Za nami V Międzynarodowy Festiwal „Vistula Sounds”, który odbył się w swojej pierwszej odsłonie w Bydgoszczy. Pani Irena Santor jest patronką festiwalu, czy przenosiny z Ciechocinka do Bydgoszczy, to był dobry wybór?
- To był nadzwyczajnie dobry wybór. Niezwykle się cieszę, że Bydgoszcz zechciała nas przyjąć i to tak serdecznie. To uważam już za sukces, nawet mój osobisty, z czego się bardzo cieszę i za co dziękuję.
Na czym polega magia tego festiwalu, że tak ochoczo zgodziła się Pani być jego patronką?
- To jest festiwal międzynarodowy, on jeszcze nie jest szeroko międzynarodowy, ale mam taką nadzieję, że będzie. Mnie interesowałoby bardzo, jakie szanse ma polska piosenka, żeby wyjść mimo wszystko, poza nasze granice. Ktoś by powiedział, że w dzisiejszych czasach, to jest najprostsza rzecz pod słońcem, być wszędzie, móc się pokazać na całym świecie, a jednak są to jakieś takie dziwne zapory, bo to są mody, bo to są jakieś mówiąc otwarcie zakulisowe sprawy. Ten lansuje tego, tamten lansuje kogo innego, ten ma taki gust, ten ma inny gust i w tym polska piosenka radzi sobie. A ma prawo sobie radzić, choć u nas ciągle jest niedoceniona. Poczytuję to jako taki najmniejszy zarzut. Jest takie przysłowie: „cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie co posiadacie.” My nie wiemy jakim potencjałem artystycznym, wielkim potencjałem Polska może się szczycić, jeżeli chodzi o estradę. Ja nie mówię o tej wielkiej kulturze, która sobie sama już dawno swoje drogi wypracowała, ale konkretnie o estradzie. Obserwując innych, tak zza miedzy widzę, że im może dość niespecjalnie na tym zależy, żeby ich estrada podzieliła się z naszą. Nie chodzi o to, by nam coś dawano, broń Boże, ale aby polska piosenka równoważyła się z jakimś takim światem w tej dziedzinie uznanym. Mówię tu konkretnie o amerykańskiej kulturze, która dominuje i chce być najlepsza na świecie i dyktować nam, co ma się nam podobać, co mamy śpiewać, jak mamy się ubierać, co mamy robić, prawda? Ja mam ambicje, może trochę za dużą, aby polska piosenka, polska estrada zaczęła w końcu istnieć, bo ma prawo.
Oglądała Pani i słuchała uczestników konkursu.- Tak, szczególnie śpiewających polskie piosenki, bo zagranicznych, mówię uczciwie, nie mogłam, byłam czym innym zajęta.
Zdziwił Panią wybór piosenek polskich, czy niekoniecznie?
- Tak i nie, ja na to nie mam wpływu. W ogóle się tym nie interesuję. Chciałabym, żeby jeszcze wiele z tych piosenek, które ja uważam, że są najpiękniejsze, najwartościowsze zostało też pokazanych. W zeszłym roku było parę takich piosenek, w tym roku trochę mniej. Nie wiem na czym to polega, jak wygląda dostęp do naszego repertuaru. Jak to się dzieje? Dlaczego wybierają, taki repertuar? Powodów nie znam.
Pani zdaniem ten festiwal ma szansę, stać się ważnym festiwalem na mapie różnych wydarzeń artystycznych?
- No więc ja odpukuję i mam taką nadzieję. Mam taką nadzieję, że tak jak właśnie mówię o tej publiczności, o tym cenzorze najbardziej wymagającym, ale społecznym, który pomógł, że wraca dzisiaj piosenka, której ja nie lansuje. Tu nie chodzi o moje własne piosenki nie, z mojego repertuaru. Chodzi mi o piosenki z moich czasów, mówię o kompozytorach i autorach tekstów. Myślę, że publiczność w tym wypadku też nam trochę pomoże i istnienie tego festiwalu zaaprobuje i doceni ideę, którą ten festiwal z sobą niesie. To jest trudne. Tak właśnie mówię, to małym strumyczkiem na razie płynie, ale w końcu proszę pani Wisła też na tej Babiej Górze jest strumyczkiem, a potem jest Wisłą, więc taką mam nadzieję, że może się to gdzieś jakoś wypracuje. No w czasach wielkiej konkurencji nie jest to łatwe, bo wszyscy konkurują z nami w tym przypadku, żeby nas tam tak bardzo nie dopuścić. Ja zawsze mówię, że kontakt z Ameryką, ich rozrywką jest o tyle łatwiejszy i oni nas do tego show dopuszczą, nawet powiedzą „ach przywozicie swoje świetne programy”, prawda? „Ach, jakie to jest ciekawe”. Tak, do tego show nas dopuszczą, ale do tego biznesu to nie, a mnie o to chodzi. Mnie chodzi jednak o to, żeby też polska piosenka zyskała sobie równe prawa.
Pamiętam, jak Bogdan Hołownia, pianista jazzowy, który jest takim admiratorem muzyki Jerzego Wasowskiego, próbował przebić się z tymi kompozycjami w Stanach Zjednoczonych. To nie jest łatwe.
- Ola Obarska to potem, kiedy zaczęłam już uprawiać zawód piosenkarki, że tak się wyrażę, bo wcześniej śpiewałam muzykę ludową. O istnieniu Bydgoszczy oczywiście wiedziałam od zawsze, bo się tu, w tym regionie urodziłam, a wpływ tego regionu na mnie jest hm, wcale nie mały. Może nie bezpośrednio wiążący się z muzyką. Ja się rodziłam tu, w duchu jakiegoś takiego poczucia porządku społecznego. To były jednak, nie wiem jakie wpływy, ale tu się porządniej żyło. Tu się szanowało jakieś obywatelskie prawa, wiem, duże słowa, ale jednak w każdym razie to społeczeństwo tutaj, za moich dziecięcych lat żyło w zgodzie z jakąś umową społeczną. Czy trzeba było zamiatać ulicę tego dnia, to się zamiatało. Trzeba było robić tego dnia to, to się robiło. To było święte prawo. Ja w takim poczuciu porządku się urodziłam i potem to miało na mnie wpływ o tyle ważny, że ja, jeżeli już nawet weszłam do świata muzycznego, to gdzieś to poczucie porządku jakiegoś w życiu za mną chodziło. To znaczy, że jak już się uczyłam tego abecadła muzycznego, to raptem odkryłam świat kosmiczny. Dawniej żyłam tylko na ziemi, prawda? Na tym kawałku ziemi, ale potem przez tę muzykę weszłam do kosmosu. Ale też chciałabym jakoś zobaczyć porządek, więc się porządnie uczyłam tego alfabetu muzycznego. Ja może nie jestem, na pewno osobą wykształconą muzycznie, ale dla tych, którzy perfekcyjnie się tego nauczyli mam szacunek ogromny, bo dopiero jak się pozna alfabet, to dopiero potem na tej podstawie można jeszcze szukać piękna. Wtedy się tego piękna doszukuje, tego, co jest w muzyce nadrzędne, ponad nutki, ponad wysokość dźwięków, czyli duchowości i fantazji . Więc ten porządek doprowadził mnie także i do tego, że najporządniej jak umiem doszłam, do czego doszłam. Nie jestem wykształconym muzykiem, ale średnią szkołę muzyczną porządnie skończyłam, bo uczyliśmy się w Mazowszu. Ja właśnie tamtą średnią szkołę muzyczną skończyłam. Wydawałoby się, że tak pokrętnie, ale nie, do nas przyjeżdżali nauczyciele z Warszawy, byśmy mieli ten komfort. Trudno było całą gromadę ludzi wozić do Warszawy na jakieś lekcje. Oni przyjeżdżali do nas, ale to byli nauczyciele, którzy uczyli przed wojną, a więc perfekcyjnie byli wymagający.