Atak na World Trade Center. 25 lat temu terroryści z Al-Kaidy zaatakowali Nowy Jork
W najbardziej śmiercionośnym zamachu terrorystycznym w historii USA zginęło 2996 osób, a tysiące zostały ranne. To zdarzenie odmieniło bieg historii oraz raz na zawsze zmieniło spojrzenie świata na kwestie bezpieczeństwa.
11 września 2001 r. 19 członków Al-Kaidy porwało cztery samoloty pasażerskie. Dwa uderzyły w wieże World Trade Center w Nowym Jorku, trzeci w Pentagon pod Waszyngtonem, a czwarty rozbił się w Pensylwanii po próbie odzyskania kontroli nad maszyną przez pasażerów.
Najważniejszym wydarzeniem było uruchomienie, na wniosek zaatakowanych USA, artykułu 5 Traktatu Waszyngtońskiego, który stanowi, że atak zbrojny na jednego członka NATO jest traktowany jako atak na wszystkich. Jest to jeden z najważniejszych zapisów traktatu, na którym opiera się działanie Sojuszu.
Dzień po zamachach państwa NATO uzgodniły, że jeśli okaże się, iż atak na USA został przeprowadzony z zagranicy, zastosowany zostanie właśnie artykuł 5. Kilka tygodni później, na początku października, NATO oficjalnie uznało ataki za atak objęty artykułem 5. Był to pierwszy i do dziś jedyny przypadek jego zastosowania.
Co ważne, artykuł 5 nie oznacza automatycznego wypowiedzenia wojny przez wszystkich członków NATO. Każde państwo udziela pomocy w sposób, jaki uzna za konieczny.
Po ataku na USA NATO rozpoczęło walkę z terroryzmem, m.in. zwiększając wymianę informacji wywiadowczych i ochronę infrastruktury. Udostępniono też USA przestrzeń powietrzną, porty i lotniska państw sojuszniczych.
11 września 2001 roku w jednostce nowojorskiej straży pożarnej pracował Stanley Trojanowski. Jego ekipa została skierowana na 73. piętro północnej wieży World Trade Center. W pierwszych minutach akcji zobaczył ludzi skaczących w desperacji z górnych pięter. - Myślałem, że to ptaki - wspomina w rozmowie z PAP.
Trojanowski, były strażak polskiego pochodzenia, pamięta, że po podłączeniu węża do hydrantu ciśnienie w nim było minimalne. – Wystarczało co najwyżej na cienką kurtynę wodną, nic więcej – relacjonuje. Mimo to jego zespół ruszył na górę, próbując dostać się pod strefę pożaru.
– Część jednostek zajmowała się gaszeniem, inne - przeszukiwaniem, ratowaniem i wentylacją. My mieliśmy dostać się poniżej pożaru, podłączyć się do pionu wodnego i spróbować opanować ogień – mówi.
Dotarli w okolice trzeciego–czwartego piętra, gdy konstrukcja budynku zaczęła się walić.
– Udało nam się wydostać. Ja byłem już na zewnątrz, ale jeden z naszych ludzi zaginął – wspomina. Porucznik, który ruszył z dodatkową butlą powietrza na poszukiwanie kolegi, zginął w wyniku zawalenia się gmachu.
Na zewnątrz Trojanowski widział sceny, które – jak mówi – zostaną z nim na zawsze.