Józef, siedzimy w studiu koncertowym Polskiego Radia PiK. Lubisz być w tym studiu?
- Bardzo lubię, bo przypominają mi się lata, kiedy tu nagrywaliśmy pierwszą płytę i to są niezwykłe emocje. Bardzo żałuję, że już nie można tu dalej nagrywać, ale wspominam to studio wspaniale. To były piękne czasy i takie zmierzenie się po raz pierwszy z czymś wyjątkowym, bo to były piosenki okresu międzywojennego z wybitną solistką Lorą Szafran.
Początkowo były plany, aby nagrywała inna wokalistka.
- To miała być Ewa Uryga … i tonacje, które były napisane, były właśnie dla Ewy, a różnica między skalami głosu obu pań jest dość duża. Jednak Lora dała radę i byliśmy zachwyceni. Ona do każdej piosenki podeszła dwa razy i nie pomyliła się ani razu przez całą sesję. Ja nie wierzyłem, że można tak profesjonalnie wykonać swoją pracę.
Poopowiadajmy sobie o życiu muzyka podczas wakacji, co w Twoim przypadku oznacza życie bardzo energetyczne.
- Ale się wiele nie różni od pozostałych miesięcy.
Masz jednak teraz chyba więcej koncertów…
- Trochę więcej tak, aczkolwiek nie widać tego, co robię w pozostałych miesiącach roku, ponieważ jesteśmy zamknięci w klubie. Tutaj x wyszliśmy na ulicę i to się znakomicie sprawdziło.
Jesteś „ulicznym artystą”.
- Tak. (śmiech) No ładnie powiedziane, nasuwa mi się inne określenie, ale nie powiem. Jestem ulicznym artystą i robimy to, aby ludziom pokazać co to znaczy muzyka jazzowa. Nie wierzyłem, że będzie tylu odbiorców. Jest ich coraz więcej. Właściwie już dochodzi do tego, że ludzie codziennie pytają, czy coś będzie. Staram się zorganizować w miarę często koncerty, ale codziennie się nie udaje. 1-2 dni w tygodniu nam odpadają, ale w piątek mieliśmy wyjątkową okazję, żeby podsumować naszą działalność uliczną, która ma już czwartą edycję. Cały czas wracam do tego, jak to się stało, że w ogóle wyszliśmy na ulicę. To był przypadek. Kiedyś była bardzo ładna pogoda i mówimy: a może spróbujemy raz zagrać. I wystarczyło raz wyjść, żeby później się przekonać, że będziemy to robić. Jest specjalna scena zbudowana i na szczęście wszyscy byli nam przychylni. To znaczy władze miasta wydały zgodę.
Bo blokujecie ulicę.
- Blokujemy, co by nie mówić, chodnik... ale w tej chwili to jest bardziej deptak. Ulica Kręta, nazwijmy ją Jazzową, bo mam nadzieję, że kiedyś ona zmieni swoją nazwę. Ta blokada nie jest uciążliwa, bo przez tę scenę też można przejść. Ona nie jest wysoka.
Kto stoi na przeszkodzie, aby ta ulica nosiła nazwę Jazzowa? Dawaj imię i nazwisko?
- Nie pamiętam tego nazwiska, ale to było już dość dawno. Parę lat temu otrzymałem na urodziny od pana prezydenta taki wyjątkowy prezent w postaci projektu uchwały i tabliczki z napisem ul. Jazzowa. To był super prezent. Bardzo się ucieszyłem i praktycznie przy sesji, która miała się odbyć, miało to być uchwalone. Niestety pojawiły się jakieś głosy, czy właściwie jeden głos, który twierdził, że ulica ma swoją tradycję historyczną, że jest związana z historią miasta. A my tłumaczymy, że ona dzisiaj jest krótka i prosta, więc jakby Kręta kompletnie tam nie pasuje. A jeżeli chodzi o te tradycje, to dotyczą czasu kiedy Bydgoszcz była Brombergiem. Później była przez pewien czas to ulica Magazynowa, a teraz Kręta. Myślę, że nasza działalność przez te 30 lat na tyle była jednolita, że można by było nazwać tę ulicę, ulicą Jazzową, nazwa adekwatna do tego, co tam się dzieje.
W tym roku wyjątkowo często gracie na ulicy.
- Tak, niedawno poznałem parę, która jest na każdej imprezie i nie od razu, ale po jakimś czasie zaczęliśmy rozmawiać. Oni mi powiedzieli, że się wcale nie interesowali muzyką jazzową, ale chcieli spędzić jeden wieczór właśnie tutaj, na dworze i oni są zawsze. Jest zresztą dużo podobnych ludzi. Nasza idea jest taka sama, każdy może do nas podejść, z nami zagrać lub zaśpiewać. Scena jest po prostu otwarta i wiele osób korzysta z tego, przyjmuje nasze zaproszenie i tym bardziej jest ciekawie dla słuchaczy. Zresztą wszystko to jest reprezentacja Bydgoszczy. Ostatnio koncert nazywał się The Best of Bydgoszcz, sama nazwa na to wskazuje. Wystąpiło Trio Michała Modrzyńskiego. To zwycięzcy festiwalu Jazz nad Odrą, jeden z najbardziej prestiżowych konkursów. Sam brałem w nim udział jako młody adept i wiem co to znaczy. Wiem jakie to jest ważne wyróżnienie w całym życiorysie muzyka. Oni wygrali bezapelacyjnie.
Mówisz, że to pewnego rodzaju podsumowanie Europejskiej Akademii Jazzu, ale to nie oznacza, że kończycie granie. Jeszcze w tym roku zagracie?
- Oczywiście, to jest jakby półmetek. To jest dla nas ważne, bo to jest połowa wakacji. Będzie jeszcze spora ilość koncertów, bo nasze granie się dopiero rozpędza. Tak naprawdę nazwałem to: święto ulicy jazzowej, w ramach cyklu Europejska Akademia Jazzu Kujawy i Pomorze.
Jednak zdecydowanie granie na ulicy jest lepsze?
- Tak, bo część przyjdzie przypadkowo i pozostanie. To wyjątkowo cieszy jak widzimy reakcję ludzi. Oni siedzą na chodniku, na płotach, wszystkie miejsca są oblężone i przepychają się, robią zdjęcia, filmują. Jest to takie rzeczywiście święto i staramy się im wszystkim dać to, co mamy najlepszego. To zawsze są utwory znane i pewnie odbiorcy będą mieć jakieś swoje wspomnienia związane z tym repertuarem.
Pełnowymiarowy Big-band działa?
- Tak działa i wystąpi już niedługo, we wrześniu na imprezie zamkniętej w Akademii Muzycznej. Ale moja orkiestra brzmi jak big-band, te wszystkie sekcje się przenikają i sprawia to, że jest wrażenie dużej orkiestry.
Czy coraz trudniej mieć pod sobą Big Band pełnowymiarowy?
- Bardzo trudno. Myślę, że jest coraz trudniej. Chociaż dla muzyków to jest świetny czas. Jeżeli muzycy narzekają, to znaczy , że nie wiedzą jak mogłoby być inaczej. Nasza młodość, nasze czasy były niesamowicie trudne. W momencie kiedy się pojawiła jakakolwiek propozycja koncertu, to było dla nas święto, a dziś młodzi jazzmani mają sporo pracy. Są teatry, są różne koncerty, eventy, jest mnóstwo różnych sytuacji, może gorszych ale muzyk nie siedzi w domu. Wystarczy spróbować zadzwonić do któregoś z nich i słyszymy: muszę sprawdzić w kalendarzu.
Big-bandów w Polsce pojawia się coraz więcej.
- Tak owszem i to w mniejszych miejscowościach pojawiają się big-bandy. To jest za przykładem Stanów Zjednoczonych, gdzie na każdym Uniwersytecie jest Big- band, a nawet w szkołach. Z tych big-bandów amatorskich wypływają znakomici muzycy. A jak one brzmią. Przede wszystkim ja pamiętam, że my nigdy nie mogliśmy wystroić orkiestry, a jakość instrumentów, które oni mieli to jest zupełnie inna historia. Dziś mamy bardzo dobre instrumenty, wszystko jest dostępne, mamy wiedzę jak korzystać z tego, bo przecież internet wszystko powie. Ja się zastanawiałem jak trzymać lewą pałkę, jak prawą, jaka jest technika gry, bo sam się uczyłem. Oczywiście popełniłem błędy i dzisiaj ludzie tego nie rozumieją, bo otwierają albo internet, YouTube i tam wszystko jest.
W internecie właściwie wszystko możemy znaleźć, a nadal warsztaty chociażby w Chodzieży, które w tej chwili się odbywają, cieszą się ogromnym powodzeniem.
- Pewne cechy, pewne nawyki, pewne rzeczy, których nie ma w internecie należy podpatrywać u najlepszych. Tam kadra zwykle składa się z najlepszych muzyków, albo codzienne jam session, gdzie młodzi muzycy patrzą jak to trzeba umieć. Trzeba umieć dotrzeć do publiczności, nie tylko samą techniką, tylko trzeba stworzyć taki program, żeby chcieli ludzie tego słuchać, żeby chcieli przybywać, żeby nie wychodzili, bo nie ma nic gorszego dla muzyka jak tak zwany Walking Ovation, czyli wstają i wychodzą. Warsztaty są bardzo ważne, jak byłem młody, to też się uczyłem od moich Mistrzów. Uczyłem się też jak tworzyć program. Dziś mi się wydaje, że to jest oczywiste, ale tego młodzi muzycy muszą się nauczyć, choć też i innych rzeczy, jak być punktualnym, słownym, a cały czas z tym mamy problemy.
- Bardzo się cieszę i zapowiadam, że to coś nowego to się wydarzy, zobaczymy na Festiwalu, ponieważ zagramy z wybitną wokalistką. Po raz pierwszy dostałem taką propozycję od agenta włoskiego, z którym zwykle współpracuje i on mi organizuje gwiazdę światową na festiwal. On wie, że ja mam big- band, on wie, że jestem muzykiem, on sam też jest gitarzystą i różne składa mi propozycje. Ja mam na tyle komfortową sytuację, że jak przychodzi początek roku, to wysyłam do kilku z nich maile z cyklu: co masz mi do zaproponowania w tym i w tym czasie? No i się pokazują różne oferty i między innymi pokazała się wokalistka Emma Smith. Byłem nią zachwycony, bo to jest jedna z najwybitniejszych wokalistek. Wspaniała dziewczyna, która z nami, czyli z Eliasz Orchestra wykona specjalnie przygotowane aranżacje na ten koncert. To jest coś o czym marzyłem, ale to jest też pewien początek współpracy z różnymi artystami tej wielkości, na taką skalę.