwłaszcza jeśli chodzi o osoby niepełnoletnie. Każde użycie środka w celu odurzenia się jest przejawem demoralizacji. Od strony wychowawczej coś jest tego powodem, że dziecko szuka ucieczki w świat używek. Do tej pory walka z nowymi substancjami psychoaktywnymi - bo to nie jest tylko polski problem, to jest także w całej Unii Europejskiej, że pojawiły się takie zamienniki nielegalnych substancji, no i przez kilka lat mieliśmy tzw. walkę z wiatrakami - polegała na tym, że jedne substancje znikały z rynku, ponieważ wchodziły na listę produktów zakazanych, a dzień później, było już kilkadziesiąt zastępników, w dużym uproszczeniu możemy powiedzieć, że to były jakieś substytuty substancji stymulujących czyli amfetaminopodobnych, były to substytuty marihuany czyli tych środków, które się pali, trzecia grupa to były zastępniki psychodelików, czyli tych, które działają zaburzająco na ośrodkowy układ nerwowy.


Nie ma zatem różnicy między narkotykami a dopalaczami?


Dopalacze to też narkotyki, ale chodzi o to że to są różne substancje chemiczne, które mają nieprzewidywalne działanie niezależnie od zaawansowania używania, bo czasem jednorazowy kontakt z tym dopalaczem kończył się tragicznie dla młodego człowieka, i jak się okazuje nie tylko młodego człowieka, bo najwięcej zatruć dopalaczami w Polsce to ludzie dorośli między 19 a 40 rokiem życia.


Mówi pan o fali zgonów sprzed kilku tygodni? To były osoby dorosłe.


Tak, użycie tych dopalaczy przez dorosłych było też połączone z alkoholem, stąd te interakcje i nieprzewidywalne skutki. Można się zastanawiać, gdy 13-latek sięga po jakąś substancję: że był nieświadomy, nie miał wiedzy itd., o tyle osoba, która ma 27 lat, słyszała już o dopalaczach wiele, bo mówi się o nich od kilku lat, mimo tego podejmuje takie działanie - też musi za tym coś stać.


Czy w ostatnich latach jest więcej ofiar dopalaczy i narkotyków?

Jeśli chodzi o zatrucia to więcej jest związanych z samym alkoholem, one nie są zgłaszane, bo dopalacze są bardziej medialne, szpitale są zobowiązane zgłaszać każdy przypadek użycia toksycznego środka, stąd mamy taką wiedzę, natomiast wystarczy porozmawiać z kimś ze szpitala i wiadomo, że zatruć alkoholem jest najwięcej. Jest jednak coś w tym, że w roku 2010 państwo zabrało się za dopalacze, było takie radykalne ucięcie, jeśli chodzi o dostęp do dopalaczy, potem podobnie w 2015 roku, była akcja zamykania wszystkich sklepów, a one znów się odradzały, pojawił się dostęp przez Internet, tak naprawdę trzeba zrobić coś takiego by ukrócić wprowadzanie do obrotu takich środków. Można powiedzieć, że 25 - 30 lat temu też ludzie zażywali czy korzystali z legalnych rzeczy jak kleje czy rozpuszczalniki, detergenty, nikt tego nie nazywał dopalaczami, to dziś wpada się na takie pomysły by to przepakować, ładnie "ubrać", nazwać produktem kolekcjonerskim nie do spożycia, a wszyscy i tak czytają w Internecie, jak należy zapalić, wziąć, wciągnąć, żeby poczuć efekt. Żyjemy w takich czasach, że to co pociąga ludzi to nieprzewidywalność skutków, żyjemy szybciej, te bodźce muszą być coraz silniejsze, ryzyko musi być spotęgowane, niewiedza jak się zachowa mój organizm, moja głowa, moja psychika, po użyciu jakiejś substancji, jest na takim poziomie, że mnóstwo ludzi podejmuje takie ryzyko. (...).

Tomasz Dziki

Tomasz DzikiDziś przypada 98. rocznica zwycięstwa Polaków nad Armią Czerwoną. - Bitwa Warszawska z 1920 roku, zwana także "cudem nad Wisłą" uchroniła Europę przed zalewem komunizmu – mówił gość Rozmowy Dnia Polskiego Radia PiK, historyk dr Tomasz Dziki.

Marcin Kupczyk: Mija 98.rocznica Bitwy Warszawskiej, w której Polacy odnieśli zwycięstwo nad Armią Czerwoną. Dlaczego wciąż uroczyście wspominamy wydarzenia sprzed niemal 100 lat?
Tomasz Dziki: Bitwa Warszawska miała niebagatelne znaczenie nie tylko dla państwa polskiego, ale również dla całej Europy. Przypomnijmy - w listopadzie 1918 r. Polska odzyskuje niepodległość, ale jest to data trochę symboliczna, bo nowe państwo nie ma jeszcze ustalonych granic. Właśnie Bitwa Warszawska i w ogóle wojna polsko-bolszewicka 1919-21 była jednym z najistotniejszych elementów w kształtowaniu granic państwa polskiego. To właśnie po zwycięstwie w Bitwie Warszawskiej Armia Czerwona została wyparta z ziemi polskich i później po Traktacie ryskim zostały ukształtowane granice wschodnie nowego państwa polskiego.

I tak było niemal 20 lat, gdy bitwa ta zapewniła naszemu krajowi niepodległość i uchroniła Europę Zachodnią przed komunistyczną rewolucją.
- Zgadza się. Wojsko polskie wygrywając Bitwę Warszawską zahamowało przesuwanie się rewolucji bolszewickiej na zachód Europy. Trocki, Lenin i wszyscy inni działacze mieli w planach eksport swojej rewolucji do Europy Zachodniej, a wiadomo było, że przez Polskę można było tam dotrzeć najszybciej. Dlatego też Polacy – Józef Piłsudski ze swoim dowództwem – zatrzymali postęp bolszewizmu i uratowali przed nim na prawie 20 lat Europę.

Ambasador brytyjski w przedwojennej Polsce Lord Edgar Vincent D'Abernon nazwał Bitwę Warszawską już w tytule swojej książki 18. decydującą bitwą w dziejach świata.
- Ta i inne opinie osób niezależnych i niezwiązanych bezpośrednio z Polską potwierdzają, że Bitwa Warszawska była arcyważnym wydarzeniem nie tylko w historii Polski, ale całej Europy i świata (…).








Jan Szopiński

Jan Szopiński/fot. Archiwum- O zgodę na przeniesienie pomnika Kazimierza Wielkiego należałoby zapytać jego twórców, a także Społeczny Komitet Budowy - mówił w dzisiejszej Rozmowie Dnia Polskiego Radia PiK Jan Szopiński, wiceprzewodniczący Rady Miasta Bydgoszczy. Uważa też, że celowe byłoby zapytanie o zdanie wszystkich bydgoszczan.

Michał Jędryka: 11 lipca na zakończenie sesji Rady Miasta prezydent Bydgoszczy przedstawił pomysł przeniesienia pomnika Kazimierza Wielkiego na Stary Rynek. Pan wtedy powiedział, że"oczekiwałby na przygotowanie pisemnej koncepcji, bo zajmowanie się nią ad hoc jest nieuzasadnione". Odczuwa Pan satysfakcję? Dyskusja publiczna na ten temat jest gorąca.
Jan Szopiński: Satysfakcji może nie, sprawdziło się jednak to, co wtedy mówiłem. Prezydent ostatecznie przedstawił radnym opis pomysłu, jak i wizualizację pomnika króla Kazimierza Wielkiego na Starym Rynku. Wiedziałem, że wywoła to ogromną dyskusję w mieście, bo ludzie mają bardzo rozbieżne opinie. Zachowałem i mam przy sobie około 20 artykułów, które ukazały się w prasie w 2006 r., gdy bydgoszczanie dyskutowali, gdzie ten pomnik ma stanąć.

Pana zdaniem pomysł jest dobry czy zły?
- Pomnik stojący na skrzyżowaniu ulic Wały Jagiellońskie/Trybunalska przyjął się. Tłem dla niego jest imitacja murów miejskich. Bydgoszczanie przyzwyczaili się do monumentu właśnie w tym miejscu. Jeśli przeniesiemy go na Stary Rynek, trzeba zadać pytanie: co stanie w jego miejscu? Ludzie też to pytanie zadają.

Pewna koncepcja została przez Pana prezydenta przedstawiona.
- Tylko w sferze dotyczącej przenosin pomnika. Koncepcji tego, co ma się znajdować w jego miejscu radni nie otrzymali. Dostaliśmy wizualizację i opis przeniesionego monumentu. Uważam zresztą, że potrzebne są jeszcze przynajmniej dwa dokumenty: opinia rzeźbiarza prof. Mariusza Białeckiego i architekta Wojciecha Świtały, którzy powinni wyrazić zgodę z perspektywy prawa autorskiego na przenosiny. Wypadałoby też zapytać Społeczny Komitet Budowy Pomnika Kazimierza Wielkiego, czy nie mają nic przeciwko. W efekcie dochodzimy do pytania: czy w sprawie przenosin nie przeprowadzić w Bydgoszczy konsultacji społecznych.

Nie wiadomo jednak czy taka dyskusja miałaby sens? "Gazeta Wyborcza" napisała w sobotę, że prezydent przysłał do radnych z klubów PO i SLD list, w którym daje do zrozumienia, że jest gotów ten pomysł wycofać. Potwierdza Pan istnienie takiego listu?
- Może nie tyle wycofać, co przełożyć debatę na czas po odbyciu konsultacji społecznych z mieszkańcami, także przełożyć ewentualne decyzje na rok 2019 (...).

Sławomir Sadowski

Sławomir SadowskiMinęły trzy lata od chwili gdy Andrzej Duda sprawuje urząd prezydenta. Czy jest "notariuszem rządu" jak twierdzą jego przeciwnicy, czy samodzielnym politykiem, który jako jedyny potrafi działać ponad sporem politycznym - jak mówią jego zwolennicy? Trzylecie Andrzeja Dudy jako Głowy Państwa było tematem Rozmowy Dnia Radia PiK, a jej gościem politolog, dr Sławomir Sadowski.

Marcin Kupczyk: Jak pan ocenia trzylecie prezydenta Andrzeja Dudy?


Sławomir Sadowski: Tę prezydenturę trzeba oceniać w pewnym kontekście, w kontekście konstytucyjnym czyli inaczej mówiąc uprawnień, które przypisane są prezydentowi czy w ogóle pozycji prezydenta w systemie politycznym jako najwyższego przedstawiciela Rzeczypospolitej, strażnika konstytucji, niepodległości, suwerenności, nienaruszalności terytorialnej państwa. Drugi kontekst to jest spór polityczny, który Polską wstrząsa od kilkunastu już lat, a który mocno zaostrzył się po 2010 roku i w zasadzie oba główne podmioty sporu są na tyle ostro do siebie ustosunkowane, że w zasadzie kwestionują prawo do swojego istnienia. Hasło: "odsunąć PiS od władzy", a z drugiej strony "armia przestępców i złodziei" czyli Platforma Obywatelska. Trzeci kontekst to jest pozycja Andrzeja Dudy w momencie wyznaczenia go na kandydata na prezydenta. On w istocie rzeczy był mało znanym politykiem, który w swojej kampanii wyborczej był w pełni zależny od swojego środowiska politycznego, bez poparcia PiS, jak sądzę, Andrzej Duda nigdy by nie został prezydentem. To są trzy elementy, które spowodowały, że polityka tego człowieka, naszego prezydenta, była taka jaka była, z jednej strony musiał brać pod uwagę uwarunkowania konstytucyjne, z drugiej strony, swoje poparcie polityczne, a trzeci element, to jest próba wybicia się na niezależność.


Jeśli chodzi o to wybijanie się, to już wiemy, że referendum konstytucyjnego nie będzie, a jedno z pytań dotyczyło właśnie czy chcą państwo systemu kanclerskiego czy systemu prezydenckiego.


Referendum konstytucyjne to porażka prezydenta, który niewątpliwie usiłował, ze zmiany konstytucji zrobić jakiś element swojej odmienności politycznej, a okazało się, że nie ma tu większego wsparcia, ani w społeczeństwie, ani wśród sił politycznych, jak niektórzy twierdzą, był to taki prztyczek dany prezydentowi w nos, jeśli w ogóle można użyć tego sformułowania mówiąc o najwyższych organach pastwa.


Niektórzy komentatorzy twierdzą, że społeczeństwo nie wymaga zbyt wiele od prezydenta, a to czego oczekuje jest spełniane. Dobrze się prezentuje, spotyka się z ważnymi politykami na świecie, kładzie nacisk na tzw. rolę godnościową, nacisk na patriotyzm, historię...


No niewątpliwie pod tym względem, jeżeli byśmy przyjęli, że prezydent to jest tylko postać reprezentacyjna, to nie można się tu przyczepić. Jednak jak ktoś chce to może, np. wycieczka do Australii, choć nie można chyba tego w tych kategoriach traktować. Natomiast cieniem się kładzie na tej prezydenturze kilkakrotne naruszenia konstytucji, w tym wypadku to uniemożliwia prezydentowi budowanie swojego własnego zaplecza politycznego. Trudno sobie wyobrazić, żeby jakakolwiek część tego co nazywamy dziś opozycją, totalną czy nietotalną, poparła Andrzeja Dudę, który ma delikty konstytucyjne, więc to go wpycha w ręce PiS, nie sądzę, żeby prezydent się jakoś bardzo opierał, bo to jest jego matecznik. (...).

Sebastian Gawronek

Sebastian Gawronek. Fot. ArchiwumWiceszef zarządu regionu bydgoskiego "Solidarności" jest optymistą po spotkaniu z premierem na temat podwyżek płac. Sebastian Gawronek przypomniał, że związek domaga się wzrostu płacy minimalnej w sferze budżetowej do 2.278 zł. - Podwyżek nie było od lat - argumentuje gość Rozmowy Dnia Polskiego Radia PiK.

Marcin Kupczyk: 58 zł podwyżki - o tyle walczycie, jeśli chodzi o płacę minimalną. Warto o to się bić?
Sebastian Gawronek: "Solidarność" dąży do tego, żeby minimalne wynagrodzenie było na poziomie 50 proc. przeciętnego wynagrodzenia. Stąd też te wyliczenia i kwota, którą proponujemy. Myślę, że jesteśmy w stanie z rządem o niej rozmawiać i ją wywalczyć.

Rząd mówi, że planuje wzrost funduszu płac na rok 2019 o 2,3 proc. To za mało?
- Cały czas mamy dwa postulaty dotyczące wynagrodzeń. Pierwszy to wzrost płac w sferze budżetowej, w której już od 10 lat nie było podwyżek. Kwota bazowa ustalona rozporządzeniem wcale sie nie zmienia. W niektórych przypadkach to jest drastyczne wynagrodzenie - poniżej minimalnego, wyrównywane różnymi dodatkami. Drugi postulat to właśnie płaca minimalna na wysokości 50 proc. przeciętnego wynagrodzenia.

Płace w sferze budżetowej są zamrożone od roku 2010. Co się działo przez te wszystkie lata? Czy państwo domagali się wcześniej podwyżek?
- Tak, oczywiście. Z poprzednim rządem jednak dialogu nie było, więc trudno mówić, że mogliśmy w jakiś sposób prowadzić rozmowy.

Dlaczego nie było dialogu?
- Poprzedni rząd nie przyjmował żadnych argumentów, mimo że trwały protesty. Nie słuchano nas, choć argumenty były naprawdę bardzo rzeczowe. Ci pracownicy - wbrew temu, jaka jest opinia publiczna - to są fachowcy, którzy bardzo ciężko pracują i chcą mieć godne wynagrodzenie za to, co robią (...).

Lucyna Przybylińska

Lucyna Przybylińska/fot. Magda Jasińska- Zawsze w wakacje jest deficyt krwi w centrach krwiodawstwa. To czas kiedy m.in. dochodzi do większej liczby wypadków komunikacyjnych, a nasze stany magazynowe są niższe - mówi Lucyna Przybylińska z Regionalnego Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa w Bydgoszczy. Gość Rozmowy Dnia przypomina, że wszystkie grupy krwi są zawsze bardzo potrzebne, ale najbardziej ta uniwersalna - ORhD.

Magda Jasińska: Dlaczego w wakacje brakuje krwi?
Lucyna Przybylińska: Co roku w lipcu i sierpniu sytuacja się powtarza, tzn. nasze stany magazynowe są niższe, niż byśmy chcieli, jednak przesadą byłoby stwierdzenie, że krwi brakuje. Na bieżąco zaopatrujemy szpitale w krew, nie przychodzi jednak do nas wystarczająco dużo krwiodawców, byśmy mogli uzyskać odpowiednio duży zapas.

Latem jest więcej wypadków i krew jest bardziej potrzebna? Z tego to wynika?
- Krew jest potrzebna przez cały rok, każdego dnia. Róznica, jeśli chodzi o stany magazynowe wynika po pierwsze z faktu, że nasi krwiodawcy wyjeżdżają na wakacje i mniej ich zgłasza się na oddanie krwi, a po drugie - nie organizujemy w tym czasie akcji poboru krwi na uczelniach czy w szkołach. Jednocześnie rzeczywiście statystycznie zdarza się więcej wypadków komunikacyjnych, a poszkodowani wymagają często przetoczenia nawet dużej ilości krwi.

Od lat trwa dyskusja, czy nie należałoby jednak płacić za oddaną krew. Chyba na razie nie ma takich pomysłów?
- Takie dyskusje zdarzają się wśród dawców, ponieważ są oni świadomi, z jak wielkim ryzykiem i niebezpieczeństwem się to wiąże. To niedopuszczalne, by płacić za krew. Oddanie krwi musi wynikać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby. Krwiodawca nie może być do tego zmuszony czy nakłoniony.

Z jakim ryzykiem się to wiąże?
- Przeniesienia m.in. chorób zakaźnych drogą krwi. Mamy wprawdzie bardzo dokładne metody badania krwi pod kątem obecności wirusów, ale tylko tych najbardziej groźnych, natomiast we krwi możemy mieć ich znacznie więcej. Bardzo ważne jest więc, by dawca podszedł bardzo rzetelnie i uczciwie do tematu oddawania krwi. Musi mieć świadomość, że krew zostanie przetoczona dalej drugiemu człowiekowi i że zawsze jest ryzyko przeniesienia wirusa, a np. malutkiemu dziecku może bardzo zaszkodzić nawet niewielka ilość przyjmowanego przez niego leku. Gdyby ktoś zechciał za krew płacić, to niesie za sobą ryzyko, że dawcy by kłamali. (...).

Krwiodawcą może zostać zdrowa osoba w wieku od 18-65 lat. Za każdym razem, zanim zostanie zakwalifikowana do pobrania, musi wypełnić szczegółową ankietę. Krew możemy oddać sześć dni w tygodniu w Regionalnym Centrum w Bydgoszczy i pięciu oddziałach terenowych: w Toruniu, Włocławku, Inowrocławiu, Grudziądzu i Brodnicy. Po regionie w ramach akcji kursuje specjalny krwiobus, dokładny harmonogram wyjazdów można znaleźć na stronie centrum: www.rckik-bydgoszcz.com.pl

Kosma Złotowski

Kosma ZłotowskiKolejne unijne instytucje przyglądają się reformie sądownictwa w Polsce. Grupa europosłów naciska na Komisję Europejską w obronie przewoźników. Jaki finał znajdą te procedury? Czy Donald Trump jest sojusznikiem Europy i Polski, na którego możemy liczyć? Odpowiedzi na te pytania szukaliśmy podczas Rozmowy Dnia Polskiego Radia PiK. Jej gościem był bydgoski europoseł, Kosma Złotowski.

Marcin Kupczyk: Senat przyjął bez poprawek nowelizację kodeksu wyborczego dotyczącą ordynacji w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Każdy okręg ma mieć przypisaną konkretną liczbę - co najmniej 3 posłów wybieranych do PE. Zdaniem polityków PiS ordynacja obecna jest skomplikowana, nowa ją upraszcza i upodabnia wybory europejskie do tych do Sejmu. Zdaniem opozycji celem zmian jest faworyzowanie PiS oraz eliminowanie małych ugrupowań. Teraz decyzja w rękach prezydenta. Co Andrzej Duda powinien zrobić?

Kosma Złotowski: Wydaje mi się, że prezydent podpisze ustawę, ale zobaczymy. Natomiast rzeczywiście dotąd, np. w naszym województwie, które jest jednym z okręgów wyborczych, było tak, że po pierwszych eurowyborach mieliśmy tylko dwa mandaty, potem dopiero to się zmieniło, mamy trzy mandaty, dlatego że liczba mandatów nie jest przypisana do okręgu bezwzględnie, w związku z tym ludzie głosujący nie wiedzą tak naprawdę czy będą mieli europosła i z jakiego ugrupowania, to się okazywało dopiero po bardzo skomplikowanych przeliczeniach. (...).

Mówi się o tzw. wolnych, wędrujących mandatach... teraz tak nie będzie?


Najpierw się liczyło w skali kraju tak jak byśmy głosowali na listę wyborczą, a potem te mandaty dzieliło się pomiędzy okręgi i nie było wiadomo ile tych mandatów w danym okręgu będzie.

Przypomnijmy opozycja krytykuje ten pomysł, że zwiększa szanse PiS.

Owszem, zwiększa szanse PiS, ale też PO, dlatego, że wymaga większej liczby głosów. (...).

Politycy PSL twierdzą, że ludzie będą mieli teraz mniejszy wybór.

Wybór będą mieli ten sam, tyle tylko, że trzeba zdobyć głosy wyborców, w jakiś sposób trzeba uporządkować ordynację, jest to propozycja jaśniejsza niż była dotąd. (...).

Ugrupowanie Kukiz'15 uważa, że jest głównym celem tej ustawy.

Można wszędzie widzieć atak na siebie, być przewrażliwionym, ale PE to nie jest władza, w związku z tym my nie dążymy do zapewnienia sobie władzy po wsze czasy, a Kukiz'15.... no cóż... dobra kampania wyborcza, dobrzy kandydaci i znajdą się miejsca w PE.

Grupa europosłów, w tym pan, wywiera presję na Komisję Europejską w obronie przewoźników, także tych z Polski. Pod listem do komisarz ds. transportu podpisało się 38 deputowanych, żądając pilnych działań, o jakie działania chodzi?

Projekt KE w tej sprawie przepadł, tak samo jak przepadł projekt komisji ds. transportu i turystyki PE, nie znajduje się większości ani na lewo, ani na prawo, w związku z tym prosimy komisję o przedstawienie nowego projektu, który brałby pod uwagę to co wydarzyło się dotychczas w PE i przedstawienie projektu dotyczącego stosunków w transporcie międzynarodowym, skoro komisja w ogóle uważa, że coś takiego musi być, bo moim zdaniem, komisja mogłaby nic nie robić, bo tak jak jest jest dobrze. (...).

Janusz Kaźmierczak

Janusz Kaźmierczak. Fot. Monika KaczyńskaNa czym polegają mediacje? W jakich sytuacjach mogą one pomóc? Czy mediatorzy rozwiązują tylko konflikty indywidualne, czy również społeczne? Gościem Rozmowy Dnia będzie Janusz Kaźmierczak - filozof oraz socjolog, mediator wpisany na listy prowadzone przez prezesów sądów okręgowych w Bydgoszczy, Toruniu i Włocławku. Jest też mediatorem w Fundacji Pracownia Dialogu w Toruniu.

Michał Jędryka: Kim jest mediator?

Janusz Kaźmierczak: Mediator jest osobą, która pomaga zwaśnionym stronom znaleźć rozwiązanie w spornej sprawie i najlepiej gdyby to było rozwiązanie, które satysfakcjonuje wszystkich. W idealnej sytuacji nikt nie musi z niczego rezygnować, czyli mówimy tu o konsensusie, a nie o kompromisie. Sprawy do mediacji kierują policja, prokuratura i sądy, ale coraz więcej osób przychodzi prywatnie. Mamy na przykład spór sąsiedzki - nie ma na to paragrafu albo nie chcemy walczyć w sądzie, rozpętać wojny na kilka lat, chcielibyśmy się porozumieć, bo zależy nam na dobrych relacjach sąsiedzkich, partnerskich czy biznesowych - jakichkolwiek. Przychodzimy szukać rozwiązania, które mogłoby zmienić nasze życie.

I co robi wtedy mediator, na czym polega jego rola?

Rolą mediatora jest przede wszystkim dobre zdiagnozowanie tego z czym ma do czynienia - z jakim konfliktem i czego on dotyczy. Korzystamy z różnych narzędzi i technik mediacyjnych. Zbieramy sporo informacji na temat tego, co się dzieje, jak długo, jak faktycznie sytuacja wygląda, co dzisiaj się dzieje, ale też kierujemy uwagę stron na przyszłość, to znaczy co państwo moglibyście zmienić w swojej relacji, na co się umówić, żeby jutro było lepiej niż było wczoraj. W mediacji, przynajmniej ja tak pracuję, staram się jak najmniej wracać do przeszłości, bo na to strony nie mają już wpływu. To jest pewnym tłem i bagażem, ale to na co mają ogromny wpływ to na to, co będzie jutro, pojutrze, za tydzień, za dwa tygodnie, za rok.

Większość sporów, które mediatorzy pomagają rozwiązać ma chyba bezpośredni lub pośredni związek albo z jakimś majątkiem albo z jakąś krzywdą, niesprawiedliwością.

Tak, jest spora część spraw, które dotyczą właśnie czegoś wymiernego - odszkodowania, zadośćuczynienia, podziału majątku dorobkowego, zachowku. Uczestniczyłem również w mediacjach pomiędzy pracownikami i przełożonym lub pracodawcą.

Co mediator robi? Czy próbuje nakłonić strony do zgody? Czy perswaduje? Czy po prostu słucha?

Spór jest zaogniony, kiedy między stronami nie ma przepływu informacji. Spotkanie u mediatora pozwala im nierzadko po raz pierwszy od lat porozmawiać bez nerwów, że ktoś tego dopilnował. I to jest właśnie rola mediatora - żeby moderować taką rozmowę, żeby nikt nikomu nie przerywał, żeby dana osoba mogła dokończyć swoją wypowiedź, przedstawić swoje pomysły na rozwiązanie, odnieść się do pomysłu drugiej strony, powiedzieć dlaczego się zgadza i jakie ma kontrargumenty. To jest zadanie mediatora - udrożnienie komunikacji między stronami. Natomiast moim zadaniem nie jest nakłanianie czy przymuszanie do zawarcia ugody. Jedną z ważnych zasad mediacji jest dobrowolność udziału w niej i dobrowolność zawarcia porozumienia, które mogłyby kończyć spór.

A co ze sporami o poglądy?

Prowadzę sporo spraw rodzinnych i często pojawia się temat różnicy poglądów między rodzicami, na przykład w kwestii szczepień, czy dziecko ma chodzić na religię czy ma przystąpić do pierwszej komunii. To są trudne spory, ponieważ rodzice mają swój system wartości, był on wspólny, kiedy byli narzeczonymi i brali ślub, a potem nagle coś się stało, że ktoś stwierdził: Nie jestem wierzący, nie jestem praktykujący i nie chciałbym, żeby nasze dziecko było w tym duchu wychowywane. I wtedy pojawia się kłopot. W świecie wartości mamy do czynienia albo z bardzo trudno rozwiązywalnym konfliktem albo w ogóle nierozwiązywalnym . To, co my staramy się wtedy zrobić, to trochę zamienić ten konflikt, poszukać czy nie ma tam innych rodzajów konfliktu, np. konfliktu potrzeb.

Wszyscy obserwujemy życie społeczne w Polsce i chyba wszyscy jesteśmy zaniepokojeni tym, że spór polityczny przekroczył pewną niebezpieczną barierę. Czy pan ze swoim doświadczeniem mediatora widzi jakieś rozsądne rozwiązanie tego problemu?

Powiem szczerze, że jak przyglądam się życiu społecznemu to rozwiązania nie mam, natomiast zawsze zastanawiam się kto musiałby usiąść do stołu i czy udałoby się tym osobom rozmawiać bez wrogiego nastawienia, z przekonaniem o potrzebie rozwiązania kryzysu i wysłuchania w tym celu racji drugiej strony oraz poszukania rozwiązania z którego jedna i druga sporu byłaby zadowolona. Mam czasem wątpliwości czy to byłoby możliwe (...) Nie chcę tutaj wyjść na czarnowidza, ale uważam, że sytuacja jest bardzo trudna. Te emocje, które narosły, narastają i co jakiś czas wybuchają, one bardzo skutecznie utrudniają jakiekolwiek porozumienie. Wtedy strony uciekają od argumentacji merytorycznej - opartej o pewne fakty, dane statystyczne, prawo, o jakiekolwiek rzeczy mierzalne, a idą w inwektywy, podgrzewanie atmosfery sporu i to mediację skutecznie utrudnia. Rozwiązania niestety nie mam i nawet nie próbowałem go szukać. Bardziej interesują mnie warunki wejściowe - jak usiąść do stołu rozmów niż myślenie kategoriami rezultatu. Zawsze w mediacji staram się myśleć o tym co zrobić, żeby strony usiadły do stołu i tu się spotkały i usłyszały. A z czym one wyjdą? Czy wyjdą z porozumieniem czy bez, to będzie taki pozytywny skutek uboczny, że mamy porozumienie albo przynajmniej porozmawialiśmy i okazało się, że różnimy się tak fundamentalnie, że żadnego porozumienia nie zawrzemy.

Jarosław Kuropatwiński

Jarosław Kuropatwiński/fot. FacebookWśród bydgoszczan rozgorzała dyskusja o przyszłości Parku Witosa w centrum miasta. Po odkryciu, że na znajdującym się tam niegdyś cmentarzu ewangelickim nie dokonano ekshumacji, pojawiła się konieczność zdefiniowania tego miejsca na nowo. Swój głos w dyskusji zabrał konsul honorowy Niemiec w Bydgoszczy - Jarosław Kuropatwiński, który przedstawił własną koncepcję tego miejsca. Dr Kuropatwiński był gościem dzisiejszej Rozmowy Dnia Polskiego Radia PiK.


Marcin Kupczyk: Wśród bydgoszczan rozgorzała dyskusja o przyszłości Parku Witosa, po odkryciu, że na znajdującym się tam kiedyś cmentarzu ewangelickim nie dokonano ekshumacji. Pojawiła się konieczność zagospodarowania i zdefiniowania tego miejsca na nowo. Z badań archeologicznych wynika, że na terenie parku może spoczywać nawet około 80.000 trumien ze szczątkami ewangelików chowanych tam przez wiele lat. Prezydent Bydgoszczy Rafał Bruski powiedział, że trzeba zmienić plan rewitalizacji parku. Pan wystąpił z serią swoich propozycji: zmiana nazwy parku na Park Pojednania Narodów lub Park Pojednania. Dlaczego właśnie tak?

Jarosław Kuropatwiński: Jest, tak mi się wydaje, dosyć silna wola w Bydgoszczy, aby to miejsce było traktowane jako miejsce szczególne. Niedawno był finał mistrzostw świata, 80.000 osób oglądało finał w Moskwie na stadionie, to jest dokładnie taka liczba osób, jaką mamy pochowanych na tym cmentarzu. Dostrzegam silną wolę i przekonanie, że to miejsce powinno być traktowane wyjątkowo, dlatego potrzebny jest pomysł, który będzie do zaakceptowania dla zdecydowanej większości bydgoszczan, pomysł, który w jakiś sposób będzie wiązał się z tym miejscem, ale będzie też patrzył w przyszłość. Wszyscy są zgodni co do tego, że nie odtwarzamy cmentarza, bo to jest niemożliwe, natomiast upamiętnienie tego miejsca i wykorzystanie dla żywych, to jest coś co jest ważne. Jedną z takich koncepcji, która akurat mi przyszła do głowy, to właśnie Park Pojednania czy też Park Pojednania Narodów z symbolem pojednania jakim jest gest uścisku pojednania w Krzyżowej ze strony Tadeusza Mazowieckiego i Helmuta Kohla. (...). Krzyżowa była kolejnym etapem pojednania, wyszło to od pokolenia, które pamiętało wojnę, a po wojnie pracowało nad tym jak należy budować przyszłość, to było trudne w PRL, kiedy propaganda była nastawiona na podsycanie nienawiści Polaków i Niemców i w tym momencie pojawił się list polskich biskupów do biskupów niemieckich, zapraszających na obchody millenium chrztu Polski, to pokolenie zostało naznaczone tym gestem z lat 60. i efektem była Krzyżowa, ale dalej przez prawie 30 lat jest pojednanie polsko-niemieckie, które jest faktem, które na świecie ukazywane jest jako jedno z wielkich osiągnięć Polaków. (...).

Kolejny punkt pańskiego pomysłu: elementy małej architektury jako uzupełnienie pomnika, odtworzenie fragmentów murów cmentarza, z upamiętnieniem nazwisk osób pochowanych. Pan zakłada, że te nazwiska da się odtworzyć?

To nie jest mój pomysł, natomiast ja ten pomysł starałem się uporządkować w swojej koncepcji. Komisja powołana przez prezydenta Bruskiego ten pomysł zgłosiła i wydaje mi się on niezwykle ciekawy, dlatego to uwzględniłem. Chodzi o odtworzenie - symboliczne - muru cmentarnego z tabliczkami, które upamiętniają bydgoszczan, którzy tam leżą. To są czasami nazwiska - patronów bydgoskich ulic, więc są to osoby, które współtworzyły Bydgoszcz i warto te osoby upamiętnić.

1234567
Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W programie służącym do obsługi internetu można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Więcej informacji można znaleźć w naszej Polityce prywatności

Zamieszczone na stronach internetowych www.radiopik.pl materiały sygnowane skrótem „PAP” stanowią element Serwisów Informacyjnych PAP, będących bazą danych, których producentem i wydawcą jest Polska Agencja Prasowa S.A. z siedzibą w Warszawie. Chronione są one przepisami ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych oraz ustawy z dnia 27 lipca 2001 r. o ochronie baz danych. Powyższe materiały wykorzystywane są przez Polskie Radio Regionalną Rozgłośnię w Bydgoszczy „Polskie Radio Pomorza i Kujaw” S.A. na podstawie stosownej umowy licencyjnej. Jakiekolwiek wykorzystywanie przedmiotowych materiałów przez użytkowników Portalu, poza przewidzianymi przez przepisy prawa wyjątkami, w szczególności dozwolonym użytkiem osobistym, jest zabronione. PAP S.A. zastrzega, iż dalsze rozpowszechnianie materiałów, o których mowa w art. 25 ust. 1 pkt. b) ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych, jest zabronione.

Rozumiem i wchodzę na stronę