Leszek Kułakowski - ja po prostu kocham Polskę!
Autor: Magda Jasińska
Profesor Leszek Kułakowski po koncercie przybył do nas, zmęczony?
- ... trochę tak, ale szczęśliwy. Dużo gram, jutro występujemy na festiwalu w Słupsku. Gramy tam taki projekt „Witkacy”.
Ten Witkacy ostatnio to Ci chodzi po głowie.
- No tak, bo w Słupsku jest największa kolekcja portretów Witkacego na świecie w Muzeum Pomorza Środkowego. Zwiedzanie tej wystawy jest takim emocjonalnym przeżyciem.
A sam Witkacy może być inspirujący?
- Ja już zrobiłem jeden projekt z Witkacego, mianowicie zrobiłem płytę „Narkotyki”, której oczywiście nikt nie gra. Raz mi zagrano „Nikotynę” gdzieś w jakimś Radiu, ale ja rozumiem, dlaczego tego się nie gra.
Ze względu na tytuły?
- Właśnie, ze względu na tytuły. Ta druga płyta jest wizualizacjami portretów Witkacego i do tego jest moje trio z muzyką, myślę, że interesującą, bo publiczność jakby szuka dzisiaj jakiś innych wymiarów, nie tylko samej muzyki, ale też mamy takie społeczeństwo obrazkowe.
Ja myślę, że Witkacemu to by się podobało.
Płyta jest świetna, polecam naszym słuchaczom zresztą jeden utwór z tej płyty pojawił się też w naszej Jazzowej Liście Przebojów, ale tu już jest przed nami kolejna płyta, Twoje dwudzieste piąte dziecko muzyczne, fonograficzne.
- To jest „opus magnum” do tej pory mojego życia. 10 lat po prostu pracuję nad wypracowaniem metody łączenia ognia z wodą, improwizacji z orkiestrą symfoniczną, znalezienia wspólnego języka i takiego, gdzie te dwa aparaty się komentują, rozmawiają ze sobą. Tu orkiestra nie jest tylko dodatkiem do kożucha, kwiatkiem do kożucha.
Wszystkie utwory to Twoje kompozycje i aranżacje?
- Wszystko robię sam, nawet drukuje i kleję nuty sam dla muzyków.
Zresztą te łączenie, jak to powiedziałeś ognia z wodą, czy tych różnych światów, to już tak do Ciebie przylgnęło. Niedawno chwaliłam Cię za fantastyczną płytę operowo-jazzową.
- Ale w ogóle zacząłem łączenie jazzu z orkiestrą, płytą Chopina w dziewięćdziesiątym piątym roku. To było drugie jazzowe nagranie Chopina w Polsce po Andrzeju Jagodzińskim. Wtedy zacząłem bawić się z orkiestrą i ten proces długo trwa, bo nagrałem album „EUROFONIA” na glos solowy, kwintet jazzowy i orkiestrę symfoniczną (kompilacja muzyki współczesnej, polskiego stylizowanego folkloru i jazzu i dostałem za to jakieś nagrody. To było takie moje przesłanie, motto kompozytora: „Do Europy tak, ale z polską kulturą”. Potem nagrałem rzecz, która nie była tylko mszą, mianowicie „Missa Miseri Cordis” poświęcona, dedykowana Janowi Pawłowi drugiemu, gdzie mój przyjaciel napisał mi polski, piękny tekst religijny do tego, gdzie ten przekaz językiem polskim jest inny niż martwy łaciński, którego nikt nie rozumie. Potem jeszcze miałem takie przygody z orkiestrami i z orkiestrą symfoniczną, napisałem koncerty fortepianowe. Jakieś takie małe, kameralne rzeczy też robię, bo lubię współpracę z orkiestrą, to daje nieograniczoną możliwość zabawy, kolorem, dźwiękiem, przestrzenią, emocjami. Tutaj na płycie „Poland my Homeland” jest też taka pieśń, do której mój przyjaciel napisał tekst Ryszard Hetnarowicz, piękny tekst o Słupsku, o miłości, o nadziejach, zawiedzionych nadziejach. Polecam, ja po prostu kocham Polskę.
Ale kochasz Polskę, natomiast płyta to nie jest jakaś taka płyta, bardzo patriotyczna. To są przepiękne utwory.
- Bardzo dziękuję, ja po prostu się inspiruję tym, co mnie otacza, najbliższą rodziną, przyrodą, jakimiś kontekstami takimi historycznymi, polsko-niemieckimi w Słupsku, które tu są. Jest taki utwór pod tytułem „Słupia-Stolpe”, to jest niemiecka nazwa. Przez środek miasta przepływa rzeka, świadek historii. Ten utwór jest bardzo taki właśnie kameralny, gdzie ja tylko gram na fortepianie, bardzo perłowe cyzelowane frazy. Jacek Pelc na perkusji gra tylko szczoteczkami na werblu i tylko jest kwintet i „drzewo”. Także obsada jest taka zdjęta świadomie w tym utworze, gdyż ta rzeka jest taka właśnie tajemnicza, trochę meandruje czasami. Te meandrowanie w tym utworze słychać, a w górnym biegu jest w ogóle rzeką górską. Na płycie jest także naturalny utwór, który jest prawdziwą historią: „Nieznajomy Berlińczyk przed moim domem rodzinnym”. Długo nosiłem tę emocję i dopiero ostatnio to zapisałem. Mianowicie w latach dziewięćdziesiątych pojechałam do mamy, z którymś ze swoich synów, do domu mojego rodzinnego, w którym się wychowałem, spędziłem dzieciństwo i młodość. Moja rodzina, to są repatrianci z Wołynia i dostali jako repatrianci dom w Słupsku. Tam mieszkała cała rodzina Kułakowskich i wtedy zobaczyłem, że przed domem chodzi nerwowo człowiek. Około pięćdziesięcioletni mężczyzna z samochodem na rejestracji z Berlina i widząc, że jest jakiś problem, zapytałem go o co chodzi? On powiedział, że jego ojciec nazywał się Hanse Wolf i na łożu śmierci, prosił go, żeby pojechał do Słupska, zrobił kilka zdjęć tego domu. Wtedy się dowiedziałem, że jego ojciec wybudował ten dom w 1920 roku i był lekarzem, też grał na fortepianie amatorsko. Wtedy zrozumiałem, co czuł mój dziadek, opuszczając swój majątek i całe gospodarstwo, dom, i w ogóle wyjeżdżając do Polski w nieznane. Ja nie miałem świadomości, że wychowałem się w domu, który ktoś zbudował, czyli mieszkałem nie u siebie i to było takie dziwne uczucie. Tam jest taki w środku tego utworu taki dialog saksofonu z fortepianem, gdzie on ma tak imitować tę naszą rozmowę. Trochę na początku nerwową, bo wiadomo, to były duże emocje.
Nie znaliście się w końcu. Zaprosiłeś znakomitych muzyków i dwóch przyjaciół z Niemiec.
- Christoph Titz – niemiecki trębacz jazzowy i kompozytor , z którym już zrobiłem niektóre projekty. Świetny trębacz ja uwielbiam jego liryzm. Nie przepadam za trębaczami, którzy są niczym „Kuba rozpruwacz”, że po prostu grają milion dźwięków, które nic nie znaczą, a on jest po prostu poetą dźwięku. Ma taką poetycką piękną frazę. Drugi to jest Peter Weniger – urodzony w 1964 roku wszechstronny saksofonista, kompozytor i producent, którego działalność muzyczna obejmuje różnorodne gatunki muzyczne. Saksofonista tenorowy, sopranowy, fenomenalny muzyk. Nagrywał płyty z najlepszymi orkiestrami na świecie. W tym projekcie jest też Magda Zawartko – wokalistka i improwizatorka, rozmiłowana w muzyce etnicznej. Popisałem dla niej frazy instrumentalne, które wykonała świetnie. Ona brzmi bardzo pięknie. To jest nagranie live w ogóle i nie zrobiła żadnego błędu, ale bardzo są to trudne frazy, duże skoki interwałowe, niewygodne. Ona te karkołomne rzeczy zaśpiewała perfekcyjnie.
Wspomniałam o tej płycie, gdzie mieliśmy arie operowe „Beautiful jazz i opera”, to kolejne łączenie ognia z wodą.
Czy Ty jeszcze ćwiczysz na instrumencie?
- Codziennie, w miarę możliwości. No niestety już mam swoje lata i te wszystkie mechanizmy, które kiedyś bardzo sprawnie funkcjonowały, dzisiaj stwarzają większy opór, prawda? To wynika już jakby z wieku. W przyszłym roku obchodzę pięćdziesięciolecie działalności artystycznej, także tu nie ma żartów.
„Antykwintet” Wasz legendarny zespół, w jakich latach graliście?
- To były lata siedemdziesiąte. Tak siedemdziesiąty szósty - osiemdziesiąty pierwszy. Wtedy Józek (Eliasz) już przestał z nami grać, bo się ustatkował. Także z Józkiem mam do dzisiaj świetny kontakt i to jest taki mój przyjaciel. Pamiętam, jak on, jak ja wtedy studiowałem na Akademii, to on przyjeżdżał z bębnami pociągiem. Obładowany, tu bęben centralny, talerze, w ogóle blachy. Wszystko przynosił do Żaka i tam żeśmy tłukli całe dnie.
Życie muzyka jazzowego się trochę zmieniło przez te lata.
- No tak, bo na przykład nie ma już, wtedy pamiętam za komuny to były tak zwane wagony pocztowe i wtedy jak jechaliśmy na przykład z Gdańska do Lublina, to musieliśmy nadać instrumenty w wagonie pocztowym. I na koniec opowiem taką historię, że kierownik pociągu pytał do kogo wypisać kwit, dla kogo to jest? Mówiłem: Polskie Stowarzyszenie Jazzowe, a on napisał Polskie Stowarzyszenie Odzieżowe.