Czy Pan z biegiem lat, wraz z doświadczeniem coraz bardziej odbiega w swojej improwizacji od tematów, którymi pan się inspiruje?
- Wydaje mi się, że tak. Przynajmniej na tym etapie to tak wygląda. Kiedyś faktycznie kierowałem się tym co proponowali inni; pianistami, zespołami jazzowymi, a w tym momencie, jeśli czymś się inspiruję, to głównie dziełami klasycznymi, muzyką ludową, lub też obszarami pozamuzycznymi, co na mnie wpływa duchowo, a co potem przekazuję jakoś przez muzykę. To nie jest łatwe do objaśnienia, ale wydaje mi się, że to się dzieje. Trzeba przyznać, że mniej czerpię bezpośrednio z samej muzyki, a raczej z wrażenia, które ona wywołuje. Obserwuję też tryb pracy twórców, nie po to by podpatrzeć warsztat, technikę, czy właśnie rezultat artystyczny, ale wyciągać wnioski z tego, co w procesie twórczym determinuje wielkość ich sztuki.
Znalazł Pan pomysł na siebie zajmując się muzyką kompozytorów współczesnych bądź też kompozytorów klasycznych. Już nie czerpie Pan z tego bądź co bądź bogatego zasobu standardów jazzowych, a widzi Pan pewną inspiracje w dziełach czy to Pendereckiego, Lutosławskiego, Bacha...
- To było jakieś kilka lat temu, teraz tego nie robię. Budowanie swojego świata na bazie odkryć w cudzych utworach było zejściem do jakiejś istoty tych wypowiedzi. A więc do ich uniwersalności, źródła tworzenia – dzięki temu nakierowałem się mocniej na własne źródło. Ale dorobek europejskiej muzyki poważnej jest na pewno bardziej inspirujący niż standardy same w sobie. W niektórych dziełach jest wyrażone bardzo dużo, a w samym standardzie jazzowym nie ma treści, bo trzeba je dopiero odkrywać poprzez sposób ich zagrania, sposób interpretacji. A interpretacja dzieła klasycznego nie wiąże się już z taką dozą wolności, dlatego ono samo niesie masę treści, z której można sporo wynieść, sporo się nauczyć. Jest tam dużo emocjonalnych zakrętów, to zamknięta kopalnia treści psychologicznych.
To jest niesamowite, że kupiliśmy sobie na przykład Pana płytę z Preludiami, a idąc na koncert odkrywamy nagle zupełnie inną muzykę, bo za każdym razem jest to zupełnie inne muzykowanie.
- Te moje Preludia, ich forma jest w pewnym sensie względna. To nie jest zamknięta kompozycja w tym znaczeniu, w jakim zwykło się dziś rozumieć dzieło stworzone przez kompozytora. To zresztą nieporozumienie, bo muzykę najczęściej traktowano kiedyś jako efekt jakiejś improwizacji, jakiegoś tworzenia na bieżąco, i moje preludia też są wynikiem takiego procesu. Obok nich są oczywiście już same improwizacje, improwizowane już w studiu, czy na scenie. Jest to wszystko ubrane w taką dualistyczną formę, ze względu na przejrzystość, przekaz, o który dbam. Dbam, aby muzyka mówiła sama o sobie, o tym, że są dwa sposoby na jakie można z siebie wyciągać treść artystyczną w tej dziedzinie sztuki.
To jest jakiś taki sposób przeżywania wolności w muzyce?
- Jeżeli rozumieć wolność bardziej praktycznie, jako wolne działanie ilustrowane muzyką, to ja w to wierzę. I myślę, że wielu ludzi nie wierzy w to, że w ogóle muzyka może mieć tę moc. Dla mnie to oczywiste, bo ja to widzę ze strony twórcy, jakich ja doświadczam uczuć, stanów, i co z nimi robię. I ja wiem, że jestem wolny, lub nie jestem wolny w konkretnym momencie, i dążę do tego, żeby być tego świadomym i staram się to przekazywać poprzez dźwięki. Chociażby tyle już wystarczy, żeby wiedzieć, że w samej muzyce musi to być w jakiś sposób odciśnięte.
0:00
0:00
Wybierz utwór z treści strony