Aktor teatralny, filmowy, serialowy, prowadzący teleturniej „Tak to leciało!”, ostatnio prowadzący również Galę Konkursu Artystycznych Form Radiowych Grand PiK.
„...mama czytała nam na dobranoc mity greckie a potem jak już trzeba było gasić światło to włączała muzykę. Moją ulubioną kasetą, która właściwie leciała prawie każdego wieczoru, było nagranie koncertu fortepianowego e-moll Chopina w wykonaniu Krystiana Zimmermana z Konkursu Chopinowskiego, który wygrał. Krystian Zimmerman ukształtował moją wrażliwość i wyobraźnię muzyczną i uwielbiam go do dziś (...) Kiedy byłem w szkole średniej w Bydgoszczy, chodziłem prawie co tydzień na koncert do Filharmonii Pomorskiej. Kiedy po latach poszedłem do Filharmonii Narodowej w Warszawie byłem zdruzgotany, ponieważ w moim odczuciu akustyka tam jest naprawdę kiepska i to być może sprawia, że bywam tam rzadko (...) w przeszłości kilkakrotnie proponowano mi prowadzenie programu telewizyjnego, ale jakoś nigdy nie chciałem się na to zgodzić, bo uważałem, że jestem aktorem i jakby moje miejsce jest w teatrze i przed kamerą. Jednak tym razem teraz się zgodziłem...”
Piątek, 5 czerwca 2026 o godz. 22:05
Trochę jesteś człowiekiem stąd!
- Urodziłem się w mieście, w którym nigdy nie mieszkałem, w Słupsku, bo mój tata pracował w teatrze w Koszalinie. Rodzice mieli znajomego lekarza w Słupsku, więc poród odbył się tam. Rok później się wyprowadziliśmy z tego Koszalina, pojechaliśmy do Płocka na dwa lata, a potem znowu przez rok mieszkaliśmy w Koszalinie i w wieku 4 lat znalazłem się w Gdyni. Mój tata został dyrektorem Teatru Dramatycznego i tam spędziłem dzieciństwo. Mogę powiedzieć, że najbardziej czuję się związany z Gdynią, ale od 14 roku życia, od 8 klasy podstawówki, znalazłem się w Bydgoszczy. Zacząłem się uczyć w bydgoskiej szkole muzycznej i tutaj zdałem maturę, więc na ogół odpowiadam na to pytanie: „jestem trochę z Gdyni, trochę z Bydgoszczy”.
Ale przyjechałeś tutaj, żeby uczyć się w szkole muzycznej?
- Przyjechałem, bo wyrzucili mnie ze szkoły muzycznej w Gdańsku.
Co takiego?
- Tak, zostałem wyrzucony i rzeczywiście to był taki rok w moim życiu, kiedy zagrałem pierwszą swoją rolę w prawdziwym dużym teatrze, w bardzo dużej i poważnej produkcji. Była to polska prapremiera światowej sławy musicalu „Les Miserables”, czyli „Nędznicy” w reżyserii Jerzego Gruzy. Zagrałem legendarnego, można nawet powiedzieć małego gawrosza. Bardzo fajna rola, powiedzmy drugo czy trzecioplanowa, bo miałem tam taką niewielką scenę, z rolą gdzie ginąłem bohatersko na barykadzie. Ten świat teatru tak mnie pochłonął, ci ludzie, których tam poznałem, że siedzenie przy fortepianie mnie nie interesowało. Naprawdę zupełnie straciłem do tego zainteresowanie ale starałem się, lecz komisja uznała, że nie zdałem egzaminu. Moi rodzice bardzo chcieli, żebym dalej uczył się w szkole muzycznej i próbowali przekonać nawet dyrektora szkoły w Gdańsku, żeby mnie przenieść na jakiś inny instrument. Jednak rada pedagogiczna stwierdziła: „nie, nie chcemy tego dziecka w naszej szkole”. A tutaj szkoła przyjęła mnie ciepło i bardzo dobrze wspominam ten czas. Był jeden warunek, żebym mógł przejść do następnej klasy, to musiałem zmienić instrument. Tutaj uczyłem się gry na klarnecie i ta zamiana dobrze mi zrobiła. Tak myślę, bo rzeczywiście jakoś tak się uspokoiłem. Byłem wcześniej strasznie bezczelnym i rozwydrzonym dzieckiem. Dziś już wiem z czego to wynikało, mam diagnozę, mam to na papierze. Mam ADHD i myślę, że sytuacje, które miałem w szkole w tamtym okresie, właśnie z tego wynikały. Natomiast tutaj jakoś udało mi się uspokoić i nawet byłem przewodniczącym samorządu szkolnego, gospodarzem klasy, też byłem posłem mojej szkoły do Parlamentu Młodzieży Rzeczypospolitej, bo wtedy było coś takiego. Wchodziliśmy do Unii Europejskiej i dostałem chyba tutaj na koniec świadectwo z paskiem.
Profesor Aleksandra Kłaput-Wiśniewska uczyła Cię i dobrze Cię wspomina.
– Tak, uczyła mnie historii muzyki i to był to mój ulubiony przedmiot. Zdawałem maturę na końcu szkoły muzycznej, średniej i można było wybrać sobie jeden z teoretycznych przedmiotów, a ja wybrałem ustną maturę z historii muzyki. Do dzisiaj ta miłość do muzyki i do historii muzyki jest we mnie.
I stanąłeś przed trudnym wyborem?
- Tak, wspaniale pamiętam. Zastanawiałem się co wybrać. Wybrałem jednak teatr. Tak musiało być w moim przypadku, bo to wcale nie jest takie oczywiste, że dzieci aktorów zostają na pewno aktorami, czy chcą nimi być. Często jest dokładnie wprost przeciwnie. Mam starszą siostrę, która jest skrzypaczką i jej absolutnie nie ciągnęło na scenę, do zostania aktorką. Ja uwielbiałem od dziecka bawić się w teatr, spędziłem dzieciństwo za kulisami teatru, oglądałem wielokrotnie te wszystkie spektakle, również te dla dorosłych. Znałem je na pamięć. Pierwszy swój spektakl wyreżyserowałem w trzeciej klasie podstawówki, z koleżankami z klasy. Była to „Pchła Szachrajka”. Zaprezentowaliśmy ten spektakl w szkole. Sukces był taki, że potem jeszcze kilka razy zagraliśmy go dla młodszych dzieci w przedszkolach. Jeszcze muszę dodać, że pierwszy raz na scenie, w spektaklu dla dorosłych, w profesjonalnym teatrze zagrałem w wieku lat sześciu, ale nie była to duża rola. Byłem jednym z chłopców w chórze chłopięcym, w spektaklu pt. „Historia o chwalebnym zmartwychwstaniu Pańskim” i tak myślę, że wtedy gdzieś coś bardzo głęboko we mnie zapadło, bo ja do dzisiaj pamiętam ten moment, kiedy już po wszystkich próbach przyszedł wieczór trzeciej próby generalnej, takiej kiedy przychodzi publiczność i ja stałem za kulisami. Wchodziliśmy pamiętam bardzo dokładnie ten moment, te odczucia, to wrażenie i te emocje jakie czułem kiedy stałem za kulisami. Słyszeliśmy szmer publiczności zza kurtyny, po czym rozległ się gong, przygasło światło, ten szmer ucichł, rozsunęła się kurtyna i ja z tej mojej kulisy, byłem tym, który pierwszy wchodził w ten magiczny krąg sceny. Ten świat tam na scenie, ja go poczułem, że to jest jakieś miejsce dla mnie. To był dobry moment, bo jeszcze dziecko nie ma takiej świadomości, ale teraz jak to wspominam, to myślę, że to był ważny moment i że on jakoś tak spowodował, że ja zakochałem się w teatrze i w byciu na scenie w teatrze, bardzo. Ale przyznam to było trochę na odwrót, bo przez 12 lat uczyłem się w szkole muzycznej i kiedy zbliżała się matura i trzeba było wybrać kierunek studiów, to nie było dla mnie takie oczywiste. Wtedy miałem takie poczucie, że włożyłem tyle pracy i tyle czasu i tyle wysiłku w naukę muzyki, że niełatwo było odwrócić się do tego plecami, ale miałem poczucie też, że nie mam wystarczająco dużo talentu, żeby być dobrym czy bardzo dobrym muzykiem. Wydawało mi się, że mogę być co najwyżej przeciętnym, a poza tym, zawsze gdy występowałem jako muzyk, miałem koszmarną tremę. Trzęsły mi się nogi, trzęsły mi się ręce, palce się ślizgały po tych klapkach od klarnetu i miałem poczucie, że zawsze podczas występu wypadałem gorzej, niż kiedy grałem sobie w domu, dla siebie. Natomiast występując jako aktor nigdy nie miałem takiej tremy. Wprost przeciwnie, na scenie czułem się dobrze, bezpiecznie i nie trzęsło mi się nic.
Kacper Kuszewski. Fot. Ireneusz Sanger/PR PiK
Z czego to wynika, że akurat w świecie muzycznym ta trema trochę Cię paraliżowała, a w świecie dramatycznym nie?
- Myślę, że to po części jest kwestia takich naturalnych predyspozycji, bo widziałem to w moich kolegach, byli wśród nas tacy, dla których jakby ten przepływ jakiś z kartek zapełnionych nutami przez ciało, instrument na zewnątrz, był tak naturalny, tak organiczny i mieli jakąś łatwość taką manualną, opanowywanie jakichś trudnych technicznie rzeczy. U mnie to było takie poczucie, że to jest zawsze jakaś walka z tym instrumentem, walka z tymi nutami, więc to jest jedna rzecz. Być może też tutaj wpływ miał taki sposób kształcenia dzieci. Uczył mnie Andrzej Dudziński i cieszę się, że na niego trafiłem, bo on pomógł mi się zakochać w tym klarnecie i rzeczywiście był taki moment, że się trochę zakochałem, dlatego wybór tej szkoły teatralnej nie był taki oczywisty. No ale jak wspominam te egzaminy, co pół roku w szkole muzycznej, od pierwszej klasy, kiedy sztywne, przerażone dziecko wchodziło do sali, gdzie siedzieli za zielonym suknem nauczyciele, to w moim dzisiejszym odczuciu, nic nie miało wspólnego z radością muzykowania. Tego nie uczono wtedy dzieci, nie uczono radości muzykowania, mam poczucie, że byliśmy raczej tresowani do takiego wykonawstwa. A jako aktor czuję się zupełnie inaczej. Szkoła Teatralna jest chyba jedyną uczelnią, no może jeszcze ASP, gdzie od zdających nie wymaga się żadnych jeszcze warsztatowych umiejętności. Ocenia się tylko ich predyspozycje, więc wszystko jakby zaczyna się od nowa i ja chciałem zacząć od nowa, bez tego ciężaru egzaminów, chociaż okazało się, że i tam są egzaminy co semestr i że też są stresujące, ale to jest jednak inaczej, bo na widowni siedzą wtedy koledzy, studenci i mamy poczucie, że gramy teatr dla kogoś, a nie że musimy zaliczyć egzamin.
Za pierwszym razem się udało zdać do szkoły aktorskiej?
- Tak, ja naprawdę nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak to wygląda. Byłem przekonany, że się dostanę i mało z tego pamiętam, ponieważ miałem dom trochę w Bydgoszczy, trochę w Gdyni. Złożyłem papiery i zdawałem egzaminy tylko do Warszawy, ponieważ Kraków, Łódź to już było za daleko od domu . No więc złożyłem tam papiery, tylko do tej jednej uczelni. Kiedy przyjechałem przyjęto 24 osoby, a kandydatów było 600. Tam mnóstwo z tych kandydatów zdawało po raz kolejny. Większość z nich składała papiery do wszystkich szkół teatralnych i jeździli tymi pociągami z jednego miejsca na drugie. Pierwszy etap jakoś udało mi się przejść dosyć gładko, to jest taka wstępna selekcja, ale po egzaminie, po tej części egzaminacyjnej w drugim etapie w sumie byłem pewien, że się nie dostałem. Miałem poczucie że bardzo źle mi poszło. Dzisiaj, kiedy o tym myślę, to jest być może tylko jakaś taka moja fantazja, ale mam poczucie, że to co przeważyło, że zostałem przyjęty, to była piosenka na końcu egzaminu. Już po tych wszystkich bardzo dziwnych zadaniach aktorskich, które dostawałem i podczas, których widziałem, że komisja jest znużona, zmęczona, wszyscy patrzą w podłogę i już czekają, żeby ta tortura się skończyła, ktoś powiedział: „to jeszcze piosenkę prosimy” i ja zacząłem śpiewać piosenkę z repertuaru Michała Bajora pt. „Błędny rycerz” Młynarskiego. Kiedy zacząłem, to nagle zobaczyłem na sali, że kolejne głowy gdzieś tam się podnoszą.
I nic dziwnego że od ukończenia szkoły teatralnej to śpiewanie ciągle Ciebie zajmuje.
- I ostatnio nawet jakby więcej. Uważam, że ta tradycja w Polsce piosenki aktorskiej, jest naprawdę bardzo szczególna. W wielu krajach nie ma czegoś takiego, nawet nie ma nazwy na coś takiego, natomiast w Polsce jest to rzeczywiście bardzo specyficzny nurt i my wszyscy wiemy i czujemy co jest piosenką aktorską, a co nią nie jest. Ja nigdy nie uczyłem się śpiewać.
Śpiewałeś w chórze szkolnym.
- Tak, ale tam dzieciaki stoją, każdy śpiewa jak umie, nikt nas nie uczył emisji głosu, a poza tym, to było jeszcze przed mutacją, więc wszystkiego co umiem w tej dziedzinie, nauczyłem się sam. Wykorzystałem również te doświadczenia, które miałem biorąc udział w kilku takich show telewizyjnych, gdzie się śpiewało i wtedy pomagali nam trochę jacyś ludzie profesjonaliści, którzy się na tym znają i tyle ile mogłem, to od nich wyciągnąłem. Natomiast ja w tym gatunku, w tym śpiewaniu właśnie aktorskim się bardzo dobrze czuję.
Czym ono się różni od zwykłego śpiewania?
- Mam wrażenie, że wszystkie inne gatunki śpiewania skupiają się przede wszystkim na głosie i na muzyce, na melodii, na frazie i jakby wszystkie emocje wyraża się poprzez to, a tutaj w piosence aktorskiej, jednak zawsze najważniejszy jest tekst i stworzenie jakiś takich postaci na chwilę, która ten tekst, tę historię opowiada. No i to jest właśnie wspaniałe, że mam okazję połączyć swoje umiejętności muzyczne i aktorskie.
A muzyka, skąd ta miłość?
- Myślę, że to zawdzięczam mojej mamie, która wymyśliła właśnie że mnie i moją siostrę pośle do szkoły muzycznej. Moja siostra jest skrzypaczką i to objawiało się w ten sposób, że mama czytała nam na dobranoc mity greckie a potem jak już trzeba było gasić światło to włączała muzykę. Moją ulubioną kasetą, która właściwie leciała prawie każdego wieczoru, było nagranie koncertu fortepianowego e-moll Chopina w wykonaniu Krystiana Zimmermana z Konkursu Chopinowskiego, który wygrał. Krystian Zimmerman ukształtował moją wrażliwość i wyobraźnię muzyczną i uwielbiam go do dziś.
Na koncerty chodzisz, czy nie masz czasu?
- Nie mam czasu, to prawda. Po drugie koncerty się odbywają w weekend, kiedy ja też gram, albo wyjeżdżam gdzieś ze spektaklem. Jest też coś takiego, muszę zdradzić, to może się spodobać słuchaczom... Kiedy byłem w szkole średniej w Bydgoszczy, chodziłem prawie co tydzień na koncert do Filharmonii Pomorskiej. Kiedy po latach poszedłem do Filharmonii Narodowej w Warszawie byłem zdruzgotany, ponieważ w moim odczuciu akustyka tam jest naprawdę kiepska i to być może sprawia, że bywam tam rzadko.
Kacper Kuszewski. Fot. Ireneusz Sanger/PR PiK
Jeszcze teraz prowadzisz program telewizyjny.
- Dobrze się w tej roli czuję. Przyznam, że w przeszłości kilkakrotnie proponowano mi prowadzenie programu telewizyjnego, ale jakoś nigdy nie chciałem się na to zgodzić, bo uważałem, że jestem aktorem i jakby moje miejsce jest w teatrze i przed kamerą. Jednak tym razem teraz się zgodziłem. Minęło trochę czasu, trochę inaczej teraz na to patrzę. Może jest tak, że już się znudziłem pracą na planie filmowym, choć nadal największą moją miłością jest teatr i nigdy mi się nie znudzi, natomiast praca na planie filmowym dla aktora jest często naprawdę nudna. Tam 80% czasu na planie czeka się, aż zostanie ustawiona kamera, światło, scenografia, a tutaj się nie czeka. Mam nadzieję, że nie zdradzam tu za dużo tajemnic kuchni, my nagrywamy program „Tak to leciało” w sierpniu. To jest najtrudniejsza część tej pracy, żeby utrzymać przytomność umysłu do końca. Są krótkie przerwy pomiędzy uczestnikami, żeby wziąć łyk wody, przypomnieć sobie to co powiedziano mi o następnej osobie, która ma wejść, albo pójść szybko coś zjeść. Muszę cały czas być bardzo przytomnym, nie mam napisanego żadnego tekstu. To wszystko jest tu i teraz na żywo, ale mam słuchawkę, gdzie słyszę głos reżyserki, która na bieżąco mi mówi. Jednocześnie staram się być jak najbardziej wspierający dla tych uczestników jeżeli ktoś jest stremowany i spięty to staram się go jakoś rozluźnić.