Wokalistka, aktorka, artystka nominowana do „Fryderyka” za partię wokalną na płycie „Górecki 3”, obdarzona jednym z najpiękniejszych głosów.
„..To jest w ogóle nie tylko ważne dzieło w kontekście nominacji do „Fryderyka”, z czego oczywiście bardzo się cieszymy. Nie spodziewaliśmy się tego wyróżnienia, wiedzieliśmy, że Filharmonia Narodowa, z którą nagraliśmy album „Górecki 3” razem z Krzysztofem Urbańskim, który jest dyrektorem Filharmonii Narodowej wysłała zgłoszenie do nominacji. Krzysztof Urbański poprowadził orkiestrę i moja dwójka kochanych solistów, wokalistów, którzy śpiewali razem ze mną na tej płycie, czyli Ania Federerowi i Michał Sławecki, którzy mieli swoje części. Każdy z nas miał swoją część w tej symfonii. Wiadomo, że symfonia jest pisana na jeden głos, natomiast pomysł i zamysł był taki, żeby te historie z symfonii opowiedzieć różnymi głosami. No i ta historia jest dla mnie o tyle jeszcze ważna i ciekawa, że to był też dla mnie powód powrotu do kraju. Może nie powód ostateczny, ale taki impuls do tego, żeby wrócić, ponieważ pojawia się na horyzoncie dzieło i zmierzenie się z dziełem, które jest nie tyle wyzwaniem, ale też jest czymś tak magicznym i pięknym i wymownym, że jakby ciężko odmówić...”
Piątek, 17 kwietnia 2026 o godz. 20:05
Bardzo zapracowana Edyta Krzemień
- Może nie aż tak bardzo, po prostu wystarczająco.
Wokalistka, aktorka, aktorka musicalowa, ulubiona wokalistka Zbigniewa Preisnera - tu się nic nie zmieniło?
- Trzeba by jego zapytać, ale mam nadzieję, że się nic nie zmieniło. Dalej pracujemy ze sobą, dalej koncertujemy i nagrywamy.
Edyta Krzemień, która raz po raz odwiedza Bydgoszcz.
- Tak, to rodzinne miasto mojego taty, można tak powiedzieć, że i moje strony rodzinne.
To mi gdzieś umknęło, że to jest Pani rodzinne miasto.
- Takie całkiem rodzinne nie, natomiast Kujawy to są strony mojego taty i mamy tu rodzinę. Mój chrzestny ojciec też jest stąd.
Edyta Krzemień w studiu Polskiego Radia PiK. Fot. Magda Jasińska/PR PiK
Czyli po przygodzie, ... ile to było tej przygody?
- Dwa lata.
Od razu wie Pani, o czym mówię.
- Bo przygoda to już brzmi dumnie.
Po dwóch latach w Kanadzie, w Polsce jest lepiej?
- Może nie aż tak. Do życia tak, do życia takiego rodzinno-codzienno-restauracyjno-żywieniowego nie zamieniłabym tego na pewno na świat po drugiej stronie oceanu. Jeśli chodzi o sprawy zawodowe i pracownicze, to bardzo mi tam (w Kanadzie) było dobrze, wspaniała firma, opiekująca się bardzo swoimi pracownikami, artystami. Także do tego na pewno będę w życiu tęsknić, natomiast nie chciałam zostawiać kraju i tego co mam tutaj i wiedziałam, że dwa lata to jest dla mnie taka maksymalna ilość czasu, jaką jestem w stanie poświęcić w pewnym sensie na zdobycie świata. No i wróciłam do siebie, bo jest tutaj co robić.
Też jeszcze wróćmy do tej przygody, bo jak nasi słuchacze usłyszą „Cirque du Soleil”, to pomyślą sobie, że to jest taki cyrk, jakich wiele z tresurą zwierząt.
- Tak, „Cirque du Soleil” to nie są zwierzęta w klatkach, jest to sztuka performatywna, która oczywiście bazuje na sztuce cyrkowej, tej, która się koncentruje na ludziach, na akrobatach, na tancerzach, na artystach, różnego rodzaju performance, które łączy w sobie także muzykę na żywo i efekty wizualne. Jest takim połączeniem wielu sztuk. Przy spektaklu, w którym ja pracowałam, czyli „Echo” słyszeliśmy głosy z widowni, oczywiście po spektaklu, że jest to nawet przypominające operę, z tego względu, że dużo muzyki, dużo śpiewania jest takiego polifonicznego, chóralnego. Brzmienie jest dosyć potężne, plus dosyć wysokie śpiewanie, takie po prostu stricte klasyczne, sopranowe, także jest to niezwykła sztuka cyrkowa, istnieje 40 lat na rynku i był to pierwszy cyrk, który zrezygnował właśnie ze zwierząt i który skupił się na talentach, na zasobach ludzkich. Tak naprawdę do dzisiaj od tych 40 lat te zasoby ludzkie są nie tylko na scenie, w kwestii artystycznej, tej wizualnej, ale także w kwestii technicznej, ponieważ wszystkie stołki są przykręcane siłą ludzkich rąk i namiot cyrkowy, w którym mieści się 2,5 tysiąca widzów, jest przenoszony z miejsca na miejsce, co 2 miesiące właśnie siłą ludzkich rąk.
A gdzie wtedy śpią artyści?
- Artyści w momencie, kiedy jest przeniesienie do innego miasta, są na wakacjach. Mają wtedy 10 dni wolnego i to jest ten czas, kiedy cała technika sceny, jedzie rozkładać całą wioskę, całe miasteczko cyrkowe w kolejnym mieście. No mówię całe miasteczko i cała wioska, bo jedzie nie tylko tir techniczny, ale też cały management, produkcja jedzie, wiadomo wszyscy bileterzy, wszyscy, którzy sprzedają koszulki czyli „Front of House”. Jedzie cały VIP namiot, specjalnie przyszykowane dla osób, które wykupują najdroższe miejsca, którzy przychodzą wcześniej napić się lampki wina, którzy chcą sobie zrobić zdjęcie z artystami. Mają właśnie do tego tę przepustkę, więc jakby cała ta piękna 100 osobowa ekipa jeździe budować nowe miejsce, a artyści w tym czasie są na urlopie, na wakacjach. Natomiast ja, biorąc pod uwagę to, że bardzo chciałam się nauczyć, jak to się składa i rozkłada, to nawet zrobiłam certyfikat na wózek widłowy i pracowałam razem z techniką.
Edyta Krzemień w studiu Polskiego Radia PiK. Fot. Magda Jasińska/PR PiK
Krzemień na wózku widłowym, to dopiero news.
- Bardzo to było przyjemne. W ogóle zdałam egzamin za pierwszym razem, także bardzo rozwijające, takie ciekawe doświadczenie. „Unorana” w błocie i w kablach, ale to była moja celowa decyzja, że zostałam pomagać dlatego, że mój obecny mąż, pracował razem ze mną w „Cirque du Soleil” jako specjalista IT, więc nosiliśmy kable, robiliśmy całą infrastrukturę IT, Wi-Fi i wszystko musiało działać. Pracowaliśmy po prostu razem.
To była tak wielka miłość i jest tak wielka miłość, że Amerykanin może nie do Paryża, ale przyjechał do Polski.
- Przyjechał, bardzo mu się w Polsce podoba. Szczególnie to jest taka ciekawostka, którą państwo na pewno pomijają w życiu codziennym, ale na którą warto zwrócić uwagę, że jednak mając powiedzmy mieszkanie w jakiejś dzielnicy w jakimkolwiek mieście w Polsce, mamy dookoła co najmniej 4, 5 piekarni, co jest w Ameryce, w Stanach Zjednoczonych dosyć niewykonalne. Tam trzeba wziąć samochód, jechać kawałek, żeby dostać jakieś dobre pieczywo, niekoniecznie z takiej amerykańskiej „Żabki”. Mamy naprawdę mnóstwo powodów do radości i dumy. Choćby z tego względu, że mamy super żywność w Polsce.
Ale to przecież nie żywność go tutaj przytrzymała.
- Absolutnie miłość. Wierzę w to mocno, aczkolwiek niesamowite jest to, jak możemy jako Polacy, jako Polska się chwalić tym, jakie mamy restauracje i jakich mamy restauratorów, kucharzy. W zasadzie nie ma restauracji chyba która by nie chwaliła się dobrą kuchnią. Jeżeli coś jest niedobre, to zazwyczaj bardzo szybko się kończy. Mój amerykański mąż podkreśla jeszcze jedną rzecz. Komunikacja miejska także wspaniale działa. Dla niego wszystkie tramwaje na przykładzie Warszawy, Krakowa, Wrocławia, Gdańska, bo czasami tam jeździmy, jeżdżą wspaniale i jest pod wrażeniem.
I to jest też ciekawe spojrzenie takiej osoby z zewnątrz.
- Oj naprawdę, i oczywiście szybkie pociągi z Warszawy do Krakowa, czy do Gdańska. Może jeszcze tak na wschód i zachód, to jeszcze trochę poczekamy, ale już naprawdę jest dużo dobrego. On mi cały czas to podkreśla, że powinniśmy się cieszyć i być dumni po prostu.
Po polsku się uczy?
- Uczy się, bardzo dużo rozumie, a polski jest jednym z najtrudniejszych języków na świecie. Warto sobie z tego także dawać zdawać sprawę, że jeżeli ktoś podejmuje rękawicę i chce się tego języka nauczyć, bo jest to bardzo trudny język, zwłaszcza dla Amerykanina, to znaczy, że tu jest dobrze. On nie rozumie, dlaczego mamy żeński i męski rodzaj czegoś na przykład.
Edyta Krzemień w studiu Polskiego Radia PiK. Fot. Magda Jasińska/PR PiK
Porozmawiajmy chwilę o Trzeciej Symfonii Pieśni Żałosnych Henryka Mikołaja Góreckiego, bo to dla Pani ważne dzieło, chociażby w kontekście nominacji do „Fryderyka”.
- To jest w ogóle nie tylko ważne dzieło w kontekście nominacji do „Fryderyka”, z czego oczywiście bardzo się cieszymy. Nie spodziewaliśmy się tego wyróżnienia, wiedzieliśmy, że Filharmonia Narodowa, z którą nagraliśmy album „Górecki 3” razem z Krzysztofem Urbańskim, który jest dyrektorem Filharmonii Narodowej wysłała zgłoszenie do nominacji. Krzysztof Urbański poprowadził orkiestrę i moja dwójka kochanych solistów, wokalistów, którzy śpiewali razem ze mną na tej płycie, czyli Ania Federerowi i Michał Sławecki, którzy mieli swoje części. Każdy z nas miał swoją część w tej symfonii. Wiadomo, że symfonia jest pisana na jeden głos, natomiast pomysł i zamysł był taki, żeby te historie z symfonii opowiedzieć różnymi głosami. No i ta historia jest dla mnie o tyle jeszcze ważna i ciekawa, że to był też dla mnie powód powrotu do kraju. Może nie powód ostateczny, ale taki impuls do tego, żeby wrócić, ponieważ pojawia się na horyzoncie dzieło i zmierzenie się z dziełem, które jest nie tyle wyzwaniem, ale też jest czymś tak magicznym i pięknym i wymownym, że jakby ciężko odmówić. Po prostu się nie odmawia takiej propozycji i też wiedziałam, że po powrocie będziemy mieli możliwość występowania i grania tej symfonii. Udało nam się ją wykonać w Szwajcarii, w Niemczech, także w Polsce, w dwóch miastach we Wrocławiu i w Warszawie z okazji zakończenia drugiej wojny wojny światowej. 80 lat w zeszłym roku minęło, więc na zaproszenie instytucji niemieckich i szwajcarskich wyjechaliśmy i zagraliśmy. Śpiewaliśmy w tym składzie i jakby finałem tej trasy było nagranie płyty z Filharmonią Narodową, która jest nominowana do nagrody „Fryderyka”. Konkurencję mamy mocną, ale ja trzymam za wszystkich kciuki, bo myślę, że dla wszystkich wyróżnionych po prostu to jest święto. To jest święto muzyki, doceniamy się nawzajem i my zostaliśmy docenieni przez członków Akademii, także bardzo też staraliśmy się, żeby jak najmniejszym wibratem to było śpiewane, jak najprościej, jak najdelikatniej. No i muszę przyznać, że do całej tej symfonii był bardzo duży ogólnopolski casting, zwłaszcza do trzeciej części. Wszystkie moje koleżanki z teatrów były zaproszone do udziału w tym castingu. To był proces, który trwał parę miesięcy, zanim Krzysztof Urbański znalazł odpowiednią obsadę, taką jak sobie wymyślił,.
Czy nie brakuje Pani musicalu?
- Nie, nie brakuje mi musicalu. Myślę, że jest w sam raz, gram cały czas w Teatrze Syrena w musicalu „Matylda”, teraz na wiosnę próby do musicalu „Wszyscy mówią o Jamiem” i premiera jest także w Teatrze Syrena planowana na wrzesień, więc będę i w tej produkcji. Wydaje mi się, że musicalu jest w sam raz na ten moment życia, po prostu myślę, że tak mnie serce teraz trochę prowadzi w muzykę, w to też czego się uczyłam, bo studiowałam klasykę i myślę, że teraz po latach ona wraca do mnie po prostu i odkrywam w sobie to. Ta klasyczna wypowiedź jest mi bliższa, lubię bardzo śpiewać takie rzeczy jak ta Symfonia. Przede mną jeszcze „Stabat Mater” Karla Jenkinsa. No i będę miała tam też dwie role, bo będę śpiewała i po hebrajsku takim zaśpiewam orientalnym, plus sopran.
I to znowu w Bydgoszczy…
- Znowu w Bydgoszczy. Tak jest, także wracając do pytania, myślę, że z musicalem jest w sam raz, że on jest cały czas w moim życiu, natomiast ja się bardzo cieszę, że sobie sama gdzieś dałam szansę i pootwierałam się na inne rzeczy i na symfoniczne brzmienia, na udział w projektach, które nie są musicalowe, które po prostu mają inną formę wyrazu i ja się w tym jakoś super czuję. Cały czas jest rozwój.
Robi Pani z głosem, co Pani tylko chce. Jak się dochodzi do takiej sprawności?
- To jest ciekawość, to są lata pracy oczywiście, ale takiej bym powiedziała pracy z wyobraźnią, to jest praca z uchem, z tym, jak się słyszymy. To jest ogrom słuchania muzyki, szukania i myślę, że u mnie zawsze to jest ta ciekawość. Jestem też dziennikarką z wykształcenia mojego pierwszego, więc jestem ciekawa po prostu wszystkiego i świata i ludzi dookoła mnie, mojego własnego głosu i tego co mogę z nim zrobić. Jeszcze cały czas mam poczucie, w ogóle czym dalej w las, tym coraz bardziej mam poczucie, że mniej umiem i mniej wiem mimo tego, że później na scenę wychodzę, mam te środki i czuję, że ogarniam, że wiem co robić i mam też lata praktyki. Natomiast czym więcej, czym różne rzeczy, takie światowe można powiedzieć robię, tym więcej mam oczekiwania wobec siebie i cały czas mam takie poczucie, że to jest jeszcze takie niedoskonałe.
Edyta Krzemień w studiu Polskiego Radia PiK. Fot. Magda Jasińska/PR PiK