Nie jest to pierwsza Pana "Księżniczka Czardasza"?
- Tak, to jest moja czwarta Księżniczka. Mam nadzieję, że za każdym razem jest to inna realizacja, choć oparta na tym samym libretcie i pomyśle, który kiedyś się tam urodził i jest cały czas "dosmaczany". Jednym słowem - ścigam się sam ze sobą.
Bo jak się reżyseruje ten sam tytuł po raz enty, to jest ściganie z samym sobą.
- Żeby nie było rutyny, żebym nie wiedział co będę robić między 10.30 a 11.00. Wreszcie, żeby na tyle ile pozwala materia szukać tego co się szumnie nazywa twórczością.
A materiał w teatrach operowych jest podatnym materiałem do pracy tytanicznej?
- Są na pewno utrudnienia dla reżysera, z tego powodu, że osoby, które pracują w teatrach muzycznych kiedy były przyjmowane do tych teatrów w mniejszym, stopniu były weryfikowane pod względem aktorskich możliwości. Sprawdzane były przede wszystkim, co jest zresztą zrozumiałe, predyspozycje głosowe. Obawiałem się dlatego o moją lekką operetkę, nasyconą dialogami, jak ona się odnajdzie w środowisku potężnych głosów i brzmień.
Dlaczego nie użył Pan mikroportów?
- Nie chciałem korzystać z mikroportów, bo one z założenia zwalniają aktorów z energicznego mówienia i spowalniają akcję przedstawienia. Chciałem, żeby oni mieli swoją energię sceniczną stąd "dogłaśnialiśmy" przedstawienie podwieszonymi mikrofonami. W teatrze zastałem ludzi, którzy mieli skromne doświadczenie aktorskie, ale oni tak się rzucili w wir pracy, że po kilku tygodniach byłem spokojny bo odkrywałem talenty aktorskie i komediowe. Spadł niepokój o to czy materiał jest "do rzeźbienia" i pojawił się jedynie stres czy ja tego nie zepsuje. Z ogromną przyjemnością odkrywałem przede wszystkim ludzi młodych, bo moja ocena szkolnictwa muzycznego - śpiewaczego jest taka, że się pracuje nad walorami głosu, a w zaniku jest kształcenie umiejętności scenicznych, poruszania się po scenie. Było miło patrzeć jak oni się z próby na próbę rozwijają.
- Tak, to jest moja czwarta Księżniczka. Mam nadzieję, że za każdym razem jest to inna realizacja, choć oparta na tym samym libretcie i pomyśle, który kiedyś się tam urodził i jest cały czas "dosmaczany". Jednym słowem - ścigam się sam ze sobą.
Bo jak się reżyseruje ten sam tytuł po raz enty, to jest ściganie z samym sobą.
- Żeby nie było rutyny, żebym nie wiedział co będę robić między 10.30 a 11.00. Wreszcie, żeby na tyle ile pozwala materia szukać tego co się szumnie nazywa twórczością.
A materiał w teatrach operowych jest podatnym materiałem do pracy tytanicznej?
- Są na pewno utrudnienia dla reżysera, z tego powodu, że osoby, które pracują w teatrach muzycznych kiedy były przyjmowane do tych teatrów w mniejszym, stopniu były weryfikowane pod względem aktorskich możliwości. Sprawdzane były przede wszystkim, co jest zresztą zrozumiałe, predyspozycje głosowe. Obawiałem się dlatego o moją lekką operetkę, nasyconą dialogami, jak ona się odnajdzie w środowisku potężnych głosów i brzmień.
Dlaczego nie użył Pan mikroportów?
- Nie chciałem korzystać z mikroportów, bo one z założenia zwalniają aktorów z energicznego mówienia i spowalniają akcję przedstawienia. Chciałem, żeby oni mieli swoją energię sceniczną stąd "dogłaśnialiśmy" przedstawienie podwieszonymi mikrofonami. W teatrze zastałem ludzi, którzy mieli skromne doświadczenie aktorskie, ale oni tak się rzucili w wir pracy, że po kilku tygodniach byłem spokojny bo odkrywałem talenty aktorskie i komediowe. Spadł niepokój o to czy materiał jest "do rzeźbienia" i pojawił się jedynie stres czy ja tego nie zepsuje. Z ogromną przyjemnością odkrywałem przede wszystkim ludzi młodych, bo moja ocena szkolnictwa muzycznego - śpiewaczego jest taka, że się pracuje nad walorami głosu, a w zaniku jest kształcenie umiejętności scenicznych, poruszania się po scenie. Było miło patrzeć jak oni się z próby na próbę rozwijają.