Wokalistka, wydała 14 albumów. Wielokrotnie nagradzana. Profesor sztuki. Od wielu lat pedagog śpiewu jazzowego, najpierw w Akademii Muzycznej w Gdańsku a obecnie w Akademii Sztuki w Szczecinie. Krystyna Stańko wystąpiła na „Rzece Muzyki” w Bydgoszczy, wraz ze swoim kwintetem. W programie koncertu znalazły się bossa-novy, samby, standardy muzyki jazzowej i piosenki.
„...bym nie chciała nigdy odcinać jakiś kuponów i siedzieć w jakiejś jednej stylistyce, bo to jest też kwestia, że ja kocham i nowe bossa novy i samby i uwielbiam standardy jazzowe, ale też bardzo lubię pisać piosenki z tekstem. Wydaje mi się, że to jest też naszą rolą, taka odpowiedzialność, żeby się jakoś odnosić do czasów, w których żyjemy (...) tej muzyki jazzowej jest coraz mniej, również w mediach i, że te osoby, które kończą studia u mnie, w mojej klasie, powiedzmy, myślę o nich w kategoriach, żeby nie byli bezrobotni (...) Można być świetnym muzykiem, niezapraszanym do żadnego składu, do żadnej współpracy przez to, że się nie jest fajnym człowiekiem. Często mówimy o naszym zawodzie: dwie godziny na scenie, 8 godzin w busie, ale taka jest prawda, że po prostu żyjemy, przygotowując się, mając niezliczoną ilość prób, podróży i często ten fragment naszego życiorysu, bycia na scenie, to jest ta nagroda....”
Piątek, 24 lipca 2026 o godz. 22:05
- Bardzo się cieszę, że jestem tutaj, tym bardziej, że jestem „Wodnik Szuwarek”, więc powinnam się czuć na Rzece Muzyki, jak u siebie w domu. Piękny festiwal, słyszę o nim już od lat i cieszę się, że sfinalizowaliśmy sytuację, że możemy zagrać i to w takim moim właśnie teraz flagowym składzie, sześcioosobowym.
Nieekonomicznym (śmiech)
- Bardzo nieekonomiczny skład, no ale właściwie ja zawsze tak lubię być trochę pod prąd, w sensie takim, że jak moje koleżanki śpiewają w duetach, to ja gram w sekstecie. Ciekawe, co będzie później. Może ja pójdę w stronę duetów, bo tego jeszcze nie praktykowałam.
Krystyna Stańko w Polskim Radiu PiK. Fot. Magda Jasińska/PR PiK
Ja tak czekam na płytę „Krystyna Stańko symfonicznie”.
- O rany, ja nie wiem czy ja mam tak szeroki i potężny głos, bo uważam, że taki symfoniczny skład wymaga potężnego głosu. Chociaż jak Joni Mitchell nagrała cudną płytę symfoniczną, to sobie pomyślała jest nadzieja jeszcze dla mnie. Joni Mitchell po latach się obniżył głos, a mnie się na szczęście nie obniża, bo ja zawsze miałam niski. Szczerze mówiąc, to jest bardzo frapujące, bo taki skład daje, musi dawać nieprawdopodobne uczucie będąc na scenie. Ja w swoim życiu śpiewałam z big bandem, nagraliśmy też Aquariusa z orkiestrą kameralną i to było coś takiego, że ja na tej scenie naprawdę czułam się taka otulona tymi dźwiękami. W ogóle to mnie wzrusza. Nie wiem, może to już wiek, ale może jednak muzykalność?
Bo taki skład dodaje skrzydeł, prawda?
- Dodaje. Jest takie wrażenie, jak Krzysiu Herdzin nam pięknie zaaranżował te utwory, to wszystko tam jest na wagę złota. Wydaje się każdy dźwięk niezwykle ważny, bo tam oprócz smyków są jeszcze instrumenty dęte. Na przykład we wstępie gra waltornia, ja przejmuję dalszą część linii melodycznej i to jest takie niezwykłe. Czuję tę waltornię, jakbym sama na niej grała, tak jestem razem z tym muzykiem i wchodzę i te smyki razem ze mną, to od razu pojawia się gęsia skórka.
To jest eleganckie.
- Ja uważam, że ten taki projekt w ogóle jest ponadczasowy, zawsze możemy to grać i jeżeli mamy sposobność zagrania, to za każdym razem, tak jak powiedziałaś, to jest takie uroczyste, takie święto naprawdę. Wtedy też zakładam długą suknię, bardzo elegancką. Na tę okazję grania z orkiestrą mam takie 2 suknie, które zakładam na estradę i czuję się jak diva.
Słuchaj, ale co projekt, to zupełnie inna Krystyna Stańko i chyba o to chodzi.
- Tak, ja też bym nie chciała nigdy odcinać jakiś kuponów i siedzieć w jakiejś jednej stylistyce, bo to jest też kwestia, że ja kocham i nowe bossa novy i samby i uwielbiam standardy jazzowe, ale też bardzo lubię pisać piosenki z tekstem. Wydaje mi się, że to jest też naszą rolą, taka odpowiedzialność, żeby się jakoś odnosić do czasów, w których żyjemy. Teraz mój kolega, mój przyjaciel, też kompozytor muzyki filmowej był na „Open'er Festival” i powiedział do mnie: „wiesz, co mnie najbardziej rozczarowało? Zagraniczni artyści mają przesłanie, mają jakieś takie silne poczucie bycia głosem i odnoszą się do współczesności, a polscy artyści śpiewają o d… Maryni”. I trochę jest w tym prawdy. Powiedział, że jeżeli był hip hop, to był wulgaryzm na wulgaryzmie, nie było jakby treści, czy jakiegoś buntu, czy po prostu opisywania realiów, bo ta muzyka ma to wpisane w swój rodowód, tylko po prostu było przekleństwo na przekleństwie, dla przekleństwa. A jeżeli chodzi o polskich artystów, że śpiewają cały czas na tematy bardzo bezpieczne i bardzo takie trochę o nich. To nie jest krytyka moich kolegów i koleżanek, tylko wydaje mi się, że doszliśmy do takiego momentu, kiedy trochę boimy się mówić o tym, co naprawdę jest dla nas frapujące. Boimy się być tym głosem, który jest głosem krytycznym, bo ci, którzy krytykowali, niejednokrotnie źle na tym wyszli i wszyscy są tacy zachowawczy, bezpieczni. Jeżeli artyści o tym w ogóle nie mówią, to wygląda, że ich to nie obchodzi, albo mówią: „po co mi to, to mnie nie obchodzi, to mnie nie dotyczy”. Dotyczy nas wszystkich, wbrew pozorom.
Krystyna Stańko w Polskim Radiu PiK. Fot. Magda Jasińska/PR PiK
Ważne, bo nawet to nie chodzi o to, żeby jakieś robić protest songi, prawda?
- Ważne tylko, żeby mieć hormony. Jak to kiedyś pamiętam, miałam takie magazyny Jazz Forum z lat siedemdziesiątych, którymi sobie wykleiłam mój malutki pokoik do ćwiczenia I było takie hasło: „Jazz nie lubi ludzi bez hormonów” i wiesz to mi utkwiło w pamięci, bo coś w tym jest. Te wypowiedzi też takie właśnie artystyczne, fajnie, jak mają jakąś intensywność. Nie chodzi o to, żeby były fortissimo. Nie chodzi o to, żeby ekspresja była cały czas taka powiedziałabym rozepchana do granic możliwości, tylko żeby była konkretna. Artyści opowiadają jakąś historię.
Z tym mają problem, szczególnie wokalistki w Polsce. Jak byś spuściła kurtynę, to byś miała wielki problem, żeby stwierdzić, która śpiewa. Wszystkie mają świetny warsztat, natomiast co z tego?
- Tak, to jest ten znak czasów i w ogóle myśląc o wokalistyce, rozmawiając, wielokrotnie, my też dotykałyśmy tego tematu, bo on jest bardzo ważny. Tu chodzi o to poczucie własnego, jakiegoś rysu, własnej osobowości i osobliwości tego głosu, jego specyfiki. Często jak rozmawiam z moimi studentami, to poruszam ten temat, jako jeden z pierwszych. Teraz miałam trzy studentki pierwszego roku. Pracowałyśmy, żeby się z nim naprawdę zżyć i żeby poczuć, że to jest naprawdę mój głos, jedyny, unikatowy i żeby tym się bardzo zainteresować,. Jest taka tendencja przez to, że można się uczyć z Youtuba wielu wspaniałych rzeczy. Są świetne lekcje i ludzie zaczynają śpiewać w sposób kaskaderski, wspaniały, imponujący. Wielka skala głosu. Mamy już w tej chwili różnego typu lekcje. Ktoś tam umiejscawia specjalną kamerę gdzieś w nosie, gardle i możemy zobaczyć pracę krtani, wszystkich strun głosowych. Widzimy to bardzo z bliska i ta granica się przesuwa. Ludzie śpiewają nieprawdopodobnie sprawnie, potrafią śpiewać wysoko, nisko, ale dość podobnie. Więc ja w związku z tym, zawsze jak oglądam fragment takiej lekcji, czy też porady, zaraz szukam tego człowieka, czy on gdzieś gra w jakimś zespole, czy coś nagrywa. Na ogół nie. To jest po prostu lekcja techniki, wspaniała, wartościowa, ważna, ale niczego nie gwarantuje. Jak sobie pomyślimy o Bobie Dylanie, o jego głosie. Ktoś powie, czy ten facet w ogóle miał warunki do śpiewania? Przepraszam, myślę, że żaden fotel by się w telewizji nie obrócił, a to jest człowiek, który po prostu nie dość, że w literaturze zaistniał, w piosence zaistniał jako autor, jako osobowość, jako postać, po prostu facet z gitarą, z harmonijką ustną, stojący przed tysiącem ludzi, poruszający ich serca. To jest ta treść, to jest to, co jest w muzyce najważniejsze. W wokalistyce my jeszcze mamy słowo. Pomyśl, kogo my słuchamy. Właśnie tych osobowości, które nam opowiadały jakąś historię. Jeśli to była Ella Fitzgerald, ona nam opowiadała po prostu głosem jak instrumentem też solówki. Ta gracja, ta ekspresja i też ta witalność niesamowita jej śpiewu. To będzie trwało tak jak Billy Holiday, która miała swoją konkretną barwę i niecałe dwie i pół oktawy w głosie. Ludzie dzisiaj powiedzą, „wow, ja mam 4 oktawy, ja tu wyśpiewuję nie wiadomo co”, a my słuchamy, zachwycamy się Billie Holiday. Nie chodzi o to, żeby zostać w muzeum i być ciągle na początku dwudziestego wieku, czy w latach czterdziestych, czy pięćdziesiątych, ale to doceniamy i to są ciągle płyty „Ella and Louis”, to są płyty, które się najlepiej sprzedają w jazzie. Nie dlatego, że są tanie, tylko dlatego, że są po prostu wyjątkowe. Mamy dwa wokale, które potencjalnie brzmią jak kompletnie dwa różne światy, a razem tworzą piękną muzykę. W każdym gatunku poruszają nas ludzie, którzy nam coś chcą powiedzieć. Nie tylko nam zaprezentować swój głos, czy instrument.
A jaką Ty lekcje dla siebie wyciągasz z pracy z młodymi wokalistkami, bo z wokalistami też pracujesz?
- Też, miałam takie momenty, wiesz, bo to już jest ponad 20 lat, że w mojej klasie studiowało pół na pół: mężczyźni i kobiety. Teraz, od czasu covidu zauważam tendencję, że jednak jest cały czas dużo więcej pań. Biorę lekcję, to jest dla mnie za każdym razem lekcja. Dzisiaj żyjemy w takich czasach, że nieraz się uśmiecham do siebie i myślę, że jestem już ostatnią walczącą jednostką o to, żeby unikać transakcentacji, że nasz piękny język jest tak wyjątkowy. Wielu polskich artystów, wspaniałych też wokalistów przesunęło już tę granicę i z transakcentacji uczyniło wręcz środek wyrazu. Zwracam na to zawsze uwagę i zawsze zwracam też uwagę na treść, na tekst. Dzisiaj już też patrzę na to, że tej muzyki jazzowej jest coraz mniej, również w mediach i, że te osoby, które kończą studia u mnie, w mojej klasie, powiedzmy, myślę o nich w kategoriach, żeby nie byli bezrobotni. Chodzi o to, żeby wychodząc z uczelni mieli nie tylko dyplom, ale żeby mieli jakieś nagrania, zespół, jakąś twórczość swoją, żeby mieli pojęcie jak pracować z zespołem, żeby nauczyli się też tego, tej etyki zawodowej, która jest szalenie ważna. Można być świetnym muzykiem, niezapraszanym do żadnego składu, do żadnej współpracy przez to, że się nie jest fajnym człowiekiem. Często mówimy o naszym zawodzie: „dwie godziny na scenie, 8 godzin w busie”, ale taka jest prawda, że po prostu żyjemy, przygotowując się, mając niezliczoną ilość prób, podróży i często ten fragment naszego życiorysu, bycia na scenie, to jest ta nagroda. Ale tak naprawdę składa się na to po prostu samo życie, więc trzeba też być dobrym człowiekiem, fajnym kolegą.
Krystyna Stańko w Polskim Radiu PiK. Fot. Magda Jasińska/PR PiK
Pięknie łączysz te swoje różne profesje, bycia panią profesorką, z byciem wokalistką, gwiazdą, divą i z byciem też dziennikarką.
- Ale zobacz jak to się wszystko zazębia, bo to jedno z drugiego wynika. Jedno z drugim się łączy i czasami jak rozmawiamy o muzyce, to też cieszy mnie to, że przez radio jestem na bieżąco. Wiesz jak to jest, dokładnie wiesz, że cały czas szukamy nowych rzeczy, nowych głosów, nowych zespołów, nowych utworów. To pozwala nie zardzewieć później. Radio bardzo mi pomaga na scenie, że jestem o wiele bardziej w kontakcie ze słuchaczem, z osobą, która przychodzi na koncert.
Jednak ta wielość też zadań uczy dobrej organizacji w życiu!
- Tak, uczy, szczególnie jak się jest jeszcze normalnym takim człowiekiem, który nie chodzi w szpilkach i po prostu normalnie żyje. Ja żyję normalnie, nikt mi w niczym w tej chwili nie pomaga, już od lat i sobie radzę. Prowadzę dom jako normalna matka Polka i oczywiście mój mąż, którego bardzo doceniam za jego menadżerską pracę, ale teraz w sobie odnalazł, od kilku lat pasję ogrodnika i właściwie bardziej go interesuje to, co jest na zewnątrz domu, niż wewnątrz. Tak sobie żyjemy fajnie, ale cały czas dużo się dzieje, więc i odpoczywam. A z drugiej strony myślę sobie, po to jest życie, żeby żyć. To wszystko mi sprawia ciągle dużą radość, jak będzie mnie uwierać to wiadomo, że powiem sobie ok, zwolnij dziewczyno.